Klocek Podróżnik

Reportaże z podróży pluszowego niedźwiadka

Reportaże Klocka Podróżnika

Peru

Odkryj niezwykłą podróż do Peru

Listopad 2010

Peru od dawna zajmuje szczególne miejsce na mapie marzeń wielu podróżników. To trzeci co do wielkości kraj Ameryki Południowej, ale same liczby niewiele mówią o jego prawdziwej różnorodności.
W ciągu najbliższych tygodni czekają nas krajobrazy, które sprawiają wrażenie, jakby pochodziły z kilku różnych kontynentów — od chłodnych wód Pacyfiku, przez gorącą Amazonię, po ośnieżone szczyty Andów i surowe płaskowyże Altiplano.
Chcemy nie tylko podziwiać widoki, które od lat zdobią okładki przewodników, lecz także lepiej poznać historię regionu i ślady pozostawione przez cywilizację Inków.

Lima wita nas wielkomiejskim rozmachem. To największe miasto Peru, zamieszkane przez ponad 8 mln ludzi.
Ale pod współczesnym rytmem kryje się długa historia. Założona przez konkwistadorów w 1535 roku, przez stulecia wielokrotnie doświadczała niszczycielskich trzęsień ziemi.
Mimo tych przeciwności zachowało się tu wiele cennych zabytków, a historyczne centrum miasta trafiło na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Peru

Plaza de Armas — serce miasta

Peru

Katedra miejska z połowy XVI wieku

Peru

Pałac arcybiskupa (1924) — neokolonialna elegancja Limy

Peru

Casa de Pizarro — siedziba prezydenta

Z Limy ruszamy do Paracas.
Niewielka miejscowość położona nad oceanem jest przede wszystkim bramą do jednej z największych atrakcji tutejszego wybrzeża — Wysp Ballestas.
W porcie przesiadamy się do niewielkiej łodzi i wypływamy na spotkanie z mieszkańcami skalistych wysepek.
Ballestas bywają nazywane „Galapagos dla ubogich”. Określenie może nie należy do najbardziej eleganckich, ale trudno odmówić mu pewnej trafności.
Na stosunkowo niewielkiej powierzchni gnieżdżą się tysiące ptaków morskich, a skały zajęte są przez ssaki morskie z taką pewnością siebie, jakby od pokoleń posiadały akty własności do całego archipelagu.

Peru

Pedro

Jeszcze przed wypłynięciem zawieram znajomość z miejscowym pelikanem.
Nazywa się Pedro i najwyraźniej pełni funkcję nieformalnego ambasadora portu. Spaceruje między turystami z miną doświadczonego gospodarza i pozuje do zdjęć niczym zawodowy model.

Peru

Wygrzewające się w słońcu Uchatki patagońskie

Peru

Głuptaki peruwiańskie

Peru

Kormorany peruwiańskie — kolonie liczące miliony ptaków

Same wyspy słyną nie tylko z niezwykłego bogactwa fauny.
Od wieków gromadzi się tutaj guano — naturalny nawóz powstający z ptasich odchodów.
Brzmi to mało romantycznie, ale w XIX wieku był to surowiec niemal równie pożądany jak złoto. Przez długi czas stanowił jeden z filarów gospodarki Peru.
Dziś jego znaczenie jest znacznie mniejsze, choć tradycja pozyskiwania guana nie zanikła całkowicie. Co kilka lat na wyspy przypływają specjalne ekipy, które zbierają i pakują cenny nawóz.
Jego pokłady potrafią osiągać nawet kilka metrów grubości, co daje pewne wyobrażenie o liczbie ptaków gniazdujących tutaj od pokoleń.

Peru

Stara konstrukcja do przeładunku guano

Kolejny etap podróży prowadzi nas w okolice miasta Ica.
Kilka kilometrów za jego granicami krajobraz zmienia się niemal natychmiast — znikają pola i zabudowania, a horyzont wypełniają wysokie wydmy.
Pośród piasków pojawia się Huacachina — zielona oaza otoczona pustynnymi wzgórzami.
W jej centrum znajduje się laguna zasilana wodami podziemnymi spływającymi z Andów. Przez wiele lat mieszkańcy i przyjezdni wierzyli w jej lecznicze właściwości, a samo miejsce stało się popularnym kurortem.
Na pierwszy rzut oka trudno to dostrzec, ale ten pustynny cud natury powoli się zmienia.
Poziom wody w lagunie od lat systematycznie spada. Patrząc na spokojną taflę otoczoną złotymi wydmami, łatwo o tym zapomnieć.
A jednak także tutaj natura przypomina, że nawet najpiękniejsze miejsca nie są odporne na zmiany zachodzące wokół nich.

Peru

Oaza Huacachina — otoczona najwyższymi wydmami Peru

Peru

Wydmy — piasek sięgający 100 m

Docieramy na płaskowyż Nazca — jedno z tych miejsc, które od lat rozpalają wyobraźnię podróżników, archeologów i miłośników wszelkich tajemnic.
Z poziomu ziemi krajobraz wydaje się dość zwyczajny: kamienista pustynia ciągnąca się aż po horyzont.
Dopiero z lotu ptaka odsłania swoje największe sekrety.
Wtedy można dostrzec setki słynnych geoglifów — figury geometryczne, wizerunki zwierząt i roślin oraz idealnie proste linie, z których najdłuższe ciągną się nawet przez 8 km.

Peru

Choć linie Nazca należą dziś do najbardziej rozpoznawalnych zagadek archeologicznych świata, ich twórcy nie są tajemnicą. Wiadomo, że powstały za sprawą kultury Nazca.
Przyjmuje się, że większość geoglifów powstała w okresie jej rozkwitu, pomiędzy 200 rokiem p.n.e. a 600 rokiem n.e.
Niektóre badania sugerują jednak, że część rysunków może być starsza, co oznacza, że tradycja ich tworzenia mogła rozwijać się przez wiele stuleci i być dziełem różnych społeczności.
Archeolodzy nadal próbują ustalić dokładny czas powstania poszczególnych wzorów oraz ich funkcje.

Peru

Małpa — 93 × 58 m

Peru

Koliber — 93 m precyzji

Peru

Pająk — 47 m tajemnicy

Sposób ich wykonania okazuje się zaskakująco prosty.
Twórcy usuwali ciemny żwir pokrywający powierzchnię pustyni, odsłaniając znajdującą się pod nim jasną, żółtawobiałą glebę. W efekcie na ciemnym tle pojawiały się wyraźne rysunki i linie.
Same rowki nie są głębokie — zwykle mają od 10 do 20 cm głębokości i około 1 m szerokości.
Niektóre pasy oraz figury geometryczne osiągają jednak szerokość kilkudziesięciu metrów, a ich skala najlepiej pokazuje, jak ogromnym przedsięwzięciem było stworzenie całego tego pustynnego „projektu”.

Peru

Waleń — 62 m długości

I właśnie tutaj zaczyna się największa zagadka.
Po co właściwie je wykonano?
Jednoznacznej odpowiedzi wciąż nie ma.
Przez lata powstało wiele teorii — od astronomicznych obserwatoriów, przez miejsca rytuałów religijnych, aż po trasy ceremonialnych procesji.
Zwolennicy teorii astronomicznej zwracają uwagę, że niektóre linie mogą pokrywać się z kierunkami wschodów i zachodów ciał niebieskich.
Pojawiają się także hipotezy, że część figur odzwierciedlała gwiazdozbiory.
Według jednej z interpretacji Pająk miał symbolizować Oriona, a Małpa — Wielką Niedźwiedzicę.
Nie wszyscy badacze podzielają te poglądy, ale bez wątpienia dodają one temu miejscu jeszcze więcej tajemniczego uroku.

Peru

Tajemnicza figura — dłonie o 4 i 5 palcach

Patrząc z góry na ogromne rysunki wyryte w pustynnym krajobrazie, trudno oprzeć się wrażeniu, że Nazca wciąż skrywa więcej pytań niż odpowiedzi.
I być może właśnie dlatego fascynuje kolejne pokolenia podróżników.
Niektóre miejsca zachwycają tym, co o nich wiemy.
Nazca zachwyca tym, czego nadal nie potrafimy wyjaśnić.

Następny etap podróży prowadzi nas do zupełnie innego świata.
Puerto Maldonado leży w peruwiańskiej części Amazonii, przy ujściu rzeki Tambopata do Río Madre de Dios.
Nazwa miasta upamiętnia odkrywcę i podróżnika Faustino Maldonado, który podczas ekspedycji w połowie XIX wieku zaginął w tym regionie bez śladu.
Trudno o bardziej wymowny wstęp do wizyty w amazońskiej dżungli.

Peru

Río Madre de Dios w Puerto Maldonado

Peru

Ruszamy w głąb tropikalnej dżungli

Wraz z prowiantem na kilka dni ruszamy w głąb tropikalnego lasu.
Po zmroku zakładamy wysokie gumowe buty, zapinamy latarki czołowe i wyruszamy w ciemność.
Dopiero nocą Amazonia naprawdę budzi się do życia.
Światło co chwilę wyławia z mroku kolejne stworzenia, które za dnia pozostają niemal niewidoczne.

Peru

Kajman

Peru

Ptasznik naziemny

Napotykamy również gniazdo pszczół bezżądłowych.
Ich nazwa brzmi niewinnie tylko do pewnego momentu. Faktycznie nie potrafią żądlić jak ich europejskie kuzynki, jednak w razie zagrożenia potrafią boleśnie szczypać żuwaczkami.
Niektóre gatunki dodatkowo wydzielają drażniące substancje obronne.
Krótko mówiąc — natura znalazła dla nich inne sposoby wyrażania niezadowolenia.

Peru

Czarne Pszczoły bezżądłowe

W świetle latarek dostrzegamy również Phallus indusiatus, grzyb z rodziny sromotnikowatych.
Wygląda tak osobliwie, jakby ktoś przeniósł go tu z planu filmu fantasy.
Jego owocniki pojawiają się głównie nocą.
Charakterystyczny koronkowy welon pokryty jest lepką substancją przyciągającą owady, które pomagają w rozsiewaniu zarodników.
Problem w tym, że owady bardzo szybko zjadają tę smakowitą dla nich dekorację.
W efekcie możliwość zobaczenia grzyba w pełnej krasie trwa jedynie przez krótki czas.

Peru

Phallus indusiatus

Następnego ranka zrywamy się jeszcze przed świtem.
Przy rzecznej skarpie gromadzą się papugi, które regularnie przylatują tutaj po porcję cennych soli mineralnych.
Ptaki są niezwykle ostrożne, dlatego Indianie zbudowali specjalny szałas obserwacyjny przypominający niewielki bunkier.
Ukryci w środku czekamy cierpliwie, aż pierwsze osobniki zaczną pojawiać się nad rzeką.
Wkrótce ciszę przerywa prawdziwy koncert skrzeków i trzepotu skrzydeł.

Peru

Papugi wydziobują z ziemi niezbędne im do życia minerały

Peru

Figlujące Amazonki

Amazonia nie budzi się do życia wyłącznie nocą — część jej mieszkańców można obserwować także w ciągu dnia.
Równie ciekawe okazują się nasze dzienne obserwacje.

Peru

Tamaryny siodłate

W amazońskim lesie niemal każdy organizm ma swoją specjalizację.
Mrówki z rodzaju Atta maszerują długimi kolumnami, niosąc nad głowami idealnie wycięte fragmenty liści.
Nie zjadają ich jednak bezpośrednio — służą im do uprawy grzybów, które stanowią podstawę ich diety.
Patrząc na sprawność tej karawany, trudno nie pomyśleć, że mrówki opanowały hodowlę na długo przed człowiekiem.

Peru

Mrówki z gatunku Atta

W koronach drzew wypatrujemy także hoacyna — jednego z najbardziej osobliwych ptaków Amazonii.
Jego mięso podobno nie cieszy się dobrą opinią nawet wśród mieszkańców dżungli, ale przez lata ptak padał ofiarą myśliwych ze względu na efektowne pióra wykorzystywane jako ozdoby.

Peru

Hoacyn

Lokalny przewodnik pokazuje nam również słynną „wędrującą palmę”.
Według miejscowych opowieści drzewo potrafi przemieszczać się po lesie dzięki charakterystycznym korzeniom podporowym, stopniowo „uciekając” z cienia w bardziej nasłonecznione miejsca.
Przewodnik opowiada o tym z pełnym przekonaniem, choć biolodzy są znacznie bardziej sceptyczni i traktują tę historię raczej jako fascynującą legendę niż naukowy fakt.
Mimo wszystko palma wygląda na tyle niezwykle, że łatwo zrozumieć, skąd wzięły się podobne historie.

Peru

Sterczące korzenie „wędrującej palmy”

Rzeka Tambopata nieustannie zmienia swój bieg.
Dawne zakola odcinają się od głównego nurtu, tworząc malownicze jeziora i stawy rozsiane pośród dżungli.
Nad jednym z takich akwenów próbujemy swoich sił w łowieniu piranii.
Ryby szybko udowadniają, że ich reputacja nie wzięła się znikąd — potrafią błyskawicznie obgryźć przynętę z haczyka, pozostawiając wędkarza z poczuciem lekkiego upokorzenia.
Po kilku bezskutecznych próbach udaje nam się jednak złowić kilka sztuk — wszystkie ostatecznie wracają do wody.
Teren należy do lokalnej społeczności, która pozwala odwiedzającym korzystać z okolicy, kąpać się i łowić ryby, pod warunkiem że zdobycz zostanie wypuszczona.

Na zakończenie spotyka nas prawdziwa nagroda.
Na spokojnej tafli wody pojawiają się ariranie amazońskie, czyli wydry olbrzymie.
To jedne z najrzadszych i najbardziej fascynujących zwierząt Amazonii.
Obserwujemy je z bliska, jak nurkują, bawią się i patrolują swój teren.
W takich chwilach łatwo zapomnieć o komarach, wilgoci i błocie — Amazonia pokazuje wtedy swoje najpiękniejsze oblicze.

Peru

Ariranie amazońskie, czyli wydry olbrzymie

Peru

Rzeka Tambopata

Robimy kolejny skok przez Peru.
Jeszcze chwilę temu brodziliśmy w wilgotnej amazońskiej dżungli, a teraz wspinamy się wysoko w Andy.
Naszym kolejnym przystankiem jest Cusco — legendarne miasto położone na wysokości około 3 400 m n.p.m.
Przez kilka stuleci, od XIII do XVI wieku, Cusco było sercem potężnego Imperium Inków. Pierwotnie nosiło nazwę Qusqu. Choć funkcjonowała ona w języku keczua, jej korzenie sięgają języka Ajmarów, którzy zamieszkiwali te ziemie jeszcze przed pojawieniem się Inków. Historia tego miejsca okazuje się więc znacznie starsza, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Wszystko zmieniło się w 1533 roku, kiedy do Cusco wkroczyły oddziały Francisco Pizarra. Trzy lata później, podczas powstania Manco Inki, znaczna część miasta spłonęła. Na ruinach dawnej stolicy Inków Hiszpanie zaczęli budować własne miasto. W efekcie Cusco stało się niezwykłą mieszanką dwóch światów, które do dziś przeplatają się niemal na każdym kroku.

Peru

Peru

Katedra z połowy XVII wieku

Najlepiej widać to na głównym placu miasta.
Wznosi się tu monumentalna katedra, której fundamenty spoczywają na pozostałościach inkaskiej świątyni Kiswarkancha.
Była ona nie tylko miejscem kultu, lecz także pałacem Viracochy — ósmego władcy Inków. Hiszpanie zburzyli świątynię, a w 1559 roku rozpoczęli budowę katedry. Prace trwały niemal sto lat.
Budowa chrześcijańskiej świątyni na fundamentach inkaskiego sanktuarium nie była przypadkowa. Stanowiła element kolonialnej strategii, której celem było zastąpienie dawnych wierzeń nowym porządkiem religijnym.
Niszczeniu ulegały kolejne miejsca kultu, a kamienie z inkaskich budowli trafiały do nowych kościołów i klasztorów. Wiele bloków użytych przy budowie katedry pochodziło z twierdzy Saqsayhuamán. Do pracy wykorzystywano miejscową ludność, często w warunkach przymusu.
Katedra stała się więc nie tylko symbolem wiary, ale również widocznym znakiem nowego porządku narzuconego podbitym ziemiom.

Peru

Plaza Mayor — serce Cusco

Najważniejszą świątynią dawnego Cusco była Coricancha, poświęcona Inti — bogu słońca. Inkowie nazywali ją również Intikancha lub Intiwasi.
Według kronikarzy jej wnętrza dosłownie lśniły złotem. Mury pokrywały złote płyty, nisze wypełniały posągi i ozdoby ze szlachetnego kruszcu, a na centralnym dziedzińcu stały figury zwierząt i roślin wykonane z tego samego materiału. Znajdowała się tam również ośmiokątna studnia, do której składano cenne ofiary. Jeden z hiszpańskich kronikarzy określił świątynię jako „niewyobrażalnie wspaniałą”.
Po zdobyciu miasta konkwistadorzy ograbili Coricanchę ze wszystkich kosztowności. Mimo to nie zdołali całkowicie zniszczyć jej murów. Inkascy budowniczowie wykonali swoją pracę tak solidnie, że Hiszpanie postanowili wykorzystać istniejące konstrukcje jako fundament klasztoru i kościoła dominikanów.
Kilka wieków później natura przypomniała o dawnych gospodarzach tych ziem. Podczas silnego trzęsienia ziemi w 1950 roku część kolonialnych zabudowań uległa zniszczeniu, odsłaniając ukryte pod nimi inkaskie mury.
Okazało się, że przetrwały znacznie lepiej niż młodsze budowle. To jeden z najbardziej wymownych dowodów niezwykłych umiejętności inkaskich architektów, którzy potrafili wznosić konstrukcje wyjątkowo odporne na ruchy tektoniczne.

Peru

Coricancha — Świątynia Słońca, pierwotne mury i kolonialny klasztor oraz kościół

Spacerując po dziedzińcu klasztoru, zatrzymujemy się przy starej ośmiokątnej studni.
Dziś wygląda niepozornie, ale przed wiekami była miejscem składania darów dla boga słońca.

Peru

Ośmiokątna studnia — w czasach Inków wypełniona ofiarami ze złota

Peru

Jedno z pomieszczeń Coricanchy — Świątyni Słońca Inków

Peru

Perfekcyjnie wykonane mury Świątyni Słońca

Peru

Złota płyta przedstawiająca świat i wierzenia Inków

Peru

Pozostałości po starożytnej świątyni Coricancha

Kolejnym obowiązkowym przystankiem jest uliczka Hatunrumiyoc.
To właśnie tutaj znajdują się pozostałości pałacu Inki Roca.
Kamienne mury wyglądają tak, jakby ich budowniczowie zakończyli pracę zaledwie wczoraj.
Bloki skalne zostały dopasowane z niewiarygodną precyzją — bez zaprawy, a mimo to między kamienie trudno wsunąć nawet ostrze noża.
Największą sławą cieszy się dwunastokątny kamień, idealnie wkomponowany w mur.
Turyści fotografują go ze wszystkich stron, a on od stuleci niewzruszenie udowadnia kunszt inkaskich mistrzów.

Peru

Uliczka Hatunrumiyoc

Peru

Dwunastokątny kamień

Opuszczamy Cusco i ruszamy śladami Inków.
Pierwszym przystankiem jest Saqsayhuamán — monumentalny kompleks górujący nad miastem.
Już z daleka robi ogromne wrażenie. Oficjalnie uznawany jest za twierdzę, jednak im dłużej spacerujemy pomiędzy jego murami, tym bardziej oczywiste staje się, że pełnił również ważną funkcję religijną.
W murach zachowały się charakterystyczne nisze spotykane w inkaskich miejscach kultu, a na terenie kompleksu znajduje się okrągła arena o średnicy około 100 m, która prawdopodobnie służyła do ceremonii i rytuałów.
O sakralnym znaczeniu miejsca przypominają także starannie wykute schody prowadzące przez pojedyncze, ogromne głazy.

Peru

Kobiety Keczua przed wejściem do Saqsayhuamán

Niestety, Saqsayhuamán nie przetrwało w całości.
Po podboju Inków Hiszpanie zaczęli rozbierać kompleks, wykorzystując mniejsze kamienie do budowy katedry, kościołów i pałaców w Cusco.
To, czego nie zniszczyli ludzie, przez kolejne stulecia nadwyrężały trzęsienia ziemi.

Peru

Mimo tych strat budowla nadal budzi podziw.
Kompleks tworzą trzy potężne tarasy ułożone w charakterystyczny zygzak.
Najdłuższy mur ma około 400 m długości.
Poszczególne bloki skalne osiągają rozmiary, które trudno objąć wzrokiem.
Największy z nich mierzy około 9 m wysokości, 5 m szerokości i 4 m głębokości, a jego masa przekracza 200 ton.

Peru

I właśnie tutaj pojawia się jedna z największych zagadek cywilizacji Inków: jak transportowano i obrabiano tak ogromne kamienie?
Odkryte narzędzia wykonane były z materiałów znacznie mniej twardych niż granit, z którego powstała część budowli.
Naukowcy przypuszczają, że Inkowie mogli wykorzystywać twarde minerały, takie jak kwarc, jednak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi.
Jeszcze bardziej zadziwia precyzja wykonania — kamienne bloki pasują do siebie tak idealnie, że szczeliny są niemal niewidoczne.

Peru

Także wiek Saqsayhuamán nie jest całkowicie pewny.
Wielu archeologów uważa, że kompleks powstał w drugiej połowie XV wieku, choć nie można wykluczyć, że wykorzystano znacznie starsze konstrukcje.
W 2008 roku niedaleko odkryto ruiny świątyni z okresu przedinkaskiego, co tylko dodaje kolejną warstwę tajemnicy do historii tego miejsca.

Peru

Kilka kilometrów dalej odwiedzamy Tambomachay, zwane przez Hiszpanów El Baño del Inca — Kąpieliskiem Inki.
Wszystko wskazuje na to, że kompleks był związany z kultem wody.

Peru

Typowy turystyczny motyw z Peru

Krystalicznie czysta woda spływa tutaj systemem kanałów przez cztery poziomy kamiennych tarasów.
Wykute w skałach nisze kierują jej przepływ do niewielkich ujęć, a całość sprawia wrażenie perfekcyjnie zaprojektowanego dzieła inżynierii.

Peru

„El Baño del Inca”

Miejscowi chętnie opowiadają legendę przypisującą każdemu źródłu szczególne właściwości.
Górne ujęcie ma przynosić błogosławieństwo, prawe dolne zapewniać młodość, a lewe pomagać w doczekaniu się bliźniąt.
Nie sprawdzam skuteczności wszystkich trzech, ale przyznaję, że woda jest wyjątkowo smaczna.

Peru

Peru

Dziewczynka z czarnym kotkiem — ujęcie z codzienności

Nadchodzi wreszcie moment, na który czekaliśmy od początku podróży.
Na stacji Poroy wsiadamy do pociągu PeruRail zmierzającego w stronę Machu Picchu.

Peru

Dworzec kolejowy w Poroy — PeruRail czeka na turystów

Skład porusza się z zawrotną prędkością około 30 km/h, ale nikt specjalnie się tym nie przejmuje.
Za oknami przesuwają się andyjskie szczyty, głębokie doliny i rwąca rzeka Urubamba.
Po około trzech godzinach pociąg zatrzymuje się przy 104. km linii kolejowej.
Tutaj wysiadamy.
Większość turystów jedzie dalej do Aguas Calientes i stamtąd autobusem dociera do ruin.
My wybieramy bardziej wymagającą drogę.

Po przejściu wiszącego mostu nad Urubambą trafiamy do ruin Chachabamba.
Wszystko wskazuje na to, że miejsce pełniło jednocześnie funkcję strażnicy i ośrodka kultowego, pilnującego dostępu do świętych terenów Inków.

Peru

Ruiny Chachabamba

Od tego momentu zaczyna się prawdziwa wędrówka.
Ścieżka ostro wspina się pod górę.
Pot spływa po plecach, oddech przyspiesza, a wysokość daje już o sobie wyraźnie znać.
Po około półtorej godziny marszu docieramy do niewielkiej wiaty przyklejonej do zbocza góry.
Z braku miejsca zbudowano ją niemal nad samą przepaścią.
To zdecydowanie nie jest miejsce dla osób cierpiących na lęk wysokości.

Peru

Wiata na ścieżce

Kolejne kilometry prowadzą przez mglisty las i niezliczone kamienne schody.
W końcu docieramy do Wiñay Wayna, jednego z najpiękniejszych stanowisk na całej Ścieżce Inków.
Ruiny położone są na wysokości około 2 650 m n.p.m.
Dawne miasto składało się z dwóch części mieszkalnych połączonych stromymi schodami, a do obu doprowadzono wodę ze źródeł ukrytych wysoko w górach.

Peru

Peru

Ruiny Wiñay Wayna

Peru

Liczne tarasy uprawne wokół zabudowań Wiñay Wayna

Pogoda zmienia się co chwilę — raz świeci słońce, chwilę później nadciąga deszcz.
Pokonujemy kolejne setki schodów, aż wreszcie stajemy przed ostatnim stromym odcinkiem.
Schody są tu tak pionowe, że bardziej przypominają skalną drabinę niż górski szlak.
Ja oczywiście podróżuję wygodnie w plecaku, wystawiając na zewnątrz jedynie głowę, więc zmęczenie jest mi zupełnie obce. Jednak z pełnym zaangażowaniem motywuję moich „niepluszowych” do dalszego marszu.

Peru

Ostatni stromy odcinek skalnych stopni przed wejściem do Machu Picchu

Gdy docieramy do Bramy Słońca, rozpętuje się kolejna ulewa.
Widoczność spada niemal do zera.
Chmury wiszą tak nisko, że mamy wrażenie, jakbyśmy weszli prosto do ich wnętrza.
Na szczęście deszcz szybko ustaje.
Mgła zaczyna się rozrywać, a pomiędzy obłokami powoli wyłaniają się pierwsze tarasy.

Peru

Przed wejściem witają nas Lamy...

Peru

...oraz Wiskaczany

Jeszcze tylko kilka kroków.
I wtedy wreszcie je widzimy.
Machu Picchu.
Przed nami rozciąga się jeden z najbardziej niezwykłych widoków całej podróży.
Kamienne tarasy i ruiny świątyń wynurzają się z chmur niczym miasto z legendy.
Co więcej, miejsce jest niemal całkowicie puste — docieramy tuż przed zamknięciem obiektu.
Ostatni turyści już wyszli, a pracownicy zaczynają delikatnie sugerować, że również powinniśmy kierować się do wyjścia.
Nie spieszymy się jednak zbytnio.
Powoli schodzimy w stronę bramy, co chwilę oglądając się za siebie.
W pustym Machu Picchu panuje niezwykła cisza, która pozwala choć na moment wyobrazić sobie, jak mogło wyglądać to miejsce setki lat temu.

Peru

Następnego ranka wracamy jeszcze przed otwarciem bram.
Tym razem chcemy zobaczyć miasto, zanim pojawią się tłumy zwiedzających.

Peru

Jest piękny, słoneczny poranek — pierwsi turyści powoli się gromadzą

Machu Picchu powstało prawdopodobnie około 1450 roku i jest jednym z najważniejszych stanowisk archeologicznych Peru.
Zostało opuszczone w czasach hiszpańskiej konkwisty, najprawdopodobniej około 1537 roku.
Sama nazwa nie pochodzi bezpośrednio z czasów Inków.
W języku keczua „machu” oznacza „stary”, natomiast „picchu” odnosi się do szczytu lub góry.
Nazwę tłumaczy się więc jako „Stary Szczyt”.

Peru

Miasto podzielone było na dwie główne części.
W górnej znajdowały się świątynie, pałace i budowle ceremonialne, dolna pełniła funkcje mieszkalne i gospodarcze.
Archeolodzy naliczyli tutaj 216 kamiennych budowli połączonych siecią schodów i ścieżek.

Peru

Peru

Spotykam francuskiego kuzyna o imieniu Gaspard

Szczególnie imponujący jest system wodny.
Wciąż można prześledzić przebieg kanałów doprowadzających wodę ze źródeł położonych poza miastem.
System o długości około 750 m zasilał zbiorniki, świątynie i budynki mieszkalne.
Wokół miasta rozciągają się dziesiątki tarasów uprawnych, dzięki którym mieszkańcy mogli wykorzystać niemal każdy fragment stromych górskich zboczy.

Peru

Tarasy uprawne

Peru

„Misiu Picchu”

Peru

Miasto rozciąga się na wielu poziomach, połączone jest 1 200 schodami

Peru

Widok na szczyt Wayña Picchu

Peru

Widok na płynącą w dole rzekę Urubamba

W czasie podróży poznajemy także jednego z najważniejszych sprzymierzeńców mieszkańców Andów w zmaganiach z wysokością — liście koki.
W Peru i Boliwii ich tradycyjne wykorzystanie jest całkowicie legalne i od wieków stanowi element kultury andyjskiej.
Z liści przygotowuje się napary lub po prostu je żuje.
Pomagają łagodzić objawy choroby wysokościowej, zmniejszają uczucie zmęczenia i głodu.
mAT regularnie żuje liście koki, natomiast moja Basia i ja zdecydowanie wolimy herbatę.
Niezależnie od formy, trudno oprzeć się wrażeniu, że dzięki temu andyjskiemu patentowi znacznie łatwiej znosimy wysokości sięgające nawet 5 000 m n.p.m.

Zostawiamy okolice Cusco za sobą i ruszamy dalej na południe przez wysokogórskie krajobrazy Andów.
Droga prowadzi przez niewielkie osady, rozległe płaskowyże i przełęcze położone na wysokościach, przy których nasze wcześniejsze górskie doświadczenia wydają się, powiedzmy sobie, dość nieśmiałe.
W niewielkiej miejscowości San Pablo spotykamy jednych z najbardziej uroczych mieszkańców peruwiańskich Andów — wikunie.
Te smukłe zwierzęta należą do rodziny wielbłądowatych i słyną z niezwykle delikatnej wełny.
Najcenniejsze włókna znajdują się na ich brzuszkach.
Wełna wikunii uchodzi za jedno z najdelikatniejszych włókien naturalnych na świecie.
Ze względu na wyjątkową miękkość i rzadkość bywa porównywana do jedwabiu, a nawet do niezwykle rzadkiego bisioru, nazywanego czasem jedwabiem morskim.

Peru

Młode Wikunie

Peru

Natychmiast zaprzyjaźniam się z Wikunią o imieniu Paula

Podczas postoju Paula opowiada mi historię swojego pierwszego futerka.
Tuż przed jej narodzinami mama uszyła je z własnej wełny.
Co więcej, po skończonej pracy zostało jeszcze całkiem sporo materiału.
Paula wpada więc na genialny pomysł: może dałoby się uszyć podobne także dla mnie?
Nie da się ukryć, że robi to na mnie wrażenie.
Niecodziennie dostaje się przecież własne futerko z prawdziwej andyjskiej wikunii.
Z wdzięcznością przyjmuję tę propozycję, a zanim zdążymy ruszyć dalej, moje nowe wikuniowe futerko jest już gotowe.
Jest miękkie, lekkie i zaskakująco ciepłe.
Od tego momentu nie chcę nosić żadnego innego.
Stare, wykonane z tworzywa sztucznego, postanawiam przekazać do recyklingu.
Czas zrobić miejsce dla naturalnej andyjskiej elegancji. 😉

Droga pnie się coraz wyżej.
Docieramy na przełęcz Abra La Raya, położoną na wysokości ponad 4 300 m n.p.m.
Rozciąga się stąd wspaniały widok na masyw La Raya i dominującą nad okolicą górę Chimboya, której szczyt sięga nieomal 5 500 m.

Peru

Przełęcz Abra la Raya

Peru

Laguna Lagunillas na wysokości ponad 4 400 m n.p.m.

Peru

Kilkadziesiąt kilometrów dalej zatrzymujemy się w punkcie widokowym Mirador de los Andes.
Wysokościomierz pokazuje już 4 910 m n.p.m..
Kilka kroków wystarcza, by poczuć, że organizm pracuje tutaj na innych zasadach.
Każde podejście wymaga więcej wysiłku, a oddech staje się wyraźnie płytszy.
Tlen jest towarem zdecydowanie deficytowym.

Peru

Mirador de los Andes

Na okolicznych wzgórzach zauważamy liczne kamienne kopczyki.
To apachety — niewielkie kamienne wieżyczki budowane przez podróżnych ku czci Pachamamy, czyli Matki Ziemi, jednego z najważniejszych bóstw andyjskich.
Według tradycji każdy przechodzień może dołożyć własny kamień, prosząc o pomyślną podróż lub dziękując za szczęśliwie przebytą drogę.

Peru

Apachety

Kolejnym spektakularnym miejscem na naszej trasie jest Kanion Colca.
Jego strome ściany opadają miejscami na ponad 3 000 m, tworząc krajobrazy, które wyglądają bardziej jak dzieło wyobraźni niż natury.
Kanion ma około 120 km długości i uznawany jest za drugi najgłębszy na świecie.
Największą atrakcją jest punkt widokowy Mirador Cruz del Cóndor.
Przyjeżdżamy tam o świcie, kiedy nad rozgrzewającymi się zboczami pojawiają się kondory olbrzymie.
Wkrótce dostrzegamy pierwsze sylwetki szybujące wysoko ponad kanionem.
To prawdziwi władcy andyjskiego nieba.
Największe osobniki ważą około 15 kg, a rozpiętość ich skrzydeł przekracza 3 m.
Wystarczy jeden spokojny ruch skrzydeł, by bez wysiłku wznieść się nad przepaściami.

Peru

Kondor

Na zboczach kanionu ciągną się setki tarasów rolniczych.
Wiele z nich powstało jeszcze przed przybyciem Hiszpanów.
Co ciekawe, część tych dawnych konstrukcji nadal jest użytkowana.
Widać wyraźnie, że mieszkańcy Andów od wieków potrafili wykorzystać nawet najmniejszy fragment żyznej ziemi.

Peru

Peru

Po południu docieramy do Chivay.
Miasteczko tętni życiem bardziej niż zwykle.
Trafiamy akurat na lokalne święto.
Na ulicach pojawiają się mieszkańcy ubrani w niezwykle kolorowe, tradycyjne stroje.
Muzyka rozbrzmiewa z każdej strony, a plac w centrum zamienia się w wielką scenę pełną tańca i śmiechu.
Nie wiem dokładnie, co jest okazją do świętowania, ale szybko dochodzę do wniosku, że wcale nie jest to konieczne, by dobrze bawić się razem z mieszkańcami.

Peru

Peru

Peru

Kierujemy się teraz w stronę Arequipy.
Droga prowadzi przez wysokogórskie krajobrazy południowego Peru.
Co jakiś czas mijamy niewielkie osady, stada alpak i rozległe płaskowyże, które wydają się ciągnąć bez końca.
Powoli zostawiamy za sobą surowy świat Altiplano i zbliżamy się do jednego z największych ośrodków kraju.
W dzielnicy Villa Cerrillos na jego obrzeżach odwiedzamy szkołę Juan Apóstol.
To jedyna placówka edukacyjna w tej części Arequipy, a dla wielu uczących się tutaj dzieci także jedyna szansa na zdobycie wykształcenia.

Peru

Projekt działa dzięki niezwykłemu zaangażowaniu całej społeczności.
Rodzice uczestniczą w pracach społecznych w zamian za możliwość bezpłatnej edukacji swoich dzieci.
Przygotowują posiłki, organizują zakupy, sprzątają, pełnią dyżury i współdecydują o rozwoju szkoły.
Dzięki temu wsparcie otrzymuje około 660 uczniów.
To jeden z tych przykładów, które pokazują, że solidarność nie musi być tylko pięknym hasłem.

Peru

Pilnie uczące się maluchy

Peru

W samym centrum Arequipy odwiedzamy najstarszy miejski targ — San Camillo.
Już od wejścia atakują nas zapachy owoców, przypraw i świeżo przygotowywanych potraw.
Wśród tradycyjnych stoisk znajdują się również miejsca należące do qulliri i yatiri — uzdrowicieli wywodzących się z tradycji Ajmarów.
Na ich straganach można znaleźć wszystko, co potrzebne do szczęścia, zdrowia, bogactwa, urody i powodzenia w miłości.
Są amulety, talizmany, tajemnicze proszki, nalewki oraz przedmioty, których przeznaczenia nawet nie próbuję odgadywać.

Peru

Stoisko dla qulliri i yatiri

Największe zaskoczenie czeka jednak na jednym z sąsiednich stoisk.
Jeden z handlarzy prezentuje zainteresowanym zasuszony embrion lamy.
To jeden z najbardziej charakterystycznych przedmiotów wykorzystywanych w andyjskich rytuałach.
Takie ofiary często zakopuje się pod fundamentami nowych domów jako dar dla Pachamamy, mający zapewnić mieszkańcom pomyślność i ochronę.

Peru

Suszony embrion Lamy

Kierujemy się w stronę historycznego centrum.
Arequipa została założona przez Hiszpanów w 1540 roku i dziś jest drugim co do wielkości ośrodkiem Peru.
Jej sercem pozostaje rozległy Plaza de Armas, przy którym stoi imponująca katedra zajmująca całą jedną stronę placu.
Budowę świątyni rozpoczęto pod koniec XVII wieku, jednak przez kolejne stulecia wielokrotnie niszczyły ją pożary i trzęsienia ziemi.
Obecny wygląd zawdzięcza odbudowie przeprowadzonej w XIX wieku oraz późniejszym renowacjom.
Patrząc na jasne mury oświetlone promieniami zachodzącego słońca, trudno uwierzyć, ile razy musiała podnosić się z ruin.
A jednak, podobnie jak całe Peru, wciąż trwa niewzruszenie — pomiędzy historią, tradycją i nieustannie żywą codziennością.

Peru

Katedra Miejska w Arequipa

Peru

Kościół Jezuitów — barok spotyka styl metyski

Peru

Fasada — przenikanie kultury indiańskiej i hiszpańsko-kolonialnej

Odwiedzamy również jedno z najciekawszych miejsc Arequipy — klasztor Santa Catalina.
Za jego masywnymi murami kryje się prawdziwe miasto w mieście.
Wąskie uliczki, kolorowe dziedzińce, niewielkie place i ciche krużganki sprawiają, że łatwo zapomnieć, iż znajdujemy się w samym sercu metropolii.

Peru

Peru

Klasztor został założony pod koniec XVI wieku i do dziś zachwyca niezwykłym połączeniem surowej klasztornej architektury z wpływami stylu mudejar.
Kolorowe dziedzińce, ornamenty i dekoracyjne detale przypominają o czasach, gdy w hiszpańskiej architekturze przez wieki przenikały się światy chrześcijański i muzułmański.

Peru

Początkowo funkcjonowała tu szkoła zakonna z internatem dla córek najbogatszych hiszpańskich rodzin.
W tamtych czasach często przyjmowano zasadę, że jedno z dzieci poświęca życie Kościołowi.
Z biegiem lat wymagania wobec kandydatek rosły.
Do klasztoru przyjmowano wyłącznie młode kobiety z zamożnych rodzin, które wnosiły wysoki posag i liczne kosztowności.
W okresie największego rozkwitu mieszkało tu około 150 zakonnic oraz nawet 300 osób służby.

Peru

Dziś trudno wyobrazić sobie skalę dawnego kompleksu.
Santa Catalina zajmuje powierzchnię 2 ha i bardziej przypomina niewielką dzielnicę niż klasztor.
Po gruntownej renowacji przeprowadzonej w 1970 roku większość obiektu udostępniono zwiedzającym.
Nic dziwnego, że jest uznawany za jeden z najważniejszych zabytków południowego Peru.

Peru

Peru

Widok na wulkan Nevado Chachani

Wyruszamy w stronę jeziora Titicaca.
Droga mija spokojnie, aż do chwili, gdy nasz kierowca nie zauważa hamującego autobusu i z impetem uderza w jego tył.
Kilka sekund wcześniej rozmawiamy i podziwiamy krajobrazy za oknem.
Chwilę później wszystko zamienia się w chaos.
Najbardziej poszkodowana jest Moja Basia.
Jej ręka zostaje bardzo poważnie złamana. Widok jest na tyle niepokojący, że wszyscy natychmiast rozumiemy, jak trudna jest sytuacja.
Nasza przewodniczka Marianela doznaje złamania przedramienia, a mAT kończy ze stłuczonymi kolanami.
Ja wychodzę z wypadku niemal bez obrażeń, co w całym tym zamieszaniu wydaje się wręcz niewiarygodnym szczęściem.

Peru

Moja Basia i Marianela ze złamanymi rękami czekają na przybycie karetki pogotowia

Los sprzyja nam jednak w jednym — do wypadku dochodzi w pobliżu niewielkiej osady, gdzie znajduje się posterunek policji i punkt medyczny.
Gdyby wydarzyło się to kilkadziesiąt kilometrów dalej, pośród andyjskiego pustkowia, wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.
Po udzieleniu pierwszej pomocy i unieruchomieniu złamań rozpoczyna się długie oczekiwanie.
Na karetkę czekamy cztery godziny.
Potem kolejne cztery spędzamy w ambulansie wracającym do Arequipy.
Nie ma bliższego szpitala ani szybszej drogi.
Agencja organizująca nasze przejazdy i noclegi reaguje błyskawicznie.
Dla mAT'a i dla mnie organizowany jest nocleg w pobliżu miejskiej kliniki.
Moja Basia zostaje w szpitalu.
Nagle wszystkie plany schodzą na dalszy plan.
Jezioro Titicaca, Boliwia, kolejne etapy wyprawy — wszystko staje pod znakiem zapytania.
Najważniejsze jest teraz jedno pytanie: czy operacja się powiedzie i czy Moja Basia będzie mogła kontynuować podróż?

Peru

Odwiedziny u Mojej Basi w szpitalu

Następnego dnia poznajemy odpowiedź przynajmniej na część naszych obaw.
Doktor Lizardo Lozada Cerna wyjaśnia, że złamanie wymaga operacyjnego zespolenia.
Kość trzeba ustabilizować przy pomocy metalowej płytki i czterech śrub.
Operacja odbywa się już następnego dnia.
Potem pozostaje nam tylko czekać.
I właśnie to czekanie okazuje się najtrudniejszą częścią całej historii.

Mijają kolejne dni.
Każdego ranka zastanawiamy się, czy będziemy musieli przerwać wyprawę i wrócić do domu.
Ostateczna decyzja należy do lekarza prowadzącego — bez jego zgody nie ma mowy o dalszej podróży.
Odpowiedź otrzymujemy dopiero czwartego dnia rano, w ostatniej chwili, jeśli chcemy zdążyć na planowany lot do Boliwii.
Na szczęście wiadomość jest dobra.
Moja Basia może podróżować.
Musimy działać natychmiast.
Trudno opisać ulgę, jaką wtedy odczuwamy.
Jeszcze kilka dni wcześniej byliśmy przekonani, że nasza południowoamerykańska przygoda zakończy się przedwcześnie na szpitalnym oddziale w Arequipie.
Po raz kolejny ogromnym wsparciem okazuje się nasza agencja.
W krótkim czasie organizuje lot do Sucre, a także samochód z kierowcą i przewodniczką, dzięki czemu możemy bezpiecznie i wygodnie dotrzeć do Potosí w Boliwii.
Wygląda więc na to, że mimo wszystkich trudności podróż jeszcze się nie kończy.
Przeciwnie — przed nami otwiera się kolejny rozdział.


Klocek



Przeczytaj ciąg dalszy podroży » Z Boliwii do Chile