Klocek Podróżnik

Reportaże z podróży pluszowego niedźwiadka

Reportaże Klocka Podróżnika

Z Boliwii do Chile

Podróż do Boliwii

Grudzień 2010

Po wydarzeniach na peruwiańskiej drodze ostatnie dni spędzamy między hotelowym pokojem a kliniką w Arequipie. Przez chwilę wygląda na to, że podróż zakończy się właśnie tutaj. Ostatecznie lekarz daje nam zielone światło. Pozostaje jeszcze dopełnić formalności związanych z wypisem ze szpitala.
Podczas gdy Moja Basia zajmuje się dokumentami, mAT i ja udajemy się do biura podróży w centrum Arequipy, żeby kupić bilety lotnicze do Sucre w Boliwii. Czasu do odlotu zostało nam naprawdę niewiele.
Z biura wracamy do hotelu, gdzie pakujemy wszystkie bagaże. Chwilę później zamawiamy taksówkę i jedziemy odebrać Moją Basię z kliniki.
Niedługo potem cała nasza trójka rusza w stronę lotniska — w tempie, które trudno nazwać spokojnym. To raczej podróż między planem a improwizacją, z wyraźnym przechyłem w stronę tej drugiej.
Przelot z Arequipy do boliwijskiego Sucre obejmuje przesiadkę w La Paz. Na miejscu mamy trzy godziny zapasu, więc z pewną ulgą siadamy w restauracji i zamawiamy posiłek.
Dopiero przypadkiem dowiadujemy się, że zmiana strefy czasowej skraca naszą przesiadkę do zaledwie dwóch godzin. Gdyby nie ta informacja, moglibyśmy w tym momencie spokojnie przegapić kolejny lot.
Nasz plan podróży wymaga kilku korekt. Rezygnujemy z wizyty u Indian Urus nad jeziorem Titicaca oraz z pobytu w La Paz i Sucre. Dalszą część wyprawy rozpoczynamy w górniczym Potosí.
W drodze z Sucre do Potosí, mimo mojego niewielkiego wzrostu i raczej delikatnej, pluszowej konstrukcji, czuję się zobowiązany upomnieć naszego kierowcę, żeby zwolnił i prowadził ostrożniej.
Moja Basia wciąż ma przed oczami wydarzenia ostatnich dni. Nic więc dziwnego, że każdy gwałtowniejszy manewr wywołuje u niej wyraźny niepokój.

Boliwia

Potosí leży u stóp Cerro Rico, czyli „Bogatego Wzgórza”. Swoją historyczną potęgę zawdzięcza ogromnym złożom srebra i cyny, które w XVII wieku uczyniły z niego jedno z największych i najważniejszych miast swojej epoki.
U szczytu rozkwitu należało do najludniejszych ośrodków na świecie, a wydobywane tutaj srebro przez stulecia zasilało skarbiec hiszpańskiego imperium. Bogactwo Potosí stało się wręcz legendarne, dając początek powiedzeniu „wart tyle co Potosí”, oznaczającemu niewyobrażalne bogactwo.
Dziś dawna świetność miasta jest już tylko wspomnieniem, jednak Cerro Rico nadal pozostaje symbolem Potosí i jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Boliwii. Mimo upływu wieków w górze wciąż prowadzone są prace górnicze, a jej wnętrze przecinają setki kilometrów tuneli wydrążonych przez kolejne pokolenia górników.

Boliwia

Potosí — miasto położone na wysokości ponad 4 000 m n.p.m.

Jedną z głównych atrakcji Potosí jest możliwość zejścia do kopalni. Takie odwiedziny nie powinny jednak odbywać się z pustymi rękami, więc ruszamy na lokalny targ w poszukiwaniu „górniczych upominków”.
Wśród straganów natrafiam na stosy pluszowych zwierzątek — okazuje się, że w mieście trwa katolickie święto św. Cecylii, a pluszaki pełnią funkcję dekoracji procesyjnych.

Boliwia

Na stoisku z używkami zaopatrujemy się w woreczek suszonych liści koki, dwie małe butelki mocnego alkoholu oraz kilka paczek papierosów. Do pełnego zestawu „górniczych upominków” brakuje już tylko dynamitu i lontów — i, jak się okazuje, nawet to da się w Potosí załatwić na osobnym stoisku.

Boliwia

Stoisko z lokalnymi używkami i specyfikami

Boliwia

Stoisko z dynamitem

Zaraz po wejściu w głąb sztolni kierujemy się do figury opiekuńczego ducha kopalni, zwanego El Tío. Jak każdy szanujący się miejscowy górnik, oddajemy mu tradycyjny hołd i prosimy o opiekę podczas wizyty.
W ramach „prezentu” zostawiamy liście koki, papierosa i kilka kropel alkoholu. Przy okazji składamy również symboliczny hołd bogini Pachamama.

Boliwia

Wejscie do sztolni

Boliwia

El Tío — figura opiekuńczego ducha kopalni

W kopalni spotykamy górników — wszyscy to młodzi ludzie, choć życie zdążyło nadać im znacznie starsze rysy. Pracę zaczynają legalnie już jako czternastoletni chłopcy, a nie brakuje też młodszych, zatrudnianych nieoficjalnie.
Przez cały dzień żują liście koki i od czasu do czasu piją mocny alkohol mieszany z Coca-Colą — w ten sposób próbują zagłuszyć głód i zmęczenie.

Boliwia

Najstarszy w brygadzie ma na imię Pablo, ale wszyscy mówią na niego „Bolito”. W hiszpańskim „bolito” może być zdrobnieniem od „bola” (kula), a w Polsce pewnie wołano by na niego „Bąbel”.

Boliwia

Pablo „Bolito”

Boliwia

Jose Antonio — najmłodszy w brygadzie

Zrzeszeni w niewielkich grupach zwanych colectivo, pracują wspólnie, dzieląc się zarówno obowiązkami, jak i ryzykiem. Wszystko, czego potrzebują do wydobycia, muszą kupić sami — od narzędzi po dynamit i ubrania.
Wynagrodzenie otrzymują zbiorowo, w zależności od ilości i jakości wydobytego surowca, a następnie dzielą je między siebie. Praca w boliwijskich kopalniach odbywa się w pełni ręcznie, bez odpowiednich zabezpieczeń i nowoczesnego sprzętu.

Boliwia

Górnicy własnymi siłami pchają wagoniki z rudą

W centrum miasta trwają obchody święta św. Cecylii. Ulicami przetacza się procesja, na której czele suną bogato udekorowane samochody w jaskrawych kolorach.
Każdy pojazd tonie pod warstwami kolorowych koców, narzut, koronkowych serwetek i sztucznych kwiatów, a całość dopełnia wesoła armia pluszowych zwierzątek.
Dlaczego właśnie one zajmują tak eksponowane miejsce w tym kościelnym święcie — tego nie udaje nam się ustalić. Nikt nie potrafi tego sensownie wyjaśnić, ale efekt jest nie do podrobienia: pluszowa kawalkada nadaje procesji osobliwy, lekko kiczowaty, a jednocześnie zaskakująco sympatyczny urok.
Choć uroczystości odbywają się na cześć chrześcijańskiej świętej, jak w wielu miejscach Ameryki Południowej o kolonialnej przeszłości, widać tu wyraźne przenikanie się tradycji katolickiej z dawnymi wierzeniami rdzennych ludów. Religijność i lokalne rytuały nie stoją w opozycji, a raczej splatają się w jedną, wielowarstwową opowieść.

Boliwia

Procesja prowadzona przez kolorowo ozdobione samochody

Boliwia

Tancerki w tradycyjnych strojach podczas procesji

Boliwia

Tancerze

Zostawiamy za sobą Potosí i jego górniczy ciężar, który jeszcze przez jakiś czas zdaje się w nas odkładać — jak pył wyniesiony z głębi kopalni.
Droga prowadzi przez krajobraz, który stopniowo traci swoją gęstość. Górskie zbocza, jeszcze niedawno strome i surowe, zaczynają łagodnieć.
Również barwy powoli się zmieniają — z ochry i brunatnych odcieni Andów w coraz bardziej wyblakłą paletę beży i szarości.

Uyuni pojawia się niemal nagle, bez wyraźnego przejścia — jak osada, która nie została zbudowana tyle, co dopasowana do miejsca, w którym się znalazła. Ma w sobie coś z punktu tranzytowego, miejsca przejazdu, do którego się przyjeżdża, ale rzadko zostaje na dłużej.
Ruch turystyczny przeplata się tu z codziennością mieszkańców, a ulice, choć niepozorne, pełnią rolę bramy do jednego z najbardziej surrealistycznych krajobrazów Ameryki Południowej — Salar de Uyuni.
Zanim jednak dotrzemy na samą solną pustynię, zatrzymujemy się jeszcze na obrzeżach miasta. Trafiamy tam na Cmentarzysko Starych Pociągów.

Boliwia

Cmentarzysko Starych Pociągów

Miejsce ma surowy, niemal teatralny charakter, jakby czas zatrzymał się tu w pół zdania.
Zardzewiałe lokomotywy i wagony stoją w pustynnym krajobrazie, powoli oddając się działaniu wiatru, soli i zapomnienia. To przestrzeń, w której technika przegrywa z naturą w sposób wyjątkowo konsekwentny.
Pełni ono dziś rolę skansenu. Wśród piasku i rdzy spoczywają resztki dawnego taboru kolejowego — świadectwo planów stworzenia wielkiego szlaku transportowego do portów Oceanu Spokojnego, które nigdy nie doczekały się realizacji.

Boliwia

W drodze na Salar de Uyuni, zatrzymujemy się w Colchani — niewielkiej wiosce zbudowanej z solnych bloków. Dachy kryte są tu strzechą z lokalnej, suchej trawy.
Tuż za zabudowaniami rozciąga się przestrzeń, która w porze suchej przypomina nieskończoną, spękaną taflę bieli.
Po deszczu zamienia się w gigantyczne lustro, w którym niebo i ziemia zlewają się w jedno.

Boliwia

Colchani — osada z solnych bloków

Pod pokrywą Salar de Uyuni kryją się jedne z największych na świecie zasobów soli — tak ogromne, że trudno przełożyć ich skalę na codzienne wyobrażenia.
Klimat regionu jest równie skrajny jak krajobraz: dni potrafią być ostro słoneczne i zaskakująco chłodne, a noce przynoszą temperatury spadające wyraźnie poniżej zera.
W ciągu doby warunki zmieniają się tu gwałtownie, jakby cały krajobraz przełączał się w inny tryb funkcjonowania.

Boliwia

Przy krawędzi solniska trwa zbiór soli

Boliwia

Kopce soli gotowe do wywiezienia

Boliwia

Ojos del Salar — oczka wodne solniska, gdzie spod warstwy soli wybija woda

Salar de Uyuni, położone na wysokości ponad 3 600 m n.p.m., jest największym solniskiem świata i jednym z najbardziej rozpoznawalnych krajobrazów Altiplano.
To miejsce, w którym horyzont wydaje się tracić sens, a przestrzeń stopniowo zamienia się w czystą abstrakcję.
Zaledwie kilka kilometrów od krawędzi solniska znajduje się schronisko Comedor de Sal, wzniesione z bloków soli.
Dla wielu podróżnych jest ostatnim śladem zwyczajnego świata, zanim biała przestrzeń pochłonie horyzont.

Boliwia

Comedor de Sal — ostatnie toalety w promieniu dziesiątek kilometrów

Boliwia

Zabudowania wykonane niemal w całości z bloków soli

Boliwia

Wyspa Incahuasi leży niemal pośrodku salaru. Podobnie jak inne „wyspy” wyłaniające się z tej białej pustyni, stanowi wierzchołek dawnego wulkanu, który niegdyś znajdował się pod wodą.
Około 40 000 lat temu cały ten obszar był częścią ogromnego jeziora śródlądowego, znanego jako Ballivián.
Incahuasi porastają gigantyczne kaktusy, osiągające nawet 13 m wysokości i liczące sobie setki lat. Stoją tu jak milczący strażnicy czasu, niewzruszone tym, że wokół nich zmienia się wszystko poza nimi samymi.

Boliwia

Boliwia

Wyspa Incahuasi

Boliwia

Boliwia

Na horyzoncie widać masywy górskie, które zdają się unosić w powietrzu

Pod warstwą soli znajduje się silnie zasolona woda, czyli solanka. Sama pokrywa osiąga miejscami nawet 30 metrów grubości, co pozwala na poruszanie się po niej ciężkimi pojazdami — choć jazda po tej białej tafli zawsze budzi pewien respekt.

Boliwia

Boliwia

W iskrzącej bieli dnia i mroźnych nocach solnisko przypomina zamarznięte jezioro

Boliwia

Po południu docieramy do osady Chuvica po drugiej stronie solniska. Po zachodzie słońca temperatura gwałtownie spada poniżej zera, jakby cały krajobraz przełączono w energooszczędny tryb nocny.
W schronisku zbudowanym z bloków soli czekają grube, wełniane derki — ciężkie jak stare wojskowe koce, pod którymi trudno się poruszyć, ale jeszcze trudniej z nich zrezygnować. Najważniejsze, że trzymają ciepło.
O 3:00 w nocy następuje pobudka i bardzo skromne śniadanie, a o 4:00 ruszamy w kierunku granicy boliwijsko–chilijskiej. Przed nami 12-godzinna podróż przez Park Narodowy Eduardo Avaroa.

Boliwia

Księżyc wciąż stoi wysoko na niebie, a słońce dopiero budzi się do dnia

Boliwia

Boliwia

Aktywny wulkan Ollagüe (5 870 m), położony na granicy Boliwii i Chile

Park Narodowy Eduardo Avaroa rozciąga się na wysokościach przekraczających 4 000 m n.p.m., w pobliżu jednego z najsuchszych miejsc na Ziemi — pustyni Atakama. Opady są tu minimalne, ledwie zauważalne w skali roku, co sprawia, że krajobraz nabiera niemal księżycowego charakteru.
A jednak nawet w tych warunkach istnieje życie — podtrzymywane przez bezodpływowe, słone jeziora zasilane wodami lodowcowymi i sporadycznymi opadami.

Boliwia

Boliwia

Flamingi w lagunie Cañapa

Park zachwyca niezwykłą różnorodnością krajobrazów i należy do najczęściej odwiedzanych obszarów chronionych Boliwii. Stanowi schronienie dla wielu gatunków zwierząt — w tym flamingów, lam i dzikich guanako — które zdają się idealnie dopasowane do surowych warunków Altiplano.

Boliwia

Laguna Hedionda

Boliwia

Laguna Honda

Na skalistych zboczach rośnie yareta — niezwykła, poduszkowata roślina endemiczna Andów, występująca na wysokościach od 3 500 do ponad 5 000 m n.p.m. Jej powolny wzrost sprawia, że pojedyncze okazy mogą mieć setki lat, a ich forma bardziej przypomina zielone bryły skalne niż rośliny.

Boliwia

Yareta

Boliwia

Krajobraz pustyni Siloli

Jedną z najbardziej rozpoznawalnych formacji pustyni Siloli jest tak zwane Skalne Drzewo (Árbol de Piedra). Ta naturalna rzeźba, ukształtowana przez wiatr, ma charakterystyczny pień zwężający się ku podstawie, dzięki czemu rzeczywiście przypomina samotne drzewo. Stoi pośród krajobrazu, który wygląda tak, jakby ktoś starannie usunął z niego wszystko zbędne.

Boliwia

Formacje skalne na pustyni Siloli

Boliwia

Skalne Drzewo

Laguna Colorada jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc Parku Narodowego Eduardo Avaroa. Ten niemal nierzeczywisty akwen zawdzięcza swoją nazwę barwie wody, która mieni się odcieniami miedzi i czerwieni.
To efekt obecności minerałów oraz glonów, które w tych ekstremalnych warunkach tworzą własną, nieco surrealistyczną paletę. Dodatkowego charakteru nadają jezioru białe wyspy boraksu oraz brodzące w karmazynowej toni kolonie różowych flamingów, które wyglądają jak żywe akcenty na starannie skomponowanym obrazie.

Boliwia

Boliwia

Laguna Colorada

Boliwia

Para Magelanek Andyjskich

Wkrótce trafiamy do gejzerów Sol de Mañana („Poranne Słońce”), położonych na wysokości około 4 850 m n.p.m. To rozległe pole geotermalne, pełne błotnych zbiorników i fumaroli, które najefektowniej prezentuje się o świcie, gdy zimne powietrze spotyka się z gorącą energią wnętrza ziemi.
Wówczas z gruntu potrafią wybuchać potężne kłęby pary, tworząc spektakl jak z czasów, gdy Ziemia była jeszcze młodą planetą.

Boliwia

Sol de Mañana

Boliwia

Fumarole

Docieramy jednak w środku dnia, kiedy krajobraz wycisza się i odsłania swoją mniej widowiskową, ale bardziej surową naturę: bulgoczące źródła błotne, dymiące szczeliny i sporadyczne smugi pary, które leniwie unoszą się nad ziemią.

Boliwia

Bulgoczące źródło błotne

Następny etap podróży prowadzi do Termas de Polques. Kąpiel w gorących źródłach przynosi nie tylko chwilę odprężenia, ale też zaskakujące poczucie harmonii z ascetyczną scenerią Altiplano.
Ciepła woda daje przyjemne wytchnienie pośród chłodnego, rozrzedzonego powietrza, a wokół rozciąga się przestrzeń, która bardziej przypomina geologiczną scenografię niż miejsce odpoczynku.

Boliwia

Boliwia

Basen z ciepłą wodą geotermalną

Przejeżdżamy przez niezwykły, niemal surrealistyczny krajobraz zwany „pustynią Salvadora Dalí” — miejsce, które wygląda tak, jakby natura sama posłużyła się językiem jego obrazów.

Boliwia

Desierto de Salvador Dalí

Boliwia

Pustynia Salvadora Dalí

Ostatnie dwa jeziora na naszej trasie znajdują się tuż przy przejściu granicznym między Boliwią a Chile.
Pierwszym z nich jest Laguna Verde — Zielona Laguna, której barwa zmienia się od turkusu po głęboki szmaragd w zależności od wiatru i wzburzenia osadów mineralnych. Jej specyficzny skład sprawia, że nie pojawiają się tu flamingi, które wolą mniej wymagające chemicznie warunki.
Spotkać je można w sąsiedniej Lagunie Blanca, położonej nieco wyżej, gdzie inny skład wody nadaje jezioru zupełnie odmienny charakter.

Boliwia

Laguna Verde

Laguna Verde, położona u stóp wulkanu Licancabur (5 920 m n.p.m.), domyka tę część podróży widokiem tak symetrycznym i spokojnym, że cały krajobraz zdaje się na chwilę zamierać.

Boliwia

Laguna Blanca

Po wielu godzinach jazdy przez piaszczyste bezdroża docieramy do granicy, całkowicie pokryci pyłem.
Nawet moje nowe, wikuniowe futerko nie oparło się kurzowi Altiplano.
Boliwijski kierowca wraca do Uyuni, więc oddajemy mu pozostałe zapasy suszonych liści koki — do Chile ich wwozić nie wolno.
Tak kończy się kolejny etap drogi, w którym granice państw okazują się mniej wyraźne niż granice między snem a rzeczywistością.

Chile

Wkrótce docieramy do San Pedro de Atacama.
Miasteczko położone jest w oazie pośrodku pustyni, gdzie bezkres piasku niespodziewanie przechodzi w niską, spokojną zabudowę i skrawki zieleni.

Chile

Atakama

Jedną z najpopularniejszych atrakcji w San Pedro de Atacama jest Valle de la Luna (Dolina Księżycowa). To fragment Atakamy o niezwykłych formacjach skalnych, które wiatr przez lata cierpliwie rzeźbił w zboczach i grzbietach wzgórz.

Chile

Dolina Księżycowa — Valle de la Luna

Chile

Wąwóz prowadzący do Doliny Śmierci

Chile

Atakama

Przed zachodem słońca zajmujemy miejsce na szczycie niewielkiego wzniesienia. Z punktu widokowego pośród skał możemy spokojnie przyjrzeć się otoczeniu, które przez cały dzień nie przestawało nas zaskakiwać.
Dolina Księżycowa wygląda jak fragment innego świata. Wszędzie wokół wyrastają fantazyjne formacje wyrzeźbione przez wiatr w piasku i skale.

Chile

Ich niezwykłe kształty szybko wyjaśniają, skąd wzięła się nazwa tego miejsca — łatwo doszukać się w nich podobieństwa do powierzchni Księżyca.
Siedzimy więc w ciszy na naturalnym skalnym tarasie i obserwujemy, jak słońce powoli zbliża się do horyzontu.

Chile

Chile

Wraz z ostatnimi promieniami dnia wszystko zaczyna się zmieniać.
Obserwujemy, jak czerwone światło powoli zalewa dolinę, żegnając kolejny dzień podróży. Dolina Księżycowa przechodzi zaskakującą metamorfozę — na moment traci swój księżycowy charakter i zaczyna przypominać fragment Marsa.
Skały nabierają głębokich odcieni czerwieni i pomarańczu, a cienie wydłużają się między skalnymi grzbietami. Jeszcze przed chwilą wszystko wydawało się suche i surowe, a teraz sprawia wrażenie rozgrzanego do czerwoności.

Chile

„Dolina Marsa”

Trudno o lepsze zakończenie dnia. Ten widok zatrzymuje mnie na chwilę dłużej niż zwykle. A to nie zdarza się często — zazwyczaj podziwiam świat z należytą uwagą, ale bez przesadnego zachwytu.

Zostawiamy za sobą pustynię Atakama. Jeszcze przez chwilę zza okien samolotu obserwujemy bezkresne pasma gór i pustynne równiny, które przez ostatnie dni wyznaczały rytm naszej podróży.
Gdy zbliżamy się do Santiago, krajobraz ponownie się zmienia. Suche odcienie pustyni ustępują miejsca zieleni, a na horyzoncie pojawiają się ośnieżone szczyty Andów.
To one jako pierwsze witają przybyszy zmierzających do chilijskiej stolicy.
Santiago zostało założone przez Hiszpanów w 1541 roku pod nazwą Santiago del Nuevo Extremo. Dziś jest największym miastem Chile oraz politycznym, gospodarczym i kulturalnym centrum kraju.
Leży w szerokiej dolinie rzeki Mapocho i mimo że pulsuje energią nowoczesnej metropolii, natura pozostaje wciąż w jego pobliżu. Wystarczy spojrzeć ponad dachami budynków.
Santiago jest również miejscem, w którym łatwo dostrzec kolejne warstwy historii Chile. Kolonialne budynki sąsiadują z nowoczesną zabudową, a place, muzea i zabytki układają się w opowieść o kraju łączącym wpływy rdzennych kultur, hiszpańskiego imperium i współczesnej Ameryki Południowej.

Chile

Stara Hala Targowa

Chile

Neoklasycystyczna Katedra Miejska

Chile

Palacio de la Moneda — siedziba prezydenta i władz państwowych

Chile

Gdy kwitną jakarandy, uliczki w centrum nabierają wyjątkowego uroku

Wzgórze Cerro San Cristóbal, znane pierwotnie jako Tupahue, wznosi się około 300 m ponad poziom miasta. Ze szczytu Santiago przypomina ogromną makietę ustawioną pod ścianą gigantycznych Andów.

Chile

Santiago de Chile widziane ze wzgórza San Cristóbal

Ze wzgórza zjeżdżamy do dzielnicy Bellavista kolejką linową Funicular de Santiago, która wozi mieszkańców i turystów już od 1925 roku.
Ta część miasta uchodzi za jego artystyczne serce — pełna jest restauracji, butików i galerii, a swoją energię zawdzięcza obecności artystów, intelektualistów i ludzi, którzy najwyraźniej uznali, że sen jest w życiu opcjonalny.
Wieczorem Bellavista zmienia rytm. Muzyka wylewa się z barów i klubów, ulice ożywają, a nocne życie trwa często do trzeciej nad ranem, jakby miasto nie uznawało czegoś takiego jak „koniec dnia”.

Chile

Uliczne bary na Pío Nono w Bellavista

Podróż przez Peru, Boliwię i Chile była czymś więcej niż tylko przemieszczaniem się między kolejnymi punktami na mapie. Każdy dzień przynosił nowe krajobrazy, spotkania i historie, które układają się w mojej pluszowej pamięci w coś na kształt bardzo długiego, intensywnego snu — tyle że całkowicie realnego.
Odkrywanie kultur Paracas, Nazca i Inków odsłaniało kolejne warstwy historii, a spotkania z ludźmi i odwiedzane miejsca sprawiały, że przestawała ona być tylko odległą przeszłością.

Chile

Instalacja z walizek w hali lotniska Comodoro Arturo Merino Benítez

Jest jeszcze jedna dobra wiadomość.
Operacja złamanej ręki Mojej Basi przebiegła pomyślnie, a lekarze wykonali swoją pracę znakomicie. Teraz pozostaje już tylko cierpliwie przejść przez rehabilitację i pozwolić naturze zrobić resztę.
To proces wymagający czasu, ale wszystko wskazuje na to, że ręka stopniowo odzyska pełną sprawność.
A skoro nawet tak nieoczekiwany problem udało się zostawić za nami, możemy wracać do domu z poczuciem, że ta południowoamerykańska przygoda dobiegła końca szczęśliwiej, niż mogliśmy przypuszczać jeszcze kilkanaście dni wcześniej.


Klocek