Argentyna i Chile
Grudzień 2012
Tym razem ruszamy do nieco chłodniejszego zakątka świata, który już samą nazwą obiecuje wielkie przestrzenie i jeszcze większe emocje — do Patagonii.
Ten rozległy region rozciąga się po obu stronach Andów, na terytorium Argentyny i Chile.
Natura wydaje się tutaj wyjątkowo konsekwentna w swoim zamiłowaniu do skrajności. Lodowce sąsiadują z suchymi stepami, wietrzne szczyty odbijają się w spokojnych jeziorach, a krajobrazy są czymś w rodzaju naturalnego teatru, w którym scenografia zmienia się z każdym kilometrem.
Argentyna
Nasza przygoda rozpoczyna się jednak nie wśród lodowców i gór, lecz w Buenos Aires.
Już po wylądowaniu okazuje się, że pierwsze wyzwanie tej wyprawy pojawia się szybciej, niż się spodziewaliśmy. Na taśmie bagażowej nie pojawia się torba mAT'a.
Zgłaszamy zaginięcie w odpowiednim biurze, gdzie pracownicy z godnym podziwu spokojem zapewniają nas, że bagaż zostanie dostarczony do hotelu natychmiast po odnalezieniu. Brzmi uspokajająco. Problem polega na tym, że już jutro rano mamy znaleźć się niemal na krańcu świata.
Tymczasem Buenos Aires wita nas deszczem. mAT ma ze sobą jedynie lekki bawełniany pulower, który jeszcze kilka godzin wcześniej wydawał się całkowicie wystarczający. Teraz jego przydatność wyraźnie maleje.
Moja Basia natychmiast wyciąga z tej sytuacji praktyczne wnioski. Od tej chwili kurtka przeciwdeszczowa trafia do bagażu podręcznego, a najważniejsze rzeczy mają być rozdzielane pomiędzy dwa bagaże, tak żeby jedna pechowa walizka nie decydowała o całej logistyce wyprawy.
Serdecznie witamy w Argentynie
Skoro jednak bagażu nie możemy odnaleźć samodzielnie, pozostaje nam zająć się miastem.
Historia Buenos Aires sięga 1536 roku, gdy Hiszpanie założyli tutaj osadę o nazwie Ciudad de la Santísima Trinidad y Puerto de Nuestra Señora Santa María de los Buenos Aires. Wypowiedzenie tej nazwy zajmuje prawdopodobnie więcej czasu niż wznoszenie pierwszych chat.
Osada nie przetrwała jednak długo. Konflikty z miejscową ludnością doprowadziły do jej opuszczenia. Dopiero kilkadziesiąt lat później miasto założono ponownie. Tym razem z większym powodzeniem. Z biegiem lat Buenos Aires rosło w siłę, stając się najważniejszym ośrodkiem regionu, a później stolicą niepodległej Argentyny.
Stary ratusz na Plaza de Mayo
Sercem miasta pozostaje Plaza de Mayo. To właśnie tutaj zaczynała się historia pierwszej osady, a kilka stuleci później rozegrały się wydarzenia, które odmieniły losy kraju.
W maju 1810 roku rozpoczęły się procesy, które kilka lat później doprowadziły do uzyskania niepodległości. Na pamiątkę pierwszej rocznicy tych wydarzeń wzniesiono Pirámide de Mayo — skromny obelisk, uwieńczony figurą symbolizującą wolność, który z czasem stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta i kraju.
Wolność na szczycie obelisku, jakby pilnowała miasta
Teatr Narodowy Cervantesa
Teatr Kolumba
Nie sposób też nie zauważyć El Obelisco, czyli słynnego obelisku wzniesionego w 1936 roku. Stoi doskonale widoczny na szerokiej alei.
Powstał dla uczczenia 400-lecia pierwszego założenia miasta. Dziś jest bardziej punktem orientacyjnym niż pomnikiem historycznym.
Wystarczy powiedzieć „przy Obelisku”, a niemal każdy mieszkaniec będzie wiedział, gdzie się spotkać.
El Obelisco
Apteka La Estrella: pionierka miejskiej farmacji
Po mieście poruszamy się najczęściej metrem. Szczególną przyjemność sprawia przejazd historycznym wagonem linii A.
Wnętrza z drewna, charakterystyczny zapach i delikatne skrzypienie sprawiają, że przez chwilę podróż przypomina wizytę w ruchomym muzeum.
Mam wrażenie, że nawet czas płynie tu odrobinę wolniej.
Metro z 1913 roku: wersja retro w pełnym wydaniu
Później docieramy do La Boca — dzielnicy portowej, która wygląda tak, jakby ktoś zebrał wszystkie pozostałości farb z okolicznych stoczni i uznał, że to wystarczający plan urbanistyczny.
I rzeczywiście, jest w tym sporo prawdy.
Powstawały tutaj charakterystyczne conventillos — domy budowane przez ubogich imigrantów, głównie przybywających z Włoch. Wznoszono je z materiałów dostępnych pod ręką, często wykorzystując farby i blachy pochodzące ze starych statków. Wykorzystywano po prostu wszystko, co akurat udało się zdobyć.
El Caminito — turystyczne serce La Boca
El Caminito
Efekt okazał się na tyle udany, że dziś kolorowe fasady należą do najbardziej rozpoznawalnych symboli Buenos Aires.
Warunki życia były skromne. W niewielkich pokojach mieszkały całe rodziny, dzieląc wspólne kuchnie i łazienki.
Mimo to okolica tętniła życiem. Mieszały się języki, zwyczaje i muzyka przywieziona z różnych stron świata.
Domy z blachy falistej — znak rozpoznawczy La Boca
Wieczorem trafiamy na pokaz Piazzolla Tango w Galerii Güemes. I tu Buenos Aires na chwilę przestaje być miastem, a staje się sceną. Tancerze poruszają się tak, jakby grawitacja była tylko sugestią, nie prawem fizyki. Trudno oderwać wzrok — i jeszcze trudniej uwierzyć, że to „tylko” taniec.
Wracamy wczesnym wieczorem. Zaginiony bagaż wciąż się nie odnalazł.
Rano czeka nas lot do Ushuaia — miasta położonego niemal na krańcu świata. Nawet w środku lata temperatury potrafią tam oscylować wokół 10 °C. Bez odpowiednich ubrań perspektywa tej podróży zaczyna wyglądać nieco mniej romantycznie.
Wylot o czwartej rano oznacza pobudkę właściwie w środku nocy — wyjazd z hotelu już o pierwszej. Kładziemy się więc wcześnie. Moja Basia i ja zasypiamy błyskawicznie. mAT pozostaje jednak na posterunku. Ubrany, gotowy do drogi i wciąż przekonany, że walizka może pojawić się w każdej chwili. Co jakiś czas zapada jedynie w krótkie drzemki, zawieszone gdzieś pomiędzy zmęczeniem a nadzieją.
I wtedy, około północy, ciszę przerywa telefon z recepcji.
Bagaż się odnalazł.
Dokładnie wtedy, gdy zaczynaliśmy już oswajać się z myślą, że dalszą drogę odbędziemy bez niego.
Za godzinę ruszamy dalej, już z pełnym ekwipunkiem. Teraz możemy wreszcie skupić się na tym, po co tu przyjechaliśmy — na Patagonii.
Ushuaia od lat reklamuje się jako najbardziej wysunięte na południe miasto świata. Trudno więc przejść kilka kroków, nie natykając się na hasło „koniec świata”. Jest w tym oczywiście odrobina marketingu, ale tylko odrobina.
Po drugiej stronie Kanału Beagle znajduje się chilijskie Puerto Williams, położone jeszcze dalej na południe. Problem polega na tym, że według chilijskiego prawa nie jest ono miastem, lecz wsią. Dzięki temu Ushuaia może nadal nosić tytuł najbardziej na południe wysuniętego miasta świata i przyciągać podróżników, którzy lubią sprawdzać, co znajduje się na końcu mapy.
Lot na „koniec świata”
Ushuaia — tu zaczyna się i kończy świat
Sama nazwa miasta jest znacznie starsza niż wszystkie turystyczne slogany. Pochodzi z języka Indian Jaganów (Yámana), rdzennych mieszkańców tej części Ziemi Ognistej, i oznacza „zatokę w głębi” lub „zatokę w tle”.
Nazwa wydaje się wyjątkowo trafna. Miasto rzeczywiście leży nad spokojną zatoką, otoczone górami i wodami Kanału Beagle.
Jednym z najbardziej charakterystycznych widoków Ushuaia pozostaje wrak statku St. Christopher. Jednostka osiadła na mieliźnie w 1957 roku i z czasem stała się jednym z symboli miasta.
Od dziesięcioleci cierpliwie pozuje do tysięcy zdjęć, stając się obowiązkowym elementem niemal każdej pocztówki z końca świata.
St. Christopher
O moją odpowiednią garderobę zadbały wyśmienite projektantki mody — Kacha i Niutella. Dzięki nim jestem przygotowany na niemal każdą pogodę, a tutejsza aura potrafi zmieniać zdanie z imponującą częstotliwością. Oprócz ubrań, toreb i różnych podróżnych akcesoriów otrzymałem również coś wyjątkowego — „Pamiętnik Klocka”.
To niewielka książeczka, w której moi „niepluszowi” wpisali już kilka wspomnień. Teraz zbieram w niej stemple z kolejnych odwiedzanych miejsc. Powoli zamienia się w kronikę podróży, która zajmuje znacznie mniej miejsca niż bagaż mAT'a i, jak dotąd, jeszcze się nie zagubiła.
W budynku Informacji Turystycznej panuje spory ruch. Wielu odwiedzających ustawia się w kolejce po pieczątkę z „końca świata”, więc i my cierpliwie czekamy na swoją kolej.
Gdy docieramy do biurka, mAT wyciąga mój pamiętnik i pyta pracownicę, czy udałoby się wbić stempel w tak niewielką książeczkę.
Przez chwilę wygląda na zaskoczoną. Używane tutaj pieczątki są całkiem spore, a podobna prośba najwyraźniej nie zdarza się często. Sytuacja zmienia się jednak, gdy mAT wyjaśnia, że należy do mnie.
Z wyraźnym zachwytem ogląda go, a po chwili pyta, czy może zrobić nam zdjęcie. Oczywiście się zgadzam. Jak się okazuje, nigdy wcześniej nie gościł u niej podróżujący niedźwiadek z własnym plecakiem i notatnikiem.
Po krótkiej sesji fotograficznej wybiera najmniejszy spośród dostępnych stempli i z dużą ostrożnością odbija go na dwóch stronach mojej książeczki.
Teraz mogę oficjalnie uznać, że dotarłem na koniec świata.
Stempel z Ushuaia
Ushuaia rozciąga się nad brzegiem Kanału Beagle, u stóp Kordyliery Darwin — najbardziej na południe wysuniętej części Andów. Wystarczy spojrzeć ponad dachami miasta, by dostrzec góry, które nieustannie przypominają o swojej obecności.
Jednym z najlepiej widocznych szczytów jest Martial. Na jego zboczach znajduje się niewielki lodowiec o tej samej nazwie, położony zaledwie kilka kilometrów od centrum miasta. To nie tylko popularny cel wycieczek, ale także ważne źródło wody pitnej dla mieszkańców Ushuaia.
Bukany (buki południowe)
Okoliczne stoki porasta magellański las subpolarny. Rosną tu między innymi bukany, czyli buki południowe.
Ich kora od razu zwraca moją uwagę. Przypomina brzozę, ale wygląda tak, jakby ktoś odwrócił kolory. Brzoza w negatywie — to chyba najtrafniejsze porównanie.
W drodze do lodowca Martial
Wąskotorowa kolej Ferrocarril Austral Fueguino, uznawana za najbardziej na południe położoną linię kolejową świata, należy do największych atrakcji okolicy. Nieprzypadkowo nosi przydomek „Pociągu na końcu świata”. Dawniej przewożono nią zaopatrzenie pomiędzy osadą, portem i więzieniem funkcjonującym na obrzeżach miasta. Dziś wozi już wyłącznie turystów, ale historia tej części Ziemi Ognistej wciąż jest w niej wyraźnie obecna.
Zajmujemy miejsca na drewnianych ławkach w ciasnym przedziale. Komfort podróży najwyraźniej nie był najważniejszym punktem projektu, ale widoki szybko każą o tym zapomnieć. Pociąg rusza powoli, a za oknami przesuwają się surowe, wietrzne krajobrazy — bardzo różne od wszystkiego, co widzieliśmy do tej pory.
Po drodze zatrzymujemy się kilka razy. Jest dość czasu, by rozprostować łapy, odetchnąć chłodnym powietrzem i przez chwilę nacieszyć się otaczającą przyrodą.
„Pociąg na końcu świata“
Park Narodowy Ziemi Ognistej
Kolejnym magnesem na trasie jest zatoka Ensenada nad Kanałem Beagle. To właśnie tutaj działa słynny Urząd Pocztowy „Na końcu świata”.
Przed niewielkim budynkiem ustawia się długa kolejka chętnych. Można stąd wysłać list lub pocztówkę opatrzone charakterystycznym stemplem potwierdzającym, że przesyłka rzeczywiście wyruszyła stąd, z końca świata.
Ensenada w surowym krajobrazie Kanału Beagle
Urząd Pocztowy „Na końcu świata”
Kanał Beagle
Nasza podróż prowadzi dalej do zatoki Lapataia. To właśnie tutaj kończy się argentyńska droga krajowa nr 3, a wraz z nią słynna Droga Panamerykańska, łącząca Alaskę z Ziemią Ognistą.
Przy tablicach wyznaczających koniec trasy nie brakuje chętnych do zdjęć. Trudno się dziwić — to jedno z tych miejsc, do których wielu podróżników stara się dotrzeć od lat. Nic więc dziwnego, że również tutaj często pojawia się określenie „koniec świata”.
Bahía Lapatia z widokiem na Cerro Cóndor
Wybrzeże wyspy Isla Martillo
Naszym domem na najbliższe dni staje się Stella Australis — „Gwiazda Południa”. To niewielki statek kursujący pomiędzy Ushuaia w Argentynie a chilijskim Punta Arenas, największym miastem Patagonii.
Trasa prowadzi przez labirynt patagońskich fiordów, a program rejsu obejmuje między innymi okolice legendarnego Przylądka Horn oraz wyprawy w rejon Ziemi Ognistej i Parku Narodowego Alberto de Agostini.
Stella Australis
W oddali światła Puerto Williams
Chile
Wczesnym rankiem docieramy w pobliże Przylądka Horn. Pogoda nie pozostawia złudzeń, że jesteśmy w Patagonii. Pada deszcz, wiatr szarpie statkiem, a fale osiągają około 5 m wysokości. O zejściu na ląd nie ma nawet mowy.
Kapitan postanawia jednak zrobić pasażerom niespodziankę. Choć opłynięcie Horn nie znajduje się w standardowym programie rejsu, kieruje statek wokół wyspy. To wyjątkowy moment, bo wody otaczające przylądek oraz pobliska Cieśnina Drake'a należą do najbardziej wymagających akwenów świata.
Gdy tylko opuszczamy osłonięte fiordy i wpływamy na otwarte morze, zaczyna się prawdziwe przedstawienie. Stella Australis wspina się na fale i natychmiast z nich opada. W barze słychać brzęk tłuczonego szkła — kieliszki i szklanki przegrywają nierówną walkę z grawitacją. My również nie czujemy się szczególnie pewnie. Z niemałym wysiłkiem docieramy do kabiny, gdzie, leżąc na łóżkach, czekamy, aż statek ponownie schroni się w spokojniejszych wodach fiordów.
Przylądek Horn
Kolejny przystanek znajduje się na wyspie Navarino, w zatoce Wulaia. Zanim pojawili się tutaj Europejczycy, istniała jedna z największych osad Indian Jaganów. Pogoda nadal pozostaje wierna patagońskim standardom — pada i wieje silny wiatr, bez żadnych oznak poprawy. Mimo to schodzimy na ląd.
Ścieżka prowadzi przez nasiąknięty deszczem las do punktu widokowego Mirador Bahía Wulaia. Po drodze mijamy liczne tamy i żeremia bobrów. Gatunek sprowadzono w 1946 roku z zamiarem rozwinięcia łowiectwa i wzbogacenia ubogiej fauny regionu. Plan okazał się aż nazbyt skuteczny. Zaledwie 25 par, pozbawionych naturalnych wrogów i żyjących w sprzyjających warunkach, rozmnożyło się do populacji liczonej dziś w setkach tysięcy, a według niektórych szacunków nawet do około 1 mln osobników. Efekty ich działalności są widoczne niemal na każdym kroku i stanowią poważne obciążenie dla ekosystemów Ziemi Ognistej.
Przy dobrej pogodzie z Mirador Bahía Wulaia można podobno podziwiać jedną z najpiękniejszych panoram regionu. Nam pozostaje uruchomić wyobraźnię — chmury skutecznie zasłaniają większość widoków, pozostawiając jedynie fragmenty fiordów tonących w deszczu.
Widok na zatokę Wulaia
Następnego dnia budzę się i przez okno widzę zupełnie inną Patagonię. Stella Australis stoi zakotwiczona w zatoce Fitton, w malowniczym fiordzie Agostini. Świeci słońce, na niebie piętrzą się białe cumulusy, a rześkie powietrze zachęca do wyjścia na pokład.
Trudno o lepsze warunki do odkrywania tych surowych zakątków świata.
Fiord Agostini
Po zejściu na ląd wędrujemy wzdłuż kamienistej plaży, a następnie zagłębiamy się w patagoński las. Po pewnym czasie docieramy do celu — czoła imponującego lodowca Águila.
U jego stóp rozlewa się niewielkie jezioro wypełnione krystalicznie czystą wodą. Błękit lodu kontrastuje z ciemnymi skałami i zielenią lasu, tworząc krajobraz wyglądający jak żywcem wyjęty z pocztówki.
Plaża w Parku Narodowym Alberto de Agostini
Lodowiec Águila
W lesie czuję się jak w domu
Czoło lodowca Águila
Ostatnim przystankiem rejsu jest Isla Magdalena, położona w Cieśninie Magellana. Wyspa znajduje się pod ochroną i słynie przede wszystkim z ogromnej kolonii pingwinów magellańskich.
Żyje tu około 60 000 par lęgowych tych sympatycznych ptaków, a obok nich występuje również wiele innych gatunków ptaków morskich. Warunki życia nie należą do łatwych. Średnia temperatura wynosi zaledwie kilka stopni powyżej zera, a pogoda potrafi zmieniać się szybciej niż kulisy w teatrze.
Cieśnina Magellana
Park Narodowy Isla Magdalena
Mewa południowa
Przed zejściem na ląd świeci piękne słońce. mAT uznaje więc, że spodnie sztormowe nie będą potrzebne. Patagońska aura natychmiast postanawia udowodnić mu, jak bardzo się myli. Ledwie opuszczamy pokład, a z nieba zaczyna padać marznący deszcz. Kilkanaście minut później jego dżinsy są kompletnie przemoczone. Patagonia wygrywa kolejną rundę.
Na wyspie obowiązuje specjalny „pingwinowy kodeks”. Turyści mogą poruszać się wyłącznie wyznaczonymi ścieżkami, natomiast pingwiny nie muszą przejmować się żadnymi regulaminami. Kiedy maszerują pomiędzy morzem a swoimi gniazdami, mają absolutne pierwszeństwo — człowiek grzecznie czeka, aż przejdą.
Nie wolno ich dotykać ani głaskać, ale same pingwiny najwyraźniej nie zostały poinformowane o konieczności zachowania dystansu. Co bardziej ciekawskie osobniki podchodzą niemal pod same nogi, przyglądają się uważnie przybyszom, a czasem nawet skubią spodnie, najwyraźniej prowadząc własne badania naukowe nad dziwnymi stworzeniami, które od czasu do czasu przypływają tu statkami.
Kolonia pingwinów Magellańskich
Sąsiedzka pogawędka
Ostatnia próba przed „Szansą na sukces”
Home Sweet Home
Punta Arenas leży dziś w miejscu, które jeszcze niedawno pełniło zupełnie inną funkcję. Zanim pojawiły się eleganckie kamienice, sklepy i gwarne ulice, działał tu obóz karny.
Z czasem osada zaczęła nabierać znaczenia jako jeden z dwóch wolnych portów Chile. Rozwój napędzały odkryte w okolicy złoża węgla kamiennego oraz rozwijająca się hodowla owiec, sprowadzonych tu przez brytyjskich osadników.
Dziś Punta Arenas jest największym miastem Patagonii i najbardziej na południe wysuniętym dużym ośrodkiem miejskim Chile.
Widok z punktu Cerro de la Cruz
Spacerując po centrum, trafiamy na Palacio Sara Braun. Ta okazała rezydencja należała niegdyś do jednej z najbogatszych rodzin regionu.
Obecnie mieści się tu ekskluzywny hotel i klub, więc dawny przepych wciąż jest obecny, choć w nieco zmienionej formie.
Palacio Sara Braun
Neoklasyczny budynek Władz Regionalnych
W samym sercu Plaza Muñoz Gamero stoi pomnik Hernando de Magallanesa. Mieszkańcy twierdzą, że dotknięcie stopy jednej z postaci u jego podstawy gwarantuje powrót do Patagonii.
Sądząc po stopniu wypolerowania brązu, wiele osób najwyraźniej traktuje to bardzo poważnie.
Pomnik Hernando de Magellanesa
Po drugiej stronie placu stoi Palacio José Montes Pello. Budynek w stylu włoskiego neoklasycyzmu powstał jako rezydencja jednego z lokalnych pionierów, który dorobił się pokaźnej fortuny.
Od 1966 roku mieści się tu urząd gminy. Trzeba przyznać, że niewiele instytucji publicznych może pochwalić się tak reprezentacyjną siedzibą.
Pałac Jose Montes Pello
Wyruszając w stronę Parku Narodowego Torres del Paine, natrafiamy na ślady znacznie starszej historii. W okolicy znajduje się jaskinia, w której odkryto kości i fragmenty futra mylodona — olbrzymiego, około 4-metrowego leniwca naziemnego, który niegdyś zamieszkiwał Amerykę Południową.
Zwierzę wyginęło na początku holocenu, czyli epoki geologicznej, w której żyjemy do dziś. W pobliżu jaskini odnaleziono również ślady jednej z najstarszych osad ludzkich w Patagonii.
Formacja skalna zwana Diabelskim Krzesłem
Cueva del Milodón
Replika Mylodona w jaskini Cueva del Milodón
Badacze przypuszczają, że do wyginięcia mylodonów i wielu innych przedstawicieli plejstoceńskiej megafauny przyczyniło się połączenie zmian klimatycznych oraz działalności człowieka, w tym polowań prowadzonych przez pierwszych mieszkańców kontynentu.
Odkryto również, że wejście do jaskini zostało w przeszłości częściowo zablokowane. Część badaczy sugeruje nawet, że mylodony mogły być przetrzymywane wewnątrz niczym żywe zapasy mięsa.
Trudno dziś rozstrzygnąć, czy rzeczywiście tak było, ale sama wizja kilkutonowego leniwca czekającego w prehistorycznej spiżarni brzmi dość niezwykle.
Na lunch zatrzymujemy się na estancji Dos Elianas. Tutejsza baranina z grilla bez trudu przekonuje do siebie nawet najbardziej wybrednych smakoszy.
To jednak nie jedyna atrakcja. Możemy przyjrzeć się strzyżeniu owiec, a także pokazowi umiejętności jeździeckich chilijskiego huaso — południowoamerykańskiego odpowiednika kowboja.
Christian — huaso, czyli chilijski kowboj
Antonio pomaga w prowadzeniu gospodarstwa
Moja Basia nawiązuje nowe przyjaźnie
Psia pomoc przy zapędzeniu owiec do „salonu fryzjerskiego”
Na kruciutko, poproszę
Między zabudowaniami, na niewielkiej łączce, zauważamy małego guanako andyjskiego. Podobno został osierocony i znaleziony samotnie na pampie. Nie jestem jednak do końca przekonany do tej historii. Na obu przednich nogach widać wyraźne blizny, jakby wcześniej zaplątał się we wnyki albo doznał jakiegoś urazu.
Kiedy do niego podchodzimy, zwierzak jest wyraźnie niespokojny. Chwieje się na cienkich raciczkach i co chwilę rozgląda wokół. W tym momencie nadchodzi Antonio, niosąc dużą butelkę ze smoczkiem wypełnioną mlekiem.
— Jest głodny — wyjaśnia z uśmiechem.
Po wypiciu solidnej porcji mleka rzeczywiście odzyskuje spokój. Powieki zaczynają mu opadać, a po chwili układa się wygodnie w trawie. Zerka jeszcze w naszą stronę wielkimi, czarnymi oczami, jakby oczekiwał bajki na dobranoc.
Nie ma problemu, maluszku.
Podczas gdy Moja Basia głaszcze go i usypia, ja opowiadam historię o wikunii Pauli, spotkanej kiedyś w Peru. To właśnie ona podarowała mi najcenniejszy skarb — wspaniałe futerko z wikuniowej wełny. Guanako słucha z zainteresowaniem, a przynajmniej bardzo chciałbym wierzyć, że tak jest. W końcu jednak sen okazuje się silniejszy od każdej opowieści. Zwierzak zasypia, a my oddalamy się po cichu, żeby go nie obudzić.
W chacie obok stół jest już nakryty.
Moja Basia usypia małego Guanako
Asado con cuero
Huaso bywają nazywani chilijskimi kowbojami, choć miejscowi zapewne uznaliby takie porównanie za zbyt daleko idące uproszczenie.
Od pokoleń pracują przy stadach i hodowlach, a umiejętność panowania nad koniem stanowi ważną część ich tożsamości.
Christian przygotowuje się do pokazu
Już po kilku minutach staje się jasne, że Christian i jego koń znają się niemal bez słów. Zwierzę reaguje na najdrobniejsze sygnały, a kolejne manewry wykonywane są z taką płynnością, jakby jeździec i koń stanowili jedno ciało.
Trudno ocenić, kto wykonuje większą część pracy — Christian czy jego czworonożny partner. Jedno jest pewne: obaj mają za sobą wiele wspólnie spędzonych godzin.
Koń i jeździec stanowią jakby jedno ciało
Wjeżdżamy do Parku Narodowego Torres del Paine. To miejsce słynie z wyjątkowo silnych wiatrów oraz kapryśnej patagońskiej pogody. W ciągu jednego dnia można tu doświadczyć niemal wszystkich pór roku.
Tym razem mamy jednak szczęście. Jest niemal bezwietrznie, a nad nami rozciąga się pogodne niebo. Takie warunki zdarzają się tutaj naprawdę rzadko.
Ruta 9
Staw Laguna Larga
Każdego roku park odwiedza około 150 000 turystów, a blisko 60 procent z nich przyjeżdża z zagranicy.
Trudno się temu dziwić. Już od pierwszych kilometrów uwagę przyciąga monumentalny masyw Cordillera del Paine, wyrastający niemal pionowo z patagońskiego stepu.
Jezioro Nordenskjöld
Szczyt Paine Grande
Trzy granitowe wieże skalne dominują nad krajobrazem niczym strażnicy tej surowej krainy, a pomiędzy nimi leżą doliny, jeziora oraz przestrzenie tak rozległe, że wzrok bez trudu gubi się gdzieś na horyzoncie.
Szczyt Cuernos Paine
Krajobraz Torres del Paine przecinają liczne jeziora. Wiele z nich zachwyca intensywną, mleczno-turkusową barwą.
To efekt obecności drobniutkich cząstek skalnych, które lodowce przez tysiące lat ścierały z górskich zboczy i pozostawiły w wodzie niczym delikatną zawiesinę.
Jezioro Pehoeé
Najbardziej znanym szlakiem w parku jest około 70-kilometrowa trasa „W”. Jej pokonanie zajmuje zwykle od czterech do sześciu dni, a wielu miłośników trekkingu uważa ją za jedną z najpiękniejszych tras na świecie.
Dla tych, którym wciąż mało patagońskich widoków, przygotowano również szlak „O” — pętlę okrążającą cały masyw Cordillera del Paine. Obejmuje ona trasę „W”, a dodatkowo prowadzi przez bardziej odludne i rzadziej odwiedzane zakątki parku. W sumie do przejścia jest około 110 km.
Torres del Paine to nie tylko spektakularne krajobrazy. Park obejmuje kilka odmiennych ekosystemów, a każdy z nich stanowi dom dla wyjątkowej fauny i flory.
Żyje tu około 25 gatunków ssaków, w tym guanako, pumy oraz zdziczałe konie. Niebo należy natomiast do ponad 115 gatunków ptaków, wśród których króluje majestatyczny kondor wielki.
Guanako andyjskie
Przemierzając kolejne części parku, przejeżdżamy przez cztery główne strefy roślinne. Najpierw rozciągają się patagońskie stepy porośnięte niskimi krzewami i kępami traw, które nieustannie zmagają się z patagońskim wiatrem.
Dalej pojawiają się subandyjskie zarośla wiecznie zielonych krzewów, w tym berberysów. W dolinach rośnie magellański las subpolarny z charakterystycznymi bukanami, a wyżej krajobraz przechodzi w andyjską pustynię, gdzie przetrwają już tylko gatunki odporne na wyjątkowo surowe warunki.
Pola Łubinu
Mimo pozornie surowego charakteru tej krainy kolorów tutaj nie brakuje. Wśród zieleni wyróżniają się drzewa Embothrium coccineum, obsypane intensywnie czerwonymi kwiatami.
Można też spotkać pantofelnika Darwina o niezwykłym kształcie i soczystych barwach oraz całe łany łubinów, które miejscami zamieniają krajobraz w naturalny ogród. Na terenie parku odnotowano również siedem gatunków storczyków.
Widok na Kordylierę Paine i rzekę Rio Grey
Zatrzymujemy się nad rzeką Río Serrano. Jest Wigilia Bożego Narodzenia.
Zanim zasiądziemy do wieczerzy, rozsiadamy się w dużych, wygodnych fotelach ustawionych przed ogromnym oknem. Za szybą rozciąga się patagoński krajobraz skąpany w złotym świetle zachodzącego słońca.
Torres del Paine przy powoli zachodzącym słońcu
Kolejnego dnia ruszamy nad jezioro Grey — jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w całym parku. To właśnie stąd najlepiej można podziwiać imponujący lodowiec Grey, którego jęzor spływa z południowego pola lodowego niczym zamarznięta rzeka.
Droga do punktu widokowego Mirador Lago Grey zaczyna się od przejścia przez niewielki wiszący mostek przerzucony nad rzeką Avutardas. Potem ścieżka prowadzi przez las, a po kilkunastu minutach wychodzimy na szeroką, piaszczysto-kamienistą łachę, która niczym naturalny pomost łączy brzeg z pobliską wyspą.
Wiszący mostek nad rzeką Rio Avutardas
Jezioro Grey
Przy brzegu jeziora kołyszą się oderwane fragmenty lodowca. Idąc w stronę wyspy, doświadczam dość osobliwego zjawiska.
Od strony jeziora napływa lodowaty podmuch, który skutecznie przypomina, że kilka kilometrów dalej znajduje się ogromna masa lodu. Jednocześnie słońce grzeje z pełną mocą. Efekt jest zaskakujący — jedna połowa ciała marznie, jakby ktoś właśnie otworzył drzwi gigantycznej zamrażarki, podczas gdy druga wyraźnie odczuwa pełną moc patagońskiego słońca.
Trudno zdecydować, czy założyć kurtkę, czy ją zdjąć. Patagonia uznaje takie dylematy za normalną część lokalnej atrakcji.
Odłamy lodowe
Katamaran Grey II dowozi turystów pod lodowiec
Punkt widokowy Mirador Lago Grey
Rzeki Avutardas i Grey spotykają się przy jeziorze Grey
Grey jako część wielkiego lodowego systemu Patagonii
Argentyna
Po chilijskim Torres del Paine przychodzi czas na jego argentyński odpowiednik — Park Narodowy Los Glaciares. To jedno z tych miejsc, które regularnie pojawiają się na listach najpiękniejszych obszarów przyrodniczych świata i po przyjeździe szybko staje się jasne, dlaczego.
Park chroni niezwykle różnorodne ekosystemy oraz jeden z najważniejszych obszarów lodowcowych na naszej planecie.
Lago Argentino
Przez ten surowy, górski krajobraz prowadzi nas droga wzdłuż Lago Argentino. Jezioro ma ponad 15 000 lat i jest największym jeziorem Argentyny.
Jego wody zasilają liczne lodowce spływające z Południowego Lądolodu Patagońskiego. Wśród nich znajdują się zarówno potężny lodowiec Upsala — największy w Ameryce Południowej — jak i najsłynniejszy z całej patagońskiej rodziny lodowców: Perito Moreno.
To właśnie Perito Moreno przyciąga tutaj największe tłumy. Lodowiec zajmuje obszar mniej więcej wielkości Poznania — tylko zamiast ulic są pęknięcia lodu i zamiast dachów bezkresna biała tafla. Przed nami rozciąga się na długości blisko 30 km
Swoją popularność zawdzięcza nie tylko imponującym rozmiarom, ale przede wszystkim widowiskowym cieleniom, podczas których ogromne bryły lodu odrywają się od czoła lodowca i z hukiem wpadają do jeziora.
Aby można było bezpiecznie obserwować ten spektakl, na zboczach półwyspu sięgającego niemal pod samą ścianę lodu zbudowano rozległy system platform widokowych. Dzięki nim można znaleźć się zaskakująco blisko lodowca, nie ryzykując spotkania z falami wywołanymi przez spadające do wody lodowe giganty. Trzeba przyznać, że natura przygotowuje tutaj widowisko na naprawdę dużą scenę.
Perito Moreno wyróżnia się jeszcze jedną cechą. W przeciwieństwie do wielu lodowców na świecie nie cofa się w zauważalnym tempie. Jego masa od dziesięcioleci pozostaje stosunkowo stabilna, co w obecnych czasach jest raczej wyjątkiem niż regułą.
Południowe czoło lodowca Perito Moreno ma szerokość ponad 2 km
Wysokość czoła w tym miejscu wynosi około 60 m
Lodowiec jest jednym z 48 lodowców zasilanych przez Południowy Lądolód Patagoński — trzecie co do wielkości pole lodowe na Ziemi, ustępujące jedynie Antarktydzie i Grenlandii.
To właśnie stamtąd nieustannie napływają kolejne masy lodu, które powoli przesuwają się ku jezioru.
Odłam lodowy
Największa aktywność lodowca widoczna jest na jego środkowym odcinku. W tym miejscu pionowa ściana lodu osiąga wysokość od 55 do nawet 77 m.
Stoimy na platformie i wpatrujemy się w błękitną ścianę. Przez dłuższą chwilę nie dzieje się nic. Potem nagle rozlega się głuchy trzask, przypominający odległy grzmot.
Kilka sekund później od lodowca odrywa się fragment wielkości kilkupiętrowego budynku i spada do wody, wzbijając fontanny piany. Lodowiec właśnie rozpoczął kolejny pokaz.
Cielenie lodowca
Z fascynującej, chłodnej Patagonii przenosimy się nagle do zupełnie innego świata. Zamiast lodowców, ośnieżonych szczytów i surowych stepów czeka na nas tropikalna zieleń, wilgotne powietrze i odgłosy dżungli.
Docieramy nad rzekę Río Iguazú, która wyznacza granicę pomiędzy Argentyną i Brazylią. To właśnie tutaj znajdują się jedne z najbardziej widowiskowych wodospadów na świecie — Cataratas del Iguazú.
System kaskad tworzy około 20 dużych i 255 mniejszych wodospadów, rozciągających się na długości blisko 3 km. Większość z nich osiąga wysokość około 64 m, choć niektóre spadają z wysokości nawet 82 m.
Sama nazwa „Iguazú” wywodzi się z języka guarani lub tupi i powstała z połączenia słów „y” — woda oraz „guasu” — wielka. Trudno o trafniejsze określenie.
Już przy pierwszych ścieżkach prowadzących przez las spotykamy miejscowych specjalistów od kontaktów z turystami. Rodzina ostronosów pojawia się dosłownie znikąd i natychmiast rozpoczyna inspekcję okolicy.
Te sympatycznie wyglądające zwierzaki od dawna przywykły do obecności ludzi i doskonale wiedzą, że plecak turysty może kryć rozmaite skarby. Najpierw próbują żebrać, wykorzystując cały arsenał rozczulających spojrzeń. Jeśli to nie działa, potrafią błyskawicznie przejść do bardziej zdecydowanych metod pozyskiwania prowiantu.
Są szybkie, sprytne i najwyraźniej niezbyt przejmują się kwestią własności prywatnej.
Rodzina Ostronosów
Same wodospady można podziwiać zarówno po stronie argentyńskiej, jak i brazylijskiej. W obu krajach znajdują się parki narodowe wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Każda strona oferuje nieco inną perspektywę — argentyńska pozwala podejść niemal nad samą krawędź kaskad, podczas gdy brazylijska zapewnia szerokie panoramy obejmujące większość wodospadów.
W miejscu, gdzie rzeka zbliża się do krawędzi wodospadów, jej szerokość dochodzi do około 4 km. W samym sercu znajduje się najbardziej imponująca część — ogromna kaskada w kształcie podkowy, znana jako Diabelska Gardziel.
Kiedy docieramy na platformę widokową, najpierw słyszymy huk — potężny, jednostajny i wszechobecny. Dopiero po chwili zza unoszącej się mgły wyłania się właściwy sprawca tego zamieszania.
Diabelska Gardziel ma około 150 m szerokości i 700 m długości. Woda spada tutaj z wysokości 82 m, czyli wyżej niż w słynnym wodospadzie Niagara.
Diabelska Gardziel
Stojąc nad samą krawędzią, trudno skupić się na liczbach. Znacznie łatwiej dostrzec drobne kropelki unoszące się w powietrzu, tęcze pojawiające się w słonecznych promieniach i nieustanny huk milionów litrów wody znikających w kłębach piany.
To jeden z tych widoków, którego nie da się w pełni oddać ani zdjęciem, ani filmem. Trzeba po prostu stanąć przy wodospadach i pozwolić, by przemówił sam żywioł.
Od fascynującego Buenos Aires, przez zachwycającą Patagonię, legendarny „koniec świata”, przylądek Horn i niespokojne wody Cieśniny Drake'a, aż po spektakularne wodospady Iguazú — niemal każdy etap tej podróży przynosił miejsca i chwile, które bez wahania mogłyby ubiegać się o miano tych najwspanialszych.
A jednak to wciąż nie koniec naszej południowoamerykańskiej przygody.
Przekraczamy granicę argentyńsko-brazylijską, by spojrzeć na wodospady Iguazú również z drugiej strony rzeki. Mówi się, że Argentyna pozwala podejść do nich niemal na wyciągnięcie ręki, a Brazylia daje możliwość objęcia ich wzrokiem. Wkrótce przekonamy się, ile jest w tym prawdy.
Potem kierujemy się dalej na północ. Czeka na nas Rio de Janeiro — miasto skąpane w słońcu, pełne muzyki, plaż i nieustannej energii. Po chwilach spędzonych wśród lodowców, górskich szczytów i bezkresnych przestrzeni Patagonii będzie to kolejna odsłona Ameryki Południowej, zupełnie inna od wszystkich dotychczasowych.
Klocek
Przeczytaj ciąg dalszy podroży » Brazylia