Brazylia
Grudzień 2012 — Styczeń 2013
Brazylia jest największym państwem Ameryki Południowej i krajem, który bez trudu pobudza wyobraźnię podróżników. Dla jednych oznacza niekończące się plaże i sambę, dla innych Amazonię, piłkę nożną albo karnawał. Nasze pierwsze spotkanie z tym ogromnym krajem ma jednak miejsce z dala od Rio de Janeiro i tropikalnego wybrzeża.
Na granicy Brazylii i Argentyny rzeka Iguaçu tworzy jeden z najbardziej imponujących systemów wodospadów na świecie. Tu rozpoczynamy brazylijski etap naszej podróży.
Żeby przedostać się z argentyńskiej na brazylijską stronę wodospadów, wracamy do Puerto Iguazú, gdzie znajduje się jedyny w okolicy most łączący oba kraje oraz przejście graniczne. Po formalnościach i krótkiej podróży znów jesteśmy wśród wilgotnego, tropikalnego powietrza, wypełnionego szumem spadającej wody.
Większa część kompleksu Cataratas del Iguazú leży po stronie argentyńskiej. To tam powstała rozbudowana sieć ścieżek i platform pozwalających podejść niemal do samej krawędzi wodospadów. W tym miejscu nie tylko się je ogląda, ale wręcz znajduje się w samym środku spektaklu. Strona brazylijska obejmuje zaledwie około jednej piątej całego systemu, ale nadrabia czymś innym. Stąd najlepiej widać jego prawdziwe rozmiary — dopiero z pewnego oddalenia dziesiątki kaskad układają się w jeden potężny krajobraz i łatwiej zrozumieć, dlaczego Iguazú uchodzą za jedne z najpiękniejszych wodospadów świata.
Iguaçu (brazylijska pisownia) — spektakl wody i dżungli w jednym miejscu
Wodospady podzielone są przez liczne większe i mniejsze wysepki
Najbardziej znanym punktem pozostaje oczywiście Garganta del Diablo — Diabelska Gardziel. Aby do niej dotrzeć, trzeba przejść długą betonową kładką prowadzącą przez rzekę. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że ta masywna konstrukcja wygląda trochę jak obce ciało w zdrowym organizmie, odbierając miejscu część jego pierwotnego charakteru.
Spacer kładką prowadzi w pobliże Diabelskiej Gardzieli, skąd w pełni widać skalę tego miejsca. W praktyce oznacza to marsz w stronę, gdzie woda spada nieomal ze wszystkich stron jednocześnie, a powietrze stopniowo zamienia się w gęstą mgłę. Z każdym krokiem huk narasta, rozmowy cichną, a ubrania stają się coraz bardziej mokre. To trochę jak wejście pod gigantyczny prysznic, z tą różnicą, że tutaj nikt nie przewidział kurka do zakręcania wody. Kurtki przeciwdeszczowe, peleryny i wszelkie improwizowane zabezpieczenia sprawiają wrażenie bardzo rozsądnych tylko do momentu dotarcia na koniec pomostu. Potem wszyscy wyglądają podobnie. Mokro. Bardzo mokro.
Co ciekawe, bardziej niż sama woda przeszkadza upał i wilgotność. Powietrze jest ciężkie, ciepłe i nasycone wilgocią niemal do granic możliwości.
Kładka do wnętrza wodospadów
Tukan
Motylek Callicore hesperis na nosie mAT'a.
Teju argentyński
Uistiti białoucha
Łatwo byłoby spędzić tutaj jeszcze kilka dni, wsłuchując się w nieustanny huk spadającej wody.
Brazylia ma jednak dla nas przygotowane zupełnie inne krajobrazy.
Jeśli istnieje miasto, które dla wielu osób stało się symbolem całej Brazylii, to właśnie Rio de Janeiro. Choć jest dopiero drugim co do wielkości miastem kraju, pod względem rozpoznawalności trudno znaleźć mu konkurencję. Sama nazwa ma zresztą dość zabawną historię. Gdy portugalscy żeglarze dotarli tutaj w styczniu 1502 roku, uznali rozległą zatokę za ujście wielkiej rzeki. Pomyłka przetrwała, a wraz z nią nazwa Rio de Janeiro — Styczniowa Rzeka. Rzeki wprawdzie nigdy tu nie było, ale nazwa została na dobre.
Po zakwaterowaniu w hotelu w nowoczesnej dzielnicy Barra da Tijuca ruszamy na krótki spacer po okolicy. Powietrze jest ciężkie od upału. Jest 31 grudnia, a termometry pokazują 38 °C. Trudno o bardziej przekonujący dowód, że znaleźliśmy się daleko od europejskiej zimy. Muszę przyznać, że taki sposób spędzania końcówki roku bardzo mi odpowiada. Futerko futerkiem, ale odśnieżanie nigdy nie należało do moich ulubionych zajęć.
Sylwester w Rio wygląda zupełnie inaczej niż w większości miejsc na świecie. Tutaj centrum wydarzeń nie są miejskie place ani sale balowe, lecz plaże.
Najsłynniejsza z nich — Copacabana — każdego roku przyciąga miliony ludzi ubranych na biało. Kolor ten symbolizuje pokój, a wielu uczestników przynosi kwiaty składane w ofierze Yemanjá, bogini morza wywodzącej się z wierzeń afro-brazylijskich. Wkrótce fale zaczynają nieść setki bukietów, a ocean zamienia się w kolorowy, kwiatowy dywan. Później przychodzi czas na muzykę, tańce i całonocną zabawę.
My tymczasem postanawiamy rozpocząć nowy rok nieco spokojniej — od poznawania miasta.
W tle Corcovado i górująca nad miastem figura Chrystusa
Głowa Cukru, wraz ze wzgórzem Corcovado, należy do najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych w Rio de Janeiro — i trudno się temu dziwić. Jedno przyciąga wzrok z daleka, drugie kusi widokiem z góry, a razem tworzą duet, który skutecznie uzależnia od patrzenia na miasto z wysokości.
Głowa Cukru
Zatoka Ganabara
Widok na plażę Copacabana z Głowy Cukru
Nad Rio góruje jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli całej Ameryki Południowej — Chrystus Odkupiciel na wzgórzu Corcovado. Budowę pomnika rozpoczęto w 1922 roku, przy okazji obchodów setnej rocznicy niepodległości Brazylii, choć ukończenie prac zajęło niemal dekadę.
Dziś 30-metrowa figura, ustawiona na wysokim cokole, spogląda na miasto z ponad 700 m n.p.m. Jej rozpostarte ramiona od dawna stały się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów panoramy Rio de Janeiro. Dopiero stojąc pod pomnikiem można jednak w pełni docenić jego rozmiary i położenie.
Statua Cristo Redentor
Widok na Głowę Cukru ze wzgórza Corcovado
Promenada przy słynnej plaży Copacabana
Ostatnie chwile w Rio postanawiamy spędzić z dala od najbardziej znanych atrakcji. Alberto, mieszkaniec faweli Rocinha, zgadza się zostać naszym przewodnikiem po swojej dzielnicy. Dzięki temu możemy zobaczyć część miasta, która dla większości turystów pozostaje poza głównym szlakiem zwiedzania.
Favele kojarzą się przede wszystkim z najuboższymi mieszkańcami brazylijskich miast i rzeczywiście wiele z nich powstało jako nieformalne osiedla budowane przez ludzi, których nie było stać na mieszkanie w innych częściach miasta. Rocinha również zaczynała w ten sposób.
Z biegiem lat część zabudowy została jednak zalegalizowana, pojawiły się budynki posiadające prawa własności, a dzielnica coraz mocniej wrosła w tkankę Rio de Janeiro. Mimo to jej charakter pozostał niezmieniony. Gęsta zabudowa, ceglane domy wyrastające jeden na drugim i specyficzne relacje społeczne sprawiają, że nadal jest określana mianem faweli.
Rocinha od lat uchodzi za największą fawelę Brazylii, a często także całej Ameryki Łacińskiej. Sprawa nie jest jednak tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.
W różnych częściach Rio wiele sąsiadujących ze sobą faweli rozrosło się do rozmiarów ogromnych kompleksów miejskich. Z zewnątrz wyglądają jak jedna wielka dzielnica, choć w rzeczywistości składają się z wielu odrębnych społeczności. Przykładem są Complexo do Alemão czy Complexo da Maré w północnej części miasta.
Niezależnie od statystyk to właśnie Rocinha stała się najbardziej rozpoznawalnym symbolem brazylijskich faweli. Dużą rolę odgrywa jej położenie. Dzielnica wspina się po stromym zboczu w południowej, znacznie zamożniejszej części Rio, niedaleko słynnych plaż Copacabana i Ipanema. Szacuje się, że mieszka tutaj ponad 150 000 osób.
Rocinha — mototaksówki w codziennym ruchu
Po stromych ulicach nieustannie kursują mototaksówki. Dla mieszkańców są czymś znacznie ważniejszym niż turystyczną ciekawostką. Ułatwiają codzienne przemieszczanie się po stromych podjazdach i wąskich uliczkach, w których zwykłe samochody często nie mają większych szans.
Cariocas, czyli mieszkańcy Rio de Janeiro
Najpierw wsiadamy do niewielkiego busa, który wspina się do wyżej położonej części dzielnicy. Stamtąd ruszamy pieszo w dół, w kierunku głównej arterii miasta.
Gdy tylko wysiadamy, Alberto zdejmuje koszulkę i w samych krótkich spodenkach prowadzi nas przez labirynt uliczek. Wyjaśnia, że w ten sposób podkreśla swoją więź z miejscem, w którym się wychował.
Wąskie uliczki
Carioca
Wąskie przejścia odchodzące od głównej ulicy wiją się pomiędzy ciasno ustawionymi budynkami niczym prawdziwy labirynt. Bez przewodnika bardzo szybko można stracić orientację.
Dzieciaki
Inne oblicze Rio de Janeiro
Boczna uliczka w faveli Rocinha
Podczas spaceru poznajemy również Zezinha. Urodził się w Rocinhi i mieszka tutaj do dziś. Jak sam mówi, życie w faweli nie należy do najłatwiejszych, ale jest możliwe. Pracuje jako przewodnik dla anglojęzycznych turystów, a dodatkowo prowadzi szkołę dla początkujących DJ-ów. Jego ciało pokrywają tatuaże związane głównie z rodzinną dzielnicą. Już po kilku minutach rozmowy trudno go nie polubić. No i ma bardzo rozsądny stosunek do pluszowych niedźwiadków, co zawsze działa na mnie wyjątkowo pozytywnie.
Zezinho da Rocinha
Spotykamy także szesnastoletnią Marię Vitórię Flores dos Santos. Stawia pierwsze kroki w branży turystycznej, ale jej marzenia sięgają znacznie dalej. Chciałaby zostać artystką albo modelką.
Słuchając jej opowieści, ma się wrażenie, że za każdymi drzwiami kryją się własne historie, plany i marzenia.
Maria Vitória Flores dos Santos
Szybko zdaje sobie sprawę, że codzienne życie toczy się tutaj własnym rytmem. Wąskie uliczki wypełniają sklepy, warsztaty i bary, dzieci wracają ze szkoły, a sąsiedzi rozmawiają przed domami.
Im dłużej spacerujemy, tym łatwiej zapomnieć o statystykach i rekordach. Rocinha przestaje być „największą fawelą Brazylii”, a staje się po prostu miejscem, w którym tysiące ludzi żyją, pracują i planują swoją przyszłość.
Dopiero po powrocie do nowoczesnych dzielnic Rio w pełni dostrzegam kontrast pomiędzy tymi dwoma światami. Z jednej strony szklane wieżowce, szerokie aleje i apartamenty z widokiem na ocean. Z drugiej gęsto zabudowane wzgórza, gdzie każdy wolny metr przestrzeni wydaje się mieć swoją historię. Oba światy funkcjonują obok siebie niemal na wyciągnięcie ręki, a jednak potrafią wydawać się od siebie bardzo odległe.
Barra da Tijuca — nowoczesna dzielnica Rio de Janeiro
Po niezliczonych atrakcjach i przygodach w Argentynie oraz Chile Brazylia wzbogaciła tę podróż o kolejne niezapomniane wspomnienia.
Od potężnych wodospadów Iguaçu, przez pozostałości Lasu Atlantyckiego, aż po pełne energii Rio de Janeiro — każde z tych miejsc pozostawiło po sobie własne obrazy, dźwięki i historie.
Opuszczamy Amerykę Południową bogatsi o nowe doświadczenia i wspomnienia.
A ja mam nieodparte przeczucie, że nie jest to jeszcze nasze ostatnie spotkanie z tym kontynentem.
Klocek