Wyspy Galapagos
Grudzień 2011 — Styczeń 2012
Na Oceanie Spokojnym, około 1 000 km od wybrzeży Ekwadoru, wynurza się archipelag Galápagos — odległy świat należący do tego południowoamerykańskiego kraju.
Tworzy go 13 większych wysp, kilkanaście mniejszych oraz dziesiątki drobnych wysepek i skalistych wyniesień.
Ich surowy krajobraz od razu podpowiada, że wszystko zaczęło się tu od ognia. Dzisiejszy kształt archipelagu jest efektem milionów lat intensywnej aktywności wulkanicznej.
Najstarsze wyspy — Española i San Cristóbal — liczą ponad 3 mln lat, podczas gdy najmłodsza, Fernandina, ma około 1 mln lat. Kolejne erupcje stopniowo wynurzały z oceanu nowe lądy, tworząc odizolowane od świata enklawy życia, w których przez wieki rozwijały się gatunki niespotykane nigdzie indziej.
Dziś cały archipelag objęty jest ścisłą ochroną jako park narodowy, a jego przyroda funkcjonuje tu niemal na własnych zasadach — zarówno na lądzie, jak i pod powierzchnią oceanu.
Lądujemy na lotnisku Seymour, położonym na niewielkiej i zaskakująco płaskiej wyspie Baltra.
Trudno uwierzyć, że to spokojne dziś miejsce miało kiedyś znaczenie strategiczne. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej Amerykanie zbudowali tu bazę wojskową, której zadaniem była ochrona Kanału Panamskiego. Po zakończeniu wojny obiekt przekazano Ekwadorowi, a z czasem przekształcono go w port lotniczy, który dziś obsługuje większość połączeń między Galápagos a kontynentem.
Z Baltry na Santa Cruz kursują niewielkie promy. Przeprawa trwa krótko, ale wystarcza, by odnieść wrażenie, że opuszczamy jeden świat i przenosimy się do zupełnie innego. Santa Cruz jest drugą co do wielkości wyspą archipelagu i jednocześnie jego najbardziej zaludnionym obszarem.
To tutaj znajduje się Puerto Ayora — największe miasto Galápagos, tętniące życiem, choć wciąż bardziej przypominające nadmorską osadę niż typową metropolię.
W głębi wyspy krajobraz szybko się zmienia. Zielone wyżyny skrywają mniejsze miejscowości, takie jak Bellavista i Santa Rosa, gdzie mieszkańcy zajmują się hodowlą bydła oraz uprawą roślin. To zupełnie inne oblicze Galápagos niż to, które znamy z pocztówkowych ujęć.
Wkrótce docieramy do Los Gemelos — dwóch ogromnych zapadlisk powstałych w wyniku dawnych erupcji wulkanicznych. Ich nazwa — „Bliźnięta” — dobrze oddaje ich charakter: to dwie bardzo podobne formy terenu, w których różnice ujawniają się dopiero w szczegółach.
Okolicę porasta gęsta zieleń, a wokół wytyczono ścieżki spacerowe, które pozwalają zajrzeć w głąb tych wulkanicznych lejów i obserwować lokalną faunę oraz florę.
Kaldera Los Gamelos
Jedną z ciekawszych atrakcji Santa Cruz jest tunel lawowy, liczący około 500 m długości.
Zjeżdżamy z głównej drogi i po chwili stajemy przed niepozornym wejściem ukrytym wśród roślinności.
Do wnętrza prowadzą strome, wilgotne schody, wciśnięte w wąską szczelinę skalną. Już po kilku krokach temperatura spada, a światło dnia zostaje gdzieś za plecami.
W środku rozciąga się naturalny korytarz wyrzeźbiony przez płynącą przed tysiącami lat lawę.
Jego szerokość waha się od 2 do 6 m, a miejscami sklepienie unosi się nawet na 12 m nad głowami.
Tunel powstał w prosty, ale spektakularny sposób — zewnętrzna warstwa lawy ostygła i stwardniała szybciej niż płynąca w środku masa. Gdy lawa odpłynęła z wnętrza, pozostawiła po sobie pustą, naturalną rurę skalną.
Pod koniec trasy korytarz wyraźnie się zwęża, a wysokość spada do niespełna 80 cm. Moi „niepluszowi” nie mają wyjścia — ostatnie metry pokonują na czworakach.
W Puerto Ayora odwiedzamy także Stację Biologiczną Fundacji Charlesa Darwina.
Powstała w 1964 roku, aby wspierać badania naukowe i ochronę wyjątkowej przyrody archipelagu.
To tutaj prowadzi się programy hodowli i reintrodukcji zagrożonych gatunków, w tym żółwi słoniowych.
Naukowcy walczą również z gatunkami inwazyjnymi, które mogą zaburzyć niezwykle delikatną równowagę lokalnych ekosystemów.
Lasówka złotawa, gatunek występujący wyłącznie w Ameryce, od Kalifornii po Peru
Między budynkami stacji uwagę przyciąga niewielka jaszczurka lawowa.
Wygrzewa się na rozgrzanym kamieniu i co jakiś czas wykonuje szybkie, nerwowe ruchy głową. Należy do rodziny legwanów, a część jej krewniaków występuje wyłącznie na Galápagos.
W świecie zdominowanym przez wielkie żółwie i morskie legwany łatwo ją przeoczyć, ale wystarczy zatrzymać się na chwilę, by dostrzec, że i ona ma swój własny, wyrazisty charakter.
Jaszczurka lawowa
Stacja nie jest wyłącznie centrum badań naukowych — duży nacisk kładzie się tu również na edukację.
Zwiedzający mogą uczestniczyć w wystawach i spacerach, które przybliżają historię archipelagu oraz wyzwania związane z ochroną jego przyrody.
Po kilku godzinach spędzonych w tym miejscu trudno oprzeć się wrażeniu, że Galápagos to gigantyczne laboratorium natury, które wymaga wyjątkowo uważnej opieki.
Zięba Darwina, jeden z endemicznych gatunków Galápagos
Pod koniec wizyty czeka mnie jeszcze jedna niespodzianka.
Na gałęzi niewielkiego krzewu dostrzegam niepozornego ptaka. Siedzi spokojnie, jakby pozował do zdjęcia.
To przedrzeźniacz galapagoski — jeden z gatunków, które zwróciły uwagę młodego Darwina podczas jego podróży po archipelagu. Nazwa nie jest przypadkowa: ptak słynie z umiejętności naśladowania głosów innych ptaków, a czasem także dźwięków otoczenia.
Przez chwilę patrzymy na siebie w ciszy, jakby każdy próbował odczytać intencje drugiego. Na Galápagos takie spotkania szybko stają się codziennością, ale wciąż mają w sobie coś z małego odkrycia.
Przedrzeźniacz galapagoski
Legwan galapagoski — legwan lądowy
Wskakujemy do taksówki wodnej. To znacznie szybszy sposób dotarcia do Las Grietas niż długa trasa lądowa przez półwysep.
Kilka minut rejsu i wysiadamy przy ścieżce prowadzącej do jednego z najbardziej malowniczych miejsc na Santa Cruz.
Nazwa „Las Grietas” oznacza po prostu „szczeliny” i trudno o bardziej dosłowne określenie. Między wysokimi ścianami czarnych skał wulkanicznych ciągną się wąskie kaniony wypełnione krystalicznie czystą wodą — tak przejrzystą, że nawet kilka metrów pod powierzchnią widać każdy kamień.
Na pokładzie taksówki wodnej
Las Grietas
Droga do Tortuga Bay prowadzi przez las kserofityczny, którego roślinność od pierwszych kroków zdradza, że woda jest tu zasobem na wagę złota.
Grube pnie magazynują wilgoć, liście są niewielkie, a kolce skutecznie zniechęcają do zbyt bliskiego kontaktu. Po obu stronach ścieżki pojawiają się kaktusy, akacje i inne rośliny doskonale przystosowane do życia w suchym klimacie.
Po kilkudziesięciu minutach marszu las nagle się kończy i otwiera się przed nami szeroka, śnieżnobiała plaża. Tortuga Bay wygląda dokładnie tak, jak wyobraża się tropikalny raj.
Jest jednak jeden szczegół, który odróżnia ją od wielu podobnych miejsc na świecie.
Tortuga Bay
Odpoczynek w terenie
Jej najstarsi i najbardziej charakterystyczni mieszkańcy mają łuskowatą skórę, pazury i miny wiecznie niezadowolonych emerytów.
Na piasku wylegują się legwany morskie — gatunek występujący wyłącznie na Galápagos.
Są też jedynymi jaszczurkami na świecie, które zdobywają pożywienie w oceanie.
Legwan morski
Na lądzie sprawiają wrażenie wyjątkowo ospałych.
Leżą nieruchomo, wygrzewając się w słońcu godzinami.
Miejscami tworzą tak gęste skupiska, że trudno znaleźć wolny fragment plaży, by bezpiecznie postawić stopę.
Wyglądają jak miniaturowe smoki odpoczywające po długiej, bardzo ciężkiej zmianie.
Kiedy jednak schodzą do wody, zmieniają się nie do poznania.
Z niezgrabnych gadów stają się sprawnymi pływakami. Nurkują, przywierają do skał i skubią porastające je glony.
Mimo imponującego wyglądu pozostają całkowicie bezbronne wobec rekinów i większych drapieżników — w oceanie ich groźne miny przestają robić jakiekolwiek wrażenie.
Nadchodzi ostatni dzień roku.
Już od rana słychać pojedyncze wybuchy petard. Brzmi to znajomo — dokładnie tak samo jak w wielu innych miejscach świata, gdzie zawsze znajdzie się ktoś, kto nie potrafi doczekać północy.
Tutaj dodatkowo pojawiają się kukły » Año Viejo, symbolizujące odchodzący rok. Niektóre płoną jeszcze przed zmierzchem, jakby mieszkańcy chcieli jak najszybciej zamknąć minione dwanaście miesięcy.
Niektórzy nie mogą się doczekać spalenia swoich kukieł Año Viejo
Wieczorem Puerto Ayora wyraźnie przyspiesza.
Ulice zapełniają się ludźmi, restauracje pękają w szwach, a na centralnym placu wyrastają stoiska z jedzeniem, napojami i pamiątkami.
Na scenie trwa program artystyczny, ale chwilami trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie występy są najważniejsze, lecz muzyka — potężne głośniki skutecznie spychają wszystko inne na drugi plan.
Tłum na ulicach gęstnieje
Bliźniacy?
Michael Jackson w postaci 3-metrowej kukły Año Viejo
Im bliżej północy, tym tłum staje się gęstszy.
Wreszcie nadchodzi moment przejścia. Niebo rozświetlają fajerwerki, muzyka osiąga poziom, który wydaje się słyszalny na sąsiednich wyspach, a płonące kukły Año Viejo jedna po drugiej zamieniają się w stosy żaru.
Mieszkańcy i turyści witają nowy rok z ogromnym entuzjazmem.
O północy płoną kukły Año Viejo
Patrzę na to wszystko z mieszanymi uczuciami.
Będąc w miejscu znanym na całym świecie z wyjątkowej przyrody i jej ochrony, spodziewałem się większej wrażliwości na otoczenie. Huk petard niesie się daleko poza miasto, docierając tam, gdzie żyją ptaki, legwany i inne zwierzęta, dla których ta noc musi być wyjątkowo stresująca. Do tego dochodzi dym ze spalanych kukieł i fajerwerków, który wraz z deszczem opadnie na wyspy.
Wokół trwa zabawa, ludzie śmieją się, tańczą i składają sobie życzenia. Ja jednak nie potrafię w pełni w niej uczestniczyć. Paradoksalnie właśnie tutaj, pośród jednego z najbardziej wyjątkowych przyrodniczo miejsc na Ziemi, doświadczam jednego z najbardziej przygnębiających Sylwestrów, jakie kiedykolwiek obchodziłem.
Od największej wyspy archipelagu — Isabella — dzielą nas trzy godziny rejsu szybkim katamaranem.
Morze jest tu jednocześnie łącznikiem i granicą, a każda taka przeprawa oznacza zmianę scenerii i tempa życia.
Naszym celem jest Puerto Villamil — główna miejscowość i port wyspy. W porównaniu z Puerto Ayora sprawia niemal kameralne wrażenie.
Zamiast ruchliwych ulic są piaszczyste drogi, zamiast miejskiego zgiełku — nadmorska osada, w której wszystko zdaje się toczyć wolniej.
Jedna z głównych ulic Puerto Villamil
Największą atrakcją Isabelli jest wulkan Sierra Negra, czyli Czarna Góra.
Wznosi się na wysokość ponad 1 100 m n.p.m. i należy do najbardziej aktywnych wulkanów Galápagos. Jego ostatnia erupcja miała miejsce w 2005 roku i trwała osiem dni. Już same liczby robią wrażenie, ale jeszcze bardziej uderza to, jak ogromne jest to w rzeczywistości.
Kaldera na szczycie ma około 7 km szerokości i ponad 10 km długości, co czyni ją jedną z największych na świecie. Ustępuje pod tym względem jedynie kraterowi Ngorongoro w Tanzanii. Co ciekawe, mimo tych gigantycznych rozmiarów jej głębokość wynosi zaledwie około 100 m.
Wyruszamy na szlak o świcie. Pogoda początkowo nie sprzyja — nisko zawieszone chmury i gęsta mgła skutecznie zasłaniają jej wnętrze. Przez długi czas idziemy jakby w zawieszeniu, w mlecznej bieli, mogąc jedynie domyślać się ogromu przestrzeni ukrytej za zasłoną chmur.
Dopiero około południa chmury zaczynają ustępować. Powoli, niemal teatralnie, odsłania się krajobraz dna kaldery. Przed nami rozciąga się rozległe pole czarnej, zastygłej lawy, wyglądające jak fragment innej planety.
Rano krater spowija mgła, odsłaniając się dopiero około południa
Ślady dawnych erupcji widać nie tylko na dnie.
Również zbocza wulkanu pokrywają ogromne połacie zastygłej lawy, miejscami przypominającej wzburzone morze zatrzymane nagle w czasie.
Idziemy ostrożnie wyznaczoną ścieżką, bo pod cienką, kruchą skorupą kryją się niekiedy puste przestrzenie pozostawione przez płynącą niegdyś lawę. Jeden nieostrożny krok mógłby skończyć się bardzo nieprzyjemnie.
Podziemne komory ukryte w zastygłej lawie
Pola zastygłej lawy
Minerały nadają lawie różne barwy
Tuż za Puerto Villamil ciągnie się szeroka, piaszczysta plaża, która mimo swojego uroku zazwyczaj pozostaje niemal pusta.
Nie oznacza to jednak, że brakuje na niej mieszkańców — wręcz przeciwnie. Piasek należy tutaj przede wszystkim do legwanów morskich.
Wygrzewają się nieruchomo w słońcu, zajmując najlepsze miejsca z widokiem na ocean. Zdają się doskonale wiedzieć, że to ich terytorium.
Legwan Morski przypomina miniaturową Godzillę 😉
Młode legwany morskie mają ciemne, niemal czarne ubarwienie, które z czasem, wraz z dojrzewaniem, zaczyna ustępować odcieniom dorosłych osobników.
Plaża w Puerto Villamil
Kolejnym etapem podróży jest San Cristóbal — najbardziej wysunięta na wschód wyspa archipelagu.
To tutaj najszybciej widać, jak silnie człowiek wpisał się w krajobraz wyspy. W wielu miejscach, szczególnie tam, gdzie kiedyś dominowała wilgotna roślinność, pozostały dziś wyraźne ślady przekształceń — wykarczowane tereny i krajobraz, który stopniowo traci swój pierwotny charakter. Wraz z tym zmieniają się także lokalne warunki wodne, a równowaga ekosystemu staje się coraz bardziej krucha.
Dziś podejmowane są próby odwrócenia tego procesu. Sadzi się rodzime gatunki drzew i odtwarza wilgotne obszary, od których zależy funkcjonowanie całego środowiska. To jednak praca na lata — znacznie łatwiej zmienić krajobraz niż później przywrócić go do dawnego stanu.
Dodatkowym zagrożeniem okazały się gatunki obce, które pojawiły się wraz z ludźmi i zaburzyły delikatną równowagę przyrodniczą wyspy.
Historia San Cristóbal przypomina, że nawet na Galápagos — miejscu uznawanym za symbol dzikiej natury — wpływ człowieka jest widoczny niemal na każdym kroku. Jednocześnie pokazuje też wysiłek wkładany dziś w ochronę i odbudowę tego wyjątkowego świata, zanim kolejne jego fragmenty odejdą do historii — niczym Samotny George.
Stolicą archipelagu Galápagos jest Puerto Baquerizo Moreno — główna osada wyspy San Cristóbal.
To niewielkie, spokojne miasteczko rozłożone nad zatoką, w którym granica między światem ludzi a światem zwierząt wydaje się wyjątkowo płynna.
Baqueriso Moreno
Już po kilku minutach spaceru przekonuję się, że prawdziwymi gospodarzami tego miejsca nie są wcale mieszkańcy. Niemal na każdym kroku napotykam uszanki galapagoskie, które były tu na długo przed pojawieniem się pierwszych osadników i najwyraźniej nie zamierzają ustępować miejsca nowym lokatorom.
Wyglądają przy tym tak, jakby doskonale odnalazły się w tej współdzielonej rzeczywistości.
Uszanki zajmują każdy wolny fragment przestrzeni.
Wylegują się na przybrzeżnych skałach, chodnikach, ławkach, schodach i niewielkich skwerach.
Niektóre śpią, inne leniwie obserwują przechodniów, a jeszcze inne co jakiś czas przeciągają się z godnością właściwą zwierzętom przekonanym o własnej wyjątkowej pozycji.
Trudno nie zatrzymać wzroku na potężnym samcu, który rozłożył się dokładnie przed wejściem do jednej z restauracji.
Zajmuje to miejsce z taką pewnością siebie, jakby był właścicielem lokalu albo przynajmniej kierownikiem zmiany.
Przez chwilę zastanawiam się, ilu klientów odważy się tego wieczoru przejść obok niego do środka. Patrząc na jego rozmiary, można odnieść wrażenie, że sama rezerwacja stolika nie gwarantuje jeszcze dostępu do restauracji.
Duży samiec blokuje wejście do lokalu
Matka z maluchem
Przed nami jedna z najbardziej charakterystycznych formacji skalnych archipelagu — León Dormido, czyli Śpiący Lew.
Dwie potężne skały wyrastają pionowo z oceanu niczym fragment zatopionej katedry. To miejsce często wybierane do nurkowania. W przejrzystych wodach między skałami można spotkać rekiny, płaszczki, żółwie morskie i całe ławice tropikalnych ryb.
Los postanawia jednak przypomnieć mi, że nawet najlepiej zaplanowana podróż potrafi zaskoczyć.
Po dopłynięciu okazuje się, że na jachcie nie ma ani płetw, ani maski, ani kombinezonu w moim rozmiarze. Moi „niepluszowi” wskakują do wody, a ja pozostaję na pokładzie, pełniąc funkcję obserwatora.
Nie ukrywam, że obserwowanie cudzych zachwytów po wynurzeniu się z oceanu nie należy do najbardziej satysfakcjonujących zajęć. Tym razem rekiny i płaszczki pozostają dla mnie jedynie opowieścią.
Roca León Dormido
Krab Skalny
Niebieskonogi głuptak, znany też jako „gapa”
Powoli zbliża się koniec podróży. Patrząc wstecz na kolejne wyspy, wulkany, tunele lawowe, legwany, żółwie i uszanki, mam poczucie, że Galápagos jest miejscem zupełnie wyjątkowym. Niewiele jest na świecie zakątków, gdzie przyroda pozostaje tak blisko człowieka, a jednocześnie wciąż zachowuje swoją niezależność.
Tutaj zwierzęta nie są atrakcją stworzoną dla turystów — to my jesteśmy gośćmi w ich świecie.
Zanim opuszczę archipelag, pozostaje jeszcze pożegnanie z Galápagos w sposób, który będzie temu miejscu właściwy.
Dlatego po raz ostatni zamawiam ceviche. To jedno z tych dań, które najlepiej smakują dokładnie tam, gdzie powstały. Świeża ryba marynowana w soku z limonki, cebula, odrobina soli i kilka prostych dodatków tworzą kompozycję, której trudno się oprzeć.
Siedzę przy pucharku, spoglądając na spokojne wody zatoki, i dochodzę do wniosku, że niektóre wspomnienia zapisują się nie tylko w pamięci, ale również w smaku.
To ceviche z Galápagos bez wątpienia zostanie ze mną na długo. Prawdziwa uczta dla pluszowego podniebienia misia łasucha i jednocześnie wyjątkowo dobry sposób na zamknięcie jednej z najbardziej niezwykłych podróży, jakie przyszło mi odbyć.
Klocek
Przeczytaj pierwszą część podroży » Ekwador