Klocek Podróżnik

Reportaże z podróży pluszowego niedźwiadka

Reportaże Klocka Podróżnika

Ekwador

Podróż do Ekwadoru

Grudzień 2011

Jesteśmy gotowi na długą podróż przez Chile. Plan wydaje się dopięty na ostatni guzik, trasa wytyczona, a w głowie już pojawiają się obrazy jezior, lodowców i wulkanicznych krajobrazów Patagonii. Natura ma jednak własne pomysły na organizację podróży. W rejonie Puyehue trwa właśnie intensywna erupcja wulkanu, a okolice, przez które mielibyśmy przejeżdżać, zamieniają się w miejsce, którego rozsądniej jest chwilowo unikać.
Decyzja zapada szybko — Chile odkładamy na później.
I tak, trochę spontanicznie, a trochę z braku lepszej alternatywy, wybór pada na Ekwador. Na przygotowania zostaje niewiele czasu, więc informacje zbieramy raczej w pośpiechu niż według starannie opracowanego planu.
Jedno jednak zwraca uwagę już na samym początku — choć Ekwador należy do najmniejszych państw Ameryki Południowej, pod względem różnorodności krajobrazów, klimatu i kultur bez trudu rywalizuje z krajami wielokrotnie większymi.

Naszym pierwszym przystankiem jest Quito. Stolica Ekwadoru leży na wysokości około 2 850 m n.p.m., dzięki czemu należy do najwyżej położonych stolic świata. Miasto rozciąga się w wąskiej andyjskiej dolinie, otoczone szczytami wulkanów i stromymi zboczami gór.
Niestety trafiamy tu w niezbyt sprzyjającym momencie. Nad miastem zalegają ciężkie deszczowe chmury, które skutecznie studzą nasze plany zwiedzania. Quito znika chwilami za szarą kurtyną deszczu, a my przemieszczamy się między kolejnymi miejscami, cierpliwie wypatrując choćby krótkiego przejaśnienia.
Towarzyszy nam Eddy i jego rodzina. Eddy pełni rolę naszego przewodnika, a jego żona Chari prowadzi samochód z pewnością siebie, której nie powstydziłby się niejeden zawodowy kierowca. Dzieci — Luisa i Fernando — mają właśnie szkolne ferie i uczestniczą w wyprawie równie aktywnie jak dorośli.
Dzięki temu nasza podróż szybko zaczyna przypominać bardziej rodzinną wycieczkę niż klasyczny wyjazd z przewodnikiem.

Ekwador

Iglesia la Compañía

Centralnie położony klasztor San Francisco jest częściowo udostępniony zwiedzającym. Wchodzimy na wewnętrzny dziedziniec, przestrzeń bardziej przypominającą spokojny ogród niż surowe wnętrze klasztoru. Kompozycja roślinności zdradza inspiracje europejskimi ogrodami, choć większe drzewa i bujna zieleń nadają temu miejscu wyraźnie andyjski charakter.
Na chwilę przestaje padać, a między gałęziami natychmiast pojawiają się egzotyczne ptaki, wesoło przeskakujące między krzewami — jakby tylko na to czekały. Obserwuję je z dużym zainteresowaniem.
Takie krótkie, nieplanowane spotkania często zapamiętuje się lepiej niż najbardziej znane zabytki.

Ekwador

Kościół i klasztor de San Francisco z 1604 roku

Ekwador

Wewnętrzny dziedziniec klasztoru

Ekwador

Nimfa

Ekwador

Amazonka żółtogłowa

Quito nie pokazuje nam dziś całej swojej urody. Jednak mimo pochmurnej i nieco niedostępnej aury dzielnie przemierzamy mokre ulice, odkrywając kolejne zakątki ekwadorskiej stolicy.

Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Quito leży Otavalo — miasto będące centrum regionu zamieszkanego przez Indian Keczua, znanych jako Otavalos. Od pokoleń życie koncentruje się tutaj wokół ogromnego targowiska, które z czasem stało się jedną z największych atrakcji turystycznych kraju.
Między straganami panuje nieustanny ruch. Mieszkańcy przyjeżdżają robić zakupy, spotykać się ze znajomymi i wymieniać wiadomości. Turystów jest wielu, ale targ nie sprawia wrażenia miejsca stworzonego wyłącznie dla nich.
Nadal pozostaje przede wszystkim częścią codziennego życia lokalnej społeczności.

Ekwador

Większość kobiet Otavalos wciąż nosi tradycyjne ubrania

Ekwador

Rękodzieło w trakcie pracy

Ekwador

Mężczyźni często noszą charakterystyczne białe spodnie sięgające poniżej kolan, sandały oraz długie włosy splecione w cienki warkocz.
Kobiety ubierają się równie tradycyjnie, choć zwykle wybierają ciemniejsze kolory.

Ekwador

Otavalo: tradycyjny strój męski

Ekwador

Długie włosy związane w cienki warkoczyk

W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy jednej z najbardziej znanych atrakcji Ekwadoru — Mitad del Mundo, czyli „Środku Świata”. To właśnie tutaj francuscy naukowcy w XVIII wieku wyznaczyli przebieg równika.
Jak później wykazały dokładniejsze pomiary satelitarne, pomylili się o około 240 m. Trzeba jednak przyznać, że niewiele atrakcji turystycznych zrobiło taką karierę, mimo że późniejsze pomiary wykazały błąd.
Dziś Mitad del Mundo przypomina niewielkie miasteczko handlowe. W centrum stoi monument zwieńczony ogromną kulą symbolizującą Ziemię, a wokół rozciąga się kompleks sklepów, restauracji i muzeów.
Wszystko jest starannie przygotowane na przyjęcie odwiedzających, którzy ustawiają się do obowiązkowych zdjęć z jedną nogą na półkuli północnej i drugą na południowej.

Ekwador

Cuy — lokalny przysmak z grilla

Na miejscu można również spróbować lokalnego przysmaku — cuy, czyli pieczonej świnki morskiej.
Przyznam, że degustacja należy raczej do kategorii doświadczeń podróżniczych niż kulinarnych odkryć życia.

Ekwador

Mitad del Mundo

Zakładając, że historyczna linia równika byłaby wytyczona idealnie, można by przez chwilę stać dokładnie pomiędzy obiema półkulami i z pełnym przekonaniem twierdzić, że stoi się pośrodku świata.

Ekwador

Pomnik usytuowany rzeczywiście na równiku znajduje się kilka kilometrów dalej — Quitsato. Miejsce znacznie skromniejsze, spokojniejsze i pozbawione tłumów. Tego deszczowego dnia odwiedza je zaledwie garstka osób.
Centralnym elementem kompleksu jest ogromny zegar słoneczny. W jego środku stoi metalowy gnomon, którego cień pozwala wyznaczać czas oraz zmiany pór roku.
Wszystko zostało zaprojektowane tak, aby podkreślić rzeczywisty przebieg równika.

Ekwador

Nazwa „Quitsato” pochodzi z języka rdzennych mieszkańców tego regionu i oznacza „środek świata”. Według części badaczy miejsce to mogło pełnić funkcję obserwatorium astronomicznego już wiele stuleci przed przybyciem Europejczyków. Niezależnie od tego, ile w tych teoriach jest pewności, a ile przypuszczeń, trudno oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy Andów od dawna bardzo uważnie obserwowali niebo.
W tle pojawia się też gorzka ironia historii: dopiero w 1992 roku Kościół katolicki oficjalnie uznał teorię Galileusza o heliocentryzmie. Tymczasem tutaj, w Andach, obserwacje nieba i świadomość ruchu Ziemi istniały dużo wcześniej — co najmniej kilkaset lat przed europejskimi „odkryciami”.

Opuszczamy Quito i kierujemy się do rezerwatu Maquipucuna, położonego w strefie lasu mglistego. Już pierwsze minuty rozwiewają wszelkie wątpliwości co do nazwy tego środowiska. Wilgoć unosi się w powietrzu niemal nieustannie. Mgła przemyka między drzewami, osiada na liściach, ubraniach i sprzęcie fotograficznym.
A także na moim wikuniowym futerku, które zdecydowanie bardziej ceni suche warunki.

Ekwador

Maquipucuna Reserve — Ecolodge

Ekwador

Las mglisty

Cała Kordyliera Andyjska jest częścią Pacyficznego Pierścienia Ognia — ogromnej strefy geologicznej aktywności otaczającej Ocean Spokojny. To właśnie tutaj spotykają się płyty tektoniczne, a skutkiem ich nieustannego ruchu są trzęsienia ziemi i erupcje wulkanów. W samym Ekwadorze naliczono około 55 wulkanów, z czego 18 uznaje się za aktywne.
Brzmi to może nieco niepokojąco, ale mieszkańcy od dawna nauczyli się żyć w cieniu ognistych gór. Zresztą w Ekwadorze trudno byłoby ich uniknąć — wystarczy spojrzeć na horyzont.

Ekwador

Ekwador

Hacjenda El Provenir — okolice Cotopaxi

Najbardziej znanym z nich jest Cotopaxi. Wznosi się na wysokość niemal 5 900 m n.p.m. i należy do najwyższych aktywnych wulkanów świata. Jest również drugim co do wysokości szczytem Ekwadoru. Jego niemal idealnie stożkowaty kształt sprawia wrażenie, jakby ktoś stworzył wzorcowy model wulkanu, a następnie powiększył go do gigantycznych rozmiarów i postawił pośrodku Andów.
Nic dziwnego, że Cotopaxi przyciąga podróżników z całego świata. To jeden z najczęściej odwiedzanych szczytów w kraju, choć jednocześnie pozostaje górą, która regularnie przypomina o swoim wulkanicznym pochodzeniu.

Ekwador

Cotopaxi: dziś wersja limitowana

Ekwador

Wilk Andyjski

Granica wiecznego śniegu przebiega na wysokości około 4 750 m. Sam szlak nie wygląda szczególnie groźnie. Wiedzie przez pola wulkanicznego żużlu i popiołu, a stoki są stosunkowo łagodne — przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Wyruszamy przy słonecznej pogodzie. Powietrze jest chłodne i wyjątkowo przejrzyste, ale wiatr od początku daje do zrozumienia, że ma własny pomysł na ten dzień. Im wyżej się wspinamy, tym staje się silniejszy. Chmury zaczynają spływać po zboczach góry, aż w końcu całkowicie nas otaczają.
Temperatura gwałtownie spada. Pojawia się marznący deszcz, który w połączeniu z porywistym wiatrem nie tyle pada, co atakuje z każdej strony. Drobne krople lodowatej wody skutecznie przypominają, że góry mają swoje metody przekonywania ludzi do odwrotu.
Na tej wysokości nawet oddychanie staje się zajęciem wymagającym koncentracji. Każdy krok wykonuje się wolniej i bardziej świadomie. Idziemy jednak dalej, spokojnym rytmem, kierując się w stronę schroniska położonego przy granicy wiecznego śniegu.

Ekwador

Moi „niepluszowi” docierają do schroniska

Ekwador

Rzadsze powietrze, cięższy oddech — i tempo też inne

Krótki odpoczynek w ciepłym wnętrzu działa niemal jak cudowna regeneracja. Kubek gorącej czekolady w takich warunkach przestaje być zwykłym napojem — staje się jednym z najważniejszych wydarzeń dnia.
Po chwili ruszamy dalej. Naszym celem jest przekroczenie wysokości 5 000 m n.p.m.
Tymczasem pogoda postanawia przejąć kontrolę nad wyprawą. Wiatr przybiera na sile, widoczność gwałtownie się pogarsza, a śnieg zaczyna wirować wokół nas. Wchodzimy w strefę, gdzie oblodzone skały i śliskie podłoże skutecznie utrudniają marsz.
Po pewnym czasie Eddy podejmuje decyzję o odwrocie.
Ryzyko jest zbyt duże i wygrywa zdrowy rozsądek.
Schodzimy więc w dół.
I wtedy, jak to często bywa w górach, pogoda nagle zmienia zdanie. Po kilkunastu minutach wiatr słabnie, chmury zaczynają się rozstępować, a zza nich przebija się słońce. Jeszcze chwilę wcześniej walczyliśmy ze śnieżycą, a teraz krajobraz wygląda niemal sielankowo.
U podnóża Cotopaxi rozkładamy koce pośród kęp suchej andyjskiej trawy i organizujemy piknik.
Nie narzekam. Zdecydowanie wolę piknik w słońcu niż zmagania ze śniegiem, wiatrem i śliskimi skałami.

Ekwador

W oddali Rumiñahui — ponad 4 700 m n.p.m.

Ekwador

Sincholagua — prawie 4 900 m n.p.m.

Krajobraz najlepiej pokazuje skalę dawnych erupcji. Leżą tu ogromne głazy wyrzucone przez wulkan podczas dawnych wybuchów. Niektóre osiągają rozmiary niewielkich domów i spoczywają dziesiątki kilometrów od krateru.
Krajobraz wciąż nosi ślady wydarzeń, które musiały wyglądać znacznie mniej przyjaźnie niż nasz dzisiejszy piknik.

Ekwador

Dalsza droga prowadzi słynną Aleją Wulkanów. Tak właśnie nazwał ten region Aleksander von Humboldt podczas swojej podróży po Ameryce Południowej na początku XIX wieku. Trudno o trafniejsze określenie. Wzdłuż andyjskiej doliny wyrastają dziesiątki stożków i masywów wulkanicznych. Niektóre od dawna śpią, inne tylko sprawiają takie wrażenie.
Kolejnym celem jest Quilotoa — jednocześnie nazwa wulkanu, ogromnej kaldery oraz jeziora wypełniającego jej wnętrze.
Już pierwszy widok zachwyca. W środku gigantycznego krateru lśni jezioro o niezwykłej barwie. W zależności od światła jego kolor zmienia się od turkusowego po intensywnie szmaragdowy i momentami wygląda niemal nierealnie.

Na krawędzi kaldery znajduje się niewielka osada żyjąca głównie z turystyki. Zanim jednak rozpoczniemy zejście nad jezioro, Eddy zabiera nas do jednej z miejscowych rodzin, u której wcześniej zapowiedział naszą wizytę i która zgodziła się przygotować dla nas obiad.
Posiłek okazuje się prosty, ale doskonały. Na stole pojawia się zupa ziemniaczana, pieczona baranina oraz cuy, czyli świnka morska przygotowana na rożnie.
Szczególne wrażenie robią jednak ziemniaki. W Andach traktuje się je z należnym szacunkiem i trudno się temu dziwić. Są tak smaczne, że bez większego wysiłku mogłyby grać główną rolę w całym obiedzie.

Ekwador

„Pralnia” w osadzie

Ekwador

Sklepik z pieczywem i codziennymi drobiazgami

Ekwador

Wizyta w lokalnej szkole

Odwiedzamy również miejscową szkołę. Zwracam uwagę, że wiele dzieci ma odmrożone policzki i dłonie.
Quilotoa leży na wysokości przekraczającej 3 900 m n.p.m.. Noce bywają tutaj mroźne, a poranne przymrozki nikogo nie dziwią.

Ekwador

Ekwador

Ekwador

Pomimo pogody — na krawędzi kaldery chłodno i wietrznie

Ekwador

Laguna de Quilotoa

Następny etap podróży prowadzi na wschód, w kierunku Amazonii.
Droga jest długa, dlatego dzielimy ją na etapy. Pierwszy prowadzi do Baños — niewielkiego miasta położonego u stóp aktywnego wulkanu Tungurahua.
Wulkan daje o sobie znać regularnie. Ostatnia erupcja miała miejsce zaledwie kilka dni wcześniej, a nad szczytem nadal unoszą się smugi popiołu i pary. Mieszkańcy przywykli już do takiego sąsiedztwa. Góra od czasu do czasu przypomina o swojej obecności, ale okolicę chroni naturalna bariera górska, która łagodzi skutki ewentualnych wybuchów.

Ekwador

Rynek w Baños

Za Baños krajobraz zaczyna się zmieniać. Andy stopniowo ustępują miejsca tropikalnej zieleni, a droga prowadzi wzdłuż rzeki Pastaza. To jeden z dopływów Marañón, który po połączeniu z Ukajali tworzy Amazonkę — rzekę tak ogromną, że wykracza poza to, co zwykle nazywamy rzeką.

Ekwador

Ekwador

Rio Pastaza

Podczas jednego z postojów naszą uwagę przyciągają 2 kocięta. Są niemal identyczne, różnią się jedynie kolorem oczu — jedno patrzy na świat niebieskimi, drugie żółtymi.
Przez kilka minut skutecznie konkurują o nasze zainteresowanie z całymi Andami, Amazonią i resztą atrakcji Ekwadoru.

Ekwador

Młode kocie rodzeństwo wyraźnie uznało nas za atrakcję dnia

Ekwador

Pensjonat w Puyo stoi na obrzeżach miasta, zanurzony w tropikalnym ogrodzie. Wilgoć jest tu stałym elementem krajobrazu — równie oczywistym jak śpiew ptaków czy wszechobecna zieleń. Między drzewami przelatują papugi. Robią to z takim spokojem i pewnością siebie, jakby doskonale wiedziały, że to one są tu gospodarzami, a ci dwunożni na dole to jedynie chwilowy element krajobrazu.
Podrzucam mAT'owi pomysł, żeby spróbował zwabić je „na jabłuszko” i zrobić zdjęcia z bliska.
Plan okazuje się zaskakująco skuteczny.
Ary podchodzą znacznie bliżej, niż się spodziewaliśmy, a ja po raz kolejny dochodzę do wniosku, że najstarsza znana metoda negocjacji — jedzenie jako waluta — jest niezawodna. Sprawdza się zarówno wśród ludzi, jak i zwierząt.
Sam jestem tego najlepszym przykładem.

Ekwador

Ara żółtoskrzydła — ara czerwona

Ekwador

Ara kasztanowoczelna

Na przystani nad rzeką Napo czeka na nas Roberto — młody Indianin urodzony w amazońskiej dżungli, który przez najbliższe 4 dni przejmie rolę naszego przewodnika. Przesiadamy się do długiej, wąskiej łodzi motorowej i wraz z prowiantem płyniemy do Yanchana Lodge, zagłębiając się w zielony świat. Silnik warczy, brzeg powoli zostaje za nami, a z każdym kilometrem cywilizacja wydaje się coraz bardziej odległa.
Po pewnym czasie pozostają już tylko woda, las i odgłosy, których nie potrafię dokładnie zidentyfikować.

Ekwador

Río Napo

Amazonia szybko przypomina, że nie jest miejscem stworzonym z myślą o wygodzie podróżników. Podłoże lasu deszczowego miejscami zamienia się w błoto — śliskie, ciężkie i wyjątkowo nieprzewidywalne. Każdy krok wymaga uwagi, bo nigdy nie wiadomo, czy stopa trafi na twardy grunt, czy zapadnie się po kolano w brunatnej mazi.
Moi „niepluszowi” szybko przyjmują prostą zasadę: wysokie gumowe buty to nie wybór, lecz konieczność. Chronią przed błotem, kolcami, owadami i całym szeregiem stworzeń, których lepiej nie poznawać z bliska.
Wieczorem obowiązuje niezmienny rytuał. Buty są dokładnie myte, wsuwane jeden w drugi i pozostawiane przed chatą. Wszystkie wejścia do butów pozostają szczelnie zamknięte, żeby rano nie okazało się, że ktoś z miejscowej fauny wynajął je sobie na nocleg.
Mimo to pierwszy punkt programu po przebudzeniu jest zawsze taki sam: energiczne wytrzepanie butów.

Kilkaset metrów dalej Roberto zatrzymuje się przy cienkiej gałęzi. Dopiero po chwili dostrzegamy spoczywającego na niej węża. Smukły Xenoxybelis argenteus niemal idealnie wtapia się w otoczenie. Wygląda bardziej jak fragment rośliny niż zwierzę.
To kolejna lekcja amazońskiej dżungli: jeśli coś wydaje się gałązką, nie należy zakładać, że rzeczywiście nią jest.

Ekwador

Xenoxybelis argenteus — jadowity, ale dla dorosłego człowieka raczej niegroźny

Ekwador

Wąż Ślimaczarz Catesby'ego — niegroźny i wyraźnie nastawiony na ślimaki

Ekwador

Ptasznik — nie tarantula, choć internet lubi swoje wersje

W pewnym momencie dostrzegamy także wałęsaka brazylijskiego — jednego z najbardziej agresywnych i jadowitych pająków świata, wpisanego do Księgi Rekordów Guinnessa jako gatunek odpowiedzialny za jedne z najniebezpieczniejszych ukąszeń.
Sam fakt, że mamy go w zasięgu wzroku, wystarcza, by od tej chwili znacznie uważniej przyglądać się wszystkim ciemnym zakamarkom.

Ekwador

Wałęsak brazylijski

Aby nawiązać autentyczną więź z otaczającą nas naturą, konieczne jest przejście rytuału duchowego oczyszczenia. Roberto prowadzi nas więc do lokalnego szamana — uzdrowiciela i duchowego przewodnika o imieniu Acebedo.
Jego chata stoi pośród ogrodu pełnego roślin użytkowych i leczniczych. Wśród nich rosną również kakaowce. Ich owoce wyrastają bezpośrednio z pni i grubych gałęzi, nadając drzewom nieco fantastyczny wygląd.
Trudno uwierzyć, że właśnie z tych niepozornych nasion powstaje później czekolada. A ja, jako zawodowy łasuch, mam do czekolady stosunek zdecydowanie bardziej emocjonalny niż naukowy.

Ekwador

Owoce Kakaowca

Ekwador

Szaman Acebedo i Roberto

Acebedo przeprowadza rytuał oczyszczenia. Używa liści, dymu cygara i słów wypowiadanych w języku, którego nie rozumiemy. Wszystko odbywa się powoli, w rytmie wyznaczanym przez gesty i tradycję przekazywaną od pokoleń.
To jeden z tych momentów podróży, których nie da się w pełni wyjaśnić ani opisać. Można jedynie obserwować i próbować zrozumieć choć niewielką część świata swoich gospodarzy.

Ekwador

Rytuał oczyszczenia

W pewnym momencie mAT prosi Roberto o pomoc — od kilku dni dokucza mu przeziębienie i chciałby spróbować miejscowych sposobów leczenia.
Roberto zwraca się do Acebedo, który przygotowuje mieszankę ze świeżego imbiru i liści tytoniu, dokładnie wyjaśniając, jak należy ją przyrządzić.
Muszę przyznać, że informacja o tytoniu nie brzmi zbyt uspokajająco, zwłaszcza że spożyty może być trucizną. Roberto nie ma jednak żadnych wątpliwości — szaman wie, co robi.
Wieczorem przygotowuje napój, który mAT pije przez dwa dni.
Trzeciego dnia jest już zdrowy.
Podejrzewam, że z obawy przed trującymi właściwościami tytoniu.

Ekwador

Szaman Acebedo

Ekwador

Acebedo mieszka z rodziną w typowej chacie na palach

Z zewnątrz Amazonia wydaje się jednolitą masą zieleni. Dopiero po wejściu do środka odkrywa się jej prawdziwe bogactwo.
Między liśćmi pojawiają się kolorowe ptaki, egzotyczne kwiaty, owady przypominające miniaturowe dzieła sztuki i niezliczone gatunki roślin. Ekwador należy do najbardziej zróżnicowanych biologicznie krajów świata, a jednym z jego symboli są orchidee — występuje ich tu około 3 000 gatunków.

Ekwador

Kwiat Imbirowca

Ekwador

Etlingera wyniosła z rodziny imbirowatych

Żadna statystyka nie oddaje jednak tego, co widać na własne oczy. Tutaj niemal każdy krok odsłania kolejne formy życia.

Ekwador

Sobralia

Ekwador

Katleja

Niedaleko Yachana Lodge znajduje się niewielka wioska. Większość mieszkańców pracuje dla pensjonatu lub współpracuje z nim na co dzień.
Dzięki temu turystyka staje się ważnym źródłem utrzymania dla całej społeczności.

Ekwador

Ekwador

To właśnie tu spotykam dwie dziewczynki, które bardzo szybko dochodzą do wniosku, że powinienem zostać z nimi na stałe.
Przez chwilę sytuacja wygląda poważnie. Jestem oglądany i oceniany z dużym zainteresowaniem.
Na szczęście moi „niepluszowi” znajdują rozwiązanie dyplomatyczne. Kilka słodyczy skutecznie odwraca uwagę.

Ekwador

Komisja adopcyjna w komplecie

Ekwador

Dziewczynka z Hibiscusem

Wsiadamy do łodzi i ruszamy w górę rzeki do gospodarstwa Domingo i Mercedes. Napo płynie spokojnie, odbijając w wodzie ścianę zieleni rozciągającą się po obu stronach rzeki. W amazońskiej dżungli rzeka nie jest tylko elementem krajobrazu — jest drogą, adresem i środkiem transportu w jednym.
Dom gospodarzy, podobnie jak większość tradycyjnych zabudowań w okolicy, stoi na palach. To rozwiązanie równie proste, co praktyczne. Pozwala zachować bezpieczny dystans od wilgoci, błota i wszystkiego, co w dżungli pełza i przemieszcza się po ziemi. Jeszcze nie zdążamy dobrze przybić do brzegu, gdy pojawia się pierwszy gospodarz. Jest nim pies.
I trzeba przyznać, że obowiązki reprezentacyjne wykonuje z pełnym zaangażowaniem.
Wita nas z takim entuzjazmem, jakbyśmy byli dawno niewidzianą rodziną wracającą po latach z dalekiej podróży. Przez kilka minut uczestniczymy więc w obowiązkowym ceremoniale głaskania, drapania za uchem i wzajemnego okazywania sympatii.
W tym czasie Roberto podchodzi do Mercedes i wręcza jej niewielką paczuszkę owiniętą liściem bananowca. Towarzyszy mu lekko tajemniczy uśmiech, oznaczający zwykle, że za chwilę wydarzy się coś interesującego.
Dopiero później dowiadujemy się, że zawartość pakunku została przygotowana specjalnie dla nas.

Ekwador

Strażnik gospodarstwa

Ekwador

Roberto wita się z gospodynią

Po chwili pojawia się również Domingo.
Na tę okazję przywdziewa odświętne ozdoby — pióropusz z kolorowych piór oraz naszyjnik wykonany z nasion i orzechów. Nie wygląda jednak jak człowiek przebrany na potrzeby turystów. Raczej jak gospodarz, który chce okazać swoim gościom szacunek zgodnie z miejscową tradycją.

Ekwador

Domingo w odświętnej szacie

Ekwador

Nasza gospodyni Mercedes

Posiłek dopiero się przygotowuje, ale zanim usiądziemy przy stole, czeka nas coś ważniejszego.
Praca.
Tutaj nie ma podziału na gospodarzy i biernych obserwatorów. Jeśli ktoś odwiedza dom, naturalne jest, że pomaga przy codziennych obowiązkach.
Mercedes prowadzi nas do ogrodu. Wspólnie wykopujemy maniok, który za chwilę trafi na stół. Ziemia jest ciężka i wilgotna, a korzenie trzymają się jej z wyjątkową determinacją. Wygląda na to, że maniok nie został poinformowany o planach obiadowych i nie zamierza poddawać się bez walki.
Między grządkami Roberto pokazuje nam kolejną interesującą roślinę — arnotę właściwą.

Ekwador

Arnota właściwa lub drzewko orleańskie

Na pierwszy rzut oka nie sprawia szczególnie imponującego wrażenia, ale pozory bywają mylące. To właśnie z jej nasion pozyskuje się naturalny barwnik, który trafia między innymi do serów, margaryny i popcornu.
Dla miejscowych społeczności roślina ma jednak znacznie szersze zastosowanie.
Z nasion przygotowuje się również achiote — czerwoną pastę wykorzystywaną jako kosmetyk oraz środek odstraszający owady. Powstaje przez rozcieranie nasion i mieszanie ich z tłuszczem zwierzęcym.
To właśnie ten zwyczaj sprawił, że pierwsi Europejczycy spotykający niektóre ludy Ameryki zaczęli określać ich mianem „czerwonoskórych”. Jak to często bywa, pierwsze wrażenia okazały się tylko częścią znacznie bardziej złożonej historii.

Ekwador

Roberto maluje wzory na twarzy Fernando

Ekwador

„Na wojennej ścieżce”

Po powrocie do kuchni każdy otrzymuje kolejne zadanie.
mAT zajmuje się rybami. Czyści je, soli i zawija w liście bananowca. Liście pełnią tutaj funkcję naczyń, opakowań i piekarnika jednocześnie. Są tak uniwersalne, że zaczynam podejrzewać, iż w amazońskiej dżungli mogłyby również zastąpić połowę wyposażenia nowoczesnej kuchni.
Wtedy Roberto postanawia ujawnić zawartość tajemniczej paczuszki.
W środku znajdują się chontacuros — duże, białe larwy chrząszcza palmowego.
Dla miejscowych to ceniony przysmak.
Dla nas... przede wszystkim nowe doświadczenie.
Larwy osiągają kilka centymetrów długości i wyglądają dokładnie tak, jak można sobie wyobrazić po usłyszeniu słów „duże larwy”.
Ich przygotowanie do pieczenia staje się częścią wspólnej pracy. Staram się podchodzić do zadania z otwartym umysłem, choć przyznaję, że granica między podróżniczą ciekawością a ostrożnym sceptycyzmem robi się momentami wyjątkowo cienka.

Ekwador

Ekwador

Musze przyjrzeć się tej sprawie z bliska

Ekwador

Szaszłyk z chontacuros — chitynowe łebki są niejadalne

Ekwador

Jeszcze tylko osolić i naciąć

Ekwador

Maito — gotowanie w liściach, nadające charakterystyczny aromat

Ekwador

Po gotowaniu maniok kończy jako gładkie purée

Ekwador

Roberto porcjuje larwy

Posiłek jest prosty, ale bardzo smaczny.
Po nim nadchodzi pora na kulinarną atrakcję dnia.
Grillowane chontacuros.
Próbuję.
Uznaję, że nie można uczciwie opisywać świata bez odrobiny odwagi.
Smak chontacuros okazuje się zaskakująco łagodny — zewnętrzna warstwa jest sprężysta i lekko gumowata, środek natomiast miękki i tłustawy. Trudno znaleźć idealne porównanie. To jedno z tych doświadczeń kulinarnych, które bardziej się pamięta, niż do których się wraca.
Roberto spokojnie wyjaśnia przy tym, że larwy są bogatym źródłem białka i według miejscowych przekonań pomagają również przy niektórych dolegliwościach układu oddechowego.
Informacja zostaje przyjęta z zainteresowaniem, choć nie zauważam, żeby któryś z moich „niepluszowych” poprosił o dokładkę w celach zdrowotnych.

Ekwador

Domingo i ja

Po południu czeka nas aktywność znacznie bliższa moim osobistym zainteresowaniom.
Przygotowujemy czekoladę.
I nagle świat odzyskuje właściwe proporcje.

Ekwador

Ziarno kakaowe

Ekwador

Prażenie ziaren na ogniu

Indianie wykorzystują specjalne liście do przenoszenia gorących naczyń — działają jak naturalne rękawice kuchenne, skutecznie chroniąc dłonie przed wysoką temperaturą.
Po raz kolejny okazuje się, że wiele prostych rozwiązań funkcjonuje tu od pokoleń bez potrzeby patentów, instrukcji obsługi i reklam.

Ekwador

Lokalna rękawica kuchenna

Razem z Moją Basią mielimy prażone ziarna kakaowca.
To zajęcie znacznie bardziej wymagające, niż mogłoby się wydawać. Masa jest lepka, ciężka i stawia wyraźny opór. Po kilku minutach łatwiej zrozumieć, dlaczego wyroby z kakao przez długi czas pozostawały dobrem dostępnym tylko dla nielicznych.
Gotowa masa okazuje się bardzo gorzka, dlatego dodajemy sporą ilość cukru.
To chwila, w której cywilizacja wnosi swój niewielki, ale istotny wkład.

Ekwador

Czekolada: najprostsza forma szczęścia

Ekwador

W tym momencie przestaję być obiektywny

Ekwador

Fernando uznaje, że poziom słodyczy wymaga małego upgrade'u

Tego dnia przypada również Wigilia Bożego Narodzenia.
Wieczorem kuchnia przygotowuje uroczystą kolację, której głównym daniem jest pieczeń z indyka. Nie ma świątecznych dekoracji ani stosów prezentów — jedynie niewielka, sztuczna choinka, bardziej symboliczna niż uroczysta.
Jest za to wspólny stół, rozmowy i atmosfera, która sprawia, że nawet pośrodku amazońskiej dżungli łatwo rozpoznać święta.
Nikt nie wydaje się szczególnie przejmować brakiem podarków.
Zresztą, jeśli mam być całkowicie obiektywny, moi „niepluszowi” i tak przebywają w towarzystwie wyjątkowo udanego prezentu przez cały rok.

Ekwador

„Wyjątkowo udany prezent” pod choinką

Wieczór spędzam w towarzystwie Yolandy — amazonki małej, która mieszka w okolicy i od dawna przyzwyczaiła się do obecności ludzi.
Większość czasu przesiaduje w pobliżu baru, cierpliwie wypatrując czegoś smacznego. Kiedy jednak uzna, że towarzystwa ma już dość, odlatuje na pobliskie drzewa i znika wśród liści.
W świąteczny wieczór dżungla wydaje się odrobinę spokojniejsza niż zwykle.
Ale tylko odrobinę.
Amazonia daje odpocząć na własnych warunkach.

Ekwador

Yolanda i ja

Wiele rodzin mieszkających nad brzegami amazońskich rzek utrzymuje się z tego, co daje woda. Ryby, niewielkie uprawy na żyznych nadrzecznych glebach, transport ludzi i towarów. Czasami także złoto.
Jednym z zajęć, które można spotkać w tej części Amazonii, jest przepłukiwanie rzecznych osadów w poszukiwaniu drobnych ziaren cennego kruszcu. Z daleka wygląda to niemal sielankowo — kilka osób pochylonych nad wodą, spokojne ruchy misek i sit, jednostajny rytm pracy. Dopiero gdy przyjrzeć się bliżej, widać mniej romantyczną stronę tego zajęcia.
Największym problemem jest rtęć.
Od dziesięcioleci wykorzystuje się ją do oddzielania złota od piasku i osadów rzecznych. Drobinki metalu łączą się z rtęcią, tworząc amalgamat, który później można łatwo wyodrębnić. Pomysł jest prosty. Konsekwencje już znacznie mniej.
Szczególnie tam, gdzie wydobycie prowadzone jest przez pojedyncze rodziny lub niewielkie grupy poszukiwaczy, bez specjalistycznego sprzętu i jakiejkolwiek kontroli środowiskowej.
W takich warunkach odzysk rtęci praktycznie nie istnieje. Amalgamat podgrzewa się nad palnikiem albo ogniskiem, a rtęć odparowuje bezpośrednio do atmosfery. Później wraca wraz z opadami do gleby, rzek i lasów. Z czasem trafia również do ryb, zwierząt i ludzi.
To jeden z tych procesów, których skutki pozostają niewidoczne przez długi czas, a gdy stają się widoczne, zwykle jest już za późno na łatwe rozwiązania.
Szacuje się, że znacząca część światowego wydobycia złota pochodzi właśnie z niewielkich, często rodzinnych kopalń i stanowisk wydobywczych rozsianych po całym świecie. Patrząc na spokojny nurt Napo, trudno uwierzyć, że jest ona również częścią tej globalnej historii.

Ekwador

Wilter

Przy jednym z takich stanowisk poznajemy małego Wiltera.
Pomaga swojej ciotce Rosie przy przepłukiwaniu osadów. Pracuje z pełnym skupieniem, jakby wykonywał zajęcie znacznie ważniejsze niż tylko dziecięca pomoc. Kiedy kończy swoją część obowiązków, zastąpi go ktoś inny.
Tutaj rytm dnia wyznacza nie zegarek, lecz potrzeba pracy, która wraca każdego ranka równie regularnie jak wschód słońca.

Ekwador

Wilter zajmuje się transportem piasku i żwiru

Ekwador

Rosa go przepłukuje

Ekwador

Po wypłukaniu w misce pozostaje złoty pył

Ponownie ruszamy w głąb dżungli.
Roberto porusza się po lesie zupełnie inaczej niż my. Tam, gdzie widzimy jedynie ścianę zieleni, on wyłapuje ruch, dźwięki i ślady. Co chwilę wskazuje coś, co dla nas pozostawało niewidoczne jeszcze chwilę wcześniej.
W pewnym momencie nagle się zatrzymuje. Przez moment wydaje mi się, że po prostu nasłuchuje. Dopiero gdy wskazuje ręką tuż przed nami, dostrzegamy powód.
Wśród liści leży boa dusiciel.
Potężny wąż niemal całkowicie stapia się z otoczeniem. Akurat zajmuje się obiadem — powoli połyka wcześniej upolowaną pakę, dużego gryzonia przypominającego nieco przerośniętą świnkę morską.
Gdyby nie Roberto, przeszlibyśmy obok niego, nie zauważając absolutnie niczego.

Ekwador

Boa połyka pakę

Przez kilka minut obserwujemy zwierzę z bliska. Boa pozostaje spokojny i skupiony na swoim zadaniu. Jego ciało jest nieruchome, a ruch ogranicza się niemal wyłącznie do powolnego przesuwania zdobyczy w głąb gardła.
Dotykamy ostrożnie jego skóry. Jest zaskakująco gładka i chłodna.
Po pewnym czasie wąż wyraźnie daje do zrozumienia, że nasza obecność przestaje mu odpowiadać. Powoli wypluwa zdobycz, jakby zastanawiał się, czy kontynuowanie posiłku w takich warunkach ma jeszcze sens.
Trudno mu się dziwić. Każdy wąż podczas połykania ofiary znajduje się w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji — jest zajęty, mniej czujny i znacznie bardziej bezbronny niż zwykle.
Nie chcemy przedłużać tej niezręcznej sytuacji. Roberto delikatnie przykrywa boa warstwą liści, przywracając mu odrobinę prywatności, a my po cichu ruszamy dalej.

Ekwador

Skóra boa dusiciela — efektowny, naturalny kamuflaż

Nieco dalej zatrzymujemy się przy niepozornej lianie.
Roberto ścina fragment pnącza i wyjaśnia, że z wyciągu z jego kory od pokoleń przygotowuje się kurarę — truciznę używaną przez ludy Amazonii do zatruwania strzał.
Jej właściwości ujawniają się dopiero po przedostaniu się do krwiobiegu. Połknięta nie działa w ten sposób, dlatego mięso upolowanych zwierząt można bezpiecznie spożywać.

Ekwador

Roberto ścina lianę z rodzaju jaskrowców

Ekwador

Owoc o twardych kolcach: naturalna, zaskakująco skuteczna szczotka do włosów

Dni spędzone w dorzeczu Amazonki mijają zaskakująco szybko.
Każdego ranka wydaje się, że czasu jest jeszcze dużo, a potem nagle okazuje się, że przed nami ostatni spacer, ostatni rejs łodzią i ostatnia kolacja przy dźwiękach nocnego lasu.
Coraz bardziej mam wrażenie, że Amazonii nie da się po prostu odwiedzić. Można spędzić tutaj tydzień, miesiąc albo rok i wciąż pozostać jedynie początkującym uczniem.
Roberto przez kilka dni pokazał nam więcej biologii, zoologii i ekologii niż niejeden podręcznik. Co ciekawe, robił to bez wykładów — wystarczał spacer, kilka pytań i kolejny fragment lasu.
Chętnie zostalibyśmy dłużej. Ale podróż, podobnie jak rzeka, nie lubi zatrzymywać się w miejscu. Nadchodzi czas pożegnania.
Żegnamy się z Roberto, pracownikami Yachany i ludźmi, którzy przez ostatnie dni dzielili się z nami swoim światem. Potem ponownie wsiadamy do łodzi.
Silnik cicho warczy, a brzeg zaczyna powoli oddalać się za rufą. Dżungla jeszcze przez długi czas towarzyszy nam po obu stronach rzeki — zielona, gęsta i nieprzenikniona.
Wygląda na to, że obserwuje nasze odejście z całkowitą obojętnością. I chyba właśnie ta obojętność robi największe wrażenie.
Amazonia była tutaj długo przed nami i będzie długo po nas.
A my przez krótką chwilę mieliśmy szczęście zajrzeć do jej świata.

Wkrótce docieramy do Ingapirca — nazwa w języku keczua oznacza „mur Inków”. To najważniejsze stanowisko archeologiczne związane z Inkami na terenie Ekwadoru i zarazem najprawdopodobniej najbardziej wysunięty na północ ośrodek dawnego imperium.
Hiszpańscy kronikarze określali Ingapircę mianem „zamku” (castillo). Dziś wiadomo jednak, że było to miejsce o znacznie bardziej złożonej funkcji.
Nie służyło wyłącznie celom obronnym. Łączyło funkcje religijne, administracyjne i ceremonialne, a jego historia sięga jeszcze czasów ludu Kañari, który zamieszkiwał te tereny przed przybyciem Inków. Dopiero później ośrodek został włączony do struktur imperium i rozbudowany przez nowych władców.
Największe wrażenie robią kamienne mury.
Wielokątne bloki zostały dopasowane z niezwykłą precyzją, bez użycia zaprawy. Między niektórymi kamieniami trudno wsunąć nawet ostrze noża.
To technika znana z wielu inkaskich budowli w Peru, ale tutaj — tak daleko od centrum imperium — nabiera dodatkowego znaczenia. Jest niemym dowodem na to, jak rozległe było państwo Inków i jak daleko sięgały jego wpływy.
Spacerując po ruinach, mijamy pozostałości świątyń, magazynów, placów i dawnych ulic. Zachowały się także rytualne łaźnie, grobowce oraz budowle związane z obserwacją nieba.
Ingapirca nie sprawia wrażenia zwykłej ruiny.
Bardziej przypomina książkę, z której przetrwała tylko część stron. Wciąż można odczytać wiele fragmentów historii, choć niektóre rozdziały pozostają zagadką.

Ekwador

Fernando i ja

Jednym z najciekawszych elementów kompleksu jest kamienny kalendarz słoneczny.
W specjalnie przygotowanych zagłębieniach umieszczano przedmioty lub znaczniki, które pomagały śledzić ruch Słońca i gwiazd. Dzięki temu można było określać pory roku, planować prace rolnicze i wyznaczać terminy ważnych ceremonii.
To przypomina, że astronomia nie była tu abstrakcyjną nauką, lecz praktycznym narzędziem codziennego życia.

Ekwador

Kalendarz słoneczny — tymczasowy znacznik astronomiczny przewiduje nadejście wyjątkowo pomyślnego okresu dla miłośników czekolady i miodu

Ekwador

Droga Inków

Ekwador

Eliptyczna świątynia słońca

Ekwador

Precyzyjnie dopasowane bloki bez zaprawy — echo architektury Peru

Ekwador

W świątynnych niszach niegdyś stały figury bóstw

Zostawiamy za sobą Ingapircę i jedziemy dalej do Cuenci.
Po drodze Eddy mimochodem wspomina, że Cuenca słynie między innymi z produkcji kapeluszy panamskich.
— Co proszę? — reaguję z niedowierzaniem.
— Jak to panamskich? — pytam. — Przecież jesteśmy w Ekwadorze.
Eddy tylko się uśmiecha.
— Właśnie dlatego to taka ciekawa historia — odpowiada.
I rzeczywiście jest.

Spacerując między ekspozycjami, zauważam kolekcję figurek i lalek noszących miniaturowe kapelusze.
Patrzę na nie przez chwilę i dochodzę do oczywistego wniosku. Skoro istnieją tak małe modele, to z pewnością produkuje się również rozmiary odpowiednie dla podróżującego niedźwiadka.
Natychmiast dzielę się tą obserwacją z moimi „niepluszowymi”.
Ku mojej satysfakcji okazuje się, że miałem rację. Sprzedawczyni wyciąga kilka niewielkich kapeluszy, a po serii przymiarek znajdujemy model idealny.
Elegancki i wygodny.
Od tej chwili do mojej podróżniczej garderoby dołącza prawdziwy ekwadorski słomkowiec. Muszę przyznać, że prezentuje się znakomicie.
A jeśli ktoś później nazwie go kapeluszem panamskim, postaram się nie brać tego zbyt osobiście.

Ekwador

Mój własny „słomkowiec”

Wystarczy krótka podróż z Cuenca, by znaleźć się w zupełnie innym świecie.
Park Narodowy El Cajas leży wysoko w Andach, na wysokości przekraczającej 4 000 m n.p.m. Pagórkowaty krajobraz usiany jest niezliczonymi jeziorami i stawami, a porastająca go roślinność páramo sprawia, że z daleka przypomina tundrę.
Wyruszamy na wędrówkę i szybko odkrywamy, że wysokość nie zamierza traktować nas ulgowo. Wiatr przyspiesza, oddech zwalnia, a każde podejście wymaga odrobiny więcej cierpliwości.

Ekwador

Ekwador

Parque Nacional El Cajas

W parku odkryto ślady licznych osad ludu Kañari z okresu przedinkaskiego. To miejsce nie było więc nigdy „puste” — od dawna było zamieszkane i wykorzystywane przez kolejne kultury. Przez El Cajas przebiega również stara droga Inków, która w wielu miejscach zachowała się w niemal niezmienionej formie.
Czas i surowe warunki górskie nie zdołały zatrzeć wszystkiego.

Ekwador

Droga Inków

Ekwador

Wśród tej surowej scenerii żyją gatunki endemiczne i zagrożone, które znajdują tu ważne miejsce do przetrwania.
Szczególnie poruszająca jest świadomość, że nad tymi górami wciąż można spotkać kondora andyjskiego.
W całym Ekwadorze żyje ich zaledwie około 80 — to niewiele jak na ptaka, który przez wieki stał się symbolem Andów.

Cuenca, do której wracamy, pokazuje zupełnie inne oblicze tego samego regionu. Miasto słynie z kolonialnej architektury i jest trzecim co do wielkości ośrodkiem Ekwadoru, a jednocześnie jednym z jego najważniejszych centrów kultury i historii.
Spacerując po jego ulicach, ma się wrażenie, że czas tutaj nie przemija, tylko układa się warstwami.

Ekwador

Typowa ulica w Cuenca

Ekwador

Plac Kwiatowy

Ekwador

Plac i kościół Świętego Franciszka z XIX wieku

Iglesia del Sagrario, powszechnie nazywany starą katedrą, był głównym miejscem kultu w okresie hiszpańskiej kolonizacji.
Dziś pozostaje przede wszystkim świadkiem dawnych czasów — cichym przypomnieniem o historii, która nadal jest obecna w ulicach miasta.

Ekwador

Iglesia del Sagrario

Wraz z rozwojem Cuenci kościół przestał wystarczać rosnącej społeczności, dlatego jego rolę przejęła nowa katedra. Jej budowa rozpoczęła się pod koniec XIX wieku i trwała prawie sto lat.

Ekwador

Nowa katedra

Historia Cuenci nie kończy się jednak na kolonialnych murach i kościelnych wieżach. Miasto, podobnie jak cały Ekwador, zachowało również wiele żywych zwyczajów, które najlepiej widać podczas najważniejszych świąt.

Ostatni dzień na kontynencie mija szybko. Nadchodzi moment pożegnania z Eddym, Chari, Luisą i Fernando. Wspólna uroczysta kolacja domyka ten etap podróży — nie jako punkt końcowy, lecz raczej jako zamknięcie jednego rozdziału.
Choć nadal pozostajemy w Ekwadorze, następnego dnia lecimy na Isla Baltra w archipelagu Galápagos, oddaloną o około 1 000 km od stałego lądu.
Ekwador, ze swoją niezwykłą koncentracją różnorodności geograficznej, klimatycznej, topograficznej i etnicznej, okazuje się jednym z najbardziej wielowarstwowych miejsc, jakie można odwiedzić. Ta podróż, w dużej mierze przypadkowa w swoim początku, z czasem zaczyna układać się w spójną opowieść — o kraju, który nie daje się łatwo zamknąć w jednej definicji.
I właśnie dlatego pozostaje w pamięci na długo po tym, jak lot nad oceanem staje się już tylko kolejnym etapem drogi.


Klocek



Przeczytaj ciąg dalszy podroży » Wyspy Galapagos