Etiopia
Grudzień 2014 — Styczeń 2015
Do Etiopii lecimy Airbusem A340. Samolot ma na pokładzie 220 miejsc i ku mojemu zaskoczeniu nie zostało ani jedno wolne. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że Etiopia stała się jednym z najpopularniejszych kierunków podróży. Trudno uwierzyć, że wszyscy lecą właśnie tam.
Tajemnica wyjaśnia się jednak dość szybko.
Nasz lot do Addis Abeby ma po drodze krótki postój w Arabii Saudyjskiej, w Dżuddzie — głównym lotniczym punkcie wjazdu dla pielgrzymów udających się do Mekki. To właśnie tam zmierza większość pasażerów siedzących wokół nas.
Pierwsze oznaki niezwykłego charakteru tej podróży zauważam już na lotnisku we Frankfurcie. Mężczyźni przebierają się w białe pielgrzymie szaty, zdejmują pełne buty i zamieniają je na klapki. Niektórzy wyglądają tak, jakby właśnie wybierali się na plażę, a nie do miejsca, które od wieków przyciąga miliony wiernych. Wśród kobiet dominują czarne stroje. Część z nich ma twarze całkowicie zakryte nikabem, pozostawiając jedynie wąską szczelinę na oczy.
Im bliżej Arabii Saudyjskiej, tym bardziej zmienia się atmosfera na pokładzie.
Krótko przed lądowaniem personel pokładowy rozpoczyna sprawnie przeprowadzoną akcję zbierania wszystkich opakowań i pozostałości po mocniejszych trunkach. Na terytorium Arabii Saudyjskiej obowiązuje całkowita prohibicja, więc nawet kilkudziesięciominutowy postój wystarcza, by pokładowy barek nagle przestał istnieć.
Po chwili między rzędami pojawiają się „Strażnicy Prawa”. Z zawodową dokładnością przemierzają kabinę, wypatrując śladów zakazanych napojów. Wyglądają tak, jakby od powodzenia tej misji zależał los całego królestwa. Na szczęście nie znajdują niczego, co mogłoby nieplanowanie wydłużyć nasz pobyt na arabskiej ziemi.
W Dżuddzie wysiada zdecydowana większość pasażerów. Nagle robi się przestronnie i cicho. Do Addis Abeby docieramy już w zupełnie innej atmosferze.
Addis Abeba jest stosunkowo młodą stolicą. Powstała pod koniec XIX wieku z inicjatywy cesarza Menelika II, który nadał jej nazwę oznaczającą „Nowy Kwiat” i uczynił stolicą ówczesnej Abisynii. Zaczęło się od pałacu, kilku podstawowych instytucji i pierwszych prób uporządkowania miasta, które miało dopiero nabrać kształtu.
Dziś Addis Abeba sprawia wrażenie miasta, które wciąż nie skończyło się budować. Między nowymi, przeszklonymi budynkami wyrastają kolejne inwestycje, a szerokie arterie nagle przechodzą w ulice, gdzie logika urbanistyki ustępuje miejsca codziennemu chaosowi.
To rozległa metropolia pełna kontrastów — z wyspami nowoczesności i ogromną przestrzenią, która zdaje się żyć własnym rytmem.
Operacja: pozostać niezauważonym
Tym razem poruszam się po mieście raczej dyskretnie. Nie wynika to bynajmniej z nagłego przypływu skromności. W różnych częściach świata zdarzało się już bowiem, że niektórzy uznawali mnie za przedmiot godny natychmiastowej zmiany właściciela.
Od tamtej pory staram się podróżować możliwie incognito. Nie jest to jednak szczególnie łatwe zadanie dla wyjątkowo sympatycznego pluszowego niedźwiadka, który z natury rzeczy nie należy do najczęściej spotykanych elementów afrykańskiego krajobrazu.
Ja i 3 mln lat historii
W Muzeum Narodowym uwagę przyciąga Lucy — najsłynniejsza mieszkanka Etiopii sprzed ponad 3 mln lat.
Niewielka istota mierząca około 1 m wysokości chodziła już w pozycji wyprostowanej i odegrała ważną rolę w zrozumieniu początków człowieka. Trudno jednak przypuszczać, by sama zdawała sobie z tego sprawę.
W stolicy działa Addis Mercato — ogromny targ, który sprawia wrażenie, jakby zajmował sporą część miasta i nigdy nie zwalniał tempa.
To miejsce, gdzie handel wylewa się daleko poza wyznaczone alejki. Stragany, warsztaty i magazyny przeplatają się z ulicznym ruchem, tworząc labirynt, w którym granica między targiem a miastem dawno przestała być oczywista.
Samochód wciąż pozostaje tu dobrem dostępnym dla nielicznych. Większość transportu opiera się na tym, co sprawdza się od pokoleń.
Osły i muły cierpliwie dźwigają ładunki na grzbietach, a ludzie przenoszą towary na plecach lub na głowach. Z zewnątrz wszystko wygląda jak starannie zorganizowany chaos. Wystarczy jednak kilka minut obserwacji, by dojść do wniosku, że każdy zdaje się dokładnie wiedzieć, dokąd zmierza.
Addis Mercato
Etiopia nie jest krajem, który łatwo zamknąć w jednym obrazie. Wystarczy oddalić się od stolicy, by sceneria i codzienność zaczęły się wyraźnie zmieniać.
Północ kojarzy się z dawnymi królestwami, kamiennymi kościołami i tradycją chrześcijaństwa ortodoksyjnego. Południe wygląda zupełnie inaczej — jest bardziej rolnicze, bardziej pasterskie i znacznie bliższe sawannie niż górskim płaskowyżom.
Rozległe tereny od Addis Abeby aż po granicę z Kenią zamieszkują przede wszystkim Oromo — największa grupa etniczna Etiopii. Ich obecność nie objawia się wielkimi zabytkami ani widowiskowymi ceremoniami. To raczej codzienny krajobraz tej części kraju: język słyszany na targach, ludzie spotykani przy drogach i wioski rozsiane pośród pól.
Codzienność w kraju Oromo
Jednym z pierwszych przystanków poza stolicą jest Debre Libanos — największy klasztor Etiopii i jeden z najważniejszych ośrodków religijnych kraju.
Obecny kościół jest efektem kilku przebudów, z których ostatnią przeprowadzono jeszcze za panowania cesarza Haile Selassie.
Wyróżnia go coś, co w etiopskim prawosławiu nie zawsze jest oczywiste — do wnętrza mogą wchodzić również kobiety.
Współczesny kościół klasztoru Debre Libanos
Przed wejściem trzeba zdjąć buty. Trafiają one pod opiekę miejscowego „szatniarza”, który układa je w równych rzędach z taką starannością, jakby porządek obuwia miał wpływ na harmonię całego klasztoru.
Wnętrze wypełniają barwne malowidła i wysokie witraże. Światło wpada przez nie w sposób niemal teatralny, nadając przestrzeni uroczysty charakter.
W drodze często zatrzymujemy się w miejscach, które z pozoru wydają się całkowicie puste. Chwila ciszy, brak zabudowań i poczucie odcięcia od świata. To jednak tylko pozory.
Mija zaledwie kilka minut i nagle otacza nas grupka dzieci zbiegających się ze wszystkich stron. Do dziś nie potrafię wyjaśnić tego zjawiska. Skąd się biorą? Jak na mój pluszowy rozum, po prostu wychodzą spod ziemi. Innego wyjaśnienia nie znajduję. Co ciekawe, moi „niepluszowi” również nie potrafią przedstawić bardziej przekonującej teorii.
Do końca pobytu musimy pogodzić się z faktem, że w Etiopii samotność jest raczej stanem przejściowym. Prędzej czy później ktoś się pojawi. Najczęściej dzieci, które najwyraźniej mają wyjątkowy talent do odnajdywania zatrzymujących się przy drodze podróżnych.
Nil Błękitny, który Etiopczycy nazywają Abbay
Wkrótce dzieci znikają z pola widzenia, a nasza trasa prowadzi dalej przez pasmo Entoto, aż krajobraz nagle otwiera się nad szeroką rzeką. Przekraczamy most nad Nilem Błękitnym. Rzeka bierze swój początek w Jeziorze Tana na północnym zachodzie Etiopii i po niemal 1 800 km dociera do Chartumu w Sudanie. Tam spotyka się z Nilem Białym, a ich wody łączą się, tworząc główny nurt Nilu, który płynie dalej ku Egiptowi i od tysiącleci wyznacza rytm życia mieszkańców doliny rzecznej.
Wysokogórska sceneria staje się coraz surowsza, jakby ziemia nie do końca zdecydowała, czy chce być żyzna. Mimo to co jakiś czas pojawiają się pola w kolorze dojrzałego zboża, złote i ciężkie od kończącego się sezonu. Między nimi pracują ludzie, pochłonięci zajęciami, których nie sposób odłożyć na później.
Amharska rodzina podczas młócki miłki abisyńskiej
Docieramy do Bahir Dar, położonego nad jeziorem Tana. Należy do najbardziej uporządkowanych i jednocześnie urokliwych miast, jakie spotykamy na trasie. Szerokie, zadbane ulice otaczają egzotyczne palmy, miasto pulsuje w nieco spokojniejszym rytmie, a nabrzeże nadaje mu wyraźny charakter. Niebieskie motoriksze zastępują tu klasyczne taksówki, tworząc lokalny, lekko chaotyczny system transportu.
Wystarczy jednak wyjechać poza miasto, by krajobraz zmienił się nagle. Przedmieścia i pobliskie wioski mają surowy, wiejski charakter: proste domy, niewielkie zagrody, zwierzęta swobodnie poruszające się między zabudowaniami, a ludzie pochłonięci pracą na świeżym powietrzu.
Przy jednej z chat spotykamy młodą dziewczynę, przygotowującą placki injera — codzienny rytuał trwający od pokoleń.
Scena z życia etiopskiej wsi
Prawdopodobnie w każdym przewodniku po Etiopii trafiam na to samo zdjęcie — monumentalny wodospad Tys Ysat na górnym biegu rzeki Abbay, niedaleko Bahir Dar. Jego nazwa w amharskim brzmi niemal jak obietnica spektaklu: „dymiąca woda”. I faktycznie, na fotografiach wszystko się zgadza — zwłaszcza w porze deszczowej, kiedy strumień spadający z wysokości 42 m rozlewa się na szerokość nawet 400 m. W takich chwilach Tys Ysat często określany jest jako drugi co do wielkości wodospad Afryki, zaraz po Wodospadach Wiktorii na granicy Zambii i Zimbabwe.
I właśnie ten afrykański gigant staje się celem naszej dzisiejszej wędrówki. Droga do niego okazuje się osobną historią — bardzo dziurawa, szutrowa, miejscami bardziej przypominająca próbę charakteru niż trasę dojazdową. Docieramy nią do niewielkiej osady, gdzie kończą się możliwości samochodu, a zaczyna piesza część wyprawy.
Stąd szlak prowadzi przez okoliczne wioski i dwa mosty, które nie mogłyby się bardziej od siebie różnić.
Najstarszy kamienny most w Etiopii
Pierwszy z nich to najstarszy kamienny most w Etiopii, znany jako Most Portugalski — pamiątka po epoce, gdy portugalscy jezuici odgrywali ważną rolę na dworze etiopskich cesarzy.
W porze suchej jego główny łuk zawisa wysoko nad rzeką Abbay, która chowa się gdzieś głęboko w skalnym korycie, jakby obrażona na cały świat. W porze deszczowej sytuacja zmienia się diametralnie — poziom wody podnosi się tak bardzo, że nurt wypełnia przestrzeń pod wszystkimi pięcioma łukami.
Most, który chwilę wcześniej wyglądał jak zawieszony nad pustką, nagle staje się częścią rzeki.
Kosz pełen injery
Drugi most jest zupełnym przeciwieństwem — nowoczesna, lekko kołysząca się kładka wisząca. Każdy krok wprawia ją w drżenie i lekkie kołysanie. To bardziej doświadczenie niż konstrukcja.
Sam wodospad w końcu pojawia się między drzewami — widoczny z daleka, jak obiecywały przewodniki. Im bliżej podchodzimy, tym szybciej znika magia pocztówkowych ujęć. Zamiast potężnej ściany wody są dwie nieśmiałe strużki, spływające po skale bez większego przekonania, bez huku, bez teatralnego gestu. Wygląda to tak, jakby ktoś w ostatniej chwili przykręcił zawór.
I w pewnym sensie dokładnie tak się stało. Od czasu budowy hydroelektrowni w górnym biegu Abbay rzeka jest intensywnie regulowana, a znaczne ilości wody trafiają do systemów energetycznych. W porze suchej zostaje tu zaledwie około 10% dawnego przepływu.
Nawet w porze deszczowej Abbay nie odzyskuje już siły, którą pokazują dawne fotografie. Zostaje raczej wspomnienie wielkiego wodospadu — obecne, ale przyciszone, jakby zmęczone własną historią.
Tys Ysat w porze suchej — cień dawnej potęgi
Z wodospadu, któremu ktoś najwyraźniej przykręcił zawór, przenosimy się teraz na wielką wodę — jezioro Tana, największy słodkowodny zbiornik Etiopii.
Wsiadamy na łódź i płyniemy spokojnie, a w oddali przesuwają się wyspy — kilka z 37, które kryją się na jeziorze. Na ponad połowie stoją klasztory i kościoły, niektóre niegdyś służące jako miejsca pochówku cesarzy.
Od czasu do czasu mijamy rybaków w tradycyjnych łodziach z trzciny papirusowej, zwanych tankwa, wyglądających trochę jak przerośnięte snopki siana, a jednak dzielnie unoszących się na wodzie i stawiających opór otchłani jeziora.
Jednoosobowa tankwa — tradycyjna łódź z trzciny papirusowej
Naszym celem jest kościół Ura Kidane Mehret. Przed jego wejściem znajdują się dwa ogromne kamienie zawieszone na specjalnym stelażu. Wyglądają niepozornie, ale po uderzeniu ich brzmienie zadziwiająco przypomina dźwięk tradycyjnego dzwonu.
Wchodzimy do środka i od razu uderza nas eksplozja barw — ściany pokryte są malowidłami przedstawiającymi sceny religijne i historyczne, w których oba światy przenikają się tak naturalnie, że trudno rozróżnić, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
Kamienne gongi
Kościół Ura Kidane Mehret
Święty Jerzy w walce ze smokiem
Ściany pełne starożytnych komiksów
Słońce powoli przechodzi do swojej sypialni, a my ponownie wsiadamy na łódź i wracamy do Bahir Dar. Nazajutrz żegnamy jezioro Tana i ruszamy dalej. Kilka godzin później jesteśmy już w dawnej stolicy cesarstwa Abisynii.
Gonder powstał na początku XVII wieku z inicjatywy cesarza Fasilidesa i przez ponad dwa stulecia był siedzibą etiopskich cesarzy. Dziś jest już tylko — i aż — czwartym co do wielkości miastem Etiopii, ale wciąż widać tu ślady dawnej świetności.
Dawny Gonder odsłania się przed nami od cesarskiego kompleksu pałacowego Fasil Ghebbi po miejscowe klasztory. Wyobraźnia szybko przejmuje kontrolę. Wystarczy kilka kroków, żeby zobaczyć to miasto w dawnej skali — pełne dworu, ceremonii, ruchu i władzy, która nie kończyła się na jego granicach, lecz sięgała daleko poza nie. Dziś pozostały przede wszystkim mury, a wokół nich toczy się zwyczajne życie współczesnego miasta.
Nie udało się jednoznacznie ustalić, kim byli budowniczowie tego kompleksu. I być może właśnie ta niepewność dodaje mu jeszcze więcej charakteru. Patrząc na kamienne struktury Fasil Ghebbi, łatwo dostrzec, że nie powstały w izolacji. W architekturze wyraźnie mieszają się wpływy indyjskie, portugalskie i arabskie — jakby różne światy spotkały się tu na chwilę i wspólnie pozostawiły po sobie trwały ślad.
Cesarski kompleks pałacowy Fasil Ghebbi
Pałac cesarza Fasilidesa
Pałac królowej Mentouab w tle
Nieco poza miastem, na niewielkim pagórku, wznosi się klasztor Debre Berhan Selassie, otoczony wysokim murem. Już z daleka widać, że to miejsce ma w sobie coś osobnego, jakby odciętego od codziennego rytmu Gondaru. W odróżnieniu od wielu tutejszych, okrągłych kościołów, ten zbudowano w stylu aksumskiej bazyliki — prostokątny.
Różnica nie kończy się na architekturze. W okrągłych kościołach wierni modlą się na zewnątrz, otaczając budynek jak żywy pierścień. Tutaj mężczyźni przebywają wewnątrz, a kobiety — jak każe dawny porządek — pozostają na zewnątrz. Granicę wyczuwa się wyraźnie.
Debre Berhan Selassie
Mówi się, że Debre Berhan Selassie to najpiękniejszy kościół w Etiopii. Nie odwiedziłem wszystkich, więc nie mogę tego rozstrzygnąć, ale jedno pozostaje jasne: trudno przejść obok niego obojętnie.
Wchodząc do środka, wzrok od razu wędruje ku sufitowi: setki anielskich twarzy spoglądają z drewnianych kasetonów. Każda inna, a jednak wszystkie jakby z tej samej, spokojnej materii.
Ściany pokrywają biblijne freski — gęste, narracyjne, miejscami niemal „opowiadane obrazem”. Niektóre sceny rozwijają się jak sekwencje historii, niemal jak XVII-wieczny komiks: Exodus, ucieczka z Egiptu, święty Jerzy przebijający smoka. Wszystko intensywne, barwne, bez miejsca na niedopowiedzenia.
Anielskie twarze na drewnianym suficie kościoła
Freski z XVII wieku, jedne z najcenniejszych w Etiopii
W ogrodzie między drzewami unosi się nieustanny brzęk pszczół. Według miejscowej legendy to one uratowały klasztor przed atakiem mahdystów — wyleciały poza mury i przepędziły napastników, broniąc świętego miejsca z zapałem, którego nie powstydziłaby się żadna armia.
Nieopodal leżą pozostałości wcześniejszej, okrągłej świątyni, która stała tu przed obecnym kościołem. Patrząc na porozrzucane kamienie, trudno oprzeć się wrażeniu, że czas bywa skuteczniejszy od każdej armii. Prędzej czy później nawet mury muszą ustąpić.
Królowie i cesarze rzadko potrafili oprzeć się pokusie budowania kolejnych rezydencji. Fasilides nie był wyjątkiem. Nakazał zbudować kolejny kompleks pałacowo-łaźniowy — pośrodku rozległego zbiornika wodnego, który otaczał go ze wszystkich stron.
Dziś basen zwykle pozostaje pusty, by chronić zabytkową konstrukcję. Ale właśnie zbliża się Timkat — jedno z najważniejszych świąt Etiopii — i powoli zaczyna się wypełniać „świętą wodą” sprowadzaną z pobliskiej rzeki. Timkat, co w języku amharskim oznacza „chrzest”, upamiętnia chrzest Jezusa w Jordanie. Najokazalsze obchody odbywają się właśnie tu, w cesarskich łaźniach, które same stały się jednym z jego głównych symboli.
Pałac stojący w basenie
Wyobrażam sobie, jak w styczniowy poranek teren wokół basenu wypełnia morze białych szat — wierni maszerują w procesji, kapłani wystawiają tabot, symbol Dekalogu, a biskup zanurza swój krzyż, błogosławiąc wodę do rytualnego chrztu. Zaraz potem tłum zanurza się w niej, przechodząc własny obrzęd odnowy — wszystko w atmosferze wrzawy i religijnego uniesienia.
Na razie jednak do stycznia jest jeszcze sporo czasu. Wokół cesarskich łaźni panuje absolutny spokój. Spacerujemy w cieniu olbrzymich figowców, wsłuchując się w ciche pluski i szelest liści — jakby to miejsce opowiadało historię dawnych świąt i cesarskiej woli, która je ukształtowała.
Timkat
Przenosimy się teraz wysoko w góry. Płaskowyże Wyżyny Abisyńskiej wznoszą się na ponad 3 000 m n.p.m. Co ciekawe, podczas gdy w wielu innych częściach świata na podobnej wysokości zaczyna się kraina śniegu i lodu, tutaj rolnicy od pokoleń uprawiają swoje pola.
Podczas krótkiego postoju tradycyjnie otacza nas grupa dzieci, które — zgodnie z moją najlepszą teorią — po raz kolejny wydostają się spod ziemi. Ubrane są znacznie cieplej niż na nizinach, często owinięte grubymi kocami chroniącymi przed górskim chłodem.
Otaczające nas góry sprawiają wrażenie zaskakująco łagodnych. A jednak to właśnie w tych masywach kryje się najwyższy szczyt Etiopii — Ras Daszan, wznoszący się na ponad 4 500 m n.p.m. i należący do najwyższych szczytów Afryki.
Góry Semien w rozmiarze 3XL, ja w Mini S
Niewielkie miasteczko Debark, położone na płaskowyżu Semien, pełni rolę najważniejszego centrum handlowego regionu. Jest również główną bazą dla podróżników przygotowujących się do wędrówek po Parku Narodowym Semien.
Po dopełnieniu wszystkich formalności ruszamy dalej w góry. Krajobraz szybko staje się coraz bardziej spektakularny. Droga biegnie skrajem głębokich dolin, a kolejne punkty widokowe pojawiają się tak często, że nawet podróżnik o mojej legendarnej samodyscyplinie ma problem z ograniczeniem liczby postojów.
Uzbrojony przewodnik w Parku Narodowym Semien
W oddali dostrzegam stado dżelad brunatnych. Między nami a nimi rozciąga się jednak głęboki wąwóz. Proponuję więc odrobinę cierpliwości.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to one przyjdą do nas.
Oficjalna kontrola zapachu tymianku zakończona sukcesem
Siadamy pośród traw i staramy się nie zwracać na siebie uwagi. Dla większej wiarygodności udajemy nawet dżelady, skubiąc korzonki i kłącza roślin. Po pewnym czasie orientujemy się, że plan zadziałał aż nadspodziewanie dobrze. Znajdujemy się w samym środku stada, które otacza nas ze wszystkich stron, a najbliższe osobniki dzieli od nas zaledwie kilka metrów.
Po kilku godzinach opuszczamy góry Semien i wracamy do miejsca, gdzie czeka na nas jeden z narodowych rytuałów Etiopczyków — ceremonia parzenia kawy.
Dorosły samiec dżelady
Góry Semien
Podczas podróży raz po raz natrafiamy na wraki samochodów i ciężarówek. Niektóre leżą głęboko na dnie przepaści, inne tkwią porzucone na poboczach, jakby ktoś po prostu o nich zapomniał. W Etiopii usunięcie takiego pojazdu bywa zadaniem ponad możliwości lokalnych służb — brakuje sprzętu, pieniędzy, czasem nawet dostępu do miejsca wypadku. Wraki zostają więc tam, gdzie zakończyły swoją ostatnią podróż, i z roku na rok coraz mocniej wtapiają się w krajobraz.
Myślę o tym właśnie teraz, bo przed nami droga do Aksum. Aby zjechać z płaskowyżu Semien do doliny Takeze, czeka nas wielokilometrowy odcinek, który skutecznie odbiera kierowcy ochotę do brawury. Trasa wije się serpentynami po stromych zboczach, a miejscami jest tak wąska, że ledwo mieści jedną ciężarówkę. Gdy z naprzeciwka nadjeżdża inny pojazd, każdy manewr wymaga precyzji i odrobiny zaufania do losu.
Na granicy przyczepności — droga przez góry Semien
Większość przejazdu przypomina wyschnięte koryto górskiego potoku — pełne kamieni, nierówności i kolein. Brakuje tylko wody. Samochód podskakuje na wybojach, kurz wciska się przez każdą szczelinę, a za kolejnymi zakrętami co chwilę otwierają się widoki na przepaście, które nie pozostawiają złudzeń: chwila nieuwagi mogłaby zakończyć tę podróż znacznie wcześniej, niż ktokolwiek by sobie życzył.
W tle rozległa dolina Takeze
Według szacunków blisko połowa mieszkańców Etiopii żyje w odległości większej niż jednodniowy marsz od najbliższej większej drogi. A jednak, gdy jedzie się przez te tereny, ma się wrażenie dokładnie odwrotne — wszyscy wydają się pojawiać akurat tam, gdzie przejeżdżamy. Całe „wędrówki ludów” odbywają się nie gdzieś obok, lecz dokładnie na naszej trasie.
Droga żyje własnym rytmem. Ludzie idą poboczami, czasem środkiem, traktując asfalt po prostu jako kolejną ścieżkę w krajobrazie. Zwierzęta również korzystają z jezdni na własnych zasadach. Kierowca ma więc zadanie wymagające nie tylko refleksu, ale i cierpliwości — lawiruje między pieszymi i zwierzętami, które pojawiają się nagle, bez ostrzeżenia, wyrastając jak spod ziemi. Ten motyw „wyrastania spod ziemi” zaczyna tu brzmieć niemal jak lokalna zasada rzeczywistości.
Klakson pracuje bez przerwy. Jest rozgrzany do granic możliwości, a chwilami mam wrażenie, że dostaje chrypki — jakby i on miał już dość tego niekończącego się nawoływania.
Skalne iglice Wyżyny Abisyńskiej
Im bliżej Aksum, tym wyraźniej zmienia się krajobraz. Znikają zielone enklawy, teren staje się bardziej suchy, wypalony słońcem. To już nie górska Etiopia, lecz przestrzeń coraz bardziej przypominająca północną Afrykę — oszczędną, niemal ascetyczną.
Zamiast osłów i mułów coraz częściej na drodze pojawiają się dromadery — spokojne, pewne siebie, sprawiające wrażenie, że od zawsze wiedzą, iż to właśnie one mają tu pierwszeństwo.
Poboczem, ale z godnością — marsz dromaderów
Dromader: spokojne oblicze logistyki pustynnej
Dojeżdżamy do Aksum, miasta założonego około 400 lat p.n.e., które przez wieki należało do potężnego Królestwa Aksum — jednego z najważniejszych dawnych ośrodków cywilizacji w tej części Afryki.
Dziś uchodzi za jedno z najstarszych nieprzerwanie zamieszkanych miejsc na kontynencie. Dla etiopskiego Kościoła ortodoksyjnego ma znaczenie szczególne — według tradycji w katedrze Maryam Tsion przechowywana jest Arka Przymierza. Nikt jej nie pokazuje, nikt nie potwierdza jej obecności, ale sama opowieść wystarcza, by nadać temu miejscu ciężar, który czuje się bez słów.
Najbardziej przyciągają uwagę stele — ogromne kamienne obeliski stojące na nekropolii jak milczący strażnicy dawnych czasów. Pod nimi kryją się grobowce wykute w skale.
Obeliski w Aksum
Najwyższy z obelisków powstał w IV wieku, w czasach świetności Królestwa Aksum, i wznosi się na 24 m.
W trakcie włoskiej okupacji został jednak wywieziony do Rzymu jako zdobycz wojenna.
Przez dekady stał tam jak fragment zupełnie innego świata.
W końcu wrócił do Aksum, gdzie po renowacji ponownie stanął w miejscu, z którego go zabrano.
Obok leży największy z obelisków — rozbity na kilka części. Miał ponad 33 m wysokości i ważył przeszło 500 ton. Prawdopodobnie pękł jeszcze w trakcie budowy.
Stojąc przed nim, trudno nie zastanawiać się, jak w ogóle można było przesuwać takie masy kamienia bez współczesnej technologii. Skojarzenia z Egiptem nasuwają się same.
Najwyższy obelisk rozbity na części
Stele nie mają żadnych napisów. Nie wiadomo dokładnie, kto spoczywa pod ziemią, choć wszystko wskazuje na władców Aksum.
Każda z nich przypomina dom — miejsce, w którym dusza mogła zamieszkać po śmierci. Ich powierzchnie wyrzeźbiono tak, by przypominały wielopiętrowe budynki — z fałszywymi drzwiami, oknami, belkami i kolejnymi kondygnacjami, zwieńczonymi charakterystycznym zaokrągleniem.
Według dawnych wierzeń dusza zmarłego rozpoczynała po śmierci wędrówkę ku górze, przechodząc przez „fałszywe drzwi”, dlatego wejścia w grobowcach prowadzą właśnie w ich stronę.
Kamienna inskrypcja w piśmie gyyz
Starożytne narzędzie pomiarowe
Jak powstawały te kamienne kolosy, wciąż pozostaje zagadką. Przyjmuje się, że transportowano je z kamieniołomu oddalonego o kilka kilometrów, używając drewnianych rolek i siły ludzi oraz zwierząt.
Największe zdziwienie budzi jednak nie sam transport, lecz precyzja, z jaką je wykonano.
Zejście do grobowca „fałszywych drzwi”
W grobowcu „fałszywych drzwi” rozciąga się labirynt komór wykutych w granicie, z idealnie dopasowanych bloków, bez użycia zaprawy.
Wejście jest zaskakująco niepozorne, z surowych kamieni, jakby miało jedynie zaznaczać przejście, a nie je podkreślać.
Niemal vis-à-vis królewskiej nekropolii stoi katedra Maryam Tsion — miejsce, wokół którego splatają się historia, religia i legenda. To właśnie tutaj najlepiej widać, dlaczego Aksum do dziś pozostaje duchowym sercem Etiopii.
W IV wieku król Ezana przyjął chrześcijaństwo, a Aksum stało się pierwszym królestwem Afryki, w którym nowa wiara zajęła centralne miejsce w strukturze państwa. Uważa się, że mniej więcej wtedy wzniesiono tu pierwszą świątynię. Dlatego Maryam Tsion uchodzi za najstarszy i najważniejszy kościół etiopskiego prawosławia.
Przez półtora tysiąca lat historia nie obchodziła się z tym miejscem łagodnie. Świątynię niszczono i odbudowywano co najmniej dwa razy. Dziś obok starego kościoła stoi jego młodszy sąsiad. W 1950 roku cesarz Haile Selassie polecił wznieść nową katedrę, do której — co wcale nie jest oczywiste — mogą wchodzić również kobiety.
Na placu katedralnym panuje spokojny, niemal senny rytm dnia, ale co jakiś czas okolicę wypełnia modlitwa płynąca z głośników. Rozbrzmiewa nad miastem podobnie jak wezwania muezzinów w krajach arabskich, przypominając, że religia jest tu obecna nie tylko w murach świątyń.
Przed wejściem na teren świątyni siedzi kapłan pełniący funkcję swoistego „bramkarza”. To on wyznacza pierwszy gest, który wykonuje niemal każdy wierny. Kto chce wejść, podchodzi do krzyża, całuje go i zostawia jałmużnę — coś w rodzaju nieformalnej opłaty za dostęp do świętej przestrzeni.
Wygląda przy tym na śmiertelnie znudzonego, jakby od lat oglądał ten sam, niezmienny spektakl. Mimo to wykonuje swoje obowiązki bezbłędnie. Procedura jest prosta, powtarzalna i najwyraźniej skuteczna.
Kapłan „bramkarz“
Pielgrzymi
Wchodzimy do środka akurat w chwili uroczystej celebracji. Najwyższy kapłan siedzi na tronie, a wokół niego gromadzą się duchowni.
W rytm potężnych, dwustronnych bębnów liturgicznych zwanych kebero kołyszą się i poruszają miarowo, jakby muzyka przejmowała nad nimi kontrolę. Dźwięk niesie się po całej świątyni, odbija od ścian i wypełnia przestrzeń gęstym, pulsującym rytmem.
Najwyższy kapłan zasiadający na tronie
Rytm liturgii wybijany na kebero
Kobiety i mężczyźni modlą się osobno, zgodnie z wielowiekową tradycją. Nad nimi rozciąga się prawdziwa eksplozja kolorów.
Ściany pokrywają freski przedstawiające sceny biblijne — intensywne barwy, duże oczy świętych i opowieści zapisane nie słowami, lecz obrazem.
Kobiety modlą się w wydzielonej części kościoła
Jeden z kapłanów dostrzega nasze zainteresowanie i po chwili przynosi prawdziwy skarb. Ostrożnie otwiera bogato ilustrowaną Biblię liczącą ponad 1 000 lat.
Kartkujemy ją z ogromną uwagą. Każda strona wypełniona jest misternymi ilustracjami, które przez stulecia pomagały przekazywać historie Ewangelii ludziom nieumiejącym czytać.
W czasach, gdy książki były rzadkością, a pismo pozostawało dostępne nielicznym, obrazy stawały się uniwersalnym językiem — pozwalały zrozumieć to, czego nie dało się przeczytać.
Ponad 1 000-letnia Biblia z katedry Maryam Tsion
Największa tajemnica kryje się jednak nie w samym kościele, lecz w niewielkiej Kaplicy Tablic. Według wierzeń etiopskich chrześcijan ortodoksyjnych spoczywa tam oryginalna Arka Przymierza.
Legenda prowadzi nas daleko stąd — do czasów króla Salomona i królowej Saby. To właśnie z tą opowieścią związana jest postać Menelika I, legendarnego syna Salomona i Saby, którego Etiopczycy uważają za pierwszego cesarza swojego kraju. Jako dwudziestoletni młodzieniec miał odwiedzić ojca w Jerozolimie. Pobyt przeciągał się, aż rada starszych zaczęła narzekać na szczególne względy, jakimi Salomon obdarzał syna. W końcu uznano, że Menelik powinien wrócić do Etiopii.
Król się zgodził, ale postawił warunek: z Menelikiem mieli wyjechać najstarsi synowie członków rady. Wśród nich znalazł się Acarius, syn najwyższego kapłana Izraela. To właśnie on miał potajemnie zabrać Arkę Przymierza i ruszyć z nią na południe. Gdy Menelik dowiedział się o tym, nie nakazał jej zwrotu — uznał, że skoro Arka trafiła w ich ręce, była to wola Boga. Tak przynajmniej mówi legenda, którą mieszkańcy Aksum opowiadają bez cienia wątpliwości.
Kaplica Tablic
Kilka minut jazdy od centrum Aksum docieramy do ruin Dungur. Miejscowi przewodnicy bez wahania przedstawiają je jako pałac królowej Makedy, pierwszej znanej władczyni królestwa Saby. Brzmi imponująco, choć w Etiopii granica między historią a legendą często pozostaje płynna.
Makeda jest postacią owianą aurą tajemnicy. Wbrew popularnemu przekonaniu „Saba” nie było jej imieniem, lecz nazwą królestwa, którym władała. Według przekazów usłyszała o mądrości i bogactwie króla Salomona, po czym wyruszyła do Jerozolimy, by poznać go osobiście i sprawdzić jego słynną wiedzę.
Etiopska tradycja dodaje do tej opowieści własny rozdział. Ze związku Salomona i Makedy miał narodzić się Menelik I — pierwszy cesarz Etiopii i legendarny założyciel dynastii, która według tradycji sięga początków Aksum. Dla wielu Etiopczyków nie jest to jedynie legenda, lecz ważny element tożsamości.
Ruiny domniemanego pałacu królowej Makedy
Patrząc na rozległe fundamenty Dungur, łatwo zrozumieć, dlaczego miejsce to pobudza wyobraźnię badaczy. Część archeologów, opierając się m.in. na lokalnych przekazach, uznała ruiny za pozostałości pałacu królowej Makedy. Problem w tym, że brak jednoznacznych dowodów, które potwierdzałyby tę hipotezę.
Inni badacze opisują Dungur znacznie bardziej przyziemnie — jako pozostałości okazałych rezydencji zamożnego mieszkańca Aksum, być może arystokraty lub wysokiego urzędnika.
Stojąc pośród kamiennych murów, trudno rozstrzygnąć, która wersja jest bliższa prawdy. Czy rzeczywiście był to pałac legendarnej królowej Saby, czy raczej dom zamożnego urzędnika sprzed 1 500 lat?
Jedno jest pewne: wersja „królewska” brzmi lepiej — i właśnie dlatego przetrwała dłużej niż większość naukowych hipotez.
Na ulicach Aksum czas płynie znacznie wolniej niż gdziekolwiek indziej. Być może swoje robi etiopski kalendarz — według niego jest dopiero 2007 rok, a nie, jak w większości świata, 2014. Różnica nie ogranicza się jednak wyłącznie do dat zapisanych w kalendarzu.
Idziemy główną ulicą miasta. Wraz z przechodniami poruszają się zwierzęta domowe, stanowiąc zupełnie naturalny element ulicznego ruchu. W powietrzu miesza się zapach suchej ziemi i obornika. Po obu stronach drogi ciągną się niewielkie sklepiki, warsztaty rzemieślnicze i restauracje.
Owca na zakupach
Z jednej z kawiarenek wydobywa się aromat kadzidła i świeżo parzonej kawy. Trudno przejść obok niego obojętnie — zresztą wcale nie zamierzamy próbować.
Po chwili siedzimy już przy niewielkim stoliku. Kawa okazuje się dokładnie taka, jakiej można się tutaj spodziewać: gęsta, mocna i pełna aromatu. W Aksum nawet zwykła filiżanka kawy zdaje się płynąć w rytmie miasta — bez pośpiechu, za to z charakterem.
W mieście zwierzęta domowe poruszają się wśród ludzi
Jest wczesny poranek, a słońce dopiero rozpoczyna swoją codzienną wędrówkę po niebie. Spoglądamy na okoliczne doliny spowite delikatnymi welonami mgły. Taki widok o tej porze dnia wydaje się czymś zupełnie naturalnym.
Dopiero później okazuje się, że to wcale nie mgła. To dymy unoszące się z domowych ognisk, przy których mieszkańcy przygotowują poranne posiłki. Z daleka wyglądają niczym chmury, które postanowiły na chwilę zatrzymać się między wzgórzami.
Dolina spowita dymem
W okolicach Wukro, z dala od głównych dróg i codziennego zgiełku, kryją się jedne z najbardziej imponujących skalnych świątyń regionu. Wykute w czerwonym piaskowcu sprawiają wrażenie, jakby od zawsze należały do tego krajobrazu.
Jedną z nich jest kościół Abraha i Atsbeha, położony na niewielkim wzniesieniu.
Kościół Abraha i Atsbeha
Przed wejściem czeka na nas kapłan. Otwiera ciężkie drewniane wrota i gestem zaprasza do środka.
Już po chwili przekraczamy próg i rozglądamy się po wnętrzu. Szybko zauważamy, że świątynia powstała w nietypowy sposób. Jej główna część została wykuta bezpośrednio w skale, natomiast przedsionek i wejście dobudowano później.
Abraha i Atsbeha — świątynia wykuta w litej skale
Wnętrze świątyni jest bogato ozdobione freskami
Droga do Lalibeli prowadzi przez góry Dilb i już od pierwszych kilometrów dostarcza widoków, od których trudno oderwać wzrok. Trasa biegnie wzdłuż granicy dwóch zupełnie różnych światów — Wyżyny Abisyńskiej i Kotliny Danakilskiej. Za każdym zakrętem krajobraz przypomina, jak potężne siły ukształtowały tę część Etiopii.
Wspinamy się coraz wyżej, aż osiągamy przełęcz położoną na wysokości około 3 500 m n.p.m. Dalej droga prowadzi przez rozległy płaskowyż, gdzie chłodne powietrze i ogromne przestrzenie sprawiają, że granica między ziemią a niebem momentami niemal się zaciera.
Góry Dilb zaskakują wyglądem. Przy takich wysokościach można oczekiwać ostrych grani i poszarpanych szczytów. Tymczasem dominują tu szerokie, łagodne grzbiety falujące ku horyzontowi. To krajobraz pozbawiony górskiego dramatyzmu, ale właśnie dzięki temu pozostaje w pamięci na długo.
Góry Dilb — rozmiar 3XL, ja w Mini S
Amharska dziewczynka
Lalibela jest ostatnim przystankiem na naszej drodze przez północną Etiopię. Już z daleka czuć, że dla wielu ludzi jest to cel podróży, a nie tylko kolejny punkt na mapie. Dla wiernych Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego jest jednym z najświętszych miejsc w kraju, a dla podróżników — prawdziwą perłą ukrytą pośród gór.
To właśnie tutaj znajduje się 11 monumentalnych kościołów wykutych w litej skale, wzniesionych na polecenie cesarza Gebra Maskal Lalibeli. Ich niezwykłość sprawiła, że Lalibela bywa nazywana ósmym cudem świata. W przeciwieństwie do świątyń, które oglądaliśmy wcześniej w regionie Tigraj, kościoły Lalibeli nie są wykuwane w ścianach skalnych. Tutaj budowniczowie drążyli skałę pionowo w dół. Z zewnątrz trudno dostrzec cokolwiek niezwykłego — surowe dachy pozostawiono na poziomie gruntu, dzięki czemu niemal stapiają się z otoczeniem. Dopiero gdy podchodzimy bliżej, ziemia nagle otwiera się pod stopami, odsłaniając potężne świątynie ukryte w skalnych zagłębieniach.
Dziś Lalibela pozostaje żywym centrum religijnym, do którego każdego roku przybywają dziesiątki tysięcy pielgrzymów. My trafiamy tu tuż przed etiopskim Bożym Narodzeniem, kiedy wokół świątyń spotykamy wyjątkowo wielu wiernych ubranych w tradycyjne białe szaty. Przemieszczają się powoli między kościołami, modlą się, śpiewają i tworzą atmosferę, która sprawia, że Lalibela jest czymś więcej niż tylko zabytkiem.
Wśród wykutych w skale świątyń szczególne miejsce zajmuje Biete Medhane Alem — Kościół Zbawiciela Świata, uznawany za największą monolityczną świątynię na świecie. Został wykuty z jednego bloku skalnego, a jego zewnętrzne ściany oddziela od otaczającego masywu wąska przestrzeń, dzięki której budowla wygląda tak, jakby została ustawiona w skalnym wykopie przez gigantycznego architekta.
Niestety, czas i żywioły nie oszczędzają nawet takich arcydzieł. Aby chronić kościoły przed dalszą erozją, nad częścią z nich wzniesiono ogromne dachy ochronne wspierane przez UNESCO. Spełniają swoje zadanie, choć trudno nie zauważyć, że stalowe konstrukcje nieco kłócą się z atmosferą miejsca.
To jeden z tych kompromisów, w których trzeba wybierać między autentycznym wyglądem a przetrwaniem zabytku.
Kościół Biete Medhane Alem
Niskie przejście wykute w skale prowadzi nas do Biete Maryam — Kościoła Marii. Świątynia ma plan kwadratu i prawdopodobnie jest najstarszą spośród 11 kościołów Lalibeli.
Już na dziedzińcu moją uwagę przyciągają niewielkie baseny z wodą deszczową. Ich powierzchnię niemal całkowicie pokrywa zielona rzęsa, przez co z daleka bardziej przypominają trawniki niż zbiorniki wodne. To właśnie dzięki nim Biete Maryam stał się jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych w Etiopii.
Szczególnie tłoczno bywa tutaj podczas święta Timkat, kiedy odbywają się uroczyste ceremonie chrztu. Jeden z basenów nosi nazwę „Źródła Płodności” i od pokoleń przyciąga kobiety marzące o dziecku. W czasie religijnych uroczystości siadają w wodzie, wierząc, że modlitwa i błogosławieństwo przyniosą im upragnione potomstwo.
Na dziedzińcu trwa świąteczna ceremonia
Pielgrzym
Z zewnątrz kościół sprawia dość skromne wrażenie. W przeciwieństwie do monumentalnego Biete Medhane Alem nie otacza go rząd kolumn. Wygląda raczej jak prosty kamienny blok ozdobiony dość prostymi ornamentami. Dopiero po przekroczeniu progu odkrywamy jego prawdziwe piękno.
Wnętrze podzielone jest na 3 nawy przez 2 rzędy kolumn, których zwieńczenia łączą bogato zdobione łuki. Część dekoracji pokrywają barwne malowidła, inne zostały starannie wykute w skale. Obok motywów chrześcijańskich pojawiają się Gwiazdy Dawida oraz ornamenty o wyraźnie orientalnym charakterze.
Przed ołtarzem siedzi kapłan. Wokół panuje gwar, pielgrzymi przemieszczają się między nawami, ktoś szepcze modlitwę, ktoś inny zerka w naszą stronę, ale on zdaje się tego nie zauważać. Spokojnie pochyla się nad wielką księgą i czyta, całkowicie pochłonięty lekturą.
Wnętrze Biete Maryam jest pięknie udekorowane
Genna, czyli etiopskie Boże Narodzenie, jest jednym z najważniejszych świąt w roku i zarazem doskonałą okazją do pielgrzymki. Niektórzy wyruszają w drogę kilka tygodni wcześniej, przemierzając setki kilometrów pieszo, zanim dotrą do Lalibeli. Dla wielu z nich to czas modlitwy i refleksji.
Pielgrzymki z twarzami naznaczonymi popiołem
W Lalibeli święto ma dodatkowy wymiar. Tego samego dnia wspomina się narodziny Chrystusa i cesarza Lalibeli — władcy, który według legendy po otruciu nie umarł, lecz na trzy dni wstąpił do nieba. Po powrocie na ziemię miał rozpocząć budowę nowej świętej Jerozolimy i z pomocą aniołów wznieść 11 wykutych w skale świątyń w ciągu zaledwie dwudziestu czterech lat.
Wejście do grobu Adama
Biete Gabriel-Raphael
Docieramy do Biete Emanuel, który wielu badaczy uważa za najdoskonalej wykonany kościół całego kompleksu. Przypuszcza się również, że niegdyś służył rodzinie cesarskiej.
Podobnie jak Biete Maryam, jego wnętrze podzielono na 3 nawy za pomocą filarów. Najbardziej charakterystyczne są jednak ozdobne gzymsy biegnące wzdłuż ścian — zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz świątyni. Kamień wygląda tu niemal jak dzieło rzeźbiarza, a nie kamieniarza.
Biete Emanuel
Nieco na uboczu znajduje się najbardziej rozpoznawalny kościół Lalibeli — Biete Giyorgis, poświęcony świętemu Jerzemu. Wykuty na planie krzyża greckiego, powstał nieco później niż pozostałe świątynie. Gdy patrzymy na niego z góry, łatwo zrozumieć, dlaczego stał się symbolem całej Etiopii. Podobnie jak inne monolityczne kościoły Lalibeli został wykuty z jednego bloku skalnego i całkowicie oddzielony od otaczającej skały.
Miejscowa legenda głosi, że święty Jerzy poczuł się pominięty podczas budowy pozostałych świątyń. Przez sześć kolejnych nocy miał nawiedzać cesarza we śnie i stanowczo przypominać o sobie. W końcu cesarz ustąpił i w efekcie tych nocnych upomnień powstał jeden z najbardziej osobliwych kościołów chrześcijańskiego świata.
Biete Giyorgis widziany z góry
Biete Giyorgis — najmłodszy z kościołów Lalibeli
Po zwiedzeniu wszystkich jedenastu świątyń Lalibeli trudno oprzeć się wrażeniu, że to miasto nie tyle się ogląda, co powoli odkrywa — krok po kroku, jakby samo odsłaniało kolejne warstwy swojej historii.
Dochodzę do wniosku, że moja edukacja etiopska pozostanie niepełna, jeśli nie spróbuję jeszcze tedżu i nie zobaczę tańca eskista. Wieczorem zaglądam więc razem z moimi „niepluszowymi” do lokalnego tedż biet — specjalnego baru serwującego ten narodowy trunek. Tam, przy dźwiękach muzyki i rytmicznych ruchach tancerzy, kończymy naszą przygodę z Lalibelą w najlepszy możliwy sposób.
Wracając myślami do ostatnich tygodni, dochodzę do wniosku, że podróż przez północną Etiopię była czymś znacznie więcej niż zwykłym zwiedzaniem. Monumentalne obeliski Aksum, tajemnicze grobowce dawnych władców, skalne świątynie Tigraju i niezwykłe kościoły Lalibeli pokazują, że dziedzictwo Etiopii w niczym nie ustępuje najsłynniejszym zabytkom Egiptu czy Bliskiego Wschodu.
W pamięci pozostają również obrazy etiopskiej przyrody: stada dżelad brunatnych na płaskowyżach Semien, poranne doliny spowite dymem domowych ognisk i bezkresne przestrzenie Wyżyny Abisyńskiej widziane z gór Dilb.
Północna Etiopia zostaje za nami. Przed nami drugi etap wyprawy — południe kraju, gdzie krajobrazy i kultury mają już zupełnie inny charakter. Na lotnisku zajmujemy miejsca w niewielkim samolocie turbośmigłowym. Po chwili silniki przechodzą w jednostajny rytm, maszyna unosi się w powietrze, a skalne świątynie i górskie płaskowyże powoli znikają pod skrzydłami. Nasz kurs ponownie prowadzi do Addis Abeby.
Klocek
Przeczytaj ciąg dalszy podroży » Etiopia (południe)