Etiopia
Styczeń 2015
W stolicy Etiopii, poza odwiedzonymi już muzeami i słynnym Addis Mercato — ogromnym targowiskiem, które sprawia wrażenie, jakby zajmowało pół miasta i nigdy nie zwalniało tempa — nie znajdujemy wielu miejsc, które zatrzymałyby nas na dłużej.
Zanim jednak ruszamy dalej z Addis Abeby, czeka nas jeszcze misja natury logistyczno-finansowej. Odwiedzamy kilka banków w poszukiwaniu czegoś, co w normalnych okolicznościach nie wzbudziłoby większych emocji: nowych, niezniszczonych banknotów birr o niskich nominałach. Wkrótce okażą się cenniejsze, niż mogłoby się wydawać.
W społecznościach pasterskich południowej Etiopii od dawna funkcjonuje nieformalny cennik za pozowanie do zdjęć. Turystyka stworzyła tu własną ekonomię — wymianę uśmiechów, spojrzeń i kadrów na drobne banknoty.
Gdy zapasy są już skompletowane, a plecaki ponownie wypchane prowiantem i sprzętem, ruszamy na południe, do Arba Minch. Droga prowadzi wzdłuż krawędzi Wielkiego Rowu Abisyńskiego, odsłaniając co chwilę szerokie panoramy i kolejne odsłony etiopskiego krajobrazu.
Mijamy tereny zamieszkane przez Gurage i Silte. Ludzie przy drogach zajęci są codziennymi sprawami, choć niekiedy mam wrażenie, że obserwują przejeżdżających przybyszów z ostrożnym, spokojnym dystansem.
Tukul — okrągłe chaty szczepu Silte
Dzieci Silte nieufnie przyglądają się przybyszom
Większość Silte wyznaje islam sunnicki
W miarę jak zbliżamy się do celu, coraz częściej otwierają się widoki na dwa wielkie jeziora Rowu Abisyńskiego — Abaja i Chamo. Oba powstały w wyniku procesów tektonicznych, które przez miliony lat kształtowały ten fragment Afryki.
Abaja łatwo przyciąga wzrok charakterystycznym, czerwonawym odcieniem wody, będącym efektem unoszących się w niej minerałów. Chamo wydaje się jego spokojniejszym sąsiadem — bardziej przejrzyste, bardziej „pocztówkowe”, jakby od początku wiedziało, że będzie fotografowane.
Dla okolicznych mieszkańców oba jeziora są jednak czymś znacznie więcej niż malowniczym krajobrazem. To źródło ryb, wody, pracy i codziennego życia.
Jezioro Abbaja
Następnego ranka przy bramie naszego lodge'a zbiera się niewielkie stado guźców. Stoją kilka metrów od wejścia i wyraźnie zastanawiają się, co robić dalej. Wygląda to tak, jakby miały ważne sprawy do załatwienia po drugiej stronie ogrodzenia, ale w ostatniej chwili zabrakło im odwagi. Zatrzymują się, obserwują nas i cierpliwie czekają.
Proponuję więc, żebyśmy odsunęli się trochę na bok. Wszystko wskazuje na to, że są tu stałymi bywalcami. W zamian za dostęp do soczystej trawy utrzymują okolicę w zaskakująco dobrym stanie. Taka lokalna firma ogrodnicza — bez umów, bez faktur, za to z wyjątkowo punktualnym harmonogramem pracy.
Lokalna ekipa ogrodnicza przy pracy
Zostawiamy za sobą jeziora i ruszamy w coraz bardziej suche rejony południa. Krajobraz powoli się upraszcza, a wzrok coraz częściej wyłapuje pojedyncze detale. Po chwili wśród drzew przy drodze dostrzegam cylindryczne kosze zawieszone wysoko nad ziemią. Z początku wyglądają niepozornie, ale po chwili odkrywam, że to tradycyjne ule. I nagle tempo podróży samo zwalnia.
Robimy krótki postój, a ja z entuzjazmem przystępuję do degustacji świeżego miodu. Razem z plastrem, oczywiście. W końcu każdy szanujący się niedźwiadek wie, że obok takiej okazji po prostu nie przechodzi się obojętnie.
Tak mieszkają etiopskie pszczoły
Z każdym kilometrem robi się cieplej. Powietrze gęstnieje, a krajobraz nabiera coraz bardziej tropikalnego charakteru. Przy drodze pojawiają się rozległe plantacje bananów, a między nimi sady mango.
Tuż przed mostem na rzece Gato ruch nagle wyraźnie się zagęszcza. Na drogę wylewają się piesi, tworząc znajomy dla tej części świata, pozornie chaotyczny układ, który w rzeczywistości funkcjonuje zaskakująco sprawnie. Szybko odkrywamy przyczynę zamieszania — trafiamy na dzień targowy.
Przydrożny plac pulsuje życiem. Handlarze rozkładają swoje towary bezpośrednio na ziemi, ludzie przychodzą z okolicznych wiosek, wymieniają wiadomości, robią zakupy i negocjują ceny z zaangażowaniem godnym dyplomatów. Targ jest nie tylko miejscem handlu, ale też lokalnym centrum życia towarzyskiego. W tej okolicy dominującą grupę etniczną stanowią Darasze, a ich obecność widać w języku i strojach.
Typowe stroje kobiet z plemienia Darasze
Targ nad rzeką Gato
W takim koszu można zabrać pół gospodarstwa
Chińskie obuwie podbija Afrykę
Przed zakupem warto obejrzeć towar
Tutaj długość towaru mierzy się krokami
Kilka godzin później docieramy do Dżinki. To tutaj zaczyna się ziemia Ari — jednego z największych ludów południowej Etiopii. Okoliczne wzgórza wyglądają niezwykle żyźnie i nie jest to złudzenie. Tutejsza gleba od pokoleń daje mieszkańcom wszystko, czego potrzebują. Na polach dojrzewają zboża i kukurydza, w ogrodach rosną owoce, a na plantacjach kawa — bez której trudno wyobrazić sobie Etiopię. Ważne miejsce zajmuje również pszczelarstwo. Tradycja pozyskiwania miodu przekazywana jest tu z pokolenia na pokolenie, niczym rodzinny sekret, którego nikt nie zamierza zdradzać światu.
Według naszego kalendarza jest 7 stycznia 2015 roku. W Etiopii czas płynie jednak nieco inaczej — tutaj mamy 29. dzień miesiąca Tachas roku 2007, a zarazem pierwszy dzień święta Genna, czyli etiopskiego Bożego Narodzenia.
W takich chwilach podróż zwalnia i schodzi na dalszy plan. Rodzina prowadząca pole namiotowe zaprasza nas na świąteczne śniadanie — trudno o lepszy sposób, by choć na moment zajrzeć do codziennego życia gospodarzy. Najstarsza córka rozpoczyna posiłek tradycyjną ceremonią parzenia kawy. Wszystko odbywa się powoli, z uwagą i skupieniem. Pachnące ziarna są prażone na naszych oczach, potem mielone i parzone. Mam wrażenie, że nie przygotowuje napoju, lecz opowiada historię, której kolejne rozdziały unoszą się wraz z aromatycznym dymem.
W międzyczasie mężczyźni dzielą duży, puszysty chleb pieczony nad ogniem.
Do szklanek trafia keribo — lekko fermentowany napój z kukurydzy i miodu.
Na stole pojawia się też injera oraz kilka odmian pikantnych sosów wot.
Śniadanie szybko nabiera charakteru uczty, a ostre przyprawy zostają z nami jeszcze długo po ostatnim kęsie.
Injera i wot
Przy kawie i keribo
Świąteczny poranek z rodziną Ayalew
Dżinka staje się dla nas bazą wypadową do Parku Narodowego Mago. Droga prowadzi przez tereny, gdzie przyroda wciąż zachowała sporą część swojej dzikości, a człowiek pozostaje tylko jednym z wielu elementów krajobrazu.
To właśnie tutaj mieszkają Mursi, którzy sami nazywają siebie Mun.
Adenium arabskie — róża pustyni
Życie tej społeczności od wieków koncentruje się wokół bydła. Krowy są tu czymś znacznie więcej niż zwierzętami gospodarskimi — stanowią miarę zamożności, zabezpieczenie na czas suszy i nieurodzaju, a czasem wręcz walutę pozwalającą przetrwać trudniejsze lata. W świecie, gdzie banków nie ma za rogiem, a oszczędności nie zapisuje się na koncie, liczba posiadanych sztuk bydła mówi o człowieku więcej niż niejeden urzędowy dokument. Nic więc dziwnego, że wiano liczone w kilkudziesięciu krowach — nawet trzydziestu sześciu — nie budzi tu zdziwienia. To raczej potwierdzenie, jak wielką wartość mają ziemia, woda i wszystko, co pozwala utrzymać stado przy życiu.
Mursi zyskali rozpoznawalność daleko poza granicami Etiopii. To jeden z tych ludów, których wizerunek często pojawia się na okładkach albumów podróżniczych i w fotograficznych reportażach. Największą uwagę przyciągają kobiety noszące charakterystyczne gliniane krążki w dolnej wardze.
Zwyczaj ten związany jest z wejściem dziewcząt w dorosłość. W tym okresie usuwa się dwa dolne siekacze, a dolna warga zostaje nacięta, by umieścić w niej niewielki gliniany dysk zwany dhebi. Z biegiem lat krążki bywają stopniowo powiększane, a warga rozciąga się do rozmiarów, które dla przybysza z zewnątrz mogą wydawać się wręcz niewiarygodne. Łatwo sprowadzić ten zwyczaj do egzotycznej ozdoby, ale dla Mursi jest on częścią znacznie głębszej tradycji — rytuałem dojrzewania i elementem społecznej tożsamości.
Tak mieszkają Mursi
Dziś dawny symbol funkcjonuje również w nowym kontekście. Turystyka dotarła także tutaj, a wiele kobiet pozujących do zdjęć pobiera niewielką opłatę. W ten sposób tradycja, która przez pokolenia miała znaczenie wyłącznie kulturowe, stała się jednocześnie częścią lokalnej gospodarki.
Jednocześnie widać, że ten zwyczaj powoli odchodzi w przeszłość. Coraz mniej kobiet decyduje się na noszenie dhebi.
Szybko zauważamy, że w tej części Etiopii ozdoby pełnią rolę znacznie większą niż dekoracja. Rogi zawieszone na głowach, malunki pokrywające ciało, gliniane i metalowe elementy noszone przy szyi czy ramionach tworzą swoisty język znaków.
Dla miejscowych są czytelną informacją o pozycji społecznej, zamożności, wieku, a czasem także historii całej rodziny. To rodzaj żywego dokumentu, noszonego na własnym ciele.
W tym samym systemie widocznych oznaczeń mieści się także coś, co z zewnątrz zaskakuje jeszcze bardziej — broń.
Mężczyźni często noszą przy sobie karabiny AK-47.
W tej części kraju broń nie służy wyłącznie ochronie stad. Jest także oznaką prestiżu i pozycji społecznej.
Im dalej kierujemy się na południe, w stronę Turmi, tym częściej przy drodze pojawiają się niewielkie osady Benna. Ich mieszkańcy żyją nieco na uboczu głównych szlaków, w rytmie natury. Codzienność wyznaczają tu pory deszczowe i suche. W porze deszczowej uprawiają proso, sezam i kukurydzę, a gdy ziemia staje się jałowa, wędrują ze stadami w poszukiwaniu nowych pastwisk. W tym czasie podejmują się także polowań, a ważnym elementem ich codzienności pozostaje rabowanie bydła z sąsiednich wiosek, w tym Mursi — czyn, który dla Benna jest zarówno sposobem przetrwania, jak i elementem lokalnej strategii społecznej.
Benna słyną też jako mistrzowie pszczelarstwa dzikich pszczół. Nadwyżki miodu sprzedają lub wymieniają na lokalnym targu w Key Afar, gdzie staje się on ważnym składnikiem ich gospodarki.
Młody mężczyzna z ludu Benna
Fryzury kobiet Benna i Hamer są bardzo podobne
Starsza para z ludu Benna
Już przy wjeździe do Turmi widać, że to nie jest zwykła miejscowość. Przy drogach stoją furmanki, ludzie prowadzą kozy i osły, a z każdej strony dochodzi gwar rozmów. To lokalne centrum, wokół którego krąży życie całej okolicy. Tutaj załatwia się sprawy, zawiera transakcje i wymienia najświeższe nowiny.
Pierwszych Hamerów rozpoznajemy z daleka. Kobiety wyróżniają się charakterystycznymi fryzurami, a mężczyźni często prowadzą stada bydła przez wyschnięte równiny. Podobnie jak inne grupy pasterskie regionu Omo, żyją przede wszystkim z hodowli bydła, które wyznacza ich pozycję w świecie — jest jednocześnie bogactwem, zabezpieczeniem i miarą społecznego znaczenia. W porze deszczowej zajmują się także drobnymi uprawami, ale to bydło pozostaje w centrum wszystkiego.
Ich dieta bywa dla ludzi z zewnątrz zaskakująca. Oprócz mleka i produktów roślinnych ważne miejsce zajmuje krew bydła, pozyskiwana w tradycyjny sposób — poprzez przekłucie tętnicy szyjnej zwierzęcia i zebranie jej do naczynia, bez jego zabijania. To jeden z tych elementów codzienności, który dla Hamerów ma przede wszystkim wymiar praktyczny: stanowi cenne źródło energii w okresach niedoboru.
Raz w tygodniu Turmi wyraźnie zmienia tempo. Targ ściąga tu ludzi z całej okolicy i na kilka godzin wszystko koncentruje się w jednym miejscu. Handel miesza się z rozmowami, a sprawy rodzinne płynnie przechodzą w negocjacje i plotki, które rozchodzą się dalej niż same towary.
Wioska ludu Hamer
Równie ważną rolę odgrywa małżeństwo. Wysokie wiano sprawia, że założenie rodziny jest nie tylko sprawą uczuć, ale także przedsięwzięciem wymagającym zgromadzenia znacznego majątku. I tutaj ponownie wszystko sprowadza się do bydła, które pozostaje podstawową miarą bogactwa.
W społeczności Hamerów akceptowana jest poligamia, a pozycję pierwszej żony można rozpoznać niemal od razu. Wskazuje na nią charakterystyczna metalowa obroża zwana burkule. To znak jej szczególnej pozycji w rodzinie.
Uwagę przyciągają również fryzury kobiet. Warkocze pokryte mieszanką masła, czerwonej ochry i wapna połyskują w słońcu, tworząc jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów kultury Hamerów. Także tutaj wygląd nie jest kwestią przypadku — stanowi część języka, którym opowiada się o sobie, swojej rodzinie i miejscu w społeczności.
Burkule — obroża, którą miejscowo wiąże się ze statusem pierwszej żony
Typowa fryzura kobiet Hamer
Na zachód od Turmi droga powoli opada ku dolinie Omo. W suchym krajobrazie widok szerokiej rzeki działa niemal kojąco. To właśnie ona od tysięcy lat wyznacza rytm życia tej części Etiopii i prowadzi nas do jednej z najmniejszych społeczności etnicznych kraju — Karo. Ich nieliczne osady rozsiane są wzdłuż brzegów rzeki, a liczebność całej grupy od pokoleń pozostaje niewielka.
Choć Karo są spokrewnieni z Hamerami i dzielą z nimi wiele elementów kultury, zachowali własną, wyraźnie rozpoznawalną tożsamość. Widać ją zarówno w codziennych zwyczajach, jak i w sposobie, w jaki prezentują się światu.
Podobnie jak inne ludy doliny Omo, żyją w ścisłej zależności od rzeki. To ona wyznacza kalendarz prac i decyduje o powodzeniu zbiorów. W porze deszczowej Omo występuje z brzegów, zalewając okoliczne tereny. Gdy woda ustępuje, pozostawia po sobie żyzną warstwę osadów, dzięki której można uprawiać sorgo, kukurydzę i inne rośliny dające utrzymanie całym rodzinom. Tutaj rzeka nie jest jedynie elementem krajobrazu — jest sąsiadem, żywicielem i zegarem odmierzającym kolejne sezony.
Karo nad rzeką Omo
Jednak to nie pola uprawne sprawiły, że Karo stali się tak rozpoznawalni. Największe wrażenie robi ich sztuka zdobienia ciała.
Zarówno mężczyźni, jak i kobiety pokrywają skórę misternymi wzorami wykonanymi z białej kredy, czerwonej ochry, żółtych minerałów i popiołu. Linie, kropki i geometryczne motywy powstają z niezwykłą precyzją, choć często są tworzone spontanicznie, bez luster i szkiców.
Patrząc na nich, trudno oprzeć się wrażeniu, że ciało staje się tutaj płótnem, a każdy wzór osobną opowieścią.
Malunki mogą podkreślać urodę, przygotowywać do ceremonii, wyrażać nastrój albo po prostu stanowić formę artystycznej ekspresji. W kulturze Karo sztuka nie trafia do galerii ani muzeów. Powstaje każdego dnia na ludzkiej skórze, trwa przez krótki czas, a potem ustępuje miejsca kolejnym wzorom.
Kobieta Karo — codzienność i tradycja
Kobiety przy pracy domowej
Kierujemy się na południowy wschód. Stąd już naprawdę niedaleko do granicy z Kenią. Droga stopniowo pustoszeje, przecinamy suche koryta rzek i powoli wjeżdżamy w rejon Rezerwatu Przyrody Stephanie, rozciągającego się w obrębie Wielkiego Rowu Abisyńskiego.
Krajobraz staje się coraz bardziej surowy. Suchy busz stopniowo ustępuje miejsca skąpej roślinności, a kolejne kilometry przynoszą coraz mniej zmian. Rezerwat obejmuje między innymi ogromne, w większości wyschnięte jezioro Chew Bahir. Jego nazwa oznacza „słony ocean”, choć podczas naszej wizyty, przypadającej na porę suchą, znaczna część akwenu zamienia się w rozległą, jasną równinę. W tych surowych, niemal księżycowych warunkach żyje lud Arbore. Ich świat ogranicza się do czterech wiosek-klanów, z których każda ma własnego wodza. Pełni on jednocześnie funkcje polityczne i religijne, odpowiadając zarówno za codzienne sprawy, jak i za kontakt z tym, co niewidzialne.
Arbore specjalizują się w uprawie sorgo. Zbiory odbywają się dwa razy w roku, pod koniec pory suchej, i noszą nazwę „gar mar” — „tuż przed głodem”. Wtedy pracują wszyscy, bez wyjątku. Także dzieci, które stojąc na prowizorycznych platformach, odpędzają ptaki za pomocą proc i glinianych kulek. To prosty system ochrony plonów, działający tu nieprzerwanie od pokoleń.
Suche koryto rzeki
Murale — jedna z osad ludu Arbore
Młode dziewczyny z ludu Arbore
Cisza i spojrzenie
W dolinie rzeki Weito upał daje się we znaki bardziej niż gdziekolwiek wcześniej.
Mimo to ciągną się tu rozległe plantacje bawełny, które nadają krajobrazowi niemal geometryczny porządek — rzadki w tej części świata.
Góry bawełny
Na bawełnianym krzewie
Dalej na naszej trasie pojawia się Konso. To zarówno miasto, jak i nazwa dużej grupy etnicznej żyjącej w okolicach rzeki Sagan. Co ciekawe, w samym mieście mieszka jedynie niewielka część całej społeczności. Większość żyje w rozsianych po okolicy osadach, gdzie codzienność wciąż toczy się według zasad znanych od wielu pokoleń.
Dowiadujemy się czegoś, co w Etiopii zdarza się stosunkowo rzadko. Konso nie mają rozbudowanych legend o swoim pochodzeniu. Nie snują historii o wielkich wędrówkach ani mitycznych przodkach. Po prostu zakładają, że byli tutaj od zawsze. Badacze przypuszczają, że ich przodkowie mogli pojawić się na tych terenach już kilka tysięcy lat temu, ale dla samych Konso znacznie ważniejsze od dat jest poczucie ciągłości. Przeszłość nie jest tu rozdziałem zamkniętym w kronikach — pozostaje częścią codziennego życia.
Przez stulecia kultura Konso rozwijała się w dużej mierze niezależnie od sąsiadów. Choć utrzymywali handel z ludem Borena, kontakty z innymi grupami były ograniczone. Ostrożność w kontaktach ze światem zewnętrznym znajdowała odzwierciedlenie również w sposobie budowy osad. Wokół wiosek wznoszono masywne kamienne wały, które chroniły zarówno przed napastnikami, jak i przed dzikimi zwierzętami.
Wąskie ścieżki w wiosce Konso
Widać to do dziś. Wioski Konso są zwarte i gęsto zabudowane, a prowadzą do nich jedynie wąskie przejścia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko zostało tu zaprojektowane z myślą o obronie.
Przy wejściach niegdyś czuwali strażnicy, obserwując okolicę i pilnując, by nikt nieproszony nie pojawił się zbyt blisko. Dziś jest znacznie spokojniej, ale układ osad nadal opowiada historię czasów, gdy ostrożność była jednym z warunków przetrwania.
Chaty Konso
Wewnątrz wioski toczy się zwykłe życie
Tkactwo to jedna z mocnych stron Konso
Z każdym kilometrem droga odsłania nowe oblicza regionu: pola, wzgórza i nietypową architekturę.
Na naszej trasie pojawiają się Dorze — grupa etniczna znana przede wszystkim z niezwykłych domów. Ich konstrukcje sięgają nawet 15 metrów wysokości i przypominają ogromne ule splecione z bambusa i liści fałszywego bananowca. Budowa jednej chaty trwa miesiącami, ale potem stoi nawet 80 lat.
Chata Dorze przypominająca głowę słonia
Wchodząc do środka, trafiamy do przestrzeni podzielonej lekkimi ścianami z mat bambusowych. Wnętrze jest chłodne, przewiewne i zaskakująco uporządkowane. Skórzane krzesła, małe stoliki, naczynia z kalabasy — wszystko ma tu swoje miejsce.
W chacie zazwyczaj znajduje się również zagroda dla zwierząt: cielęta, kozy, ptaki. Dom i zagroda w jednym.
Zagroda dla zwierząt
Na zewnątrz rośnie Ensete ventricosum — fałszywy bananowiec. To roślina, która organizuje życie Dorze. Chroni zabudowania, daje materiał budowlany i przede wszystkim pożywienie. Z niej powstaje kocho — codzienny chleb.
Proces jego przygotowania jest długi i niemal rytualny. Najpierw ścina się mięsistą łodygę. Zdejmuje zewnętrzną warstwę, a potem bambusowym narzędziem wyskrobuje się miąższ. Powstaje papka, która trafia do koszy plecionych z liści tej samej rośliny. Tam fermentuje przez około trzy miesiące.
Kiedy czas mija, masa zmienia się w coś bardziej zwartego, przypominającego ciasto.
Po dodaniu wody i uformowaniu cienkiego placka trafia on na rozgrzaną blachę nad ogniem.
Gotowy kocho ląduje na talerzu — zwykle z ostrym lub miodowym sosem wot.
Dorze to nie tylko architektura i kuchnia.
Są też znakomitymi garncarzami — ich gliniane naczynia mają prostą, a jednocześnie charakterystyczną formę, której nie sposób pomylić z żadną inną.
W ofercie znajdujemy także wyroby z bawełny i skóry dzikich zwierząt — rzecz jasna tych, które podlegają ścisłej ochronie.
Całe grupy ludzi i zwierząt podążają wzdłuż poboczy w kierunku Awasy. Czasem przejazd blokują krowy, zmuszając nas do zatrzymania się i czekania, aż znajdą dla siebie przejście przy krawędzi jezdni. W pewnym momencie ruch staje się tak intensywny, że przypomina wiejski Manhattan.
To nie korek. To lokalne święto codzienności.
Tabory furmanek i potoki pieszych zajmują niemal całą szerokość drogi. W pobliskiej miejscowości właśnie trwa targ — jedni wracają, inni dopiero wyruszają, wszyscy poruszają się w rytmie, którego nikt nie dyktuje, a każdy i tak perfekcyjnie wyczuwa.
Większość furmanek to taksówki przewożące ludzi wracających z targu
Awasa, położona nad jeziorem o tej samej nazwie, sprawia wrażenie miasta żyjącego w bliskim związku z wodą. Jezioro jest jednym z mniejszych zbiorników Wielkiego Rowu Abisyńskiego, ale nadaje temu miejscu wyraźny charakter. Na nabrzeżu życie płynie własnym tempem, a lokalny targ rybny przypomina nieustanny spektakl.
Handlarze negocjują ceny, rybacy rozładowują połowy, klienci oglądają towar, a między nimi spacerują ptaki, liczące na łatwy łup. Trudno powiedzieć, kto jest tu bardziej zainteresowany świeżymi rybami — ludzie czy pelikany.
Rybacy i ptaki są dobrymi sąsiadami
Świeży połów nad Awasa
Pelikany różowe
Marabut afrykański
Podróż po południowej Etiopii okazuje się czymś znacznie więcej niż zwykłym zwiedzaniem kolejnego kraju. To spotkanie z jednym z najbardziej zróżnicowanych etnicznie regionów Afryki, gdzie obok siebie funkcjonują społeczności pielęgnujące własne tradycje, języki i sposoby życia. Dla podróżnika jest to rzadka okazja, by zobaczyć świat, w którym codzienność wciąż pozostaje blisko natury.
Trudno jednak nie zauważyć, że ten świat powoli się zmienia. Do odległych wiosek docierają nowe drogi, telefony komórkowe i coraz częstszy kontakt z zewnętrznym światem. Dla jednych oznacza to rozwój i nowe możliwości, dla innych początek końca tradycji przekazywanych przez pokolenia. Za kilka lub kilkanaście lat część miejsc, które dziś oglądamy, może wyglądać już zupełnie inaczej.
W drodze powrotnej historia zatacza koło. Ponownie lądujemy w Arabii Saudyjskiej, w Dżuddzie — mieście, które na początku naszej podróży było jedynie krótkim przystankiem w drodze do Etiopii.
Tak jak poprzednio, przed lądowaniem personel pokładowy rozpoczyna zbiórkę wszystkich opakowań i pozostałości po mocniejszych trunkach. Saudyjska prohibicja najwyraźniej trzyma się mocno i nic nie wskazuje na to, by podczas naszego pobytu w Etiopii zdążono ją znieść.
Po chwili między rzędami pojawiają się także „Strażnicy Prawa”. Z zawodową dokładnością przemierzają kabinę, wypatrując śladów zakazanych napojów. Wyglądają równie czujnie jak poprzednio. Na szczęście i tym razem nie znajdują niczego, co mogłoby nieplanowanie wydłużyć nasz pobyt na arabskiej ziemi.
Kiedy kontrola dobiega końca, na pokład zaczynają napływać nowi pasażerowie. Wielu z nich to wracający z Mekki pielgrzymi. Nadal chodzą w klapkach, a ich białe szaty przypominają niekiedy bardziej hotelowe ręczniki niż uroczyste stroje religijne. Teraz wyglądają na znacznie bardziej odprężonych. Dla nich najważniejsza część podróży właśnie dobiegła końca.
Kabina szybko się zapełnia. W schowkach lądują kolejne bagaże, w przejściach robi się tłoczno, a cichy dotąd samolot na nowo nabiera życia. Jeszcze chwilę temu było w nim zaskakująco dużo wolnej przestrzeni, teraz trudno dostrzec choćby jedno wolne miejsce.
I tak Airbus A340, którym przylecieliśmy do Etiopii pośród licznych pielgrzymów zmierzających do Mekki, znów jest pełny. Dokładnie tak samo jak wtedy, gdy cała ta podróż dopiero się zaczynała.
Klocek