Chile
Grudzień 2015
„Na początku, gdy Bóg stworzył świat, spojrzał siódmego dnia na swoje dzieło i poczuł ogromną satysfakcję. Zauważył jednak, że wciąż zostało mu trochę niezwykłego materiału — rzeki i doliny, lodowce i pustynie, majestatyczne góry, lasy, wulkany, fiordy oraz zielone pagórki. Nie chciał przecież, żeby coś się zmarnowało, więc polecił aniołom zebrać wszystko i ukryć za długim pasmem wysokich gór. Tak miały powstać Andy, a z całej tej reszty — Chile”.
Tak przynajmniej głosi miejscowa legenda. I trudno się z nią spierać, kiedy patrzy się na kraj rozciągający się przez ponad cztery tysiące kilometrów. Chile wygląda momentami tak, jakby ktoś postanowił zmieścić cały świat w jednym, wyjątkowo wąskim państwie.
Są tu pustynie bardziej suche niż wiatr schodzący z andyjskich zboczy, lodowce spływające z gór, zielone doliny pełne winnic i surowe fiordy na południu. A pomiędzy nimi miasta, które żyją własnym rytmem i historią.
To już nasza trzecia wizyta, a mimo to wciąż mamy wrażenie, że widzieliśmy zaledwie fragment tego kraju. Chile uzależnia trochę jak dobra książka — kończysz jeden rozdział i od razu masz ochotę na następny.
Tym razem chcemy przejechać kraj z północy na południe, ale najwięcej czasu zamierzamy spędzić w części centralnej. To właśnie tutaj podobno najlepiej czuć chilijski rytm życia.
Poranne słońce dopiero zaczyna odbijać się od szklanych fasad Santiago, kiedy po raz kolejny ruszamy w stronę centrum.
Z jednej strony wszystko wydaje się znajome, z drugiej mamy wrażenie, że stolica za każdym razem opowiada nam trochę inną historię.
Wystarczy skręcić w boczną ulicę, zajrzeć na niewielki plac albo zatrzymać się przy kiosku z empanadami, żeby nagle poczuć, że miasto znowu próbuje nas czymś zaskoczyć.
Palacio de la Moneda — siedziba prezydenta i władz
Poczta główna i Muzeum Historyczne przy Plaza de Armas
Na Plaza de Armas ruch jest już całkiem spory.
Sprzedawcy nawołują przechodniów, uliczni muzycy stroją instrumenty, a nad wszystkim góruje katedra metropolitalna.
Trudno uwierzyć, że wcześniejsza świątynia stojąca w tym miejscu została zniszczona przez trzęsienie ziemi. W Chile takie historie wracają regularnie — natura co jakiś czas przypomina, kto tak naprawdę ma ostatnie słowo.
Obecna katedra pochodzi z początku XIX wieku, choć późniejsze przebudowy nadały jej dzisiejszy wygląd. Jak większość Santiago, jest trochę mieszanką różnych epok i charakterów.
Katedra miejska
Hala Targowa z XIX wieku
Nad Santiago góruje wzgórze San Cristóbal.
Konkwistadorzy nazwali je na cześć świętego Krzysztofa, ale dużo wcześniej miejscowi Indianie mówili o nim Tupaue. Dawne nazwy mają zresztą niezwykłą trwałość — nawet jeśli znikają z rejestrów, zwykle dalej krążą w opowieściach.
U podnóża wzgórza wsiadamy do zabytkowej kolejki Funicular de Santiago. Wagoniki pamiętają jeszcze lata dwudzieste ubiegłego wieku i podczas jazdy lekko skrzypią, jakby chciały subtelnie przypomnieć pasażerom swój wiek.
Powoli wspinamy się nad dachami miasta. Im wyżej, tym bardziej Santiago zaczyna przypominać ogromną mozaikę ułożoną w andyjskiej dolinie.
Funicular de Santiago
Sky Costanera — najwyższy budynek w stolicy
Przy dobrej pogodzie panorama podobno zapiera dech.
„Podobno”, bo Santiago ma osobliwy talent do ukrywania Andów za smugą smogu akurat wtedy, gdy liczy się na najlepsze widoki. Tym razem mamy jednak szczęście. Miasto rozlewa się szeroko po kotlinie, a za nim wyrasta monumentalna ściana gór. Właśnie tutaj Andy osiągają jedne ze swoich najwyższych wysokości. Trudno uwierzyć, że zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej zaczynają się doliny, jeziora i surowe przełęcze przypominające krajobrazy z początków świata.
Opuszczamy Santiago i ruszamy w Andy. Naszym celem jest Valle del Yeso — Dolina Gipsu. Z hotelu odbiera nas Philippe, młody kierowca o spokojnym usposobieniu i cierpliwości godnej człowieka przyzwyczajonego do andyjskich serpentyn i turystycznych tras.
W samochodzie towarzyszy nam również starsza Amerykanka, wyraźnie przekonana, że każda chwila ciszy jest stratą czasu.
Od pierwszej minuty prowadzi niekończący się monolog, przeskakując swobodnie od pogody przez politykę aż po szczegółowe historie o swoich wnukach. Philippe znosi to jednak z niewzruszonym spokojem, odpowiada na pytania, omija kolejne dziury w drodze i ani przez moment nie wygląda na człowieka bliskiego załamania nerwowego.
My tymczasem przyklejamy nosy do szyb i chłoniemy krajobrazy. Góry stają się coraz wyższe, a powietrze coraz chłodniejsze.
Na wysokości niemal trzech tysięcy metrów docieramy do Termas del Plomo — gorących źródeł ukrytych pośród skał.
Potok Estero de las Yeguas Muertas
Źródło wypływa prosto ze skalnej ściany i tworzy naturalny basen, nad którym unosi się para.
Woda ma około 28 stopni, ale powietrze skutecznie przypomina, że jesteśmy wysoko w Andach.
Postanawiam nie ryzykować sfilcowania mojego drogocennego wikuniowego futerka i pozostaję na brzegu, obserwując to naturalne spa z godnością niedźwiadka ceniącego suche futro.
Termas Del Plomo
Philippe z wprawą rozstawia andyjski piknik pośrodku surowego, skalistego krajobrazu.
Na przenośnym rożnie skwierczą szaszłyki, obok pojawiają się miseczki z chipsami i orzeszkami, a na stole ląduje chilijskie wino. Są też naleśniki z dulce de leche — słodkim kremem przypominającym masę krówkową, który w Ameryce Południowej najwyraźniej dodaje się do wszystkiego, łącznie z poranną kawą.
Największe zaskoczenie czeka jednak obok. Świeże truskawki. Leżą pośród śniegu i wyglądają tak absurdalnie, że przez chwilę trudno uwierzyć własnym oczom.
Dopiero po chwili dociera do mnie, że jest grudzień, a po tej stronie świata właśnie zaczyna się lato. W Chile nawet pory roku potrafią zaskakiwać.
Z okien samolotu Calama wygląda jak miasteczko zagubione pośrodku pustyni — a wokół niego rozciągają się ogromne odkrywkowe wyrobiska.
To kopalnie miedzi należące do jednego z największych producentów tego surowca na świecie. Pustynny krajobraz nabiera tu wyraźnie przemysłowego wymiaru: ziemia przypomina książkę, z której ktoś wyrwał całe rozdziały.
Calama leży w samym sercu Atacamy, jednego z najsuchszych miejsc na Ziemi — przestrzeni, w której deszcz jest raczej wspomnieniem niż realnym zjawiskiem. Większość mieszkańców pracuje w kopalniach lub podporządkowuje swoje życie rytmowi ich zmian, choć w okolicy wciąż żyją niewielkie społeczności rdzennych mieszkańców regionu.
Mimo że woda jest tu na wagę złota, pustynia od wieków nie przestaje przyciągać ludzi. W skromnych oazach osiedlali się Atacameños, Aymara, Chinchorros i Diaguitas, ucząc się życia na granicy możliwości. Z czasem te ziemie zostały włączone do imperium Inków, które również musiało nauczyć się tu cierpliwości.
Calama
Samo miasto nie zatrzymuje na dłużej, więc ruszamy dalej — w stronę gminy San Pedro de Atacama.
Po drodze zatrzymujemy się przy pomniku upamiętniającym ofiary brutalnego reżimu generała Augusto Pinocheta. Historia Chile wciąż jest tu obecna, jak cień, który nie do końca chce zniknąć.
Po zamachu stanu z września 1973 roku junta wojskowa obaliła demokratycznie wybrany rząd Salvadora Allende. Szacuje się, że życie straciło od 1 000 do 3 000 osób, dziesiątki tysięcy były internowane, a około 30 000 poddano torturom — bez względu na wiek czy płeć.
Cisza przy pomniku jest ciężka, ale potrzebna — pozwala choć na chwilę zatrzymać się przy tej historii.
Pomnik ofiar reżimu wojskowego w Chile
San Pedro de Atacama to gmina, której terytorium od wieków tworzą społeczności Ayllu — niewielkie grupy rodzinne będące podstawą lokalnego życia społecznego i gospodarczego.
Oazy, w których funkcjonują, są od siebie często oddalone o wiele kilometrów, a pustynny krajobraz sprawia, że czas płynie tu inaczej.
Samo San Pedro stanowi centrum regionu i punkt, wokół którego skupia się życie.
Dziś przyciąga też podróżnych z całego świata — miejsce, które w skali roku odwiedzają dziesiątki tysięcy osób, szukających skarbów Atacamy.
San Pedro de Atacama
Jednym z najbardziej spektakularnych miejsc jest Valle de la Luna — Dolina Księżycowa.
Formacje skalne i malownicze krajobrazy przypominają powierzchnię naszego satelity.
„Na księżycu”
Valle de la Luna
Z zachodem słońca miejsce nabiera niemal magicznego wymiaru.
Stoję na krawędzi skał i mam wrażenie, że pustynia potrafi hipnotyzować — cisza przerywana jedynie wiatrem, blask gasnącego słońca i ciepło bijące od kamieni tworzą niezwykłą, niemal nierzeczywistą atmosferę.
W rowie tektonicznym biegnącym przez Atacamę rozciąga się rozległa dolina bezodpływowa.
W jej najniższej części leży Salar de Atacama — największe solnisko Chile.
Woda spływająca z okolicznych wyżyn odparowuje, pozostawiając po sobie bogate złoża soli, potasu, magnezu i boraksu.
Lamy
Fragment solniska, z lagunami zasiedlanymi przez słonaczki, tworzy Narodowy Rezerwat Flamingów.
Te drobne skorupiaki są głównym pożywieniem różowych ptaków, które spacerują po płytkich wodach solniska jak na pokazie mody natury.
Solnisko pokryte jest mieszanką soli, osadów i piasku
Niedługo przed naszym przybyciem w wyższych partiach pustyni spadł śnieg.
Zwykle jałowy krajobraz pokrywała jedynie wyschnięta roślinność, teraz jednak pojawiają się delikatne kwiaty, nadające Atacamie nieoczekiwany, niemal abstrakcyjny urok.
Natura lubi zaskakiwać.
Yerbasal, czyli Basal — drobne czerwone rośliny spotykane w okolicy
W drodze podziwiamy dwie fascynujące laguny — Miscanti i Miñiques — niegdyś jeden zbiornik wodny, który po wybuchu pobliskiego wulkanu rozdzielił się na dwa.
To widok, który bardziej przypomina geologiczną ciszę niż malarski pejzaż.
Laguna Miscanti
Ayllu Socaire i Toconao są kolejnymi przystankami na trasie.
W Socaire uwagę przyciągają przede wszystkim kaktusy — imponujące, ale rosnące tak powoli, że jeden centymetr przyrostu rocznie uznaje się tu za normę. Od lat objęte są ścisłą ochroną, a mieszkańcy mogą wykorzystywać jedynie obumarłe rośliny, co sprawia, że wyroby z kaktusowego drewna osiągają wysokie ceny.
Wokół wciąż widać niewielkie pola uprawne, prowadzone w sposób niezmienny od czasów sprzed konkwistadorów. Uprawia się tu między innymi quinoa, zwaną „ryżem Inków”, która w tym surowym krajobrazie wydaje się szczególnie dobrze znosić upływ czasu.
Quinoa
Toconao zachwyca starym kościołem i wolnostojącą dzwonnicą.
Drewniane elementy świątyni i drzwi dzwonnicy wykonano z cennego drewna kaktusowego, co nadaje miejscu surowy, ale charakterystyczny rys.
Wrażenie jest takie, jakby historia i krajobraz od dawna funkcjonowały tu obok siebie, bez pośpiechu i bez potrzeby zmian.
Dzwonnica w Toconaco
Drzwi z drewna kaktusowego
Wczesnym rankiem docieramy do krateru El Tatio — jednego z największych obszarów geotermalnych w Chile, położonego na wysokości 4 200 metrów nad poziomem morza.
To także jedno z najwyżej położonych pól gejzerów na świecie. O świcie miejsce wygląda niemal nierzeczywiście.
Para wodna, oświetlona pierwszymi promieniami słońca, unosi się nad ziemią niczym teatralne kurtyny.
Jest mroźno — przed świtem temperatura potrafi spaść nawet do -20 stopni, dziś jednak termometr pokazuje „tylko” -7, co na tej wysokości wydaje się prawdziwym luksusem.
Gejzery El Tatio działają dzięki wodzie spływającej z topniejącego śniegu i rzadkich opadów deszczu.
Trafia ona głęboko pod ziemię, gdzie rozgrzewają ją gorące skały.
Gdy ciśnienie staje się zbyt duże, para i wrząca woda wystrzeliwują na powierzchnię przez szczeliny w ziemi.
El Tatio to jedno z najwyżej położonych pól geotermalnych na świecie
Nazwa Tatio pochodzi z języka Keczua i oznacza piec
Niektóre gejzery wyrzucają wodę zaledwie na kilkadziesiąt centymetrów, inne potrafią wystrzelić parę i wrzątek nawet na sześć metrów wysokości.
El Tatio obejmuje około osiemdziesięciu aktywnych gejzerów i ustępuje wielkością jedynie Yellowstone w USA oraz Dolinie Gejzerów na Kamczatce.
Trudno jednak myśleć tutaj o rankingach, kiedy wokół wszystko syczy, bulgocze i paruje, jakby ziemia właśnie budziła się ze snu.
Na polu geotermalnym znajdują się również gorące źródła.
Kilku śmiałków decyduje się na kąpiel, choć przy siarczystym mrozie samo zdjęcie kurtki wygląda jak sport ekstremalny.
Ja pozostaję wierny zasadzie, że podziwianie gorących źródeł z bezpiecznej odległości też jest formą relaksu.
Niedaleko bulgoczą również błotne gejzery Del Barro.
Teren wokół nich pozostaje właściwie niezabezpieczony, a poruszanie się poza wyznaczonymi miejscami jest zabronione.
Ufamy jednak doświadczeniu naszego przewodnika, który prowadzi nas pomiędzy parującymi szczelinami z miną człowieka spacerującego po własnym ogródku.
Gejzery błotne Del Barro
W drodze coraz częściej pojawiają się wikunie — najmniejsi przedstawiciele rodziny wielbłądowatych.
Żyją wysoko w Andach, tam gdzie noce są lodowate, powietrze rzadkie, a wiatr potrafi skutecznie przypomnieć, kto tutaj naprawdę rządzi.
Zwierzęta doskonale przystosowały się do życia na wysokościach przekraczających nawet pięć tysięcy metrów. Od wieków są też symbolem wytrwałości dla mieszkańców Andów.
Ich niezwykle delikatna wełna należy do najcenniejszych na świecie, co — patrząc na moje własne wikuniowe futerko — przyjmuję raczej ze spokojnym poczuciem oczywistości niż zaskoczeniem.
Wikunia
Nieco większym krewniakiem wikunii jest gwanako andyjskie.
Zwierzęta żyją w niewielkich stadach rozsianych po suchych wyżynach i pampach.
Patrząc na nie, trudno nie odnieść wrażenia, że z Andami zawarły cichy układ już bardzo dawno temu.
Gwanako
Do Machuca docieramy jeszcze przed południem. To ważne, bo kilka godzin później wioska niemal całkowicie pustoszeje.
Mieszkańcy ruszają do San Pedro, próbując zarobić na życie w regionie coraz mocniej podporządkowanym turystyce. Na miejscu zostaje tylko cisza, niewielki kościół i kilka kamiennych zabudowań stojących na wysokości 4 000 metrów nad poziomem morza.
Jeszcze niedawno mieszkały tu zaledwie dwie osoby opiekujące się małym kościołem na wzgórzu. Dziś Machuca powoli wraca na turystyczną mapę Atacamy, choć nadal sprawia wrażenie miejsca zawieszonego gdzieś pomiędzy pustynią a końcem świata.
Ku mojej ogromnej radości lokalni gospodarze sprzedają również szaszłyki z mięsa lamy. Przy tej temperaturze ciepły posiłek smakuje niemal jak luksus, a zapach grillowanego mięsa bez większego trudu wygrywa z cienkim andyjskim powietrzem.
Machuca
Kościół na wzgórzu
Po południu Machuca zamienia się w „wioskę widmo”
Po pustynnej surowości Atacamy Valparaíso wydaje się niemal eksplozją kolorów.
Miasto założone przez hiszpańskich konkwistadorów w XVI wieku od dawna uchodzi za kulturalną stolicę Chile i jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na wybrzeżu Pacyfiku.
Domy wspinają się po stromych wzgórzach, a niemal każda ściana pokryta jest muralami.
Valparaíso przypomina wielką galerię sztuki pod gołym niebem — z tą różnicą, że ekspozycja zmienia się tutaj praktycznie każdego dnia.
Port Valparaíso należy do najważniejszych w Ameryce Południowej
Dawniej najwyżej położone części miasta zamieszkiwali głównie zamożni mieszkańcy.
Żeby uniknąć codziennej wspinaczki po stromych schodach, budowali charakterystyczne windy i kolejki prowadzące niemal pod same drzwi domów.
Do dziś działa ich tutaj kilkadziesiąt. Niektóre sprawiają wrażenie, jakby od lat działały bardziej z przyzwyczajenia niż z technicznej logiki.
Typowe dla starego miasta kolejki kablowe
Jedna z głównych ulic starego Valparaiso
Spacerując po starym mieście, trudno skupić wzrok na jednym miejscu.
Kolorowe murale pokrywają całe fasady budynków i w niczym nie przypominają przypadkowych bazgrołów.
Wiele stworzyli znani artyści, inne rozsławiły swoich autorów właśnie tutaj, na stromych ulicach Valparaíso.
„Dziewczynka” namalowana przez francuskiego artystę Mr. Papillon
Dzieło brytyjskiego artysty Osch Aka Otto Schade
W labiryncie wąskich uliczek kryją się galerie, niewielkie sklepiki i stoiska z rękodziełem.
W jednej z bocznych alejek trafiamy nawet na wyprzedaż garażową.
Obok ubrań leżą stare fotografie, książki i srebrna biżuteria z półszlachetnymi kamieniami.
Większość tych drobiazgów ma w sobie coś wyraźnie południowoamerykańskiego — trochę surowości, trochę koloru i sporo charakteru.
„We are not hippies, we are happies”
Starówka Valparaiso
Kolejny etap podróży pokonujemy komfortowym autobusem do Pucón.
Chilijskie autobusy dalekobieżne kursują zazwyczaj nocą, jakby specjalnie dawały pasażerom szansę „przespać” połowę kraju.
Zaraz po wejściu widać, że to inny standard podróży — w rzędzie są tylko trzy szerokie, rozkładane fotele, bardziej przypominające leżanki niż zwykłe siedzenia.
Pasażerowie mają do dyspozycji osobną przestrzeń, oddzieloną od toalety umieszczonej w korytarzu oraz od zamkniętej kabiny kierowców, którzy zmieniają się po drodze.
Autobus jedzie płynnie, spokojnie, a ogranicznik prędkości trzyma go w ryzach — maksymalnie 100 kilometrów na godzinę. I dobrze, bo w tym tempie noc zdaje się mieć więcej czasu, żeby się wydarzyć.
Trasa do Pucón, która trwa ponad dziesięć godzin, mija zaskakująco komfortowo.
Nad ranem docieramy na miejsce. Na dworcu czeka już Jermann — nasz gospodarz na najbliższe dni.
Jego drewniany dom przypomina górską chatę: jest tu wspólna kuchnia, niewielkie pokoje i ogród, z którego rozciąga się widok na wulkan Villarrica.
Trudno o bardziej efektowną dekorację krajobrazu, ogródek z własnym wulkanem to naprawdę niestandardowe wyposażenie domu.
Villarrica ma ponad 2 800 metrów wysokości i należy do najbardziej aktywnych wulkanów w Chile.
Ostatnia erupcja miała miejsce zaledwie kilka miesięcy przed naszym przyjazdem.
W kraju znajduje się około dwóch tysięcy wulkanów, z czego kilkadziesiąt uznaje się za aktywne.
Tutejszy krajobraz wyraźnie powstał pod wpływem ognia i geologicznej cierpliwości.
Startujemy nad Lago Tinquilco, skąd rozpoczynamy osiemnastokilometrowy marsz przez zielony, wilgotny i intensywnie pachnący lasem Park Narodowy Huerquehue.
Już po pierwszych krokach wchodzimy w zupełnie inny świat — gęsty, żywy, miejscami niemal pierwotny.
Szlak prowadzi nas do jezior Lago Chico, Lago Verde i Lago El Toro.
Wędrówka przez tę puszczę, pełną starych, fascynujących araukarii i licznych wodospadów, okazuje się jednym z tych doświadczeń, które trudno potem zamknąć w zwykłym „było pięknie”.
Lago Tinquilca
Na jednym z drzew dostrzegam charakterystyczne grzybki Darwina, zwane indiańskim chlebem.
Od pokoleń trafiają do lokalnej kuchni i — jak się mówi — smakują znacznie lepiej, niż sugerowałby ich wygląd.
Grzybki Darwina
Lago el Torro
Chwilę później na ścieżce pojawia się ogromny ptasznik chilijski.
Z rozłożonymi odnóżami wygląda niemal jak stworzenie mojego rozmiaru, co — jako niedźwiadek — uznaję za wyraźne przekroczenie granic dobrego smaku.
Na szczęście miejscowi uspokajają, że pająk jest raczej łagodny, a jego ukąszenie można porównać do użądlenia pszczoły.
Największe wrażenie robią jednak araukarie — drzewa pamiętające czasy dinozaurów.
Te prehistoryczne iglaki osiągają nawet sześćdziesiąt metrów wysokości i od wieków są symbolem południowego Chile.
Ich nasiona pozostają ważnym elementem lokalnej kuchni, a same drzewa wyglądają tak, jakby od milionów lat zupełnie nie przejmowały się upływem czasu.
Pień starej Araukarii nad Lago Verde
Araukarie nad Lago el Torro
Puerto Varas leży nad Lago Llanquihue, drugim co do wielkości jeziorem Chile.
Już po kilku minutach spaceru po miasteczku wiadomo jednak, że to nie jezioro gra tutaj główną rolę. Nad okolicą dominują dwa wulkany, które wyglądają tak, jakby ktoś specjalnie ustawił je w tle, żeby miasto lepiej prezentowało się na zdjęciach.
Pierwszy z nich to Osorno — niemal idealny stożek przykryty śniegiem, tak symetryczny, że bardziej przypomina rysunek z elementarza niż prawdziwą górę. Trudno uwierzyć, że natura potrafi być aż tak pedantyczna. Wulkan pozostaje uśpiony, a ostatni raz dawał o sobie znać około 150 lat temu. Mieszkańcy patrzą więc na niego ze spokojem, choć w Chile słowo „uśpiony” nigdy nie brzmi całkiem bezpiecznie.
Wulkan Osorno
Znacznie mniej przewidywalny jest Calbuco.
Od XIX wieku wybuchał już dziesięć razy, a podczas ostatniej erupcji w 2015 roku wyrzucił popiół na wysokość 15 kilometrów.
Okoliczne miejscowości przykryła wtedy gruba warstwa szarego pyłu.
Nawet dziś w wielu miejscach można dostrzec ślady tamtych wydarzeń.
Chile ma zresztą osobliwy talent do przypominania, że żyje się tutaj na geologicznie bardzo nerwowym kawałku świata.
Wulkan Calbuco
Rio Petrohué
Lago Todos los Santos u stóp wulkanu Osorno
Po około godzinnej przeprawie promowej przez Kanał Chacao docieramy na Chiloé — największą wyspę Chile.
Już od pierwszych chwil miejsce wydaje się inne niż reszta kraju — bardziej surowe, bardziej zielone i jakby lekko odklejone od rzeczywistości.
Nic dziwnego — krążą tu opowieści o duchach, statkach widmach i leśnych demonach.
Wyspa słynie przede wszystkim z ziemniaków. To właśnie tutaj, obok Peru, znajduje się jedno z ich głównych centrów pochodzenia.
Uprawia się ich ponad dwieście odmian i rzeczywiście wyglądają zupełnie inaczej niż te znane z europejskich sklepów. Niektóre są niemal fioletowe, inne mają intensywnie żółty miąższ albo kształty przypominające małe kosmiczne stwory.
Myślę sobie, że ziemniak też może mieć charakter.
Chacao — najstarsza osada na Chiloé
W regionie Punihuil wypływamy łodzią w stronę niewielkich wysepek będących rezerwatem przyrody.
To jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie obok siebie gniazdują pingwiny Humboldta i magellańskie.
Ptaki wyglądają, jakby kompletnie ignorowały fakt, że stały się lokalną atrakcją turystyczną.
Na skałach wygrzewają się lwy morskie, nad wodą krążą setki ptaków, a przewodnik z nieukrywaną dumą opowiada, że czasem do zatoki wpływają nawet płetwale błękitne.
Trudno o lepsze przypomnienie, że Patagonia wciąż pozostaje królestwem natury.
Pingwiny magellańskie mają pod dziobem dwa czarne paski, natomiast pingwiny Humboldt'a tylko jeden
Plaża Teguaco
Na plaży spędzam trochę czasu w zaciszu wodorostów...
...i udaję rozbitka
Z niecierpliwym oczekiwaniem na finał poznajemy najważniejszą kulinarną tradycję Chiloé — curanto.
Sam proces przygotowania wygląda trochę jak połączenie rodzinnego obiadu z pracami archeologicznymi.
Nalca (Pangue)
Najpierw wykopuje się duży dół w ziemi i rozgrzewa kamienie w ogniu.
Później wszystko przykrywa się ogromnymi liśćmi nalca, przypominającymi gigantyczny rabarbar.
Do środka trafiają owoce morza, mięso, kiełbasy, ziemniaki i warzywa.
Na wierzchu lądują jeszcze kluski z mąki i smalcu.
Całość przykrywa się kolejną warstwą liści oraz darni i zostawia na ponad dwie godziny.
Efekt jest spektakularny.
Pachnie dymem, morzem i czymś trudnym do nazwania, ale natychmiast pobudzającym apetyt.
Patagonia najwyraźniej uznała, że skoro klimat bywa tu surowy, to przynajmniej jedzenie powinno być konkretne.
Po dwóch godzinach piec zostaje otwarty
Kolejny etap podróży prowadzi nas słynną Carreterą Austral — drogą, która dla wielu jest właściwie synonimem chilijskiej Patagonii.
Trasa ciągnie się przez setki kilometrów północnej Patagonii, wijąc się między górami, fiordami, lasami i jeziorami.
Miejscami asfalt znika całkowicie, ustępując szutrowi, który potrafi skutecznie przetestować zarówno zawieszenie samochodu, jak i cierpliwość pasażerów.
Chile już wcześniej wydawało mi się krajem o dość osobliwych proporcjach. Ma ponad cztery tysiące kilometrów długości, ale przeciętnie zaledwie około dwustu kilometrów szerokości.
Na mapie wygląda bardziej jak przypadkowo pozostawiony pasek lądu niż normalne państwo.
Północną i Południową Patagonię rozdziela dodatkowo ogromna naturalna bariera — Południowy Lądolód Patagoński.
To trzecie co do wielkości pole lodowe na Ziemi, ustępujące jedynie Antarktydzie i Grenlandii.
Lodowiec pokrywa praktycznie całą szerokość kraju, skutecznie przecinając Chile na dwie części.
Żeby dostać się dalej na południe, trzeba albo przeprawiać się promami przez fiordy, nadłożyć drogę przez Argentynę, albo po prostu przelecieć nad tym lodowym światem samolotem.
Nowy Rok witamy w gospodarstwie La Casona niedaleko Villa Cerro Castillo.
Gospodyni Mary i jej córka Carmela przygotowują tradycyjne asado patagónico.
Nad ogniem powoli pieką się ogromne kawałki mięsa rozpięte na metalowych rusztach przypominających krzyże.
W Patagonii grillowanie to już właściwie ceremoniał.
Dym miesza się z chłodnym powietrzem, ktoś dolewa wina, ktoś inny poprawia drewno w ogniu i nagle okazuje się, że sylwester na końcu świata ma wyjątkowo przyjemny klimat.
Carretera Austral — Ruta 7
Asado con cuero z baraniny
Nowy Rok zaczynamy kolejnym etapem podróży Carreterą Austral.
Droga prowadzi nas do niewielkiego Puerto Río Tranquilo położonego nad jeziorem General Carrera.
Sama nazwa brzmi spokojnie, ale krajobraz wokół nie pozwala na bezruch.
Rio Ibanez
Lago General Carrera — największe jezioro w Chile
Wzdłuż brzegu jeziora ciągnie się ogromny marmurowy masyw rzeźbiony przez wodę przez tysiące lat.
To właśnie tutaj znajduje się słynna marmurowa katedra — Catedral de Mármol.
Skały tworzą fantastyczne jaskinie i tunele pokryte unikalnymi wzorami, przypominającymi prawdziwe dzieła sztuki natury.
Turkusowa tafla jeziora odbija światło w taki sposób, że wnętrze grot momentami przypomina podwodne nawy katedry.
Ze względu na wyjątkowy charakter tych formacji cały obszar został objęty ochroną i dziś stanowi część parku narodowego.
„Ciemne oblicze” Lago General Carrera
Dopiero później odkrywamy, że Nowy Rok na patagońskiej prowincji rządzi się własnymi prawami.
Po długiej drodze docieramy do Puerto Guadal i szybko okazuje się, że obie restauracje w miasteczku są zamknięte.
Perspektywa świętowania przy paczce suchych ciastek zaczyna wyglądać całkiem realnie.
Na szczęście nasz kierowca zna miejscowych mieszkańców, którzy bez większego namysłu zapraszają nas do siebie na obiad.
Patagonia po raz kolejny przypomina, że na końcu świata najcenniejsza bywa zwykła ludzka gościnność.
Most nad Lago Bertrand
Araukaria w Mallin Colorado Ecolodge
Jezioro General Carrera
Plaża w Puerto Guadal
Carretera Austral prowadzi jeszcze dalej na południe, ale kończy się tuż przed ogromną barierą Południowego Lądolodu Patagońskiego.
Żeby dostać się do południowej części Patagonii, musimy wrócić tą samą drogą do Balmacedy, gdzie znajduje się najbliższe lotnisko.
W drodze powrotnej, ponownie przejeżdżając przez Río Tranquilo, zatrzymujemy się przy niewielkim cmentarzu.
Cementerio Río Tranquilo wygląda bardziej jak miniaturowa wioska niż miejsce pochówku. Małe grobowce przypominają kolorowe chatki — jedne wielkości budy dla psa, inne niemal jak ogrodowe altanki.
Wszystko stoi pośród kwiatów i zieleni, z widokiem na jezioro i góry. Trudno wyobrazić sobie spokojniejsze miejsce.
Mijamy całe pola łubinów.
Rośliny przywieźli tu kiedyś europejscy osadnicy i dziś trudno wyobrazić sobie bez nich Patagonię.
Fioletowe i różowe kwiaty ciągną się kilometrami wzdłuż dróg, kontrastując z surowym krajobrazem gór.
Pole Łubinów
Droga prowadzi przez miejsca, gdzie cywilizacja wydaje się jedynie chwilowym dodatkiem do natury.
Miejscami asfalt ustępuje szutrowi, a dalej pojawiają się odcinki pokryte wulkanicznym iłem.
Po deszczu wulkaniczne iły robią się tak śliskie, że samochód zaczyna sunąć po drodze jak łyżwiarz figurowy na lodzie.
Nagle krajobraz zmienia się całkowicie.
Wjeżdżamy na teren pełen martwych drzew sterczących niczym czarne szkielety.
Po jednej z dawnych erupcji pobliskiego wulkanu wszystko zostało zasypane toksycznym popiołem.
Drzewa obumarły, ale do dziś stoją na zboczach, przypominając nieme pomniki siły natury.
Z daleka wyglądają trochę jak mumie, które wciąż stoją, choć czas już dawno zrobił swoje.
Kikuty obumarłych drzew nad rzeką Rio Murta
Stare autobusy przerobione na przydrożny bar
Punta Arenas, najbardziej wysunięte na południe miasto Chile i największe w południowej Patagonii, wita nas ponownie.
Jest w tym powrocie coś znajomego i jednocześnie za każdym razem świeżego — Patagonia ma w sobie coś, co sprawia, że nie przestajemy się nią zachwycać.
Pomnik Hernando de Magellanes na placu centralnym
Neoklasyczny budynek Władz Regionalnych
Palacio Sara Braun. Willa jednej z najbogatszych rodzin kolonialnych
Park Narodowy Torres del Paine uchodzi za jeden z najbardziej spektakularnych parków narodowych na świecie.
Krajobraz jest tu niemal teatralny: ostre granie gór, lodowce spływające w doliny, jeziora o nienaturalnie intensywnych barwach i rozległe stepy, na których wiatr ma wyraźnie więcej do powiedzenia niż reszta krajobrazu.
Nandu w Torres del Paine
Salto Chico
Wiatr w Torres del Paine ma własną skalę ocen.
Przy prędkości 60–80 kilometrów na godzinę uznaje się go za słaby.
80–100 kilometrów na godzinę to już warunki „normalne”.
Powyżej 100 kilometrów na godzinę wchodzi w kategorię „silny”.
W praktyce oznacza to, że natura tutaj rzadko bywa naprawdę uprzejma.
Torres del Paine znany jest z silnych wiatrów i ciekawych formacji chmur
Przed nami około czterech godzin marszu do schroniska Refugio Vértice Grey.
Na szczęście dziś wiatr pozostaje w granicach „normalności”, co w lokalnym słowniku oznacza, że nie próbuje nas co chwilę przewrócić.
Przy silniejszych podmuchach prom przez jezioro Lago Pehoé potrafi w ogóle nie wypłynąć — więc traktujemy tę umiarkowaną pogodę jak drobny luksus.
Startujemy z energią, choć wiatr od pierwszych kroków przypomina, że to on ustala warunki gry.
Z czasem szlak chowa się między wzgórzami i marsz staje się spokojniejszy, bardziej rytmiczny — jakby Patagonia na chwilę pozwalała złapać oddech.
Lago de Grey i jeden ze spływów lodowca
Wśród jagód Golterii
Rano odbiera nas katamaran Grey III z pobliskiej plaży.
Płyniemy wzdłuż lodowych ścian lodowca Grey, który jest jednym z jęzorów ogromnego Południowego Lądolodu Patagońskiego.
Jego czoło ma około 40 metrów wysokości, a cała szerokość sięga mniej więcej sześciu kilometrów.
Katamaran Grey III
Lodowiec Grey
Wciąż jednak największym wyzwaniem pozostaje wiatr, który dziś w porywach przekracza 100 kilometrów na godzinę.
Z ulgą docieramy do przybrzeżnego lasu, gdzie na chwilę znika jego bezpośrednia siła. Aby dotrzeć do strażnicy, gdzie czeka samochód, musimy przejść przez niewielki wiszący most. Kołysze się on niczym wahadło, a sama przeprawa szybko zamienia się w małą przygodę
Idę nieodłącznie z Moją Basią. Trzymając się stalowych lin, poruszamy się powoli, ostrożnym krokiem.
Nogi plączą się, a każdy ruch wymaga większej koncentracji. W połowie mostu wiatr robi swoje i dalszą część drogi pokonujemy już bardziej przy deskach niż na własnych nogach.
Lago Grey
Moja Basia robi przymiarkę do lekcji latania
Zatoka Seno Otway była pierwotnie akwenem polodowcowym, który z czasem zyskał połączenie z Oceanem Spokojnym — przez naturalne kanały w masywie Andów i Cieśninę Magellana.
Na wietrznym wybrzeżu zatoki, z dala od głównych szlaków, znajduje się niewielki rezerwat pingwinów magellańskich.
Od września do marca wraca tu duża kolonia tych ptaków, by gniazdować i wychowywać młode.
Pingwiny co roku pojawiają się w tym samym miejscu, jakby dokładnie pamiętały drogę powrotu. Opieka nad potomstwem jest wspólna — samiec i samica zmieniają się w obowiązkach, a rytm tego podziału wydaje się tu równie naturalny jak wiatr od strony oceanu.
I rzeczywiście, patrząc na nie, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie tyle „żyją w rezerwacie”, co po prostu wracają do siebie.
Chile niezmiennie robi na nas wrażenie, a każdy kolejny dzień w tym kraju tylko potwierdza, że rzadko trafia się miejsce o tak intensywnym charakterze.
Skoro jesteśmy już „blisko”, decydujemy się na małą odyseję w stronę Polinezji — na Rapa Nui, najbardziej odległą zamieszkaną wyspę świata, znaną jako Wyspa Wielkanocna.
Ten odległy skrawek lądu na Pacyfiku należy administracyjnie do Chile, a jedynym przewoźnikiem obsługującym to połączenie pozostają chilijskie linie lotnicze.
I trudno oprzeć się wrażeniu, że to jeszcze nie jest koniec drogi, tylko kolejny zakręt.
Klocek
Przeczytaj ciąg dalszy podroży » Wyspa Wielkanocna