Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna)
Styczeń 2016
Wyspa Wielkanocna powstała z ognia. Trzy wulkany — Poike, Rano Kau i Terevaka — kiedyś dosłownie wypchnęły ją z oceanu, tworząc samotny, skalisty ląd pośrodku Pacyfiku.
Dziś wyspa wygląda już znacznie spokojniej: skąpe trawy, pojedyncze drzewa, krajobraz raczej oszczędny niż bujny. A przecież nie zawsze tak było. Dawniej była gęsto porośnięta palmami, zielonym gąszczem pośrodku niczego.
I właśnie „niczego” okazuje się tutaj słowem kluczowym.
Rapa Nui leży prawie 4 000 km od wybrzeży Ameryki Południowej, gdzieś na bezkresie Oceanu Spokojnego. To jedno z tych miejsc, które mapy traktują trochę jak margines. Najbliższa zamieszkana wysepka — Pitcairn — jest oddalona o ponad 2 000 km.
Już od chwili, gdy na początku XVIII wieku Holender Jacob Roggeveen jako pierwszy Europejczyk dopłynął do wyspy, wraca jedno i to samo pytanie: jakim cudem ludzie dotarli tutaj wcześniej? Skąd przypłynęli, skoro przez tysiące kilometrów wokół nie było nic poza oceanem?
Naukowcy szacują, że pierwsi osadnicy dotarli tutaj między IV a X wiekiem n.e., choć część badaczy zawęża ten okres do IV–V wieku. Pewne jest jedno: ktoś tu dotarł i został na tyle długo, by zostawić po sobie coś, czego do dziś nie umiemy do końca wyjaśnić.
Prawie 900 kamiennych posągów — moai — stoi rozrzuconych po wyspie jak milcząca armia. Do tego dochodzą petroglify, znaki wyryte w kamieniu, oraz Rongo–Rongo — pismo, którego dotychczas nie udało się odczytać. Trochę tak, jakby kultura Rapanui zostawiła po sobie wiadomość, ale bez instrukcji, jak ją odczytać.
Najbardziej frustrujące dla badaczy jest to, że większość wyjaśnień pozostaje w sferze przypuszczeń. Nawet najlepiej udokumentowane teorie wciąż nie tworzą pełnego obrazu. A ustne przekazy, które przetrwały, pochodzą już z czasów, gdy dawny świat wyspy był tylko cieniem w pamięci mieszkańców. Przypomina to próbę odtworzenia snu, który już dawno przeminął.
Dziś wyspa formalnie należy do Chile, choć geograficznie i kulturowo nadal wyraźnie ciąży ku Polinezji. Rdzenni mieszkańcy nazywają ją Rapa Nui — i to właśnie ta nazwa brzmi tu najbardziej naturalnie.
Wyspę można objechać w ciągu jednego dnia. Jest tu jedno miasteczko — Hanga Roa — i jeden port lotniczy Mataveri, do którego docierają połączenia z Chile.
Już przy wyjściu z samolotu czuć zmianę rytmu. Powietrze jest miękkie, spokojniejsze, a powitanie brzmi „ia orana!” — ciepłe, polinezyjskie „witaj”.
I jeszcze ten gest: wieńce z kwiatów zakładane na szyję. Pachną intensywnie, trochę jakby wyspa chciała od razu zaznaczyć swoją polinezyjską przynależność — bez narzucania się, ale stanowczo.
Jedna z głównych ulic w Hanga Roa
Stylizowany szyld z nazwą ulicy
Hanga Roa okazuje się miasteczkiem, w którym wszystko da się załatwić pieszo. Nie ma tu wielkich dystansów, nie ma też wrażenia, że trzeba gdzieś gonić. Panuje tu polinezyjskie pojęcie czasu — czas nie biegnie, a raczej tylko spaceruje po uliczkach osady.
W porcie rybackim stoi pierwszy moai, którego można zobaczyć z bliska. To samotna figura na platformie Ahu Riata w Hanga Roa — kiedyś stały tutaj dwie. W 1998 roku odrestaurowano tylko jedną. Druga zdaje się nadal czekać na swoją kolej — albo po prostu uznano, że samo wspomnienie po niej też coś znaczy.
Posąg otoczony jest prostym ogrodzeniem z drewnianych belek, ale pozostawia przejścia — aż kusi, żeby podejść trochę bliżej, zrobić lepsze zdjęcie, sprawdzić kąt światła. I dokładnie w tym momencie wyspa przypomina, że nie wszystko jest tu dla turystów.
Kiedy próbujemy podejść bliżej, pojawia się miejscowy i dość szybko sprowadza nas na ziemię. Bez agresji, ale też bez wątpliwości. Tutaj wciąż wyraźnie czuć, że moai nie są jedynie zabytkami.
Ahu Riata
Ahu, czyli ceremonialne platformy z kamienia, są czymś więcej niż tylko podstawą pod posągi. To miejsca pamięci, porządku i dawnego świata.
Na Rapa Nui odkryto ponad 250 takich platform, a na większości z nich stoi więcej niż jeden moai. Ustawione w rzędzie, skierowane w stronę lądu, sprawiają wrażenie strażników obserwujących nie tylko wnętrze wyspy, ale całe życie jej mieszkańców.
Kopia moai na placu Hotu Matuʻa
Przy przystani rybackiej, na placu Hotu Matuʻa, stoi kopia moai — dla odmiany zwrócona w stronę oceanu.
Trochę jak strażnik, trochę jak symbol szczęścia dla tych, którzy wypływają w morze.
I trudno nie odnieść wrażenia, że ocean w tym miejscu rzeczywiście zasługuje na respekt.
Już w pierwszej połowie XIX wieku wszystkie moai leżały przewrócone twarzami do ziemi, często częściowo rozbite. Ustne przekazy wspominają o wielkiej wojnie plemiennej, która miała doprowadzić do upadku dawnej kultury Rapanui. Problem w tym, że nawet po jej zakończeniu posągi nadal stały na swoich platformach. Pierwsi europejscy przybysze opisywali przecież wyspę pełną stojących moai.
Naukowcy przypuszczają, że wraz z rosnącymi napięciami plemiennymi mieszkańcy sami obalali posągi. Swoje zrobiły również choroby przywleczone przez Europejczyków, między innymi syfilis, który dziesiątkował populację wyspy i pogłębiał chaos.
Dla Rapanui moai nie były przecież zwykłymi rzeźbami. Wierzono, że kryje się w nich mana — boska siła mogąca chronić, ale też karać. Kiedy świat wyspy zaczął się rozpadać, część mieszkańców mogła uznać, że kamienne kolosy utraciły swoją moc. Albo przeciwnie — że najlepiej będzie całkowicie odebrać im tę moc, zanim same sprowadzą nieszczęście.
Ahu Akahanga
Ahu Akahanga z daleka wygląda dziś bardziej jak pole porozrzucanych kamieni niż dawny kompleks ceremonialny.
Pomiędzy przewróconymi figurami trudno od razu dostrzec miejsce, które według legend ma skrywać grób Hotu Matuʻy — legendarnego króla i ojca założyciela kultury Rapanui.
Czy rzeczywiście został tutaj pochowany, tego nikt nie potrafi już jednoznacznie potwierdzić. Nie ma tablic, grobowca ani wyraźnych znaków. Jest tylko wiatr, kamienie i przekazy powtarzane od pokoleń.
Mimo to Akahanga do dziś nazywana jest „platformą króla”.
Silnie zwietrzały pukao
Przy części moai wciąż leżą charakterystyczne czerwone cylindry zwane pukao.
Niektórzy badacze twierdzą, że były symbolicznymi kapeluszami, inni widzą w nich odwzorowanie dawnych polinezyjskich fryzur z długich, związanych włosów.
Wszystkie wykonano z czerwonego tufu wulkanicznego wydobywanego w kraterze Puna Pau. Wokół krateru nadal leży kilkadziesiąt pukao, które wyglądają na pozostawione tutaj setki lat temu przez kogoś, kto nigdy po nie nie wrócił.
Niektóre pokrywają jeszcze petroglify.
Co jakiś czas w krajobrazie pojawiają się kamienne fundamenty dawnych domów Rapanui. Nazywano je paenga.
W tych fundamentach osadzano drewniane tyczki, które wyginano w łuk i łączono ze sobą, tworząc szkielet konstrukcji. Całość przykrywano plecionymi matami i liśćmi.
Chaty miały niewielkie wejścia i służyły właściwie tylko do spania. Reszta życia toczyła się na zewnątrz — między oceanem, kamiennymi platformami i otwartą przestrzenią wyspy.
Fundament chaty paenga
Przed każdą chatą znajdowała się platforma wyłożona gładkimi kamieniami, a same budowle przypominały odwrócone łodzie.
Nawet architektura wyspy wyraźnie pokazuje związki mieszkańców z oceanem.
Cokoły z wydrążonymi otworami
Miejsce na ognisko
Największe wrażenie robi jednak Ahu Tongariki. To właśnie tutaj najłatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądała wyspa w czasach swojej świetności.
Platforma ma dziś około 100 m długości, ale pierwotnie cały kompleks był ponad dwa razy większy i należał do największych struktur ceremonialnych w całej Polinezji.
Archeolodzy przypuszczają, że mogło tu kiedyś stać nawet ponad 30 moai rozmieszczonych na kilku platformach.
Ahu Tongariki
W 1960 roku potężne tsunami niemal całkowicie zniszczyło Ahu Tongariki. Fala rozrzuciła ważące nawet 90 ton posągi daleko w głąb lądu.
Dopiero kilkadziesiąt lat później, dzięki wsparciu japońskiej firmy Tadano, udało się odbudować platformę i ponownie ustawić na niej moai.
Moai z pukao ma 14 m wysokości
Dziś piętnaście figur stoi ponownie w jednym rzędzie, zwróconych twarzami ku wnętrzu wyspy.
Różnią się sylwetką, rysami twarzy i proporcjami — zdają się przedstawiać konkretnych przodków.
I trudno oprzeć się wrażeniu, że każda z nich patrzy na wyspę trochę inaczej.
Spośród niemal 900 znanych moai prawie wszystkie zostały wyrzeźbione w wulkanicznych skałach krateru Rano Raraku. Na jego zboczach wciąż tkwi około 400 posągów, z czego około jedna czwarta jest całkowicie ukończona i uwolniona od skały macierzystej. Reszta wygląda tak, jakby prace przerwano w pół ruchu.
Co ciekawe, Rano Raraku to jedyne miejsce na Rapa Nui, gdzie moai nie zostały przewrócone. Być może dlatego, że wiele z nich wciąż pozostaje częściowo zasypanych ziemią i osadami, które przez wieki gromadziły się na zboczach krateru.
Im bliżej podchodzimy, tym wyraźniej widać różnicę między nimi a posągami ustawionymi na platformach rozsianych po wyspie.
Mają w sobie więcej artystycznej swobody; można odnieść wrażenie, że właśnie tutaj rzeźbiarze eksperymentowali najchętniej.
Każdy moai jest inny — lekko asymetryczny, nieidealny, czasem wręcz zaskakująco „żywy” w swojej niedoskonałości.
Moai Piropiro wyróżnia się spiczastym nosem i delikatnie skrzywioną postawą. Wystaje z ziemi na około 6 m, choć jego pełna wysokość sięga niemal 11 m. To jeden z największych całkowicie ukończonych posągów, jakie tu powstały.
Moai Piropiro
Nieco dalej znajduje się moai Ko Kona He Roa. Na jego piersi wyryto scenę, która wygląda jak spotkanie dwóch światów: statek z trzema masztami i lina prowadząca w stronę wielkiego żółwia.
Badacze przypuszczają, że to późniejszy ryt, dodany już po pierwszych kontaktach z Europejczykami, kiedy powierzchnie moai zaczęto traktować jak miejsce nowych znaczeń.
Sam motyw żółwia bywa różnie interpretowany — jako symbol drogi albo próba przedstawienia czegoś, co przypłynęło z zupełnie innego świata. Trudno tu o pewność. Łatwiej o wyobraźnię.
Jest też „wytatuowany moai”. Na jego powierzchni widać ornamenty przypominające tradycyjne polinezyjskie tatuaże noszone wokół szyi.
W zagłębieniach rzeźby znaleziono ślady pigmentów, co sugeruje, że kiedyś podkreślano te wzory kolorem. Na lewym ramieniu widnieje także motyw Make–Make — jednego z najważniejszych bóstw Rapa Nui.
Moai Hinariru ma lekko skrzywioną głowę
Z krateru przenosimy się do Ahu Te Pito Kura.
Leży tu powalony moai Paro — największy, jaki kiedykolwiek przetransportowano z Rano Raraku na platformę ceremonialną.
Miał około 10 m wysokości i ważył ponad 80 ton. Według przekazów został przewrócony jako ostatni.
Gdyby Paro nadal stał pionowo, byłby jednym z najbardziej imponujących moai na całej wyspie. Większe posągi istnieją tylko w kamieniołomie Rano Raraku, ale nigdy nie zostały ukończone lub przetransportowane.
Moai Paro
Tuż obok znajduje się Te Pito O Te Henua — „pępek świata”.
Gładki, owalny głaz, który według legend ma emanować maną, czyli duchową energią. Według tradycji miał zostać przywieziony przez pierwszego króla Hotu Matuʻę, choć geologicznie pochodzi z samej Rapa Nui.
Dziś otacza go niewielki kamienny murek i cztery mniejsze głazy, które wyglądają jak przypadkowe siedziska.
I w praktyce właśnie tym się stały — wielu odwiedzających siada tu na chwilę, kładzie dłonie na kamieniu i próbuje sprawdzić, czy głaz rzeczywiście coś „oddaje”.
Te Pito O Te Henua (pępek świata)
Miejsce, które dziś przewodniki opisują jako mistyczne centrum wyspy, w rzeczywistości swój obecny wygląd zyskało dopiero w latach 70. XX wieku.
Starsze zdjęcia pokazują sam głaz, bez otoczenia, które dziś nadaje mu niemal rytualny charakter.
Teraz trudno oddzielić dawną legendę od współczesnej turystycznej opowieści.
Choć Rapa Nui ma długą, niemal nieprzerwaną linię brzegową, plaż jest tu zaskakująco mało.
Anakena jest największa i bez wątpienia najbardziej znana.
To tutaj, według legend, miał wylądować Hotu Matuʻa i jego lud, rozpoczynając historię osadnictwa na wyspie.
Plaża Anakena
W sąsiedztwie plaży znajduje się Ahu Nau Nau — z siedmioma moai, które należą do najlepiej zachowanych na całej wyspie.
Część z nich przez wieki była zasypana piaskiem, co paradoksalnie ochroniło je przed erozją.
Można odnieść wrażenie, że sama natura postanowiła zachować fragment tej historii w lepszym stanie.
Ahu Nau Nau
Niedaleko stoi także Ahu Ature Huki — jeden moai mierzący około 6 m wysokości i ważący blisko 30 ton.
To właśnie tutaj Thor Heyerdahl wraz z mieszkańcami wyspy, próbował postawić posąg w tradycyjny sposób, bez użycia ciężkiego sprzętu.
Eksperyment zakończył się sukcesem, choć nie rozwiał wszystkich wątpliwości.
Nadal nie wiadomo dokładnie, jak dawni mieszkańcy wyspy przemieszczali i ustawiali dziesiątki ton kamienia bez nowoczesnych narzędzi.
Ahu Ature Huki
Z Hanga Roa robimy spacer do Tahai — kompleksu trzech platform, który dziś uchodzi za jedną z najlepiej odrestaurowanych części dawnej osady.
Ahu Vai Uri z silnie uszkodzonymi moai
Przystań dla łodzi
Okrągły dom ceremonialny w kompleksie Tahai
W kompleksie znajduje się także Ahu Ko Te Riku, na której stoi moai z czerwonym pukao i osadzonymi oczami.
Dzisiejsze oczy są rekonstrukcją opartą na fragmentach znalezionych w 1978 roku.
W kamieniołomach rzeźbiono posągi z pustymi oczodołami — dopiero na miejscu, w rytualnym finale, „ożywiano” je poprzez dodanie oczu, które miały przywracać im pełnię mana.
Ahu Ko Te Riku
Po kilku dniach na Rapa Nui coraz wyraźniej widać, że ta wyspa nie składa się wyłącznie z moai. Kamienne kolosy dominują krajobraz, ale obok nich istnieje jeszcze cały świat symboli, wierzeń i przedmiotów, które dla dawnych mieszkańców miały równie duże znaczenie.
W Muzeum Antropologicznym ojca Sebastiana Englerta zgromadzono wiele artefaktów związanych z kulturą Rapanui. Sam Englert był niemieckim misjonarzem, ale w przeciwieństwie do wielu duchownych przybywających na wyspę nie próbował niszczyć lokalnej tradycji. Wręcz przeciwnie — dokumentował język, zbierał opowieści i ratował to, co jeszcze dało się ocalić.
Wśród eksponatów uwagę od razu przyciągają drewniane figurki moai Kavakava. W niczym nie przypominają monumentalnych moai rozsianych po wyspie. Są wychudzone, mają wystające żebra i niemal niepokojące twarze.
Według badaczy mogły przedstawiać ubóstwionych przodków albo duchy opiekuńcze chroniące przed złymi mocami aku aku. Trochę jak amulety, trochę jak święci dawnych wierzeń.
Moai Kavakava w Hanga Roa
Są też figury moai Tangata i moai Papa — symboliczne przedstawienia mężczyzny i kobiety — oraz tajemnicze figury Moko, łączące cechy człowieka i jaszczurki.
Te ostatnie miały chronić przed złymi duchami i były ważnym elementem rytuałów odprawianych przez kapłanów Rapanui.
Moko w Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej w Santiago de Chile
Największe wrażenie robi jednak historia pisma Rongo–Rongo.
W połowie XIX wieku francuski misjonarz Eugène Eyraud pisał do swojego biskupa na Tahiti, że niemal w każdej chacie przechowywano drewniane tabliczki pokryte nieznanymi znakami.
Dwa lata później kościelny wysłannik poinformował, że zalecenie zostało wykonane i wszystkie tabliczki spalono.
Dziś właśnie dlatego pisma Rongo–Rongo prawdopodobnie nigdy nie uda się odczytać.
Wyspa zachowała tajemnicę, ale część odpowiedzi zniknęła bezpowrotnie razem z dymem ognisk.
Tablica w kształcie ryby z pismem Rongo–Rongo
Tablica z pismem Rongo–Rongo
Z Hanga Roa ruszamy w stronę ceremonialnego kompleksu Vinapu.
Już z daleka jego kamienne mury wyglądają inaczej niż większość konstrukcji na wyspie. Ogromne płyty zostały spasowane z niezwykłą precyzją, bez użycia zaprawy.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego niektórzy badacze próbowali łączyć Rapanui z cywilizacją Inków — ściany rzeczywiście przypominają budowle znane z Peru.
Dziś większość archeologów podchodzi do tych teorii ostrożnie, ale podobieństwo nadal działa na wyobraźnię.
Tylna ściana platformy Ahu Tahira
Po drodze coraz częściej widać też kamienne kręgi zwane manavai.
Chroniły rośliny przed wiatrem i zatrzymywały wilgoć w suchej ziemi.
Rapanui zbudowali ich setki, próbując przystosować wyspę do coraz trudniejszych warunków życia.
Nawet tutaj widać, jak bardzo codzienność na Rapa Nui była walką o przetrwanie.
Kamienne kręgi Manavai
Najbardziej spektakularnym miejscem pozostaje jednak Rano Kau.
Ogromny krater ma ponad 1 km średnicy i przypomina naturalny amfiteatr opadający niemal 200 m w dół.
Na jego krawędzi, tuż nad oceanicznym klifem, znajduje się Orongo — ceremonialna wioska związana z kultem Tangata Manu, czyli człowieka–ptaka.
To właśnie tutaj odbywały się jedne z najbardziej niezwykłych rytuałów całej Polinezji.
Reprezentanci poszczególnych klanów musieli przepłynąć wpław na wysepkę Motu Nui, odnaleźć pierwsze jajo rybitwy manu tara, wrócić z nim przez ocean, wspiąć się po stromym klifie i dostarczyć je do Orongo. Zwycięstwo dawało prestiż i wpływy całemu klanowi.
Same zawody były bardzo niebezpieczne. Wielu uczestników ginęło podczas przeprawy z powodu ataków rekinów, utonięcia albo upadku z klifu.
Krater Rano Kau
Najdalej położona wysepka Motu Nui była najważniejszym miejscem rytuałów człowieka–ptaka
W osadzie stoi około siedemdziesięciu kamiennych domów ceremonialnych, z czego większość została odrestaurowana.
Są niskie, surowe i niemal wtapiają się w zbocze wzgórza.
Wszystkie wejścia skierowane są ku oceanowi.
To właśnie tutaj przedstawiciele klanów oczekiwali na rozpoczęcie rytuałów człowieka–ptaka.
Kamienne domy ceremonialne
Im więcej dowiadujemy się o historii wyspy, tym trudniej nie odnieść wrażenia, że największa katastrofa przyszła jednak z zewnątrz.
Europejczycy przywieźli choroby, później zaczęli wywozić mieszkańców do niewolniczej pracy w Peru i na Tahiti. Ci, którym udało się wrócić, przywieźli kolejne epidemie. W ciągu kilkudziesięciu lat dawna kultura Rapanui praktycznie się załamała.
W 1877 roku na wyspie żyło zaledwie 111 osób, z czego tylko niewielka część pamiętała jeszcze dawny świat swoich przodków.
Później było niewiele łatwiej. Po przejęciu wyspy przez Chile ograniczano możliwość opuszczania Rapa Nui i zakazywano używania rodzimego języka.
Dopiero w drugiej połowie XX wieku zaczęto stopniowo przywracać kulturze Rapanui należne miejsce.
Na początku pobytu witano nas kwiatowymi wieńcami zakładanymi na szyję.
Teraz, przed odlotem, pojawia się drugi zwyczaj — pożegnanie małymi talizmanami wykonanymi z muszelek, nasion i piór.
Każdy z nas dostaje drobny naszyjnik.
Talizmany pożegnalne
Na lotnisku mijamy rodzinę, której szyje niemal znikają pod ciężarem kolorowych ozdób.
Wszystko wskazuje na to, że są tutaj kimś ważnym. Niektóre talizmany wyglądają skromnie, inne przypominają małe dzieła sztuki.
Podobno mają przynosić szczęście i zapewniać powrót na wyspę.
Jeśli rzeczywiście działają, to chyba zaczynam rozumieć, dlaczego tak wielu ludzi wraca na Rapa Nui jeszcze raz.
Klocek