Wenezuela
Grudzień 2013 — Styczeń 2014
Wenezuela. Mogłaby pławić się w bogactwie. Leży na największych potwierdzonych złożach ropy naftowej świata, skrywa ogromne zasoby mineralne, a mimo to od lat balansuje na krawędzi gospodarczego upadku. Zmaga się z polityczną niestabilnością i wysoką przestępczością.
Jednocześnie pozostaje zadziwiająco dzika, pełna dziewiczej przyrody i krajobrazów, które w wielu miejscach wyglądają tak, jakby człowiek nigdy tu nie dotarł. Nawet dziś niektóre regiony pozostają słabo poznane i wciąż przyciągają ludzi, którzy bardziej od wygody cenią ciekawość świata.
To właśnie ten pierwotny charakter rozpala naszą wyobraźnię. Ryzyko? Owszem, istnieje. Ale ciekawość okazuje się silniejsza.
Wyruszamy więc pełni optymizmu, gotowi przemierzyć ten fascynujący zakątek świata wzdłuż i wszerz.
Wenezuela słynie z taniego paliwa. Benzyna, olej napędowy, a w konsekwencji także krajowe loty kosztują niewiele — przynajmniej z perspektywy obcokrajowca płacącego w stabilnej walucie. Mieszkańcy patrzą na to inaczej. Zarobki są niskie, a boliwar od dawna nie budzi większego zaufania.
Mimo to samoloty pozostają popularnym środkiem transportu. Kraj jest ogromny, a rozsądnych alternatyw często po prostu brakuje.
Nasz kolejny lot startuje z terminalu krajowego. Od pierwszych minut wiadomo, że pośpiech nie należy tutaj do szczególnie cenionych wartości. W hali tłoczą się pasażerowie, kolejki przesuwają się z godnością kontynentalnego lodowca, a załatwienie najprostszej formalności wymaga cierpliwości, której nawet ja — niedźwiadek o wyjątkowo łagodnym usposobieniu — nie zawsze mam pod dostatkiem.
Lotnisko krajowe w Caracas
Owszem, istnieje rozkład lotów. Jest nawet działająca tablica odlotów. Problem w tym, że oba te elementy mają raczej charakter orientacyjny. W praktyce samoloty odlatują wtedy, kiedy są gotowe, a nie wtedy, kiedy powinny.
Nikt nie wydaje się tym przejmować. My również szybko uczymy się lokalnej filozofii podróżowania i po półtoragodzinnym opóźnieniu wreszcie wzbijamy się w powietrze.
Po wejściu na pokład zauważam coś jeszcze. Drzwi do kokpitu są szeroko otwarte. Wygląda na to, że zasady bezpieczeństwa, podobnie jak rozkład lotów, traktowane są tu dość swobodnie.
Korzystam więc z niecodziennej okazji i zaglądam do kapitana.
Lecimy do niewielkiej osady Puerto Concha, położonej na południowym brzegu jeziora Maracaibo — jednego z największych i najbardziej niezwykłych akwenów Ameryki Południowej oraz miejsca należącego do najbardziej fascynujących w całej Wenezueli.
Puerto Concha leży nad rzeką Caño Concha, która leniwie wije się w stronę jeziora Maracaibo.
Do naszego schroniska nie prowadzi żadna droga. Można tam dotrzeć wyłącznie łodzią.
Obiekt znajduje się około 300 m od brzegu, dosłownie na wodzie.
Wiejski sklepik w Puerto Concha
Partia domina to codzienny widok w wielu krajach Ameryki Łacińskiej
Na jeziorze stoją palafitos — charakterystyczne budynki wzniesione na platformach wspartych na palach wbitych w dno. Jeden z nich będzie dziś naszym domem.
Konstrukcja jest prosta, ale pomysłowa. W centrum znajduje się toaleta i niewielki aneks kuchenny. Ściany wykonano z metalowej siatki, dzięki czemu powietrze krąży swobodnie, a większe stworzenia zostają na zewnątrz.
Całość przykrywa dach z blachy falistej, który chroni przed słońcem i tropikalnymi ulewami. W środku stoi kilka stołów i krzeseł, a resztę przestrzeni zajmują hamaki, które wieczorem zamieniają się w sypialnię.
Palafito na Jeziorze Maracaibo
Gdy zapada zmrok, wskakujemy do łodzi i ruszamy w stronę delty.
Towarzyszy nam Harry — jeden z dwóch opiekunów podczas naszej wenezuelskiej przygody. To człowiek od zadań specjalnych. Dba o logistykę, bezpieczeństwo, transport i wszystko to, czego zwykle nie zauważamy, dopóki działa. Drugim filarem wyprawy jest Felix, odpowiedzialny za sprawny przebieg podróży i nasze dobre samopoczucie.
Jest już całkiem ciemno. Przed dziobem łodzi pracuje mocny reflektor. W jego świetle wypatrujemy małych, pomarańczowych punkcików unoszących się nad powierzchnią wody. To oczy kajmanów. Odbijają światło niczym maleńkie lampki.
Nagle Harry błyskawicznie wychyla się przez burtę i jednym ruchem wyciąga z wody niewielkiego kajmanka. Zwierzak wygląda rozbrajająco. Witam go więc najserdeczniej, jak potrafię.
Szybko okazuje się jednak, że moje uczucia nie są odwzajemnione. Maluch zaczyna wydawać rozpaczliwe dźwięki, które brzmią jak wezwanie całej rodziny na pomoc.
Po krótkiej prezentacji i symbolicznym podaniu łapki proszę o zakończenie spotkania. Harry nie protestuje. Delikatnie odkłada kajmanka do wody, a ten natychmiast znika pod powierzchnią.
Kajmanek
Następnego dnia płyniemy w stronę ujścia rzeki Catatumbo.
W południowej części jeziora, pośród niezliczonych namorzynów, powstała rozległa delta poprzecinana siecią kanałów i rozlewisk. Tropikalna roślinność tworzy idealne warunki dla niezliczonych gatunków zwierząt.
Największą atrakcją tego regionu pozostaje Congo Mirador — niezwykła osada zbudowana na wodzie. Wszystkie domy stoją na drewnianych platformach wspartych na palach wbitych w dno jeziora.
Z daleka wygląda to tak, jakby cała wioska unosiła się na powierzchni.
Congo Mirador
Dzieci bawiące się „na ulicy” 😉
Podróż łodzią motorową trwa około półtorej godziny. Po drodze dopada nas sztorm. Fale rosną, wiatr przybiera na sile, a deszcz tnie poziomo.
mAT siedzi od strony nawietrznej i w ciągu kilku minut przemaka kompletnie. Ja natomiast znajduję schronienie w jego plecaku fotograficznym. Nie jest to może najbardziej honorowe rozwiązanie, ale okazuje się wyjątkowo skuteczne.
Jak to zwykle bywa w tropikach, wszystko mija równie szybko, jak się zaczęło. Chmury rozstępują się, deszcz ustaje i po chwili znów płyniemy w pełnym słońcu.
Rio Bravo
Opuszczamy okolice jeziora Maracaibo i kierujemy się w Andy. Po drodze zatrzymujemy się na krótko w Mérida — jednym z najważniejszych miast dawnego kolonialnego Wicekrólestwa Nowej Granady. Miasto zachowało wiele historycznego charakteru. Wystarczy chwila spaceru po centrum, by natknąć się na plac Simóna Bolívara z jego pomnikiem.
Trudno podróżować po Wenezueli i nie zauważyć jego obecności. Jego nazwisko noszą ulice, place, szczyty górskie i waluta. Oficjalna nazwa państwa brzmi nawet Boliwariańska Republika Wenezueli. W Caracas znajduje się monumentalny Panteon Narodowy, gdzie spoczywają bohaterowie kraju, a główna część budowli poświęcona jest właśnie Bolívarowi. Władze chętnie odwołują się do postaci wyzwoliciela, czyniąc z niego jeden z najważniejszych symboli współczesnej tożsamości państwa.
Pomnik Simóna Bolívara
Nie ma wątpliwości, że Simón Bolívar jest nie tylko wielkim bohaterem Wenezueli, ale także Kolumbii i Ekwadoru. Jako lider walki o wyzwolenie Ameryki Południowej spod hiszpańskiej kolonizacji, Bolívar stał się symbolem niezależności.
Warto jednak pamiętać, że Simón Bolívar pochodził z zamożnej kreolskiej arystokracji. Część historyków zwraca uwagę, że ruchy niepodległościowe w Ameryce Południowej były motywowane nie tylko ideami wolności, lecz także interesami lokalnych elit, które dążyły do uniezależnienia się od hiszpańskiej administracji.
Pozostawiając historię i politykę Wenezueli za sobą, wyruszamy dalej w głąb górskiego świata. Trans Andina, odgałęzienie legendarnej Drogi Panamerykańskiej, prowadzi nas przez Sierra Nevada de Mérida do niewielkiej miejscowości La Musui.
W pobliżu znajdują się naturalne źródła termalne położone na andyjskich zboczach. Przy nich urządzono niewielki basen z ciepłą wodą o przyjemnej, stabilnej temperaturze, idealnej do relaksu.
Pogoda jest słoneczna, a wysokogórskie powietrze rześkie i wyraźnie chłodniejsze niż w dolinach. Mimo to kilku śmiałków bez wahania korzysta z gorącej kąpieli.
Sierra Nevada de Mérida
Gorące źródła Aguas Termales La Musui
Droga faluje między kolejnymi pasmami i przełęczami. Po dłuższym odcinku jazdy docieramy do Gavidia — niewielkiej osady ukrytej w górskiej kotlinie. Przez znaczną część dnia wioska tonie w cieniu okalających ją wzgórz, a nocą temperatura potrafi spaść zaskakująco nisko, co jest typowe dla tej wysokości.
Nasz nocleg znajduje się w przytulnym pensjonacie prowadzonym przez lokalną rodzinę. W dużym, dobrze nagrzanym pomieszczeniu kuchenno–jadalnym, w którym stoi świątecznie przystrojona choinka i telewizor, czekamy na kolację.
Felix i Harry pilnie śledzą jakiś program sportowy, podczas gdy my rozkoszujemy się wspaniałymi zapachami przygotowywanych potraw.
Typowa regionalna kolacja składa się między innymi z pisca andina, czyli mocnego rosołu z kury, serwowanego z przepysznymi ziemniakami.
Noc jest przenikliwie zimna. Chłód przenika także do wnętrza pokoju, a woda do mycia z pewnością jest jeszcze zimniejsza.
Na szczęście dysponujemy małym piecykiem elektrycznym, który pozwala choć trochę ogrzać pokój, zanim „zakopiemy się” w równie chłodnej pościeli.
Regionalne śniadanie nie ustępuje kolacji. Na talerzu pojawia się między innymi arepa andina — regionalny placek z szynką, jajkiem i kwaśną śmietaną.
Nowy dzień przynosi kolejną zmianę scenerii. Wjeżdżamy na odcinek Trans Andiny w rejonie Pico El Águila, gdzie osiągamy wysokość ponad 4 100 m n.p.m.
Powietrze staje się wyraźnie rzadsze, a ruchy bardziej świadome — każdy gest wymaga odrobinę więcej energii niż wcześniej.
Zbocza Pico El Águila
Naszym celem jest Park Narodowy Sierra Nevada. Wśród licznych jezior polodowcowych regionu wyróżnia się Mucubají, położone w wysokogórskiej dolinie, skąd wyruszamy na wędrówkę przez wspaniałe krajobrazy wenezuelskich Andów.
Laguna de Mucubají
Laguna Victoria
Z każdym kolejnym kilometrem tracimy wysokość, a krajobraz otwiera się coraz szerzej. Zamiast skalnych zboczy pojawiają się rozległe połacie zieleni, a powietrze staje się gęstsze, wilgotniejsze i wyraźnie cieplejsze.
To pierwszy moment, w którym czuć, że Andy zaczynają ustępować miejsca zupełnie innemu światu — nizinom dorzecza Orinoko.
W miejscowości Bruzual przekraczamy rzekę Río Apure po wyjątkowym moście wiszącym, całkowicie stalowym — zarówno sama konstrukcja, jak i jezdnia oraz chodniki wykonane są ze stalowej kratownicy, która pod kołami i krokami wydaje charakterystyczny dźwięk.
Rio Apure
Puente José Cornelio Muñoz — stalowy most wiszący nad Río Apure
Zarówno jezdnia, jak i chodniki wykonane są ze stali
Jest już późno, gdy docieramy do Cañafístola. Znajdujemy się daleko od cywilizacji, a niskie zabudowania schroniska, oświetlone jedynie kilkoma lampami elektrycznymi, nie są w stanie zakłócić widoku rozgwieżdżonego nieba.
Witają nas miriady robaczków świętojańskich, które próbują konkurować z blaskiem gwiazd migoczących nad bezkresnymi równinami Llanos.
Mieszkańcy Llanos, znani ze swojej gościnności i mistrzowskich umiejętności jeździeckich, nazywani są Llaneros. Często porównuje się ich do północnoamerykańskich kowbojów, argentyńskich gaucho czy chilijskich huaso.
Ramon i Licandro, rodowici Llaneros, pełnią w Cañafístola rolę naszych opiekunów i przewodników.
Nasi gospodarze Ramon i Licandro
Licandro i jego wnuczki, Valentina i Alexandra
W pierwszych promieniach porannego słońca ładuję energię przed całodniową wyprawą
Aby w pełni poczuć autentyczny klimat Llanos, warto zamienić samochód terenowy na podróż w stylu prawdziwych Llaneros — w siodle konnym.
Dla mnie to szczególna przyjemność, która pozwala odkrywać równiny w najbardziej naturalny sposób.
Do typowych mieszkańców Llanos należą kapibary, które w licznych stadach przemierzają bagniste rozlewiska sawanny.
Te roślinożerne ssaki są największymi współczesnymi gryzoniami na świecie.
Kapibary
Region zamieszkuje około 350 gatunków ptaków.
Nieco rzadziej spotyka się tapiry, mrówkojady, kajmany okularowe i krokodyle orinokańskie, a wyjątkowo rzadko — jaguary i oceloty.
Dorosłe kajmany okularowe osiągają długość od 1,5 do 2,5 m
Czaszka Kajmana
Ramon i Licandro zabierają nas na poszukiwania jeszcze jednego, wyjątkowego mieszkańca bagien — jednego z największych węży świata.
Misja kończy się sukcesem i mam okazję osobiście poznać ponad 3-metrową anakondę.
Ramon wydobywa anakondę z płytkiego rozlewiska
Anakonda zielona osiąga długość do 8,5 m, choć przeciętnie mierzy około 5 m.
Może ważyć nawet 300 kg przy średnicy ciała sięgającej około 30 cm.
Doskonale pływa i potrafi pozostawać pod wodą nawet przez około 20 minut.
Ramon, Felix, Licandro i Anakonda
Nasza gospodyni wyraźnie nie jest w nastroju do przyjmowania gości.
Trudno mieć jej to za złe — w końcu kto z nas przyjąłby obcych z entuzjazmem, gdyby został wyrwany z najpiękniejszego snu?
Jak na prawdziwego „Dżentelmisia” przystało, przepraszam panią „Anię-Kondę” za zakłócenie spokoju i grzecznie się żegnam, mając nadzieję, że szybko zapomni o całym incydencie.
Ramon wręcza nam solidne linki z haczykami oraz kubełki wypełnione surowym mięsem, zachęcając do spróbowania szczęścia w łowieniu piranii.
Po kilku nieudanych próbach zaczynam dostrzegać, że bardziej przypomina to dokarmianie niż rzeczywiste łowienie tych ryb. Te małe drapieżniki są niezwykle sprytne i żarłoczne.
Kiedy tylko czuję drganie linki, natychmiast podciągam ją szybkim ruchem, próbując wyciągnąć rybę z wody. Niestety, zazwyczaj kończę z pustym haczykiem.
Ramon ma oczywiście znacznie większą wprawę, więc bez trudu łowi kilka okazów, które później z apetytem zjadamy na kolację.
Pirania Natterera, znana także jako pirania czerwona
Typowy krajobraz Llanos
Popołudniami, gdy towarzystwo zasiada w cieniu większego drzewa i delektuje się zimnymi napojami, staję przy pianinie i śpiewam ballady o życiu „obieżyświatowca”.
Moimi słuchaczami są nie tylko towarzysze podróży, ale także liczne ropuchy znacznie większe ode mnie oraz ogromne ślimaki.
Jeden z moich słuchaczy prosi o autograf, choć przed obiektywem czuje się nieśmiało
W socjalistycznej Wenezueli obok handlu państwowego funkcjonuje także sektor prywatny. Tym razem, po zakupach w prywatnych sklepach, zatrzymujemy się przy ogromnym państwowym hipermarkecie.
Harry zostaje na zewnątrz — telefonuje, załatwia logistykę i organizuje zapasy na dalszą drogę. My natomiast postanawiamy wykorzystać chwilę przerwy na kawę, coś do przegryzienia i niewielkie zakupy.
Bar szybkiej obsługi działa zaskakująco sprawnie. Kilka minut później siedzimy już przy stoliku z kubkiem kawy i niewielką przekąską. Wszystko wskazuje na to, że również zakupy pójdą równie szybko. To przypuszczenie okazuje się jednak zbyt optymistyczne.
Sama wizyta w sklepie trwa zaledwie chwilę. Do koszyka trafia woda, kilka batonów i paczka ciastek. Dopiero przy kasach zaczynamy odkrywać, że najciekawsza część całej wizyty dopiero się rozpoczyna.
Przed nami znajduje się szesnaście stanowisk kasowych. Czynne są trzy.
Pytamy o powód. Odpowiedź jest prosta — pracownicy mają przerwę. Wszyscy w tym samym czasie. Najwyraźniej cały personel postanowił odpocząć jednocześnie. Klienci nie wydają się tym szczególnie zaskoczeni, więc najwyraźniej jest to część codziennego rytmu sklepu.
Przy działających kasach szybko tworzą się kolejki. Sama obsługa również przebiega według procedury, która wymaga nieco więcej cierpliwości niż jesteśmy przyzwyczajeni. Każdy klient okazuje dokument tożsamości i podaje numer identyfikacyjny. Płatność kartą nie skraca całego procesu — jest jedynie jego kolejnym etapem.
Kiedy wreszcie docieramy do kasy, okazuje się, że również my musimy okazać paszporty. Kasjerka starannie przepisuje dane, po czym jeszcze raz sprawdza ich poprawność. Dopiero wtedy możemy zapłacić za zakupy.
Wydaje się, że to już koniec formalności.
Nie tym razem.
Za linią kas znajduje się kolejny punkt kontroli. Pracownik porównuje zawartość torby z paragonem, sprawdzając zakupione produkty jeden po drugim. Wyciągamy więc wodę, ciastka i batony, po czym cierpliwie czekamy na werdykt. Wszystko się zgadza.
Przy wyjściu czeka nas jeszcze jedna kolejka. Elektroniczna bramka alarmowa wygląda nowocześnie, ale najwyraźniej technologia nie zdobyła tu jeszcze pełnego zaufania Tuż obok dwaj pracownicy ponownie sprawdzają torby, siatki i plecaki klientów, porównując ich zawartość z dokumentami sprzedaży.
Po raz trzeci ustawiamy się więc w kolejce z tą samą wodą, tymi samymi batonami i tym samym paragonem. Zaczynam się zastanawiać, czy po kolejnej kontroli tej samej paczki ciastek zostanie jej przydzielony osobny numer identyfikacyjny.
mAT spogląda na zegarek. Minęła już ponad godzina. W tym czasie można by przejechać dziesiątki kilometrów w głąb kraju. My tymczasem wciąż próbujemy opuścić sklep...
Z rozległych równin Llanos przenosimy się na północny wschód Wenezueli, do Cumaná. To jedno z najstarszych miast Ameryki Południowej. Jego początki sięgają pierwszych lat hiszpańskiej kolonizacji kontynentu — jeśli nie liczyć wcześniejszych osad powstałych na karaibskich wyspach.
Historia nie obchodziła się z nim jednak łagodnie. Kolejne trzęsienia ziemi wielokrotnie niszczyły zabudowę miasta, dlatego większość zachowanych dziś budynków pochodzi dopiero z XVII i XVIII wieku. W Ameryce Łacińskiej nie jest to wcale rzadki scenariusz. Natura co jakiś czas przypomina mieszkańcom, kto naprawdę ma tu ostatnie słowo.
Kolonialna zabudowa w centrum Cumaná
Niedaleko stąd rozciąga się Park Narodowy Mochima. Utworzono go, by chronić zarówno porośnięte lasami wzgórza schodzące ku wybrzeżu, jak i dziesiątki zatok, wysepek oraz fragmentów karaibskiego wybrzeża. Na mapie wygląda niemal idealnie. W praktyce ochrona tego obszaru okazuje się znacznie trudniejsza.
W granicach parku znajduje się wiele osiedli i miejscowości, a ich mieszkańcy od pokoleń żyją w bezpośrednim sąsiedztwie chronionej przyrody. Dodatkowo przez teren parku poprowadzono drogę krajową oraz gazociąg. Budowa samej trasy wymagała wykarczowania szerokiego pasa lasu i pozostawiła wyraźny ślad w krajobrazie. W efekcie Mochima należy dziś do tych obszarów chronionych, które muszą nieustannie szukać równowagi między ochroną przyrody a potrzebami ludzi.
My jednak mamy na ten dzień znacznie prostszy plan — wypływamy w morze.
Motorówka lekko podskakuje na niewielkich falach, a wokół nas rozciąga się błękit Morza Karaibskiego. Co jakiś czas tuż obok kadłuba pojawiają się delfiny. Wynurzają się na kilka sekund, po czym znikają pod wodą tylko po to, by po chwili pojawić się ponownie nieco dalej. Mam wrażenie, że bardziej obserwują nas niż my je.
Naszym celem jest Playa Blanca — jedna z najbardziej znanych plaż Mochimy.
Dopiero po drodze przypominamy sobie pewien istotny szczegół. Trwa okres świąteczny. W Wenezueli oznacza to wakacje szkolne, urlopy i wzmożony ruch turystyczny. Kiedy dopływamy na miejsce, szybko okazuje się, że nie jesteśmy jedynymi, którzy uznali ten dzień za dobry moment na wizytę nad morzem.
Plaża dosłownie tętni życiem. W piasku wyrastają rzędy parasoli, między nimi krążą sprzedawcy przekąsek i napojów, a wolnej przestrzeni jest znacznie mniej, niż podpowiadały nam wyobrażenia.
To z pewnością doskonałe miejsce dla osób lubiących gwar i towarzystwo. My jednak szybko dochodzimy do wniosku, że szukamy czegoś trochę spokojniejszego.
Zatłoczona Playa Blanca
Nie zastanawiamy się długo. Prosimy sternika o zmianę planów i ruszamy na poszukiwanie spokojniejszej zatoki.
Kilka minut później cumujemy przy Playa Cautaro. Różnica jest natychmiastowa. Nie ma tu rzędów stoisk ani gęstego lasu parasoli. Na brzegu stoją jedynie pojedyncze zadaszone pawilony dające cień przed tropikalnym słońcem. Poza nami wypoczywa zaledwie kilka osób.
Takie plaże lubię najbardziej. Po chwili czuję się na tyle swobodnie, że zrzucam ubranka i ruszam na spacer wzdłuż brzegu zupełnie golutki.
To miejsce ma jeszcze jedną zaletę — nawet nagi miś nie wzbudza tutaj większego zainteresowania.
Playa Cautaro
Pozostajemy na wybrzeżu karaibskim, ale przenosimy się nieco dalej na wschód, na Półwysep Paria. Okolice Playa de Pui Puy należą do tych miejsc, które nie zabiegają o uwagę.
Nie ma tu turystycznych pewniaków ani obowiązkowych punktów programu. Zamiast tego oferują ciszę, rozległe widoki i przyrodę, która jakby od dawna przyzwyczaiła się do tego, że nie musi się specjalnie reklamować.
To idealny fragment wybrzeża dla tych, którzy wolą patrzeć niż zaliczać. Las spotyka się tu z morzem w sposób dość bezceremonialny, a całe wybrzeże sprawia wrażenie lekko zapomnianego przez świat — co w praktyce okazuje się jego największą zaletą.
Mieszkańcy wybrzeża
Dziś jest Wigilia Bożego Narodzenia.
Po zakwaterowaniu w jednej z kilku „robinsonek” rozrzuconych tuż przy plaży zostaje nam jeszcze trochę czasu do świątecznej kolacji. Wykorzystujemy go w sposób dość oczywisty: kąpiel w ciepłym morzu i długi spacer wzdłuż brzegu.
Fale robią swoje, wiatr robi swoje, a my przez chwilę mamy wrażenie, że kalendarz przestał obowiązywać.
Plaża Pui Puy
W Wenezueli świąteczne stoły mają stałe punkty programu. NNajważniejszym punktem jest hallaca — rodzaj kukurydzianego pakunku zawiniętego w liść bananowca. W środku trafia się wszystko, co kuchnia uznała za stosowne: różne mięsa, oliwki, rodzynki, kapary, czasem warzywa. Skład zmienia się w zależności od domu i regionu, ale zasada pozostaje ta sama — to kolacja skromna, bardziej symboliczna niż wystawna.
Potrawa ma też swoją historię, która brzmi jak wiele historii z tej części świata: trochę codzienności, trochę przypadku i trochę potrzeby wykorzystania tego, co było pod ręką w czasach kolonialnych. Efekt końcowy przetrwał jednak wszystko i dziś trudno wyobrazić sobie wenezuelskie święta bez tego zawiniątka w liściu.
Na deser pojawia się dulce de lechosa — papaja gotowana w słodkim syropie, która w okresie świątecznym pojawia się niemal wszędzie. Prosta, lepka i bardzo konsekwentna w swoim charakterze.
W porównaniu z polską Wigilią wszystko to wydaje się znacznie mniej ceremonialne. Mniej napięcia, mniej rytuału, więcej swobody. I być może właśnie na tym polega jej sens.
Playa Medina
Przed nami długa droga. Opuszczamy karaibskie wybrzeże i kierujemy się ku delcie Orinoko.
Osada San José de Buja leży na obrzeżach tego ogromnego labiryntu rzek, kanałów i rozlewisk. Region zamieszkują od co najmniej 9 000 lat Indianie Warao. Choć sama miejscowość nie oferuje spektakularnych atrakcji turystycznych, pełni ważną funkcję komunikacyjną. Łączy drogę lądową z siecią wodnych szlaków, a niewielka przystań stanowi bramę do osad Warao oraz ekologicznych schronisk ukrytych głęboko w delcie.
Na jej skraju, gdzie grunt pozostaje jeszcze względnie suchy i stabilny, pojawiają się bardziej „współczesne” gospodarstwa indiańskie. Budynki, często murowane i wznoszone na otwartych, niezalesionych terenach, przypominają bardziej wiejskie zabudowania niż tradycyjne osady delty. Ich mieszkańcy zajmują się głównie hodowlą drobiu i trzody chlewnej, prowadząc życie wyraźnie odmienne od tego, które wciąż toczy się w jej wnętrzu.
Im dalej jednak wpływamy w głąb ciemnobrunatnych wód Orinoko, tym bardziej cywilizacja ustępuje miejsca rzece.
Domostwa Warao pojawiają się coraz rzadziej, rozsiane wzdłuż wąskich odnóg i często niemal niewidoczne pośród gęstej zieleni porastającej brzegi.
Warao liczą dziś około 30 000 osób, co czyni ich drugą co do wielkości grupą rdzenną Wenezueli.
Przez stulecia skutecznie opierali się asymilacji i przymusowym przesiedleniom. Dzięki temu zachowali własny język, tradycje oraz silne poczucie odrębności kulturowej.
Przed nami pojawia się pomost Orinoco Eco Camp. Już z daleka słyszymy głośne szczekanie psa przeplatane donośnym, nieco upiornym głosem jakiegoś ptaka.
Jak się później okazuje, to miejscowi „strażnicy schroniska” biją na alarm za każdym razem, gdy ktoś zbliża się do przystani.
Po wejściu na pomost odkrywam, że obok psa wartę pełni zadomowiona tutaj czakalaka.
Strażnik schroniska — czakalaka rdzaworzytna
Żeby podkreślić nasze pokojowe zamiary, mAT stosuje najstarszą znaną metodę negocjacyjną — pożywienie. Przywiezione ciasteczka okazują się zaskakująco skutecznym argumentem dyplomatycznym.
Efekt pojawia się natychmiast. Mimo że nasza chata znajduje się kilkaset metrów od pomostu, „strażnicy schroniska” uznają ją za swój nowy posterunek. Pies zajmuje miejsce na podłodze, a czakalaka rozsiada się na barierce.
Oboje pozostają spokojni aż do chwili, gdy w pobliżu pojawi się jakaś łódź. Wtedy natychmiast podnoszą alarm i pędzą w stronę pomostu. Ich czujność nie zawodzi ani w dzień, ani w nocy.
Orinoco Eco Camp tworzy kilka drewnianych chat wzniesionych na palach i przykrytych strzechą. Konstrukcją przypominają szałasy. Jedna strona pozostaje całkowicie otwarta na wodę, natomiast wejście osłania kurtyna spleciona z suchych liści.
Wszystkie zabudowania łączą drewniane pomosty. To praktyczne rozwiązanie, bo poziom wody potrafi tutaj zmieniać się w ciągu dnia na tyle, że chwilami niemal sięga progów chat.
W schronisku mieszkają także ary
Ręcznie plecione kosze oraz ozdoby wykonane z pestek, nasion i suszonych owoców to dzieło miejscowych kobiet.
Ponieważ wszystkie zabudowania Warao wyglądają bardzo podobnie, a sklepów tutaj nie ma, wsiadamy do dłubanki i płyniemy do jednego z pobliskich domostw. Gospodyni z dumą rozkłada swój towar na drewnianym stole, a Moja Basia przez dłuższą chwilę wybiera najciekawsze egzemplarze.
Mam wrażenie, że nasza obecność w delcie sprawia radość nie tylko mieszkańcom i „strażnikom schroniska”, lecz przede wszystkim miriadom moskitów, które zdają się traktować nas jak długo wyczekiwane święto.
W ciągu dnia pozostają stosunkowo dyskretne i rzadko próbują nawiązać bliższą znajomość. Wszystko zmienia się o zmierzchu. Właśnie wtedy rozpoczyna się ich codzienna uczta. Nadlatują całymi chmurami, gotowe wykorzystać każdą odsłoniętą część ciała.
Jesteśmy oczywiście wysmarowani lokalnym środkiem odstraszającym owady. Mimo tropikalnego upału nosimy długie spodnie, wysokie skarpety, chusty i kaptury. Niewiele to jednak pomaga. Moskity kąsają przez materiał, wlatują do uszu i nosa, a podczas posiłku próbują dostać się nawet do ust. Są tak uporczywe, że w końcu nie pozostaje mi nic innego, jak schronić się za moskitierą i ratować moje cenne wikuniowe futerko przed całkowitym podziurawieniem.
W nocy sytuacja się uspokaja — ataki słabną, a delta na moment odzyskuje względny spokój.
Następnego dnia młody Indianin o imieniu Chihino zabiera nas do lasu.
Ściółka jest miękka niczym gąbka, a miejscami tak nasiąknięta wodą, że wysokie gumowe buty zapadają się niemal po same cholewki.
Chihino toruje drogę maczetą, wycinając w gęstej roślinności wąski korytarz. Niektóre rośliny uzbrojone są w ostre kolce, inne powodują bolesne podrażnienia skóry. Trzeba też uważać na węże i wyjątkowo agresywne mrówki.
Patrząc na otaczającą nas dżunglę, dochodzę do wniosku, że pozostawieni tutaj sami nie mielibyśmy większych szans. Jeśli nie dopadłyby nas jadowite stworzenia albo moskity, prawdopodobnie szybko pokonałyby nas głód i pragnienie. Paradoks polega na tym, że jedzenie i woda znajdują się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Trzeba jedynie wiedzieć, gdzie ich szukać.
Chihino z wprawą przecina grubą lianę. Chwilę później z jej wnętrza zaczyna wypływać czysta woda. Próbujemy jej sami i rzeczywiście okazuje się zaskakująco smaczna.
Kilkaset metrów dalej przewodnik zatrzymuje się przy niewielkiej budowli termitów. Odłamuje fragment zewnętrznej warstwy, przykłada do niej dłoń, a po chwili pokazuje nam setki drobnych, czerwonawych owadów przyklejonych do skóry. Wyjaśnia, że stanowią bogate źródło białka.
Jako niedźwiadek nie mam większych oporów przed plądrowaniem mrowisk czy uli, a moi „niepluszowi” również nie grymaszą. Wkrótce wszyscy zajadamy się owadami o zaskakująco przyjemnym, lekko cytrynowym aromacie.
Nieco później Chihino zatrzymuje się przy niewielkiej palmie i kilkoma sprawnymi uderzeniami maczety ścina pień. Pokazuje nam kiść drobnych owoców przypominających miniaturowe daktyle, a następnie wydobywa z wnętrza pnia jasne, soczyste wnętrze. To słynne serce palmy — delikatny przysmak o smaku nieco przypominającym szparagi.
I tu pojawia się poważny dylemat: aby zdobyć kilkanaście centymetrów jadalnego rdzenia, trzeba poświęcić całe drzewo.
Z całego ściętego drzewa spożywa się tylko niewielki kawałek
Opuszczamy deltę Orinoko i kierujemy się w górę rzeki. Wciąż podążamy wzdłuż wody, ale jej spokojne rozlewiska ustępują miejsca wyraźnemu nurtowi.
W końcu docieramy do Ciudad Bolívar — miasta położonego nad Orinoko, na południu kraju.
Jest to jedno z najstarszych miast Wenezueli. Powstało jako Angostura w XVIII wieku, a w XIX wieku, na cześć Simóna Bolívara, zmieniło nazwę na obecną.
XIX-wieczna katedra w Ciudad Bolívar
Kolonialna zabudowa
Orinoko
Do Parku Narodowego Canaima można wprawdzie dotrzeć samochodem, ale jest to przedsięwzięcie wymagające dużej cierpliwości. Podróż trwa długo, a im głębiej wjeżdża się w park, tym bardziej oczywiste staje się, że drogi są tutaj pojęciem dość umownym. Utwardzonych tras praktycznie nie ma. Do najważniejszych indiańskich osad prowadzą jedynie piaszczyste i wyboiste szlaki przecinające bezkresną sawannę.
Z tego powodu większość podróżnych wybiera samolot. Z Ciudad Bolívar regularnie startują niewielkie maszyny obsługujące połączenia do Canaimy. To właśnie tam znajduje się główne lotnisko obsługujące ruch turystyczny na terenie parku. W innych częściach Gran Sabany piloci muszą zadowolić się prowizorycznymi pasami startowymi wytyczonymi pośród traw.
Naszym celem jest Uruyén — niewielkie obozowisko położone u stóp Auyán Tepui. Nazwa tej góry stołowej w języku Indian Pemón oznacza „góra złych duchów” lub „diabelska góra”, co samo w sobie brzmi wystarczająco zachęcająco, by wzbudzić ciekawość każdego podróżnika. Na miejsce lecimy niewielką, czteroosobową Cessną.
Nad bezkresnymi trawami Gran Sabany wyrastają dziesiątki osobliwych gór stołowych zwanych tepui. Jest ich tutaj niemal sto i wyglądają tak, jakby ktoś precyzyjnie odciął im szczyty. Wśród nich Auyán Tepui należy do największych i najbardziej imponujących.
To właśnie z jego wschodnich zboczy spływa rzeka Kerepacupai Merú. W pewnym miejscu woda dociera do krawędzi płaskowyżu i rozpoczyna niemal kilometrowy lot ku dolinie.Tak powstaje Salto Ángel — najwyższy wodospad świata. Z tej wysokości woda przez znaczną część drogi nie tyle spada, co rozpada się na miliony kropelek unoszonych przez wiatr niczym mgła.
Nasz pilot od pierwszego spojrzenia przywodzi mi na myśl Buda Spencera. Nie tylko z wyglądu, ale również z postury. To wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna o szerokim uśmiechu i spokojnym usposobieniu, sprawiający wrażenie człowieka, którego trudno wyprowadzić z równowagi.
Biała koszula, nonszalancko rozpięta pod szyją, odsłania gruby złoty łańcuch. Na jednym nadgarstku połyskuje masywna złota bransoleta, na drugim równie imponujący zegarek. Wszystko razem sugeruje, że nasz pilot nie uznaje półśrodków i nie ma zwyczaju pozostawać niezauważonym.
W niewielkiej Cessnie jego obecność staje się jeszcze bardziej wyraźna. Dolna część ciała niemal całkowicie wypełnia przestrzeń pod tablicą przyrządów, a szerokie barki zdają się zajmować nieco więcej miejsca, niż przewidzieli konstruktorzy samolotu. Lewe ramię przez większość czasu swobodnie spoczywa na otwartym oknie, które zamyka dopiero po osiągnięciu odpowiedniej wysokości. W efekcie kabina sprawia wrażenie jeszcze ciaśniejszej, niż jest w rzeczywistości.
Pilot sprawia jednak wrażenie człowieka doskonale wiedzącego, co robi, a w takich okolicznościach jest to cecha znacznie ważniejsza niż dodatkowe kilka centymetrów wolnej przestrzeni.
Przelot do Uruyén trwa około półtorej godziny. Po drodze mijamy Río Caroní, jeden z najważniejszych dopływów Orinoko, a pod nami przesuwają się bezkresne połacie Gran Sabany. Na horyzoncie coraz częściej pojawiają się tepui, których płaskie szczyty raz po raz znikają za zasłoną chmur.
Rio Caroni
Dopiero pod koniec lotu pojawia się widok, dla którego większość ludzi przylatuje do tej części Wenezueli. „Bud Spencer” kieruje samolot w stronę Cañón del Diablo, w pobliżu Salto Ángel. Szczyt Auyán Tepui pozostaje ukryty w chmurach, ale sam wodospad wygląda dzięki temu jeszcze bardziej niezwykle. Strumień wody wyłania się z mlecznej zasłony mgły, by po chwili zniknąć gdzieś daleko w dole.
Pilot wykonuje dwa szerokie okrążenia w pobliżu wodospadu, dając nam czas, by nacieszyć oczy tym spektaklem. Chwilę później odwraca maszynę w stronę sawanny i rozpoczyna podejście do lądowania u stóp potężnego masywu.
Salto Ángel
Campamento Uruyén, prowadzone przez Indian z plemienia Pemón Camaracoto, składa się z kilku niewielkich chatek krytych strzechą, rozmieszczonych wokół większego budynku pełniącego jednocześnie funkcję biura, kuchni, jadalni i świetlicy. Obozowisko położone jest malowniczo nad rzeką Yurwan, spływającą z Auyán Tepui.
W naszej chatce stoi sześć łóżek. To o tyle korzystne, że część z nich najwyraźniej przejęły już termity, więc bez większego problemu możemy wybrać te w lepszym stanie.
Dwa łóżka w zupełności nam wystarczą. Ja, mając zaledwie 18 cm wzrostu, nie jestem szczególnie wymagającym lokatorem i z przyjemnością nocuję tuż obok poduszki Mojej Basi.
Ze szczytów tepui spływają niezliczone strumienie i potoki, tworząc setki mniejszych i większych wodospadów. Jednym z nich jest Akareupa, znajdujący się zaledwie kilka godzin marszu od naszej bazy. Wodospad ukryty jest w półotwartej jaskini, do której można dostać się jedynie korytem wypływającego z niej strumienia.
Zakładamy wodoodporne sandały, pakujemy niewielką przekąskę, butelkę wody, nakrycie głowy, okulary przeciwsłoneczne oraz krem z filtrem. W towarzystwie lokalnych przewodników wyruszamy na długą i ekscytującą wędrówkę.
Leo z plemienia Pemón
Malutki niedźwiadek na Wielkiej Sawannie
Początkowo przemierzamy trawiaste obszary Gran Sabany. W miarę zbliżania się do ściany masywu naszym oczom ukazują się coraz liczniejsze głazy i skały rozrzucone po okolicy.
Po dotarciu do rzeki Yurwan ruszamy dalej wzdłuż jej biegu. W pewnym momencie rzeka rozdziela się na dwa nurty. Przewodnicy prowadzą nas przez zarośla porastające strome zbocze jednego z nich, aż ścieżka schodzi bezpośrednio do wody i zmusza nas do przejścia na drugi brzeg.
Następnie pokonujemy strome, zalesione nabrzeże usłane kamieniami, aż docieramy do miejsca, gdzie oba brzegi tworzą naturalną barierę. Dalsza trasa prowadzi już przez koryto strumienia. Ostrożnie brodzimy w wartkim nurcie, szukając stabilnego oparcia na gładkich, miejscami bardzo śliskich skałach. Na szczęście strumień nie jest zbyt głęboki — tylko w niektórych miejscach woda sięga nam do pasa.
Po długim marszu docieramy do skalnego wąwozu, który tworzy naturalne wrota do jaskini Akareupa Yurwan. Przejście jest wąskie, a wypływająca z wnętrza woda bystra, jednak nie stanowi przeszkody nie do pokonania. Już z daleka słyszymy szum spadającego wodospadu, który dopiero po wejściu do jaskini ukazuje swoje pełne, dynamiczne oblicze.
Wnętrze jest przestronne i częściowo sklepione. Panuje tu wysoka wilgotność, wywołana unoszącymi się w powietrzu drobinami wody, oraz łagodny półmrok. Pod wodospadem utworzyło się naturalne kąpielisko. Woda jest przyjemnie ciepła, a jedynie silny nurt, bijący od strony wodospadu, spycha kąpiących się w stronę skalnych ścian lub kamienistego brzegu.
Skalne przejście do jaskini Akareupa Yurwan
Wodospad Akareupa
Po powrocie do obozu jeden z indiańskich przewodników, wyraźnie zaniepokojony, wskazuje na węża leżącego tuż obok naszej chatki i ostrzega nas, byśmy zachowali szczególną ostrożność. Kajsaka, znana również jako żararaka lancetowata, to jeden z najbardziej jadowitych i niebezpiecznych węży na świecie. Uchodzi za gatunek wyjątkowo agresywny i nie daje zwykle żadnych ostrzeżeń przed atakiem.
Zauważamy jednak, że jej brzuch jest wyraźnie rozdęty, co sugeruje, że niedawno zjadła obfity posiłek. Po takim polowaniu węże zazwyczaj przechodzą w tryb trawienia i długiego odpoczynku, więc nie podchodzimy zbyt blisko i nie próbujemy jej niepokoić. Ona sama również zdaje się nas całkowicie ignorować.
Wieczorem zaglądam do niej ponownie, ale ku mojemu zdziwieniu — już jej tam nie ma. Wyraźnie się najadła, wyspała i ruszyła dalej w swoją stronę.
Kajsaka — żararaka lancetowata
Moja Basia ma jednak pewne obawy przed zaśnięciem. W końcu żararaka leżała tuż przy naszej chatce, a może nawet gdzieś w niej się ukryła? Drzwi mają spory prześwit przy podłodze, co sprawia, że nie stanowią realnej bariery dla pełzających stworzeń...
Staram się ją uspokoić, tłumacząc, że ani duzi „niepluszowi”, ani ja — mały Klocek — nie jesteśmy dla węży szczególnie apetycznym kąskiem. Marnowanie cennego jadu na nas byłoby zwyczajnie nieopłacalne, a rozsądne węże tego nie robią. Oczywiście, chyba że ktoś nadepnie im na ogon albo zbliży się zbyt blisko, ograniczając ich komfort — a tego przecież nie zamierzamy robić, prawda?
Jestem przekonany, że wąż woli chatę z kuchnią, w której zapewne kręcą się gryzonie, niż naszą prostą budkę, całkowicie pozbawioną wężowych przysmaków. Zauważam, że Moja Basia wciąż nie jest do końca spokojna, ale napięcie powoli opada. Noc mija dokładnie tak, jak przewidziałem — bez zakłóceń.
Aby dotrzeć na drugi brzeg rzeki Rio Aicha, korzystamy z usług lokalnego przewoźnika. W promieniu wielu dziesiątek kilometrów nie znajdziemy ani jednego mostu.
Rzeki przecinające popularne szlaki, których nie da się przejść w bród, obsługiwane są przez Indian. W swoich łodziach przewożą zarówno wędrowców, jak i towary. Za przeprawę pobierają niewielką opłatę.
Rio Aicha
Zaledwie kilka kroków dzieli nas od maleńkiej osady Santa Marta. Zatrzymujemy się tu na chwilę w cieniu drzew, by zebrać siły przed dalszą wędrówką.
Słońce stoi już wysoko, a temperatura z minuty na minutę staje się coraz bardziej odczuwalna.
Dzieciaki Pemón Camaracoto
Po dwugodzinnym marszu docieramy do osady Uruyén. Ponownie dochodzimy do rzeki Rio Aicha, która, tworząc szerokie zakole, przepływa również przez ten rejon.
W Uruyén rzeka jest co prawda kamienista, ale płytka, więc pokonujemy ją bez większych trudności w bród.
Na drugim brzegu czeka na nas ciężarówka. Wsiadamy na skrzynię ładunkową i w tumanach kurzu wzbijanego przez pojazd jedziemy do osady Kamarata.
Kiedy docieramy na miejsce, wyglądamy jak rzeźby z piasku.
Río Aicha — tutaj w najgłębszym miejscu woda sięga tylko do pasa
Kamarata jest sercem społeczności liczącej około trzech tysięcy Indian Pemón Camaracoto, zamieszkujących okoliczną dolinę.
Na brzegu rzeki czeka już na nas pięciu Indian, z którymi ruszamy w kierunku najwyższego wodospadu świata — Salto Ángel.
Każdy ma tu swoje zadanie: jest doświadczony sternik, niezawodny nawigator oraz pomocnicy, którzy w razie potrzeby zamieniają się w kucharzy, mechaników i specjalistów od wszystkiego.
Ich spokój, życzliwość i nienarzucająca się obecność szybko sprawiają, że trudno wyobrazić sobie tę wyprawę bez nich.
Rzeki w tej części świata żyją własnym życiem. Nie zostały ujarzmione przez człowieka i nie zamierzają dostosowywać się do jego planów.
Zmieniają koryta, tworzą nowe zakola, skracają sobie drogę przez dżunglę.
Co jakiś czas na naszej trasie pojawiają się bystrza i skalne progi. Wtedy wysiadamy z łodzi i pokonujemy fragment brzegu pieszo.
W tym czasie nasi indiańscy towarzysze brodzą po pas w rwącej wodzie, przeciągając łódź między skałami. To jeden z tych momentów, które z brzegu wyglądają na proste, ale w rzeczywistości wymagają ogromnego doświadczenia.
Chwila nieuwagi może kosztować utratę bagażu, uszkodzenie śruby albo nawet całego silnika.
Po rzece można płynąć wyłącznie za dnia.
Odległość dzieląca Kamaratę od wodospadu jest zbyt duża, by pokonać ją jednym etapem, dlatego noc spędzamy w obozowisku Iwana Meru. To miejsce przygotowane na przyjęcie większej liczby podróżników — zatrzymują się tu niemal wszyscy podążający tą trasą. Tym razem jednak mamy je wyłącznie dla siebie.
Obóz tworzy duży, zadaszony pawilon, pod którym zmieściłoby się trzydzieści, może nawet czterdzieści hamaków. W rogu stoi długi drewniany stół z ławkami, a kawałek dalej ukryta jest prosta toaleta.
Rozwieszamy hamaki, rozpalamy ognisko i obserwujemy, jak nasi gospodarze przygotowują nad ogniem pachnące kurczaki z rożna.
Po całym dniu na rzece smakują wyśmienicie.
Jeszcze przed świtem wracamy na wodę.
Najpierw płyniemy Rio Akanan, później wpływamy na Rio Carrao, a ostatecznie na Rio Churún.
Przez cały czas nad horyzontem dominują monumentalne ściany Auyán Tepui. Co jakiś czas zza zakrętu wyłaniają się kolejne góry stołowe.
Krajobraz wygląda tak, jakby ktoś przeniósł fragment prehistorycznego świata prosto do współczesności.
Po wielu godzinach docieramy do obozowiska El Arenal. Podobnie jak poprzednie, skupia się wokół obszernego pawilonu. Są tu miejsca na hamaki, długie drewniane stoły oraz prowizoryczna kuchnia.
Tym razem nie jesteśmy sami. Wokół kręcą się podróżnicy z różnych stron świata, których połączył ten sam cel. Największą atrakcją pozostaje jednak widok — tuż nad rzeką, ponad koronami drzew, wznosi się majestatyczny Salto Ángel.
Rozładowujemy bagaże i rozwieszamy hamaki. Zapada zmrok, a nasi kucharze rozpoczynają przygotowania do kolacji.
Przyznam, że po całym dniu burczy mi w brzuchu coraz głośniej. Z troską — i odrobiną interesowności — postanawiam sprawdzić, jak postępują prace. Być może nasi dzielni eksperci kulinarni potrzebują trochę pluszowego wsparcia.
Dzisiejszy wieczór jest wyjątkowy. To Sylwester.
W dżungli czas płynie zwykle własnym rytmem, ale tym razem cierpliwie czekamy do północy, by przywitać Nowy Rok 2014.
Wznosimy toast, składamy sobie życzenia, a chwilę później wracamy do hamaków.
Zamiast fajerwerków rozświetlających niebo słuchamy koncertu tropikalnej nocy — rechoczą żaby, cykają niezliczone owady, a gdzieś w oddali odzywają się nocne ptaki.
Trudno wyobrazić sobie bardziej egzotyczną oprawę noworocznej nocy.
W tle majestatyczny wodospad Salto Ángel
Rio Churun
Salto Ángel spada ze szczytu Auyan Tepui
Sam wodospad stał się znany światu w 1935 roku za sprawą lotnika Jimmy'ego Angela. Jego wysokość — 979 m — została potwierdzona przez National Geographic Society w 1949 roku.
Indianie Pemón nazywają go jednak Kerepakupai Vená, czyli mniej więcej „miejsce najwyższego spadku”. Trzeba przyznać, że trudno o trafniejszą nazwę.
Rano łódź przewozi nas na drugi brzeg rzeki Churún. Potok Rio Kerepacupai Merú pokonujemy w bród, a następnie ruszamy pod górę przez gęsty las.
Do wodospadu prowadzi wyraźnie wydeptany szlak, który wiedzie przez śliskie korzenie i mokre kamienie. Musimy zachować szczególną ostrożność.
Upadek nie byłby tu najlepszym pomysłem — najbliższa pomoc medyczna znajduje się w Canaimie, oddalonej o dzień drogi łodzią.
Rio Kerepacupai merú
Pod sam wodospad prowadzi dobrze wydeptany szlak
Wreszcie stajemy u stóp wodospadu.
Naturalny basen nie jest szczególnie duży, a jego dno usiane jest kamieniami, ale nikomu to nie przeszkadza. Kilka osób korzysta już z kąpieli.
Jak na tak odległe miejsce można by wręcz mówić o tłumach, ale szybko przestajemy zwracać na to uwagę.
Nad nami, z niemal kilometrowej wysokości, spadają strugi wody rozbijane przez wiatr w mglistą zasłonę.
Widok robi ogromne wrażenie.
Miś rozbitek
Jedyną większą osadą w promieniu setek kilometrów pozostaje Canaima.
Tuż przed nią Río Carrao rozdziela się i spada kaskadami do Laguny Canaima. Wodospady Salto el Sapo tworzą przeszkodę nie do pokonania dla łodzi, dlatego tutaj żegnamy się z naszymi indiańskimi towarzyszami. Dalej ruszamy już samochodem terenowym.
Przez ostatnie dni spaliśmy w hamakach, myliśmy się w rzekach i żyliśmy w rytmie dżungli.
Nic więc dziwnego, że hotelowy pokój z wygodnym łóżkiem, miękkimi poduszkami, gorącym prysznicem i prawdziwą toaletą wydaje się luksusem niemal niewiarygodnym.
Przez chwilę czujemy się nawet trochę nieswojo, jak goście, którzy przypadkiem trafili do niewłaściwego świata.
Wodospady Salto el Sapo
Po dwóch dniach powolnego oswajania się z cywilizacją wyruszamy w drogę powrotną.
Samolot nabiera wysokości, a pod nami przesuwają się znajome już rzeki, tepui oraz mozaika zielonej dżungli i sawanny.
Jeszcze niedawno byliśmy tam, na dole, płynąc w stronę wodospadu. Teraz obserwujemy ten sam krajobraz z góry i powoli żegnamy się z jednym z najbardziej niezwykłych zakątków świata.
Wodospady Salto el Sapo
Rio Carrao
Rio Orinoko
Na koniec docieramy do stolicy państwa — Caracas.
Przewodniki turystyczne często ostrzegają: „Zasadniczo każdy podróżny powinien dwa razy zastanowić się, czy Caracas rzeczywiście musi znaleźć się na jego trasie po Wenezueli”. Miasto, w którym trudno liczyć na skuteczną pomoc policji, sprawia miejscami wrażenie zaniedbanego, a wiele dzielnic, poza nielicznymi wyjątkami, określanych jest mianem „zona roja” — stref o podwyższonej przestępczości.
Mimo tych opinii nasze doświadczenia okazują się znacznie mniej dramatyczne. W ciągu dnia, zwłaszcza w centrum oraz w czystym, zadbanym i dobrze strzeżonym metrze, czujemy się znacznie bezpieczniej, niż mogłyby sugerować przeczytane wcześniej ostrzeżenia.
Jednym z najważniejszych zabytków stolicy jest Panteon Narodowy. Powstał on w miejscu dawnego kościoła Iglesia de la Santísima Trinidad, niemal doszczętnie zniszczonego podczas trzęsienia ziemi. W 1874 roku prezydent kraju zdecydował, że odbudowana świątynia stanie się miejscem wiecznego spoczynku bohaterów narodowych Wenezueli.
Panteón Nacional
Cała główna nawa poświęcona jest Simónowi Bolívarowi.
W dwa lata po utworzeniu panteonu sprowadzono tutaj z Kolumbii jego prochy. Sklepienie zdobi cykl malowideł przedstawiających najważniejsze wydarzenia z życia wyzwoliciela Ameryki Południowej, a centralne miejsce zajmuje monumentalny ołtarz z wykonanym z brązu sarkofagiem.
W międzyczasie przyzwyczaiłem się już do tego, że postać wyzwoliciela pozostaje w Wenezueli obecna nie tylko na kartach historii, ale niemal na każdym kroku.
Nawa główna
Sarkofag Simóna Bolívara
Jedziemy w stronę historycznego centrum Caracas. Miasto zmienia rytm niemal niezauważalnie, jakby ktoś tylko lekko przestawił głośność — ale nie melodię.
Trudno dokładnie określić liczbę mieszkańców Caracas. Brak obowiązkowego meldunku sprawia, że wszystkie dane mają charakter szacunkowy. Przyjmuje się jednak, że w aglomeracji żyje około 7 mln ludzi.
Ponad połowa z nich mieszka w rozległych barrios humildes — ubogich dzielnicach wspinających się po zboczach gór otaczających centrum miasta. Patrząc na nie z oddali, trudno uwierzyć, że to wciąż jedno i to samo miasto.
Caracas zostało założone w 1567 roku pod nazwą Santiago de León de Caracas. Jak przystało na hiszpańskie miasto kolonialne, jego centrum zaplanowano wokół głównego placu — Plaza Mayor, znanego dziś jako Plaza Bolívar.
W samym środku stoi konny pomnik Simóna Bolívara. To kopia rzeźby wykonanej przez włoskiego artystę Adamo Tadoliniego, której oryginał znajduje się w Limie. Gdy pomnik odsłaniano, uroczystości towarzyszyły dźwięk katedralnych dzwonów i salwa z dwudziestu jeden armat.
Pomnik Simóna Bolívara
Obok Plaza Bolívar wznosi się Palacio Federal Legislativo, znany również jako Capitolio de Caracas. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w centrum miasta i siedziba parlamentu.
Palacio Federal Legislativo
Palacio Municipal de Caracas — budynek ratusza miejskiego, silnie związany z historią niepodległości Wenezueli — znajduje się przy samym placu. W jego kaplicy Santa Rosa de Lima ogłoszono deklarację niepodległości Wenezueli.
Palacio Municipal de Caracas
Z historycznego centrum kierujemy się do Chacao — najzamożniejszej dzielnicy Caracas.
Jej sercem jest Plaza Francia, dawniej znany jako Plaza Altamira. Powstał na początku lat 40. XX wieku. Nazwa placu jest efektem porozumienia między Caracas i Paryżem — w stolicy Francji powstał Plac Wenezueli, a w Caracas Plac Francji.
W jego centrum góruje wysoki obelisk, który z czasem stał się jednym z symboli miasta. Obok znajduje się fontanna tworząca niewielki wodospad spływający do niższej części zabudowy.
Dziś pod nim działa centrum handlowe i stacja metra Altamira.
Obelisk na Plaza Francia w Caracas
Fontanna
Na tym kończy się nasza wenezuelska przygoda.
Muszę przyznać, że była to jedna z najbardziej fascynujących podróży w moim pluszowym życiu. Taki rodzaj wypraw zdarza się coraz rzadziej — pełen nieprzewidywalności, odległych miejsc i poczucia, że za następnym zakrętem może czekać coś niezwykłego.
Burza Catatumbo nad jeziorem Maracaibo, majestatyczne szczyty Sierra Nevada de Mérida, karaibskie wybrzeże, tajemnicza Delta Orinoko, bezkresne sawanny Llanos, niezwykła Gran Sabana, monumentalne tepui i spektakularne wodospady — wszystkie te miejsca pojawiały się jedno po drugim niczym kadry z filmu przygodowego.
Trudno o lepszy zestaw atrakcji dla małego misia-obieżyświatowca. Najbardziej imponujące jest jednak to, że wszystkie można zobaczyć podczas jednej podróży po tym samym kraju.
Kiedy samolot wznosi się nad Caracas, wiem już, że do tej wyprawy będę wracał myślami jeszcze bardzo długo.
Klocek