Urugwaj
Marzec 2017
Nad ranem wiatr wreszcie cichnie, chmury rozchodzą się niespiesznie i ukazują się pierwsze promienie wschodzącego słońca. Morze, jeszcze przed chwilą nerwowe i wzburzone, powoli uspokaja oddech.
Choć z Falklandów wyruszyliśmy kilka godzin wcześniej niż to było w planie, nocny, gwałtowny sztorm skutecznie rozciągnął naszą podróż w czasie.
Teraz jednak wszystko wraca na swoje miejsce — powoli, ale konsekwentnie zbliżamy się do Montevideo.
Zarysy miasta na krótko przed wejściem do portu
Urugwaj jest maleńki, leży u ujścia rzeki La Plata, a jego sąsiedzi — Argentyna i Brazylia — są ogromni. Oba kraje tak mocno wpisały się w historię Urugwaju, że momentami trudno oddzielić jedno od drugiego.
Początkowo te ziemie należały do portugalskiej kolonii, z której później wyrosła Brazylia. Z czasem wkroczyli tu jednak Hiszpanie i włączyli ten region do Wicekrólestwa Río de la Plata, obejmującego między innymi tereny dzisiejszej Argentyny.
Przez kolejne lata obszar dzisiejszego Urugwaju stał się polem niekończących się sporów, buntów i wojen pomiędzy dwoma rywalizującymi mocarstwami. Ostatecznie, na początku XIX wieku, powstało niezależne państwo — Wschodnia Republika Urugwaju.
W porcie czekają przewodniczka Karin i kierowca Mario. Samochód, który stoi nam do dyspozycji przez kolejne dni, pochodzi z Chin.
Siadamy na tylnym, wyjątkowo niewygodnym siedzeniu i od razu rozumiemy, że pojęcie „ergonomiczne fotele samochodowe” musiało gdzieś zaginąć w Państwie Środka.
Na szczęście większość stolicy zwiedzamy pieszo — a niewygodne tylne siedzenia można uznać za pierwszy egzamin wytrzymałościowy.
Letrero Montevideo
Wyjeżdżamy z portu i niemal natychmiast zanurzamy się w miejski gwar. Montevideo ma ponad milion mieszkańców, ale wbrew pozorom nie przytłacza.
W wielu miejscach przypomina „kieszonkowe” Buenos Aires, choć jest spokojniejsze, bezpieczniejsze, a ludzie sprawiają wrażenie mniej zabieganych.
Pierwszy przystanek to Puerta de la Ciudadela — jedyna pozostałość po murach, które otaczały kiedyś najstarszą część Montevideo. Resztę fortyfikacji rozebrano jeszcze w XIX wieku, niedługo po uzyskaniu niepodległości. Nowe państwo nie chciało zbyt wielu pamiątek po hiszpańskim panowaniu.
Puerta de la Ciudadela (Brama Cytadeli)
Tuż za bramą otwiera się Plaza Independencia — ogromny Plac Niepodległości z pomnikiem i mauzoleum generała Jose Artigas'a, urugwajskiego bohatera narodowego. Pod samym monumentem mieści się sala grobowa, przy której wartę pełni gwardia honorowa „Blandengues de Artigas”.
Statua generała Jose Artigas'a
Nad placem góruje Palacio Salvo — charakterystyczny symbol miasta z początku XX wieku. Budynek powstał w miejscu dawnej cukierni Confiteria La Giralda, gdzie Gerardo Matos Rodríguez napisał „La Cumparsita” — najczęściej grane tango na świecie.
Palacio Salvo
Niedaleko znajduje się Palacio Estévez, najstarsza siedziba prezydenta, dziś przekształcona w muzeum.
Kilka przecznic dalej stoi Palacio Legislativo — monumentalna, neoklasycystyczna siedziba urugwajskiego parlamentu. Podobno do wykończenia wnętrz użyto aż dwudziestu czterech rodzajów marmuru. Urugwajczycy najwyraźniej uznali, że demokracja powinna mieć odpowiednio elegancką oprawę.
Palacio Estévez
Palacio Legislativo
Tereny dzisiejszego Urugwaju zamieszkiwali niegdyś Indianie Charrúa. Przez długi czas skutecznie bronili swoich ziem, ale hiszpańska ekspansja kolonialna stopniowo doprowadziła do niemal całkowitego wyniszczenia tego ludu. Ostateczny cios przyszedł w XIX wieku, gdy nad rzeką Salsipuedes zniszczono jedną z ostatnich większych osad Charrúa. Sama nazwa miejsca brzmi dziś niemal ironicznie — „Salsipuedes” można przetłumaczyć jako „uciekaj, jeśli potrafisz”. Niewielu zdołało.
Los nielicznych ocalałych również okazał się tragiczny. Czworo Indian wywieziono do Francji, gdzie pokazywano ich publiczności niczym egzotyczną atrakcję zoologiczną. Wkrótce wszyscy zmarli.
Dziś pamięć o Charrúa wciąż jest obecna w Urugwaju. W Montevideo stoi pomnik odlany z brązu — hołd dla ludu, który zniknął jako odrębna społeczność, ale pozostawił swoich potomków wśród urugwajskich Metysów i mieszkańców argentyńskiej prowincji Entre Ríos.
Ostatni Charrúa — Sanaca, Viamaca-Piru, Guyunusa z dzieckiem i Tacuabe
Parki Prado i José Batlle y Ordóñez pełne są wspaniałych brązowych pomników autorstwa Jose Belloni'ego, a w cieniu drzew łatwo wyobrazić sobie, że Montevideo kiedyś tętniło innym życiem.
„La Carreta” w Parku José Batlle y Ordóñez
„La Diligencia” w Parku Prado
Na koniec trafiamy do dzielnicy Carrasco, powstałej w pierwszej dekadzie XX wieku, jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej.
Cała dzielnica, wraz z imponującym hotelem Casino Carrasco, powstała wyłącznie z inicjatywy prywatnej. To pierwszy w Urugwaju przykład kompletnej infrastruktury zaprojektowanej przez prywatnych inwestorów, gdzie każdy detal — od ulic po budynki — miał swoje miejsce w przemyślanym planie.
Spaceruję wzdłuż eleganckich willi i cichych ulic i trudno mi uwierzyć, że jestem w tak niewielkim kraju, który kryje w sobie tak bogatą historię i tak różnorodne wpływy.
Hotel Casino Carrasco rozpoczął swoją działalność w 1921 roku
Stare budynki w dzielnicy Carrasco
Garncarz rdzawy buduje swoje gniazda z gliny z niezwykłą precyzją — każdy detal wydaje się dopracowany tak, jakby projektował nie schronienie, ale małe architektoniczne dzieło sztuki.
Korzysta z nich tylko raz, po czym czasem stawia kolejne konstrukcje bezpośrednio na starych, jakby dodawał kolejne piętro do własnej, ptasiej historii budownictwa. Stare gniazda nie pozostają jednak puste — szybko przejmują je inne ptaki, mniej wprawne w murarce, ale najwyraźniej świetnie odnajdujące się w cudzych projektach.
Garncarz rdzawy cieszy się taką renomą, że w Urugwaju uznano go za ptaka narodowego — co, patrząc na jego inżynieryjne ambicje, wydaje się w pełni zasłużone.
Zjawiskowe gniazdo garncarza rdzawego na pomniku
Garncarz rdzawy
Zostawiamy w tyle zabudowania Montevideo i dobrze utrzymaną drogą ruszamy wzdłuż wybrzeża w stronę Punta Ballena.
Casapueblo w Punta Ballena przypomina trochę wioski z greckiej wyspy Santorini — białe ściany, nieregularne tarasy i schody, które wiją się po skale, jakby nie mogły zdecydować, czy chcą prowadzić w górę, czy raczej tylko podkreślać kształt klifu.
Autorem tej niezwykłej budowli jest Carlos Páez Vilaró — znany urugwajski artysta, który zaprojektował i wzniósł cały kompleks własnymi rękami, wspierany jedynie przez kilku przyjaciół. Budowa trwała aż 36 lat, co samo w sobie brzmi jak osobne życie wbudowane w skałę.
Większą część Casapueblo artysta sprzedał jednej z sieci hotelowych, a pozostałą zachował dla siebie — jako pracownię i miejsce zamieszkania. Mieszkał tam nie tylko on sam, ale też jego ulubione koty, które uznały ten biały labirynt za przestrzeń idealną do kontemplacji i drzemek.
Casapueblo w Punta Ballena
Casapueblo
Sala kinowa — w filmie Carlos Páez Vilaró opowiada o swoim życiu, twórczości i podróżach
Carlos Páez Vilaró urodził się w 1923 roku w Montevideo, a zmarł w 2014 roku właśnie tutaj, w Punta Ballena, w Casapueblo. Zajmował się malarstwem, rzeźbą, architekturą, pisarstwem i muzyką — i trudno oprzeć się wrażeniu, że jedno życie zostało tu mocno rozciągnięte, żeby pomieścić wszystko, co chciał zrobić.
Na początku kariery mieszkał w Argentynie, później w Brazylii, dużo podróżował i w tym czasie stworzył setki prac, które prezentował na licznych wystawach. Jego malowidła ścienne, zamawiane przez urzędy, duże firmy i prywatnych właścicieli, cieszyły się sporą popularnością — taką, która pozwalała mu nie tyle gonić za światem, co raczej konsekwentnie go malować po swojemu.
Carlos Páez Vilaró był abstrakcjonistą i przyjaźnił się z Pablo Picaso
Uwielbiał koty, których obrazy licznie wypełniają ściany jego domu
Równie liczne jak obrazy kotów są jego motywy słońca
Tworzył również genialne rzeźby
To jest z całą pewnością postać kobiety
Do ostatnich dni życia pozostawał wyjątkowo aktywny — osobiście przyjmował gości, rozmawiał, odpowiadał na pytania.
Niestety spóźniłem się o trzy lata.
Dziś pozostaje mi tylko wyobrazić sobie rozmowę z człowiekiem, który w jednym życiu zmieścił tak wiele ról, miejsc i historii.
Tylko kilka kilometrów dalej pojawia się Punta del Este — jedna z najbardziej znanych i najchętniej odwiedzanych miejscowości turystycznych Urugwaju. Wjeżdżamy do niej i od razu mamy wrażenie, że ktoś zmienił scenografię: zamiast spokojniejszego, bardziej kameralnego krajobrazu nagle wyrastają przed nami wysokie budynki, głównie hotele i apartamentowce, które ciągną się wzdłuż wybrzeża jak klocki domino nad Atlantykiem.
Miasto jest nowoczesne, czasem wręcz demonstracyjnie współczesne — szkło, beton, proste linie, dużo światła odbijającego się od fasad. A jednak w tym uporządkowanym pejzażu pojawia się coś, co natychmiast przyciąga wzrok i wytrąca z tej geometrycznej rutyny.
Przystań dla jachtów
Na jednej z centralnych plaż, w piasku, stoi rzeźba dłoni — monumentalna, a jednocześnie zaskakująco „zwyczajna” w swoim geście. To „La Mano”, znana też potocznie jako „Los Dedos” — Palce. Ta dłoń, o szerokości około pięciu metrów i wysokości trzech, wyrasta z piasku, jakby ktoś próbował przebić się na powierzchnię. To forma jednocześnie minimalistyczna i wyrazista.
Twórca instalacji wykonał później podobne prace także w innych miejscach świata — w Madrycie, na pustyni Atacama w Chile oraz w Wenecji. Każda z nich, choć osadzona w innym krajobrazie, działa podobnie: przyciąga spojrzenia i zatrzymuje krok.
„La Mano” — dzieło chilijskiego artysty Mario Irarrázabal'a
Tuż obok rozciąga się La Barra, nadmorska miejscowość wypoczynkowa, którą od eleganckiego Punta del Este oddziela spokojna, leniwie płynąca rzeczka. Stoję na brzegu i patrzę na most, który przerzucono nad nią w latach 60. XX wieku — ma około 150 metrów długości, ale to nie liczby przyciągają uwagę.
Już z daleka coś tu nie gra. A właściwie — wszystko się lekko wygina, jakby konstrukcja postanowiła nie być do końca posłuszna geometrii. Puente Leonel Viera faluje tak wyraźnie, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze inżynieria, czy już instalacja artystyczna po długim wieczorze z lokalnym czerwonym winem.
Przejeżdżam przez niego i czuję, jakby ktoś zamienił asfalt na kolejkę górską w wesołym miasteczku. Auto (albo raczej ja w środku) raz wznosi się, raz opada, rytmicznie, miękko, bez pośpiechu — i w tej chwili trudno uwierzyć, że to zwykła przeprawa przez rzeczkę, a nie zaprojektowana atrakcja turystyczna.
Co ciekawe, nie jestem tu jedyny, który traktuje ten przejazd jak małą przygodę. Turyści krążą po moście tam i z powrotem, jakby próbowali zrozumieć jego charakter albo po prostu dać się mu jeszcze raz zaskoczyć, zanim znikną w uporządkowanej, nowoczesnej przestrzeni Punta del Este.
Miejscowi mają na niego swoje, bardziej bezpośrednie nazwy: mówią „Puente ondulante” — most falujący, albo ”Puente Curvo” — krzywy. I trudno im się dziwić. Ten most nie udaje prostoty. On ją wręcz z uporem odrzuca, jakby chciał powiedzieć, że podróż czasem zaczyna się nie od celu, tylko od lekkiego zawrotu głowy po drodze.
Niezwykły most „Puente Leonel Viera”
Muzeum Ralli w Punta del Este należy do prywatnej, non–profitowej fundacji, która od lat konsekwentnie promuje nowoczesną sztukę latynoamerykańską. Wchodzimy do środka i od razu mamy wrażenie, że to nie jest zwykłe muzeum, lecz raczej spokojna przystań dla obrazów i rzeźb, które nie spieszą się, by zostać zrozumiane.
Pierwsza placówka powstała tutaj w latach 80. XX wieku, a później fundacja rozrosła się daleko poza Urugwaj — kolejne muzea pojawiły się w Santiago de Chile, w Izraelu i w Hiszpanii. Każde z nich działa jak osobny przystanek tej samej podróży po sztuce, tylko w innym krajobrazie i innym świetle.
W salach muzeum spotykamy jedne z ważniejszych dzieł współczesnej sztuki latynoamerykańskiej — malarstwo i rzeźbę ustawione obok siebie, każde z własną historią i energią.
„Mora” — dzieło John'a Robinson'a Inglaterra z brązu
„La dimension ou l'Homme ne serait”, Mauro Mejiaz
Colonia del Sacramento leży nad szerokimi wodami La Platy, niemal dokładnie naprzeciwko Buenos Aires, które z drugiego brzegu brunatnej rzeki zdaje się spokojnie przyglądać urugwajskiemu wybrzeżu.
Żeby tam dotrzeć, czeka nas jeszcze około 180 kilometrów jazdy w czymś, co chiński producent z wyjątkowym poczuciem humoru nazwał zapewne „ergonomicznym fotelem samochodowym”.
Kręgosłupy moich „niepluszowych”, zmęczone już po wczorajszych wojażach, protestują coraz głośniej, a biodra wyraźnie przypominają o sobie przy każdym kolejnym kilometrze urugwajskiej szosy.
Na szczęście po drodze robimy dłuższy postój w gospodarstwie pana Emilio Arenas'a. To jedno z tych miejsc, które pojawiają się trochę przypadkiem, a później pamięta się je znacznie lepiej niż największe turystyczne atrakcje.
Emilio ma siedemdziesiąt jeden lat i kolekcjonuje rzeczy, które większość ludzi wyrzuca albo gubi bez większego żalu. Przypinane plakietki, breloczki do kluczy, popielniczki, ołówki — wszystko to przez lata urosło do rozmiarów małego muzeum osobliwości. Kolekcja zajmuje już kilka pomieszczeń, ale najbardziej imponujące jest coś innego: Emilio doskonale pamięta każdy przedmiot.
Turyści często próbują podarować mu nowe eksponaty. Emilio zazwyczaj tylko się uśmiecha, po czym odpowiada:
— Dziękuję, ale taki już mam.
I bez chwili zawahania pokazuje dokładne miejsce, w którym znajduje się dany breloczek czy plakietka. Patrzę na niego z lekkim niedowierzaniem. Ja czasem nie pamiętam nawet, do której kieszeni trafiły moje notatki z podróży, a on bezbłędnie orientuje się w tysiącach popielniczek. 😮
Ponieważ odwiedzający zadają mu wciąż te same pytania, Emilio poszedł na skróty. W pomieszczeniach rozwiesił kartki z gotowymi odpowiedziami po hiszpańsku i angielsku. Można na nich przeczytać między innymi:
„Nie, nigdy nie ukradłem żadnej popielniczki.”
„Tak, nadal bardzo dużo pracuję.”
„Nie, nie jestem bogaty.”
„Tak, nadal kolekcjonuję.”
„Nie, nie kolekcjonuję kobiet.”
„Tak, moja rodzina mnie wspiera.”
„Nie, nie jestem zwolniony z podatków.”
„Tak, dostaję przedmioty z całego świata.”
Całość wygląda trochę jak skrzyżowanie muzeum, rodzinnego warsztatu i bardzo specyficznego poczucia humoru właściciela.
Niewielka część kolekcji breloczków
Stara kasa wśród kolekcji popielniczek
Postanawiam dorzucić do tej kolekcji coś od siebie. Wyciągam jedną z dwóch plakietek, które dostaliśmy podczas naszej wyprawy na Antarktydę. Zostały wykonane specjalnie na zamówienie, więc jestem niemal pewien, że takiej Emilio jeszcze nie ma.
Ogląda ją długo i z wyraźnym zadowoleniem znajduje dla niej miejsce. Misja zakończona sukcesem.
Emilio Arenas z podarowaną mu plakietką
Samo gospodarstwo utrzymuje się między innymi ze sprzedaży własnych przetworów i wyrobów nabiałowych. Odwiedzających nie brakuje, bo o Emilio słyszano już daleko poza granicami Urugwaju.
W pewnym momencie opowiada nam nawet o swojej podróży do Niemiec. Zaprosiła go tam firma Faber–Castell. W prezencie dostał podobno najmniejszy ołówek świata. Patrzę na ten mikroskopijny przedmiot i dochodzę do wniosku, że rzeczywiście — rozmiar idealny dla mnie.
Najmniejszy ołóweczek świata — w sam raz dla mnie
Jeden z największych ołówków świata
Nieco później wjeżdżamy do Colonia del Sacramento — najstarszego miasta Urugwaju, założonego przez Portugalczyków jeszcze w XVII wieku. Przez następne stulecia miasto przechodziło z rąk do rąk — raz kontrolowali je Portugalczycy, raz Hiszpanie — aż w końcu burzliwy okres zakończył się wraz z narodzinami niepodległego Urugwaju.
Portón de Campo. Jedna z bram i część muru dawnej twierdzy
Plan starego miasta utrwalony na ceramicznych kafelkach
Dziś stare miasto wygląda tak, jakby czas trochę o nim zapomniał. Kamienne uliczki, niskie domy z odpadającym tynkiem, stare latarnie i spokojna atmosfera sprawiają, że trudno się tutaj spieszyć. Portugalskie wpływy mieszają się z hiszpańskimi niemal tak samo naturalnie jak zapach kawy z wilgocią znad rzeki.
Nic dziwnego, że historyczne centrum trafiło na listę UNESCO — i do dziś pozostaje jedynym takim miejscem w całym Urugwaju.
Dom z okresu portugalskiego
Wystawa wnętrza hiszpańskiego domu z okresu powstawania miasta
Hiszpańska toaletka
Portugalska sypialnia — dawniej ludzie byli dużo niżsi
Czerwony budynek z okresu portugalskiego, a kolejny za nim zbudowany przez Hiszpanów
Latarnia morska
Urugwaj naprawdę zaskakuje. To kraj spokojny, dobrze zorganizowany i pozbawiony tego chaosu, który w wielu częściach Ameryki Południowej wydaje się niemal elementem krajobrazu. Nie ma tu może spektakularnych cudów natury ani ruin dawnych imperiów przyciągających tłumy turystów, ale jest coś innego — niespieszny rytm codziennego życia i zwyczajna życzliwość ludzi.
Urugwajczycy są otwarci, serdeczni i wyjątkowo cierpliwi. Także wobec obcokrajowców i podróżujących pluszowych niedźwiadków, co — jak się okazuje — wcale nie wszędzie jest takie oczywiste.
W drodze powrotnej czeka nas przesiadka w São Paulo. Teoretycznie wszystko wygląda dobrze. Praktycznie mamy dramatycznie mało czasu, a kolejny samolot odlatuje z drugiego końca lotniska.
Zaczyna się bieg przez terminale — z plecakami podskakującymi na ramionach i wzrokiem nerwowo uciekającym w stronę zegarka. Na pokład wpadamy dosłownie podczas ostatniego wezwania.
Dopiero kiedy siadamy w fotelach, przychodzi mi do głowy pewna niezbyt optymistyczna myśl. Skoro my wbiegliśmy na pokład w ostatniej chwili, trudno oczekiwać, żeby nasze bagaże poruszały się po lotnisku równie sprawnie.
Przez resztę lotu staramy się zachować spokój, ale wyobraźnia pracuje intensywnie. Już widzę nas stojących nocą na parkingu bez kluczy i bez bagażu, za to z bardzo bogatym doświadczeniem podróżniczym.
Na szczęście po wylądowaniu taśma bagażowa wykonuje kilka obrotów i nagle pojawiają się obie nasze torby.
To zdecydowanie lepsze zakończenie niż nocne sceny z kluczami w roli głównej. 😉
Zasłużona kąpiel
Klocek