Klocek Podróżnik

Reportaże z podróży pluszowego niedźwiadka

Reportaże Klocka Podróżnika

Uganda

Odkryj niezwykłą podróż do Ugandy

Czerwiec 2018

Uganda od lat nosi przydomek „Perły Afryki”. Tak nazwał ją Winston Churchill i dziś to określenie pojawia się niemal w każdym przewodniku. Trudno odmówić mu trafności — kraj jest zielony, żyzny i pełen jezior oraz górskich lasów. Im dłużej jednak jadę przez Ugandę, tym częściej zastanawiam się, czy zachwyt brytyjskiego polityka rzeczywiście dotyczył krajobrazów.
Od końca XIX wieku Uganda była brytyjskim protektoratem, czyli po prostu kolonią. Brytyjczycy budowali tutaj kolej nie z miłości do podróży, lecz dla sprawnego transportu kawy, bawełny i kości słoniowej. Linia połączyła Kampalę z Nairobi i portem w Mombasie, skąd afrykańskie bogactwa płynęły prosto do Europy.
Pod koniec XIX wieku eksport kości słoniowej osiągał absurdalne rozmiary — rocznie wywożono jej ponad 800 ton. Za tymi liczbami kryły się dziesiątki tysięcy zabitych słoni. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że „Perła Afryki” mogła oznaczać dla imperium przede wszystkim świetnie prosperujący magazyn surowców. Taki brytyjski sposób na poetykę.
Po uzyskaniu niepodległości Uganda wpadła w długi okres chaosu i dyktatur. Dziś nadal zmaga się z biedą i bezrobociem, ale na tle wielu afrykańskich państw uchodzi za kraj względnie stabilny i bezpieczny.
Uganda żyje handlem. Żyzna ziemia i dostęp do wody sprawiają, że rolnictwo ma się dobrze, a sąsiednie kraje importują stąd nie tylko żywność, ale też muzykę i modę. Kampala wyznacza trendy z zaskakującą pewnością siebie.
Największym skarbem tego kraju pozostaje jednak natura. To właśnie dla niej tu przyjeżdżamy. Uganda jest jednym z trzech państw w Afryce, gdzie można spotkać goryle górskie żyjące na wolności. Te łagodne olbrzymy zamieszkują gęste, górskie lasy, w obszarach, które ich dalecy kuzyni, uważający się za szczyt ewolucyjnej doskonałości, podzielili fikcyjnymi granicami, nazywając te terytoria Kongo, Rwandą i Ugandą. Goryle w całej swojej ewolucyjnej niedoskonałości, nie traktują tego pomysłu poważnie — nie słyszałem, by choć jeden z nich wystąpił o wydanie paszportu lub próbował przekroczyć granice w wyznaczonym miejscu.
Po latach kłusownictwa populacje wielu zwierząt dramatycznie spadły, ale dziś powoli się odbudowują. Dzika natura przyciąga do Ugandy podróżników z całego świata, a goryle są tutaj absolutnymi gwiazdami. I nie ukrywam — dla nas również stają się głównym celem tej wyprawy.

Uganda

Dzień zaczyna się interesująco. Na stole stoi masło z orzeszków ziemnych i syrop do naleśników

Uganda jest prawdziwym rajem dla miłośników ptaków. Występuje tu ponad 1600 gatunków, więcej niż w jakimkolwiek innym kraju Afryki. Pierwszy dzień naszej wyprawy poświęcamy na poszukiwanie jednego z najbardziej niezwykłych mieszkańców tutejszych mokradeł — trzewikodzioba.
Ten osobliwy ptak żyje wśród papirusów i trzcin porastających brzegi jezior i bagna. Już sam jego wygląd sprawia wrażenie, jakby natura tworzyła go w wyjątkowo eksperymentalnym nastroju. Szare upierzenie, długie nogi przypominające bociana i gigantyczny dziób wyglądający jak drewniany chodak sprawiają, że trzewikodziób wygląda trochę jak zakurzony pelikan po serii życiowych rozczarowań.

Uganda

Większość mieszkańców okolic Kampali należy do grupy etnicznej Baganda

Największe szanse na spotkanie tego rzadkiego ptaka podobno mamy w zatoce Mabamba, na północny zachód od Entebbe. To rozległy obszar bagien wpisany na listę najważniejszych ostoi ptaków w Ugandzie. Problem polega na tym, że na ponad 16 000 hektarów żyje zaledwie dziewięć trzewikodziobów.
Szybki rachunek nie poprawia nastroju. Wychodzi mniej więcej jeden ptak na prawie 1 800 hektarów bagien. Nie potrafię przypomnieć sobie, kto zapewniał nas o „bardzo dużych szansach”, ale musiał być albo niepoprawnym optymistą, albo pracować w ugandyjskiej turystyce.

Uganda

Przystań w zatoce Mabamba

Wsiadamy do wąskiej łodzi i ruszamy kanałami wyciętymi w gęstych papirusach. Silnik cicho pyrka, trzciny szeleszczą o burty, a wokół rozciągają się rozlewiska Jeziora Wiktorii. W końcu strażnik nagle podnosi rękę. Kilkadziesiąt metrów dalej, pośród wysokich traw, stoi młody trzewikodziób.
I... medytuje.
Tkwi nieruchomo jak posąg albo wyjątkowo cierpliwy ochroniarz muzealny. Przez chwilę naprawdę zastanawiam się, czy ktoś nie ustawił tutaj sztucznego ptaka specjalnie dla turystów. Jednak po chwili widzę jego oczy — duże, jasne i osadzone bardziej z przodu czaszki niż u większości ptaków. Powoli mruga i uważnie obserwuje okolicę. Nie ma wątpliwości — jest prawdziwy.

Uganda

Trzewikodziób sprawia wrażenie stworzenia całkowicie odpornego na pośpiech współczesnego świata. Godzinami stoi bez ruchu, jakby zastanawiał się nad sensem życia na ugandyjskich bagnach. Rzadko lata, porusza się oszczędnie i bez zbędnych gestów. Wszystko zmienia się jednak w chwili, gdy zgłodnieje. Wtedy ten spokojny asceta błyskawicznie zamienia się w skutecznego łowcę. Gdy tylko dostrzeże rybę, atakuje z taką szybkością, że trudno uwierzyć, iż jeszcze sekundę wcześniej wyglądał na ptaka pogrążonego w głębokiej drzemce.

Uganda

Trzewikodziób pośród bagien Jeziora Wiktorii

Równie fascynującym mieszkańcem zatoki Mabamba jest długoszpon afrykański. Dzięki swoim niesamowicie długim pazurom potrafi utrzymać się nawet na najmniejszych roślinach pływających, po których spokojnie wędruje w poszukiwaniu owadów. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że spaceruje po samej wodzie — stąd jego popularny przydomek: „ptak Jezus”.

Uganda

Długoszpon afrykański

Julius to sympatyczny, wysoki i szczupły pięćdziesięciolatek z północno–wschodnich rejonów kraju, graniczących z Kenią. Jego sylwetka przywodzi na myśl wysmukłych wojowników masajskich, a skóra ma nieco ciemniejszy odcień. Od wielu lat pracuje w turystyce i podczas naszego pobytu w Ugandzie pełni rolę przewodnika i kierowcy. Zmaga się z brakiem apetytu, więc codziennie zażywa lek, który zmusza go do choćby symbolicznego posiłku. Jego długie nogi, lekko przypominające literę X, ledwo utrzymują resztę chudego ciała, które podczas chodzenia chybocze się jakby do tańca.
Choć zachód słońca i smakowity posiłek nie są dla niego żadnym duchowym bodźcem, proponuje nam „wyjątkową” restaurację tuż nad brzegiem Jeziora Wiktorii, żeby zakończyć pełen wrażeń dzień. Lokal znajduje się na ogrodzonym i strzeżonym terenie w „wyjątkowo” ekskluzywnej dzielnicy Entebbe. W praktyce składa się z niepozornej chaty pokrytej strzechą i plastikowych stolików ustawionych prosto na piasku. Prawdziwa „wyjątkowość” objawia się dopiero w cenach — bliższych zachodnioeuropejskim restauracjom premium niż ugandyjskim realiom.
Zanim jednak przekroczymy próg, umundurowany strażnik sprawdza nas wykrywaczem metali i przeszukuje plecaki. Robi to „wyjątkowo” nieefektywnie — zagląda tylko do głównej komory plecaka mAT'a, ignorując resztę. Mam wrażenie, że to bardziej spektakl dla turystów niż realne zagrożenie. Julius jednak podchodzi do sprawy poważnie. Uganda należy do Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Narodów, angażując się w konflikty w Kongo czy Somalii, więc obawy o ataki terrorystyczne są w jego oczach w pełni uzasadnione. Nikt z nas, poza nim, a może częściowo mną (ze względu na moje brunatne futerko), nie przypomina Kongijczyka ani Somalijczyka. Pewnie to kolejny dowód na „wyjątkowość” tej restauracji.
Przed posiłkiem mAT korzysta z toalety, która okazuje się znajdować po drugiej stronie szosy, daleko od lokalu. Strażnik znowu sprawdza go wykrywaczem metali, zanim pozwala wrócić do stołu, jakby miał jakieś powiązania z lokalnymi terrorystami.
Sam posiłek jest smaczny, choć zdecydowanie nie można go nazwać „wyjątkowym”.

Uganda

Rybacy na Jeziorze Wiktorii

Wyruszamy w trasę. Pierwszym celem jest Park Narodowy Wodospadu Murchison'a, a po drodze czeka nas obiecujące spotkanie z nosorożcami.
Droga z Entebbe prowadzi przez Kampalę, stolicę kraju. Oficjalnie mieszka tu ponad milion ludzi, ale na ulicach wygląda to na co najmniej dwa razy tyle. Jazda samochodem przypomina grę w „Tetris na żywo”: pasy są elastyczne, kierunkowskazy opcjonalne, a sygnalizacja świetlna pełni raczej funkcję dekoracyjną. Motocykle wpychają się wszędzie, niczym chmara natrętnych much, wykorzystując każdą, nawet najmniejszą szczelinę. Bez dobrej znajomości drogi łatwo się zgubić — labirynt Kampali nie wybacza błędów. Julius jest doświadczonym i opanowanym kierowcą, zna miasto jak własną kieszeń, ale i tak przejazd zajmuje nam dobre dwie godziny.
Poza stolicą drogi są przeważnie szutrowe, pełne dziur i wybojów, co zmusza do ostrożnej jazdy w umiarkowanym tempie. Mimo nierówności i chaosu, Ugandyjczycy prowadzą zazwyczaj spokojnie i bezkonfliktowo.

Uganda

Kampala

Konflikty zbrojne, kłusownictwo, bezmyślna eksploatacja zasobów oraz grabież środowiska naturalnego — to kolejne „osiągnięcia” wspomnianych wcześniej dalekich kuzynów goryli. Wszystkie te działania doprowadziły do wyginięcia zarówno białych, jak i czarnych nosorożców, które były rdzennymi mieszkańcami Ugandy aż do drugiej połowy XX wieku. Na szczęście tym razem dalecy kuzyni goryli zainaugurowali pożyteczny projekt Ziwa Rhino Sanctuary, którego celem jest odbudowa populacji nosorożca białego.
Na powierzchni 7 000 hektarów, ściśle chronionej przed kłusownikami i drapieżnikami, pielęgnuje się zagrożone wyginięciem zwierzęta, stopniowo przygotowując je do życia w parkach narodowych Ugandy. Projekt rozpoczął się od zaledwie sześciu osobników, a dziś ich liczba wzrosła do 22. Bezpieczeństwo nosorożców zapewnia dwumetrowy płot elektryczny i zespół około 80 strażników, czuwających 24 godziny na dobę.
Strefa Ziwa to nie tylko nosorożce — schronienie znajdują tu także inne gatunki ssaków i gadów: małpy, antylopy, hipopotamy, krokodyle, a także liczne ptaki. Niezwykłą atrakcją jest trekking, podczas którego podążamy pieszo za nosorożcami, obserwując te majestatyczne stworzenia z bliska.

Uganda

Uganda

Trekking w Ziwa Rhino Sanctuary

Na terenach wokół Wodospadu Murchison'a już na początku XX wieku powstał rezerwat przyrody — Bunyoro Wildlife Reserve. Pomysł utworzenia Parku Narodowego pojawił się jednak dopiero później. Dziś Park Narodowy, razem z graniczącymi rezerwatami Bugungu i Karuma, zajmuje największą w Ugandzie pojedynczą powierzchnię objętą ochroną.

Uganda

Szczep Banyoro zamieszkuje wschodnie wybrzeże Jeziora Alberta i okolice Parku Wodospadu Murchison'a

Park Narodowy Wodospadu Murchisona rozciąga się na pagórkowatych terenach wzdłuż Nilu Wiktorii, który w tym rejonie wpada do Jeziora Alberta. To jedno z najważniejszych schronień dzikich zwierząt w Ugandzie. Sawanna przeplata się tu z kolczastym buszem, a w sercu parku szumi malowniczy Wodospad Murchisona — od niego pochodzi nazwa całego rezerwatu.
Docieramy do jednej z bram. Julius zajmuje się formalnościami związanymi z naszym pobytem, a my zaglądamy do jednego z małych sklepików, które stały się nieodłącznym elementem miejsc o natężonym ruchu turystycznym. Wewnątrz niewielkiego pomieszczenia drewniane regały i półki uginają się pod ciężarem pamiątek — większość masowo wyprodukowana w Azji. Kilka masek i figurek z Konga i Gabonu przyciąga nasz wzrok jedynie pobieżnie.
Za to sprzedawczyni od razu przykuwa uwagę — wplecione w krótkie włosy grube sztuczne warkocze ułożone są w fantazyjną fryzurę, jakby ktoś postanowił uczynić z głowy małe dzieło sztuki. mAT pyta, czy może zrobić jej zdjęcie, ale kobieta waha się przez chwilę. Widać, że potrzebuje małego impulsu motywacyjnego. mAT sięga po swoje najlepsze argumenty: zachwyca się fryzurą, mówi, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział i byłoby dla niego wielką radością uwiecznić ją na zdjęciu.
Sprzedawczyni patrzy z lekkim niedowierzaniem i pyta:
— Podoba ci się?
— Bardzo! — odpowiada mAT, bez wahania i z pełnym przekonaniem.
I działa. Kobieta zgadza się natychmiast, a nawet wychodzi ze sklepu, bo w środku światło jest za słabe.

Uganda

Wplecione, sztuczne warkocze są wyznacznikiem afrykańskiej mody

Już na początku naszej drogi przez park witają nas pawiany — te same, które spotykamy w wielu innych zakątkach kraju. Często widuje się je w licznych grupach koczujących przy poboczach dróg. Zasadniczo unikają konfrontacji z dalekimi kuzynami goryli, chowając się w przydrożnym buszu. Czasami jednak, gdy napotkają niezabezpieczony transport pewnych artykułów spożywczych z ich ulubionej listy przysmaków, zmieniają taktykę i zamieniają się w triumfalną bandę przydrożnych rozbójników.

Uganda

Pawiany

Park Narodowy Wodospadu Murchisona przecięty jest przez Nil Wiktorii. Rzeka dzieli park na dwie części. Północna jest bardziej otwarta, z dominującą roślinnością sawannową, co sprzyja obserwacjom większej liczby zwierząt. W centralnej części parku powstała przystań wodna, skąd kursuje prom przewożący zarówno samochody, jak i pasażerów na północny brzeg rzeki.

Uganda

W pobliżu przystani stoi duża metalowa boja wodna, ozdobiona mapą świata i przemieniona w nieco surrealistyczny globus. Mam wrażenie, że jego twórca podziela stanowisko goryli i nie traktuje granic zbyt poważnie. Może to prorocze dzieło, ukazujące wizję przyszłości? Co ciekawe, na pierwszym zdjęciu widać, że Dania jest wyraźnie pokazana jako wyspa, podczas gdy dramatyczny wzrost poziomu oceanów jest zjawiskiem dobrze udokumentowanym od wielu lat.

Uganda

Uganda

Tak wyglądają zarysy Polski oraz innych państw europejskich

Obok przystani znajduje się też „dyżurka” hipopotama. Za każdym razem, gdy prom przypływa lub odpływa, hipopotam wynurza się z wody, sprawiając wrażenie, jakby kontrolował częstotliwość kursów i sumiennie zliczał liczbę przewiezionych osób oraz pojazdów.

Uganda

„Dyżurka” hipopotama

Uganda

Czas oczekiwania na prom umila muzyka na instrumentach adungu

Po wyjściu na drugi brzeg Julius udaje się do biura załatwić urzędowe sprawy, które zazwyczaj wypełniają większość jego dnia. Ja natomiast z zainteresowaniem obserwuję pawiana, który usiłuje wyrwać metalową klapę ze śmietnika.

Uganda

W miejscach tak licznie odwiedzanych przez turystów jak to, pawiany straciły respekt wobec dalekich kuzynów goryli i zaczęły traktować ich jak cel wyrafinowanych napadów rabunkowych. Dalecy kuzyni goryli okazują się wobec nich całkowicie bezbronni.
mAT wpadł na wyjątkowo niemądry pomysł: postanowił podzielić się schowanymi w plecaku orzeszkami ziemnymi z pawianem, siedzącym spokojnie na śmietniku oddalonym o jakieś dziesięć metrów. Już sam ruch sięgania po cokolwiek wzbudza zainteresowanie zwierzaka. Nim mAT zdąży wyjąć paczuszkę, małpiszon jest już za jego plecami. Kiedy wreszcie wydobywa orzeszki z plecaka, pawian w podskoku zbliża się pyskiem do jego dłoni.
Cała scena rozgrywa się tak szybko, że mAT, dostrzegając niebezpieczeństwo tylko kątem oka, podrzuca paczuszkę w górę, ratując swoje palce przed okaleczeniem. Jak to bywa w takich sytuacjach, zwycięzcą okazuje się małpiszon, ale mAT zyskuje coś cenniejszego — zdrową rękę. Od tego momentu dzieli się orzeszkami wyłącznie z nami.

Uganda

Zwycięski pawian delektuje się łupem

Popularny termin „safari” pochodzi z języka suahili i oznacza po prostu podróż. Jego współczesne znaczenie ukształtowało się w czasach kolonialnych, kiedy trafił do języków europejskich kolonizatorów. Początkowo używano go głównie w kontekście wypraw do Afryki Wschodniej połączonych z polowaniem na dzikie zwierzęta. Z czasem zaczęto stosować go także w odniesieniu do podobnych eskapad w innych częściach Afryki, a nawet w Indiach. Dziś „safari” najczęściej oznacza podróż w celu obserwacji lub fotografowania dzikich zwierząt.
W tym właśnie znaczeniu, najbliższym memu pluszowemu sercu, wyruszamy na długie safari, podczas którego mam okazję spotkać wielu fascynujących mieszkańców Parku Narodowego.

Uganda

Guźce, które za sprawą filmu „Król Lew” nazywane są pumbaa

Uganda

Kob śniady

Uganda

Bawolec

Uganda

Zbyt mały, by być groźnym, zbyt pluszowy, by nie być uroczym 😁

Uganda

Kobusy występują w Ugandzie, północnym Kongo i części Południowego Sudanu

Uganda

Starsze byki bawołów wygonione ze stada, tworzą grupy kawalerów

Uganda

Oribi są jednymi z najmniejszych antylop

notice

Żyrafy Rothschilda spotyka się już tylko w Ugandzie i na niewielkim skrawku Kenii. To jeden z tych podgatunków, przy których Julius mówi ciszej, jakby samą ostrożnością chciał zatrzymać je na świecie trochę dłużej. Ich populacja liczy dziś zaledwie kilkaset osobników, co czyni je drugim najbardziej zagrożonym podgatunkiem żyraf.
Kiedy jedna z nich z gracją wyłania się spomiędzy akacji, mam okazję przyjrzeć jej się nieco dokładniej. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda znajomo — wysoka sylwetka, spokojne spojrzenie, dostojny krok — ale po chwili widać coś jeszcze. Zamiast dwóch rogów ma ich aż pięć. Dwa dodatkowe guzki wyrastają tuż za uszami, a trzeci pojawia się pośrodku czoła, jakby natura postanowiła dorzucić odrobinę fantazji. Nie są tak wyraźne jak para głównych rogów, więc łatwo je przeoczyć.
Jest jeszcze jeden szczegół, który odróżnia je od innych żyraf. Ich nogi, od kolan w dół, pozostają jasne i niemal całkowicie pozbawione plam. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś założył im jasne getry tuż przed wyjściem na sawannę. I może właśnie dzięki takim detalom trudno traktować je jak „kolejną żyrafę” widzianą po drodze.

Uganda

Żyrafy to najwyższe ssaki lądowe. Dorosłe samce osiągają wysokość do sześciu metrów

Uganda

Miejscami tworzą grupy składające się z wielu osobników

Uganda

Sęp afrykański uznawany jest za krytycznie zagrożonego wyginięciem

Uganda

Słonie są największymi współcześnie żyjącymi zwierzętami lądowymi

Uganda

Słonie osiedlają się tam, gdzie mają dostęp do wody pitnej i miejsc do kąpieli

Tym razem na przystani przesiadamy się na niewielką łódź, która kursuje w kierunku Wodospadu Murchison'a. Choć od celu dzieli nas zaledwie około 15 kilometrów, kolejne trzy godziny spędzamy na Nilu Wiktorii. Łódź płynie spokojnie, bez pośpiechu, a jednostajny dźwięk silnika wprowadza mnie w stan błogiej ospałości. Znużenie narasta powoli, aż w końcu powieki same zaczynają opadać. 😴
Drzemka nie trwa jednak długo. Co jakiś czas ciszę przecina ostry, piszczący sygnał — alarm przypominający, że rzeka rządzi się własnymi prawami. Silniki zostają wyłączone, a łódź zaczyna dryfować, powoli cofając się z nurtem. Okazuje się, że woda spływająca po wodospadzie niesie ze sobą ogromne ilości traw, wodorostów i roślinnych resztek, które owijają się wokół śrub napędowych. Aby kontynuować rejs, trzeba je regularnie oczyszczać.
Im bliżej uskoku wodospadu, tym więcej na powierzchni rzeki pojawia się zbitej, sztywnej piany. Wygląda jak stara, pożółkła bita śmietana oprószona kakao. To mieszanina iłów oraz szczątków roślinnych, które pod wpływem wody spadającej z wysokości 43 metrów zostają silnie wzburzone, a następnie niesione nurtem nawet przez dziesiątki kilometrów.

Uganda

W pobliżu wodospadu rzeka zmienia swoje oblicze — z leniwego, spokojnego nurtu przechodzi w żywioł pełen wirów i zdradliwych prądów.
Dzięki sprawności i doświadczeniu załogi łódź udaje się z trudem zacumować przy niewielkim podeście, choć rzeka do końca próbuje ten manewr utrudnić.
Dalej można już iść wyłącznie pieszo.

Uganda

Uganda

Wąska, kamienista ścieżka prowadzi raz w górę, raz w dół, wijąc się po stromym zboczu.
Choć temperatura nie jest wysoka, powietrze — przesycone wilgocią unoszącą się od wodospadu — staje się ciężkie i lepkie, co utrudnia oddychanie.
Z każdym kolejnym krokiem w stronę górnej krawędzi urwiska mikroklimat jednak wyraźnie się poprawia. Co jakiś czas pojawia się lekki powiew wiatru, jakby las wokół brał spokojny oddech.

Uganda

Uganda

Obszar wokół wodospadu od lat ma swoją mroczną historię — to tu wielokrotnie dochodziło do wybuchów epidemii śpiączki afrykańskiej. Winowajcami są licznie występujące muchy tse–tse, które przenoszą tę groźną chorobę.
Dziś ich populację próbuje się ograniczać w dość sprytny sposób: za pomocą niebieskich pułapek rozstawionych w terenie. Niebieski kolor działa na nie jak magnes — przyciąga je z daleka, a w środku czeka dodatkowy wabik, któremu podobno nie potrafią się oprzeć. Gdy już wlecą do środka, nie mają szans na odnalezienie drogi powrotnej.
Najnowszym pomysłem dalszych kuzynów goryli na ograniczenie liczby much tse-tse jest metoda wypuszczania sterylnych owadów. Najpierw odławia się ich jak najwięcej, a następnie poddaje sterylizacji przy użyciu promieniowania jonizującego. Potem wracają w teren i — już bez możliwości rozmnażania — konkurują o względy samic. Te, wybierając płciowo sterylnych partnerów, nie wydają potomstwa, co z czasem prowadzi do stopniowego spadku populacji.

Uganda

Punkt widokowy „Top of the Falls” na najwyższej krawędzi Wodospadu Murchison'a

W drodze powrotnej wnętrze samochodu powoli wypełnia ciężki zapach spalin — duszny, lepki, osiadający na gardle. Julius zerka w lusterko i od razu wszystko staje się jasne: tylna klapa bagażnika nie domknęła się po ostatnim postoju. Zjeżdża więc na pobocze i wyskakuje z auta, żeby szybko ją zatrzasnąć.
Cała akcja trwa może kilkanaście sekund, ale kiedy wraca za kierownicę, wygląda tak, jakby właśnie stoczył krótką, przegraną bitwę. Mamrocze coś pod nosem, trzaska drzwiami i rusza dalej, nieco gwałtowniej niż wcześniej. Dopiero po chwili informuje nas, że w tym krótkim czasie muchy tse–tse zdążyły urządzić sobie na nim prawdziwą ucztę. Sześć ukąszeń. Rekord dnia.
W tym regionie są ich całe chmary. Niebieskie pułapki rozwieszane przy drogach najwyraźniej nie robią na nich większego wrażenia, podobnie jak programy sterylizacji samców. Co prawda nie każda przenosi pasożyty wywołujące śpiączkę afrykańską — według szacunków zakażona może być mniej więcej jedna na sto — ale przy takich ilościach nawet najbardziej uspokajające statystyki tracą swoją moc.
Bo im więcej ukąszeń, tym bardziej rośnie ryzyko, a Julius najwyraźniej właśnie poprawił swoje szanse w tej afrykańskiej odmianie rosyjskiej ruletki.

W każdej wiosce czy miasteczku plac targowy to serce życia — miejsce, gdzie zaopatrzenie miesza się z plotkami, a każdy lokalny news krąży szybciej niż rower na wertepach. Często to jedyne miejsce warte uwagi w afrykańskich osadach. Hoima, większe miasteczko, wyróżnia się kolorowym bazarem pełnym owoców i warzyw, który wygląda stabilniej i... nowocześniej. Ponieważ przed nami jeszcze długa droga, postanawiamy zaopatrzyć się w owoce i drobne przekąski.

Uganda

Tradycyjne chatki ze strzechą spotyka się głównie w północnej Ugandzie

Uganda

W Afryce wszelkiego rodzaju towary transportuje się na głowie. Prawdziwymi mistrzyniami w tej dziedzinie są kobiety — balansują, niosą, uśmiechają się przy tym, jakby było to najprostsze zadanie świata.

Uganda

Banany skrobiowe to podstawa wyżywienia w wielu afrykańskich krajach. W Ugandzie przerabia się je na matoke — gęstą papkę, podawaną jako dodatek do mięsa, uznawaną za narodowy przysmak.

Uganda

Banany skrobiowe

Właśnie przy stoisku z bananami robimy zdjęcia, gdy nagle właścicielka zwraca się do Mojej Basi:
— Is this your baby? (Czy to twoje dziecko?)
— Nie — odpowiada rozbawiona i zupełnie nieświadoma, co się zaraz wydarzy.
I wtedy zaczyna się prawdziwe zamieszanie. Kobieta oznajmia, że zamierza mnie adoptować i chce, żebym z nią został. Moi „niepluszowi” oczywiście protestują, ale ona z determinacją próbuje mnie porwać! Przez chwilę stoi naprzeciw Mojej Basi i próbuje na różne sposoby wydobyć mnie z jej rąk, podczas gdy Moja Basia stara się mnie bronić — całe widowisko przypomina napiętą rozgrywkę w koszykówce.
Na szczęście w porę interweniuje mAT. Stanowczo przerywa sytuację:
— Stop, break!
Tłumaczy kobiecie, że jestem najlepszym przyjacielem, a przyjaciółmi się nie handluje i nie zostawia w potrzebie. Kobieta najwyraźniej zdaje sobie sprawę, że próba przywłaszczenia mnie nie powiedzie się, mruczy coś pod nosem i odpuszcza.
Zastanawiam się, dlaczego takie „groźne sytuacje” przytrafiają mi się zazwyczaj w Afryce. Ostatnio podobna próba uprowadzenia mnie miała miejsce w Etiopii.

Uganda

Stoisko z suszonymi rybami

Kolejny etap naszej podróży prowadzi wzdłuż wybrzeża Jeziora Alberta. Przed nami Fort Portal — miasto, które nazywają bramą do majestatycznych Ruwenzori, trzeciego najwyższego masywu górskiego Afryki, wznoszącego się na granicy Ugandy i Demokratycznej Republiki Konga.
Wysokie szczyty spowite mgłą robią ogromne wrażenie, choć dziś nie planujemy wspinaczki. Fort Portal służy nam za wygodny punkt wypadowy do pobliskiego parku narodowego. Tutejsze gęste lasy zamieszkują inteligentne, a czasem nieprzewidywalne — szympansy.

Uganda

Słońce budzi się ze snu nad lasami Kibale

Do Parku Narodowego Kibale Forest wyruszamy, gdy jeszcze jest ciemno. Przed nami afrykańskie trzydzieści kilometrów. O 8:30 stawiamy się na odprawę, gotowi rozpocząć przygodę. Przy strażnicy gromadzi się spora grupa turystów z różnych zakątków świata.
Po odprawie dzielą nas na małe, kilkuosobowe zespoły, a do każdego przydzielają przewodnika. Naszym opiekuje się młody strażnik Gabriel — mówi cienkim, cichym głosem, z wyraźnym afrykańskim akcentem.

Uganda

Strażnik Gabriel

Minęła już ponad godzina naszej wędrówki. Zazwyczaj pozostaję częściowo schowany w plecaku, więc mrówki nie stanowią dla mnie większego zagrożenia. Moi „niepluszowi” ostrożnie stawiają każdy krok — nogawki spodni głęboko w skarpetach, buty solidnie zasznurowane. Wielokrotnie przekraczamy ścieżki tych małych, boleśnie kąsających owadów, co momentami przypomina grę zręcznościową: jeden nieuważny krok i... bolesna lekcja. Na szczęście dzielnie sobie radzą.
I wtedy Gabriel zatrzymuje się nagle i szepcze: „Słoń leśny”. W gęstym buszu, kilkadziesiąt metrów dalej, stoi zwierzę, które różni się od znanych nam słoni afrykańskich. Jest mniejsze, ma zaokrąglone uszy i krótsze, proste ciosy lekko skierowane ku dołowi. Przednie nogi mają po pięć palców, tylne — po cztery, podczas gdy słonie afrykańskie mają odpowiednio po cztery i trzy.
Gabriel ostrzega, że słoń leśny bywa bardziej agresywny niż jego większy kuzyn. Najprawdopodobniej to samiec — samotnik. Trzymamy się od niego z daleka; Gabriel zapewnia, że nie zawahałby się nas stratować, gdyby poczuł się zagrożony.
I właśnie dzięki temu, że zwierzę jest tak blisko, zauważamy coś zupełnie wyjątkowego. Jeden z szympansów, najwyraźniej zaniepokojony obecnością intruza, zszedł z koron drzew. Uderza drągiem w pnie i wydaje charakterystyczne okrzyki, próbując przepędzić słonia ze swojego terytorium.
Szympans to dorosły samiec, najwyraźniej przyzwyczajony do wizyt swoich dalekich kuzynów — tych, którzy uważają się za najwyższe stadium ewolucji. Choć znajdujemy się w zasięgu jego wzroku, nie ucieka. Co jakiś czas zerka w naszą stronę, spokojnie przemierza las. Porusza się na czterech kończynach, jakby spacerował, podczas gdy my próbujemy dotrzymać mu kroku lekkim truchtem. Kiedy zauważa, że nie nadążamy, zatrzymuje się, obraca w naszą stronę, po czym rusza dalej, jakby chciał wzkazać drogę.
W końcu siada na ziemi i cierpliwie czeka, aż się zbliżymy. Stoimy zaledwie trzy–cztery metry od niego, a mAT zaczyna sesję fotograficzną. Szympans wygląda na zachwyconego — sprawia wrażenie, jakby pozowanie do zdjęć było jego zawodowym zajęciem.

Uganda

Podczas sesji zdjęciowej szympans co jakiś czas spogląda w górę, kierując wzrok w jednym kierunku. Wkrótce rozumiem dlaczego — to dumny ojciec.
Jego zachowanie w wielu momentach przypomina ludzkie — sposób, w jaki obserwuje otoczenie, jak reaguje na naszą obecność. To właśnie przez te podobieństwa coraz bardziej wydaje mi się, że przyprowadził nas tutaj, by pokazać swoje pociechy.

Uganda

Niestety, samica z młodymi siedzi wysoko w koronach drzew. Zrobienie zdjęcia graniczy z cudem, ale sam fakt, że możemy obserwować tę rodzinę z tak bliska, jest niezapomnianym przeżyciem.

Uganda

W koronie olbrzymiego drzewa dostrzegam samicę z dwoma maluchami

Gmina Bigodi leży na skraju Parku Narodowego Kibale Forest. Nasz gospodarz, John Tinka, ma za sobą lata doświadczenia jako przewodnik w parku. Dziś pełni funkcję wójta, prowadzi szkołę i nadzoruje gminny projekt ochrony środowiska. Część jego gospodarstwa działa jak pensjonat agroturystyczny, słynący z organizacji tradycyjnych ugandyjskich posiłków. Podczas takich spotkań John chętnie dzieli się ciekawostkami o lokalnych zwyczajach i codziennym życiu mieszkańców.

Uganda

Nasz gospodarz John Tinka i Jacob Batwerinde

Jednym z najciekawszych rytuałów jest powitanie gości suszonym ziarenkiem kawy. Twarde jak kamień, nieprażone ziarna leżą w małym koszyczku i trafiają do nowych przybyszów. Rozgryzienie takiego drobiazgu wymaga cierpliwości i trochę wysiłku, ale gdy ceremonia dobiega końca, nic nie stoi na przeszkodzie, by zabrać się do jedzenia. Podczas gdy John z dumą prezentuje potrawy przygotowane przez żonę i córki, moi „niepluszowi” i ja usiłujemy skruszyć ziarenko.

Uganda

Pycha!

Ugandyjskie posiłki potrafią zaskoczyć różnorodnością i bogactwem smaków. Na stole lądują warzywa, jarzyny, mięsa i ryby, a do tego mnóstwo świeżych owoców. Oprócz pomidorów, kapusty, bakłażanów, fasoli i grochu, dużą popularnością cieszą się tzw. „greens” — warzywa podobne do szpinaku, zwykle podawane w sosie z orzeszków ziemnych. Na moim talerzu wylądował dodo — lokalny gatunek szpinaku. Do tego kartofle, ryż oraz gotowane lub smażone banany. Nie zabrakło pieczywa z prosa i innych zbóż, grubych naleśników zwanych chapati, gęstej papki z mąki kukurydzianej, zwanej ugali, oraz matoke — gotowanych i ubitych na miazgę bananów skrobiowych.
Patrząc na ten stół, łatwo zrozumieć, dlaczego mieszkańcy Ugandy rzadko skarżą się na brak jedzenia. Większość z nich zaspokaja swoje potrzeby własną pracą — uprawiają kawałek ziemi, łowią ryby lub hodują trzodę. Tu jedzenie to nie tylko przetrwanie, ale również przyjemność i sposób dzielenia się kulturą z innymi.

W pobliżu gminy rozciągają się podmokłe tereny Bigodi Wetland Sanctuary — prawdziwe eldorado nie tylko dla ptactwa wodnego, ale i dla wielu gatunków prymatów. Z inicjatywy gminy organizowane są tu wędrówki z przewodnikiem, a dochody z wycieczek trafiają na rozwój lokalnej społeczności. Prosto z domu Johna wyruszamy więc na kolejną porcję marszu, tym razem przez część rezerwatu zwaną Magombe Swamp.

Uganda

Strategicznie dogodna pozycja w plecaku Mojej Basi

Moją uwagę przyciąga tajemnicza konstrukcja ukryta wśród drzew. To gniazdo afrykańskich mrówek tkaczy, misternie zbudowane z liści połączonych przędzą wydzielaną przez larwy. Podczas pracy robotnice trzymają larwy w żuwaczkach, wykorzystując je niczym tubki z klejem. Szympansy chętnie nacierają się warstwą liści z pokrywy takich gniazd — intensywny zapach skutecznie odstrasza dokuczliwe pasożyty.

Uganda

Gniazdo afrykańskich mrówek tkaczy, wykonane z liści drzewa

Nieopodal, przy ścieżce, gromadzą się pawiany. Zachowują się niczym grupy znudzonych nastolatków szukających okazji do psot — skaczą, figlują, przewracają liście. Na nasz widok jednak grzecznie ustępują miejsca, pozwalając nam iść dalej bez przeszkód.

Uganda

Pawiany są bardzo sumiennymi i opiekuńczymi rodzicami

Strażnik prowadzący nas przez rezerwat nagle wskazuje palcem pobocze ścieżki. Spostrzegam dużego, czarnego węża, który w pośpiechu znika w gęstej roślinności. To kobra leśna — może dorastać do trzech metrów długości i uchodzi za największą tego typu na świecie. Jej jad jest wyjątkowo silny; w skrajnych przypadkach śmierć po ukąszeniu następuje w zaledwie pół godziny.
Na szczęście do bezpośrednich konfrontacji z ludźmi dochodzi rzadko. Większość gadów woli unikać spotkań i chować się w bezpiecznych kryjówkach. Jad służy im głównie do polowania, a w obronie używają go jedynie wtedy, gdy naprawdę czują zagrożenie.

Plantacje i pola uprawne stanowią łatwo dostępną i obfitą spiżarnię dla osiadłych w rezerwacie prymatów i ptaków. Dlatego jedną z kluczowych aktywności dzieci jest ochrona plonów przed plądrowaniem ich przez dzikie zwierzęta.

Uganda

Strażnicy plonów

Z gęsto porośniętych mokradeł wkraczamy na podmokłe łąki, gdzie z wielką gracją stąpają koronniki. Te piękne żurawie, z żółtymi piórami tworzącymi efektowny pióropusz na głowie, zostały wybrane na symbol narodowy Ugandy, a ich podobizna znalazła miejsce w godle państwowym.

Uganda

Koronnik szary

Nieopodal, na potężnym drzewie rzadko porośniętym liśćmi, siedzi gromada koczkodanów — gerezów. Długowłose, czarno–białe małpy z białymi brodami i frędzlami futra po obu stronach grzbietu oraz kosmatym, białym pędzlem na czubku ogona wyglądają niezwykle ekscentrycznie. Niestety, ich kuriozalny wygląd stał się dla nich przekleństwem. Dalekim kuzynom goryli, którzy uważają się za najwyższe ogniwo ewolucji, spodobały się tak bardzo ich futra, że zaczęli je zabijać, by zdjąć skóry i wykorzystać do zamaskowania własnej, przerażającej przeciętności.
W wielu wschodnioafrykańskich kulturach runo gerez wykorzystywano jako ozdobę dla wojowników i ich broni, a jedwabne czarno–białe futra znalazły nabywców także poza kontynentem. Marco Polo wspominał o ogromnym popycie w centralnej Azji, a w Europie ich skóry pojawiały się w późnym XVIII wieku i ponownie w drugiej połowie XX wieku, kiedy wyeksportowano ich około dwóch milionów.
Na szczęście małpki przetrwały tę gehennę i nadal można je spotkać w naturze. Samice rodzą zwykle jedno młode co dwa lata. Nowonarodzone maluchy są całkowicie białe, mają różowy pyszczek, a narodziny stanowią święto dla całego stada. Wszystkie samice w stadzie angażują się w opiekę nad młodym, choć nie zawsze z pełnym powodzeniem — czasem maluchy są upuszczane lub trzymane głową w dół podczas wspinaczki, co jest najczęstszą przyczyną śmiertelności potomstwa.
Gerezy to stworzenia niezwykle leniwe — jeśli nie zajmują się jedzeniem, leżą na gałęziach, trawiąc i odpoczywając. Dziennie przemierzają przeciętnie około 350 metrów, ale gdy zbliżamy się do nich, skaczą na bardziej odległe konary. Wygląda na to, że nie chcą uwierzyć, iż ani ja, ani moi „niepluszowi” nie mamy zamiaru naciągać na siebie cudzej skóry.

Uganda

Gerezy

notice

Wyjątkowo interesujące są wikłacze, których nazwa pochodzi od misternie uplecionych gniazd. To ptaki niezwykle towarzyskie, gniazdujące kolonijnie na jednym drzewie, które z daleka może przypominać wielkanocną choinkę obwieszoną bombkami. Wśród wikłaczy wyróżnia się kilka gatunków, z których każdy buduje swoje gniazdo inaczej. W Namibii miałem okazję zobaczyć całe korony drzew pokryte jednym ogromnym gniazdem–metropolią, utkanym z ciernistych gałązek i wyściełanym suchą trawą. W jego tysiącach wejść kryły się osobne „apartamenty” dla poszczególnych rodzin.
Ugandyjscy wikłacze wznoszą pojedyncze, wiszące kosze z wejściem od dołu, finezyjnie utkane ze źdźbeł trawy. Zasadniczo para buduje gniazdo wspólnie, ale podstawową konstrukcję wykonuje samiec. Gdy ukończy swoją pracę, prezentuje ją wybrance. „Panie wikłaczki” bywają jednak bardzo wymagające — fuszerki nie tolerują, a byle jak upleciony „łańcuszek” często kończy jako sterta siana na ziemi. Samce, znając kaprysy swoich wybranek, często wikłają od razu dwie wstępne konstrukcje, mając pod ręką rezerwową, jeśli pierwsza zostanie odrzucona. Ta strategia sprawdza się wyjątkowo dobrze.

Uganda

Gniazda wikłaczy

Uganda

Prace budowlane

Uganda

Wikłacz zmienny

Nasza trasa prowadzi u podnóża mistycznych gór Ruwenzori, majestatycznie rozciągających się wzdłuż granicy z Demokratyczną Republiką Konga. W tym paśmie kryje się najwyższy szczyt Ugandy — Góra Stanleya, sięgająca ponad 5 000 metrów nad poziomem morza.
Po drodze mijamy równik. Po obu stronach szosy stoją małe pomniki zwane Equator Gate. Zatrzymujemy się przy jednym z nich, wznosząc symboliczny toast za podróż na południową półkulę. Właśnie uświadamiam sobie, że stoję dokładnie tam, gdzie ziemia dzieli się na pół.

Uganda

Equator Gate

Ruwenzori są częścią Parku Narodowego Królowej Elżbiety, słynącego z największej różnorodności ssaków w kraju i jednego z najchętniej odwiedzanych obszarów chronionych Ugandy.
Szczególnie popularny jest naturalny Kanał Kazinga, który łączy Jeziora Jerzego i Edwarda i przyciąga turystów niezwykłymi przyrodniczymi atrakcjami.

Uganda

Pasmo górskie Ruwenzori

Pierwsze kroki w parkach narodowych Ugandy zaczynają się... od biurokracji. Podstawowa zasada każdego Parku Narodowego brzmi: zamelduj się i pokaż wymagane zezwolenia. Przed wejściem do centrum turystycznego wita nas imponująca figura słonia afrykańskiego w naturalnej wielkości. Julius dzielnie zmaga się z afrykańskimi procedurami, a ja korzystam z okazji, by przyjrzeć się monumentowi z bliska. Olbrzym jest tak ogromny, że nawet mAT nie potrafi mnie podsadzić na trąbę czy cios.

Uganda

Dla własnego bezpieczeństwa w parkach narodowych trzeba bezwzględnie trzymać się zasad: nie wysiadać z samochodu i nie schodzić z wyznaczonych tras. To niby trochę ogranicza szanse na bliskie spotkania z niektórymi mieszkańcami rezerwatów, ale okazuje się, że w Parku Narodowym Królowej Elżbiety znaleziono doskonałą alternatywę. Wystarczy przenieść się na wodę.
Siedzimy więc wygodnie w łodzi i, sunąc powoli po tafli Kanału Kazinga, obserwujemy zwierzęta schodzące do wodopoju. Hipopotamy wystają z wody jak zanurzone głazy, bawoły tłoczą się przy brzegu, a nad wszystkim krążą ptaki, jakby pilnowały porządku w tym całym afrykańskim zamieszaniu. Kanał Kazinga nadaje się do takiej obserwacji idealnie — tutaj safari nie odbywa się na czterech kołach, lecz w rytmie leniwie falującej wody.

Uganda

Kanał Kazinga

Przy brzegu stoi samotny Bawół afrykański. To stary samiec, który kiedyś przegrał rywalizację z młodszymi przeciwnikami i opuścił stado. Z pozoru wygląda spokojnie — leniwie macha ogonem, od czasu do czasu podnosi ciężki łeb i spogląda w naszą stronę. Właśnie takie samotniki bywają najbardziej nieprzewidywalne — potrafią ruszyć do ataku z zaskakującą szybkością. I nagle ten ospały olbrzym zamienia się w zwierzę, któremu lepiej nie wchodzić w drogę.
Najchętniej trzyma się okolic wody i wysokich traw, gdzie łatwo znaleźć pożywienie oraz schronienie przed palącym słońcem.

Uganda

Bawół afrykański

Nieco dalej natrafiamy na hipopotamy. W ciągu dnia hipopotam nilowy niemal nie opuszcza wody — zanurzony w rzece albo chłodnym błocie chroni swoją wrażliwą skórę przed palącym słońcem i wysychaniem. Z wody wystają jedynie masywne grzbiety, nozdrza i czujne oczy, przez co z daleka bardziej przypominają porozrzucane głazy niż jedne z największych ssaków Afryki. Dopiero po zmierzchu hipopotamy wychodzą na ląd i ruszają na nocne żerowanie.

Uganda

Hipopotamy

Jeszcze przed zmierzchem słonie ruszają w stronę wodopoju. Stado porusza się spokojnie i w wyraźnym porządku — jakby każdy osobnik znał swoje miejsce w szyku, wyznaczone nie przez przypadek, lecz przez lata doświadczeń najstarszych samic.
Słonie piją ogromne ilości, oblewają się nawzajem i z wyraźną radością tarzają w błocie, które działa jak naturalny krem przeciwsłoneczny i ochrona przed natrętnymi owadami. Z naszej perspektywy to niemal cicha scena, choć w tle trwa nieustanna wymiana dźwięków — od pomruków słyszalnych dla nas, po infradźwięki, którymi słonie komunikują się na duże odległości, poza zakresem ludzkiego słuchu.

Uganda

Słoń afrykański

Krokuta cętkowana to największy współcześnie żyjący gatunek hieny. Zwierzęta te najczęściej stają się aktywne o zmierzchu i w nocy, gdy afrykańska sawanna nieco się ochładza i łatwiej im polować oraz przemieszczać się na większe odległości.
W dzień zwykle odpoczywają w ukryciu, chowając się przed upałem. Tylko wyjątkowo, gdy temperatury są niższe lub gdy pojawia się szczególna okazja do zdobycia pożywienia, można je zobaczyć aktywne także w świetle dziennym.

Uganda

Młoda krokuta cętkowana

Przed nami szesnaście kilometrów tropikalnej dżungli ukrytej w głębokim wąwozie pośrodku bezkresnej sawanny. Już sam widok na Kyambura Gorge robi ogromne wrażenie. Kanion, wyrzeźbiony przez rzekę Kyambura przez miliony lat, wygląda jak zielona szczelina rozcinająca suchy krajobraz Parku Narodowego Królowej Elżbiety. To właściwie jedyne miejsce w całym parku, gdzie — obok innych prymatów — żyją także szympansy. Nie bez powodu nazywa się go więc „Doliną małp”.

Uganda

Kanion Kyambura Gorge

Stromą, miejscami śliską ścieżką schodzimy na dno wąwozu. Po chwili dociera do nas szum rzeki płynącej w dole, a moment później także odgłosy hipopotamów — gardłowe pomruki przypominające trochę szyderczy śmiech. Powietrze jest ciepłe i wilgotne, ale pod koronami potężnych drzew panuje przyjemny chłód. Przechodzimy przez niewielki mostek nad wartką, brunatną wodą i wchodzimy w gęsty, pierwotny las, licząc na kolejne spotkanie z szympansami.
Prowadzi nas strażnik, który zna ten teren jak własną kieszeń i bez trudu rozpoznaje ślady pozostawione przez zwierzęta. Po mniej więcej godzinie marszu w oddali rozlegają się charakterystyczne wrzaski i pohukiwania. Strażnik zatrzymuje się, wskazuje wysoko w koronach drzew rozbawione małpiszony i oznajmia spokojnie, że teraz pozostaje już tylko czekać.
Szympansy są naszymi najbliższymi krewnymi w świecie zwierząt, co zapewne tłumaczy ich niebywałą ciekawość. Strażnik jest pewien, że prędzej czy później zejdą niżej, żeby dokładnie obejrzeć swoich nieco dziwnie wyglądających kuzynów.

Uganda

Przez dłuższą chwilę obserwuję ich hałaśliwe gonitwy między gałęziami i zauważam, że z czasem schodzą coraz niżej. Nagle młody samiec, uciekając przed kompanem, zeskakuje z drzewa i przebiega tuż obok mAT'a. Chwilę później drugi osobnik pędzi za nim kilka metrów dalej, wrzeszcząc przy tym z całych sił. Po drodze z impetem uderza o pnie drzew, wydobywając głuche, donośne dudnienie — wyraźny pokaz siły i dominacji. Z czasem z koron schodzą kolejne szympansy. Jedne przysiadają spokojnie na ziemi, inne urządzają dzikie pościgi, robiąc przy tym niemały hałas.

Uganda

Przewodnik stada, nazywany „Gębulą”, wyróżnia się silnie opadającą dolną wargą

Uganda

Uganda

„Gębula” to około trzydziestoletni samiec z wyraźnie posiwiałym futrem. Wystarczy jedno spojrzenie, żeby zrozumieć, kto tutaj rozdaje karty. Pozostałe szympansy okazują mu respekt niemal na każdym kroku — schodzą mu z drogi, obserwują go uważnie i wyraźnie pilnują, żeby nie narazić się dominującemu samcowi.
Na uboczu dwa osobniki właśnie rozpoczynają swój codzienny rytuał pielęgnacyjny, czyli mozolne czyszczenie futra. Po chwili dołącza do nich „Gębula”, a młodszy szympans natychmiast zabiera się do skubania i przeczesywania jego siwiejącego owłosienia. Hierarchia działa tu sprawniej niż w niejednej korporacji.

Uganda

Zastanawiam się, co właściwie skłania małpiszony do tracenia czasu na pielęgnowanie cudzej sierści. W dżungli nie brakuje znacznie ciekawszych zajęć. Można urządzać dzikie gonitwy po lesie, wrzeszcząc przy tym coś, co w języku szympansów zapewne uchodzi za soczyste przekleństwa. Można odwiedzić drzewo pełne przefermentowanych owoców i po uczcie wpaść w stan błogiego rozluźnienia. Wtedy pozostaje już tylko tłuc kijem o konary, demonstrując światu własną niezależność i siłę charakteru. A na koniec wdrapać się kilkadziesiąt metrów nad ziemię, uwić sobie z gałęzi wygodne posłanie i przespać pół dnia z widokiem na dżunglę.
Ale nie. Szympansy z uporem maniaka siedzą i czyszczą sobie nawzajem futra, jakby od tego zależał los całego stada. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak bezinteresowna wymiana uprzejmości — ja tobie, ty mnie. Problem w tym, że naukowcy od dawna nie mają złudzeń.
Wieloletnie badania pokazują, że małpy, podobnie jak ich kuzyni z rodzaju Homo, doskonale opanowały sztukę lizusostwa. Pielęgnowanie futra osobników stojących wyżej w stadnej hierarchii rzadko wynika wyłącznie z sympatii. Znacznie częściej chodzi o budowanie sojuszy, zdobywanie poparcia w konfliktach albo zwykłe poprawienie własnej pozycji w grupie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że granica między dżunglą a sceną polityczną bywa momentami zaskakująco cienka.
Nasza wizyta trwa już mniej więcej godzinę. Tak naprawdę to szympansy od początku decydują o wszystkim — czy w ogóle pozwolą nam się zobaczyć, jak długo potrwa spotkanie i kiedy uznają je za zakończone. Teraz powoli kierują się z powrotem ku drzewom. Z każdą minutą wznoszą się coraz wyżej, aż w końcu znikają w zielonym gąszczu koron.

Uganda

Tak bezpośrednie spotkanie z szympansami, ograniczone jedynie upływem czasu, okazuje się doświadczeniem trudnym do porównania z czymkolwiek innym. Na chwilę zanika zwykła perspektywa obserwatora — zostaje tylko skupienie na tym, co dzieje się tu i teraz. Przestają mieć znaczenie dokuczliwe owady, wilgoć, zmęczenie czy świadomość własnej kruchości wobec dzikiej przyrody. Liczy się wyłącznie ta chwila: intensywna, niemal hipnotyzująca obserwacja, która zapisuje się w pamięci z niezwykłą wyrazistością.

Na terenie Parku Narodowego Królowej Elżbiety znajduje się tylko część licznych kraterów uderzeniowych Ugandy. Około 10 000 lat temu erupcje wulkaniczne były tu tak gwałtowne, że oprócz popiołu i lawy wyrzucały również ogromne ilości materiału skalnego, który w promieniu wielu kilometrów pozostawił rozległe zagłębienia. Z czasem wypełniły się one wodą i dziś tworzą jeziora kraterowe.

Uganda

Jezioro kraterowe Lake Nayamanyuka

W jednym z takich kraterów leży płytkie, słone jezioro Bunyampaka, wykorzystywane jako źródło pozyskiwania soli. W czasach przedkolonialnych sól osiągała wartość porównywalną ze złotem, a choć dziś jej znaczenie gospodarcze jest znacznie mniejsze, miejscowa ludność Batoro wciąż pozyskuje ją tradycyjną metodą — poprzez insolację, czyli naturalne odparowywanie wody z basenów solankowych.

Uganda

Jezioro Banyampaka

Jezioro Bunyampaka jest na tyle rozległe, że patrząc z krawędzi krateru, trudno dostrzec zarówno ludzi pracujących w solankowych nieckach, jak i stado flamingów skupione w jego centrum.

Długie wieczory w afrykańskich wioskach najczęściej upływają w rytmie tańca i śpiewu. Po zmierzchu nad okolicą unosi się dudnienie bębnów i głośne pieśni, które rozchodzą się daleko poza zabudowania.
Ten wieczór spędzamy przy ognisku, w artystycznej oprawie przygotowanej przez zespół z wioski Ihamba. Najstarszy muzyk wprowadza nas w świat wykonywanych tańców — śpiewa i gra na jednostrunowym instrumencie zwanym endingidi, podczas gdy inny artysta akompaniuje mu na bębnie.
Para młodych tancerzy zdaje się niemal wpadać w trans podczas inscenizacji pełnego energii tańca. Mężczyzna ma na łydkach przywiązany szereg dzwoneczków, które przy każdym podskoku harmonijnie współgrają z rytmem głęboko dudniącego bębna, obciągniętego kozią skórą. Kobieta owinięta jest w biodrach tkaniną z długimi, dynamicznie wirującymi frędzlami, które potęgują jej ekspresyjne ruchy, sprawiając wrażenie, jakby całe ciało drżało w rytmie muzyki. Donośny, wielogłosowy śpiew wprowadza w stan prawdziwego zachwytu.

Uganda

Uganda

Endingidi jest prostym instrumentem smyczkowym używanym do akompaniamentu

Nocujemy nad Jeziorem Jerzego, a gdy zapada ciemność, droga od naszej chaty wymaga szczególnej ostrożności — w okolicy regularnie pojawiają się hipopotamy. Te zwierzęta, choć większość dnia spędzają w wodzie, nocą potrafią zapuszczać się nawet na osiem kilometrów w głąb lądu, gdzie przez cztery–pięć godzin intensywnie żerują na trawie.
Na pierwszy rzut oka wydają się ociężałe i spokojne, ale to tylko pozory. W rzeczywistości potrafią poruszać się z dużą szybkością, a szczególnie niebezpieczne bywają samice z młodymi, które reagują bardzo gwałtownie na każde zagrożenie.
Często mówi się, że hipopotamy są najgroźniejszymi zwierzętami Afryki i przypisuje się im więcej śmiertelnych ataków na ludzi niż krokodylom, lwom czy lampartom. Warto jednak pamiętać, że odpowiednie statystyki nie są prowadzone.

Uganda

Hipopotamy pasące się przed naszą chatą

Dziś do snu kołyszą nas lekkie drgania ziemi wywołane stąpaniem wyjątkowo masywnych ciał, oraz dźwięki gryzionej i przeżuwanej trawy.

Zatrzymujemy się na skraju Parku Narodowego Bwindi Impenetrable w niewielkiej lodge prowadzonej przez mieszkańców gminy. Po przyjeździe witają nas dwie nastolatki, które natychmiast przejmują ciężkie bagaże, układają je sobie na głowach i prowadzą nas do bungalowu.
To drewniana, nieco zmęczona czasem chata, stojąca na palach wbitych w strome zbocze góry. Wokół rozciąga się gęsty las deszczowy pokrywający okoliczne wzniesienia, a gdzieś w dole słychać nieustanny szum wartko płynącego potoku.
Chata nie ma elektryczności i oświetlana jest wyłącznie przez dwie słabe żarówki zasilane akumulatorem. W dużych oknach zamiast szyb zamontowano siatki przeciwko insektom, które jednak w tym chłodnym klimacie pozostają raczej w bagatelnej mniejszości. Wnętrze składa się z jednej izby — drewniana podłoga, bezskutecznie poszukująca poziomu, trzeszczy przy każdym kroku, a większość przestrzeni zajmuje podwójne łóżko z dobrze już „wypracowanym” materacem. Osobnym luksusem okazuje się półotwarta łazienka z prysznicem.
Znajdujemy się tuż przy granicy parku narodowego, będącego ostoją dla połowy światowej populacji goryli górskich, więc teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby któryś z nich postanowił zapukać do drzwi. Z powodu braku elektryczności nie możemy zaoferować mu gorącej herbaty, ale mamy rezerwowy zestaw powitalny — ciastka i batony.

Uganda

W oddali wulkany na granicy z Rwandą i Kongo

Bwindi leży na wysokościach od około 1 100 do 2 600 metrów nad poziomem morza. W nocy temperatura wyraźnie spada, a brak szyb w oknach szybko daje o sobie znać. Moje ciepłe, wikuniowe futerko sprawdza się nawet w najtrudniejszych warunkach, ale moi „niepluszowi” już dawno owinęli się wszystkimi dostępnymi kocami, nałożyli skarpety i swetry, a mimo to nadal drżą jak liście osiki.
Goryle nie decydują się dziś na wizytę — przy takich temperaturach trudno się dziwić, że wolą raczej przytulne, ciepłe gniazda z grubych liści gdzieś w głębi lasu. Na szczęście spędzamy tu tylko jedną noc, a rano, wraz ze wschodem słońca, szybko robi się przyjemnie ciepło.

U podnóża wulkanicznego łańcucha górskiego Wirunga, rozciąga się malowniczo położone Jezioro Mutanda, usiane niezliczoną ilością wysepek. Linia brzegowa jest tu wyjątkowo nieregularna — pełna cypli i półwyspów, które wciskają się w spokojną taflę wody. Jeden z nich wykorzystano pod budowę ekologicznej lodge, stanowiącej naszą bazę wypadową przed największą atrakcją Ugandy — spotkaniem z gorylami.

Uganda

Jezioro Mutanda

Uganda

Uganda

Do zachodu słońca pozostaje jeszcze trochę czasu, więc to doskonała okazja, aby przyjrzeć się skrzydlatym mieszkańcom okolicznych wysepek i pożegnać dzień z perspektywy tafli jeziora. W tle wznoszą się majestatyczne wulkany łańcucha Wirunga, niczym strażnicy czuwający nad jeziorem.

Uganda

Wulkany w łańcuchu górskim Wirunga

Uganda

Kormorany

Uganda

Warzęcha należy do rodziny ibisów

Choć nadal znajdujemy się w terenie górskim, dzisiejszy nocleg jest zdecydowanie bardziej komfortowy i przyjemny. Wpływ wygodnego materaca na jakość snu jest mi dobrze znany, ale zaskakuje, jak dużą różnicę potrafi zrobić zwykła szyba w oknie.
Do ideału brakuje jedynie ciszy, którą skutecznie zakłóca koronnik siedzący przed chatą, na najwyższej gałęzi wielkiego drzewa. Po wieczornej obserwacji terenu najwyraźniej ma sporo do zakomunikowania, bo przez pół nocy regularnie relacjonuje swoje spostrzeżenia donośnym, żurawiowym głosem: „łoł, aaaałoł, aaaałoł...”, brzmiącym trochę jak połączenie klarnetu z fagotem.
Odpowiedzi nie trzeba długo szukać — z drugiego końca jeziora dobiega podobny głos, wywołując niekończący się żurawi dialog.

Uganda

Koronnik szary

Jest jeszcze ciemno, gdy rytmicznie podskakujemy na wybojach piaszczystej drogi prowadzącej do sektora Nkurigo, na południowej krawędzi Nieprzeniknionego Lasu Bwindi. Podczas jazdy po ugandyjskich drogach gruntowych samochody jadące z przodu unoszą ogromne chmury pyłu, które dostają się nawet przez najmniejsze szczeliny do auta z tyłu. Mimo starannie zamkniętych okien, pył osadza się wszędzie — na siedzeniach, na aparatach i na twarzach pasażerów. Na szczęście o tej porze nie ma jeszcze ruchu, więc z przyjemnością uchylamy okna i wdychamy świeże, poranne powietrze.
Park Narodowy Bwindi Impenetrable to pierwotny las deszczowy, rozwijający się nieprzerwanie od czasów ostatniej epoki lodowcowej, niemal całkowicie bez ingerencji człowieka. Schronienie znajduje tu ponad 480 goryli górskich — połowa całej populacji tego gatunku na świecie. Druga połowa żyje w Rwandzie i w Demokratycznej Republice Kongo, wciąż nękanej konfliktami i kłusownictwem. Futro jeży mi się na plecach, gdy myślę o tych liczbach. 😱 Na całym świecie mniej niż tysiąc goryli górskich, a dalekich kuzynów, uważających się za najwyższe stadium ewolucji, prawie osiem miliardów!
Nawet gerezy — te czarno–białe, długowłose małpiszony, poukładane niczym skunksy na gałęziach — mimo że samice rodzą tylko jedno młode co dwa lata, a 50 lat temu wymordowano ich prawie dwa miliony dla futer, dziś mają się znacznie lepiej. To przerażające!

Uganda

Nieprzenikniony Las Bwindi

Na obrzeżach rezerwatu rozciągają się cztery sektory, w których odbywają się spotkania z łagodnymi olbrzymami. Liczba gości jest ściśle limitowana — maksymalnie osiem osób z licencją na jednogodzinny pobyt. We wszystkich sektorach razem żyje tylko kilka grup goryli, przyzwyczajonych do codziennych wizyt swoich dalekich kuzynów, uważających się za najwyższe stadium ewolucji. Srebrzystogrzbiety samiec, przewodnik stada, zezwala im na krótką audiencję.
Sektor Nkuringo leży na szczycie góry, a trekking stąd jest dłuższy i bardziej wymagający niż w innych sektorach. Zanim ruszamy, czekają nas formalności: oglądamy materiał filmowy, słuchamy wykładu strażnika i podpisujemy dokumenty. Wybieramy tragarza — nie byle kogo, lecz osobę posiadającą odpowiednie aspiracje do noszenia plecaka z prowiantem i napojami, za co naturalnie zostanie adekwatnie wynagrodzona.
Tragarze są nieodłączną częścią ekspedycji — wchodzą w skład grupy, na którą składa się ośmiu właścicieli plecaków, uzbrojony strażnik, dwóch pomocników z maczetami oraz przewodnik. Później dołączają tropiciele, którzy wyruszają wcześniej, by zlokalizować goryle. Każdy kilogram, który niesiemy na plecach, odczujemy później jak dziesięć. Mimo to mAT nie rezygnuje ze sprzętu fotograficznego — chce mieć go zawsze pod ręką. Zredukował ekwipunek do minimum, co pozwala mi zmieścić się w jego plecaku. Pełen plecak Mojej Basi spoczywa na barkach tragarza.
Na początku podążamy szerokim, wydeptanym szlakiem, prowadzącym w dół, do doliny położonej około 500 metrów niżej. Nie chcę nawet myśleć, że w drodze powrotnej będziemy musieli pokonać tę samą wysokość w górę. Po chwili szlak staje się węższy i zamienia w krętą ścieżkę. Po bokach wznoszą się szczyty pokryte gęstym, nieprzeniknionym lasem Bwindi. Ścieżka prowadzi nas przez sady i pola uprawne, omijając miejscowe zabudowania, które tym razem nie wzbudzają naszej ciekawości — liczy się tylko las i to, co kryje w sobie jego zielona głębia.

Uganda

Heloł!

Po długim marszu wkraczamy w las porastający sąsiednią górę. Nagle, gdzieś w oddali, słyszę chrapliwe warknięcie. Benson, nasz przewodnik, gestem zatrzymuje korowód i wydaje dźwięk naśladujący ptaka. Wygląda na to, że próbuje nawiązać kontakt z tropicielami... I rzeczywiście — z drugiej strony doliny odpowiada ptasi odgłos. Benson mówi półgłosem:
— Słyszycie? Są niedaleko.
Kolejnym gestem daje znak, by ruszyć dalej. Przyspieszamy i nawet nie zauważam, kiedy kończy się ścieżka, a pod naszymi stopami stromo zaczyna opadać zbocze. Dwaj pomocnicy maczetami torują nam drogę przez bujną roślinność. Utrzymanie równowagi w tym asymetrycznym, gęsto porośniętym terenie jest prawdziwym wyzwaniem. Pod mokrą trawą i krzewami czają się zdradliwe głazy, a mAT co chwila wpada nogą w jakąś zapadlinę. Chwyta się wszystkiego, co wygląda na stabilne — najczęściej paproci drzewiastych, których konary pokryte są zdrewniałymi włóknami, jak cieniutkie igły. Wkrótce unika ich jak ognia.
Mimo ostrożności nagle traci równowagę — i tylko dzięki temu, że Moja Basia łapie go za ramię, nie stacza się razem ze mną w dół zbocza. Kończy się na zbitym kolanie, guzie na głowie, kilku siniakach i jednym tropikalnym kleszczu.
Co zaskakujące, wszyscy nasi lokalni towarzysze, łącznie z Bensonem, mają na nogach zwykłe gumowce i ani razu się nie potykają. Wygląda, jakby unosili się nad ziemią.

Uganda

Pomocnicy wycinają korytarz, ułatwiając nam przejście wśród bujnej roślinności

Z wielkim trudem posuwamy się naprzód. Nagle Moja Basia oznajmia, że dalej nie pójdzie. Czuję jej złość — naturalny efekt bezsilności — i staram się przekonać ją, że jesteśmy już prawie u celu, że wkrótce zapomni o trudach marszu. Z niedowierzaniem, chyba myśląc, że tylko ją podpuszczam, zbiera jednak wszystkie siły i maszeruje dalej.
Rzeczywiście, mam rację. Wkrótce spotykamy tropicieli, którzy wskazują zbocze poniżej. Początkowo nie dostrzegam niczego szczególnego, aż nagle widzę wspinającą się na niewielkie drzewo samicę z puchatym maluchem, kurczowo trzymającym się jej brzucha. To pierwsze spotkanie wzrokowe zapiera dech. Serce bije mi jak afrykański bęben obciągnięty kozią skórą — szybko, szaleńczo i głośno. Żadna używka nie jest w stanie wywołać takiego potoku adrenaliny, jaki przelewa się przez mój plusz.
Gorylica zasiada na drzewie i zajada roślinne smakołyki, rzucając mi krótkie spojrzenie przez ramię, po czym zupełnie mnie ignoruje. Maluch co chwila wychyla się z ciekawością — mam wrażenie, że kiwa do mnie swoją czarną łapką.

Uganda

Nieopodal, w gęstych zaroślach, dostrzegam srebrzystogrzbietego samca — Bahati. Moje serce, jeszcze przed chwilą dudniące jak bęben, nagle milknie z wrażenia. Bahati jest olbrzymi i wygląda niezwykle fascynująco. Kiedy podchodzimy bliżej, pomocnicy wycinają gałęzie ograniczające widoczność. Samiec wyraźnie czuje się zirytowany, wstaje i kilkoma lekkimi skokami przemieszcza się w inne miejsce. Wydając warczący odgłos, przewraca dorodne drzewko jednym machnięciem ramienia — dla niego to nic trudnego, przecież goryle potrafią podnieść prawie tonę. To jego sposób na grzeczne upomnienie: trzymajcie dystans.
Jego kilka przeskoków przez strome zbocze zmusza nas do kolejnej próby utrzymania równowagi w nieforemnym, gęsto porośniętym terenie. Nie ma odwrotu — podążamy za nim.

Uganda

Uganda

Bahati

Młody samiec, najwyraźniej świadomy, że Bahati siedzi daleko i nie obserwuje go bezpośrednio, staje przed nami na dwóch łapkach. W charakterystyczny dla goryli sposób energicznie klepie się obiema rękami po piersiach, jakby chciał powiedzieć: „Uważajcie, to ja tu rządzę.”.

Uganda

Młody samiec

Uganda

Selfiak

Goryle są naprawdę fascynujące. Wbrew dawnym opowieściom, to zwierzęta o łagodnym usposobieniu — samce atakują intruzów tylko wtedy, gdy grozi niebezpieczeństwo ich stadu. Czasem zdarza się, że dwie grupy przypadkowo wędrują w tym samym regionie w poszukiwaniu pożywienia. W takich sytuacjach zazwyczaj unikają kontaktu, schodząc sobie z drogi. Krótkie starcia ograniczają się głównie do warknięć, gestów ostrzegawczych i pokazów siły — dokładnie takich, jakie wcześniej zaprezentował Bahati. Fizyczne konfrontacje są rzadkie.

Uganda

Uganda

Spotkanie z tymi łagodnymi olbrzymami jest absolutnie niezwykłe i na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Teraz w pełni rozumiem, dlaczego Dian Fossey, słynna badaczka goryli, spędzała z nimi dni i noce. Przebywając w ich pobliżu, zupełnie zapominam o całym świecie. Mimo że każda wizyta ma ściśle ograniczony czas, momentalnie traci on znaczenie. Jedynie Benson go liczy — równo po godzinie daje znak do powrotu, a ja mam wrażenie, że trwało to ledwie dziesięć minut. 😮
Zmęczeni, spragnieni i głodni, zatrzymujemy się w dogodnym miejscu, pałaszujemy prowiant i połykamy hektolitry wody. Po krótkiej przerwie wyruszamy w drogę powrotną, nie próbując nawet myśleć o czekających nas 500 metrach „wspinaczki”.
Julius wypatruje nas w zarządzie sektora Nkuringo, nieco zaniepokojony. Cały trekking trwał siedem godzin — i, jak się okazuje, był wyjątkowo długi.

Naszym kolejnym celem jest Jezioro Bunyonyi, położone niemal dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Sama nazwa oznacza „miejsce wielu ptaszków” i trudno o trafniejsze określenie — w okolicy naliczono ponad dwieście gatunków ptaków.

Uganda

Jezioro Bunyonyi

Jezioro rozlewa się pomiędzy stromymi, soczyście zielonymi wzgórzami, na których miejscami założono tarasowe pola uprawne. Pomiędzy zboczami wiją się liczne zatoczki i odnogi, a na powierzchni jeziora rozsianych jest dwadzieścia dziewięć wysp — małych skrawków lądu wyglądających z oddali jak zielone kopuły wyłaniające się z wody. Większość porastają eukaliptusy i bananowce, które nadają temu miejscu niemal bajkowy charakter.
Trudno uwierzyć, że osiem tysięcy lat temu krajobraz wyglądał tu zupełnie inaczej. Wszystko zmienił wybuch wulkanu. Lawa spływająca do doliny utworzyła naturalną tamę na rzece Ndego i właśnie wtedy narodziło się jezioro Bunyonyi.
Z jego głębokością jest zresztą niezły galimatias. Jedne źródła podają 44 metry, inne aż 900. Gdyby prawdziwa była ta druga wersja, Bunyonyi byłoby drugim najgłębszym jeziorem w całej Afryce. Pewne jest natomiast coś znacznie ważniejszego z punktu widzenia podróżnika: w zielonkawej wodzie nie ma krokodyli, hipopotamów ani bilharcjozy. Jak na afrykańskie jezioro — prawdziwy luksus.

Uganda

Na początku XX wieku dalecy kuzyni goryli wpadli na kolejny ze swoich genialnych pomysłów i postanowili przeprowadzić zarybienie jeziora. Początkowo ruszyło nawet komercyjne rybołówstwo, ale cały entuzjazm szybko wyparował.
Ryby niemal całkowicie wyginęły — być może strome brzegi okazały się fatalnym środowiskiem dla płytkowodnych gatunków, takich jak tilapia czy Lates nilowy. Dziś ryb jest tu niewiele, a miejscowi łowią je głównie na własne potrzeby.

Uganda

Rutinda — główna osada nad jeziorem

Na małej przystani przesiadamy się do łodzi. Silnik mruczy leniwie, kiedy przecinamy spokojną taflę jeziora i kierujemy się ku wyspie Habuharo. To właśnie tam zamierzamy zatrzymać się na chwilę i zregenerować siły przed dalszą drogą.
Naszym schronieniem okazuje się przestronny namiot ukryty pod drewnianą konstrukcją z dachem. Całość stoi na platformie wbitej w strome zbocze wyspy. Przed wejściem znajduje się niewielka weranda i właśnie tam spędzam większość wieczoru, bez większych ambicji do robienia czegokolwiek poza obserwowaniem jeziora.

Uganda

Powoli zapada zmrok. Ciepły zefirek delikatnie muska moje futerko, a nad wodą rozlewa się srebrne światło księżyca. Niebo robi się ciemnogranatowe i gęste od gwiazd. Droga Mleczna wygląda jak bita śmietana rozłożona na świeżych jagodach — aż ma się ochotę wyciągnąć rękę i spróbować jej smaku.
Z oddali dochodzą bębny i śpiewy z jednej z wiosek na przeciwległym brzegu. Jeszcze długo siedzę na werandzie, chłonąc ten wieczór, ciszę i energię otaczającego mnie wszechświata.

O świcie płyniemy do pobliskiej wsi. Tafla jeziora jest idealnie gładka i odbija zielone pagórki niczym lustro.
Na zboczach pasą się krowy watussi z wielkimi rogami, zimorodki wraz z wieloma innymi ptakami pląsają wśród szmaragdowych drzew, a wydry radośnie baraszkują w wodzie.
Co jakiś czas mijamy mieszkańców płynących w starych kanu wydrążonych z pni eukaliptusów. Każdy macha nam ręką, jakbyśmy znali się od lat.

Uganda

Mieszkańcy przewożą plony przeznaczone na sprzedaż

Po drodze mijamy maleńką wysepkę porośniętą trzciną. Rośnie na niej tylko jedno drzewo. To Akampene — Wyspa Kary.
Dawniej lud Bakiga zsyłał tam niezamężne dziewczęta, które zaszły w ciążę i tym samym „splamiły honor” rodziny. Wyrok ogłaszano publicznie, przy dudnieniu bębnów i okrzykach mieszkańców. Skazane pozostawiano tam bez jedzenia i możliwości ucieczki — większość z nich nie umiała pływać.
Ratunkiem bywali jedynie mężczyźni zbyt biedni, by zapłacić wiano. Decydowali się poślubić skazane kobiety i zabierali je z wyspy. Trudno uwierzyć, że ten okrutny zwyczaj przetrwał jeszcze do drugiej połowy XX wieku.
Nawet dziś, gdy łódź powoli mija Akampene, miejsce budzi niepokój, jakby wyspa wciąż pamiętała tamte historie.

Uganda

Wyspa kary

Po wyjściu na ląd kierujemy się stromą ścieżką w stronę wioski położonej na szczycie wzgórza. Najpierw przemierzamy rzadko porośnięty las, potem łąki i pola.
Towarzyszy nam miejscowy przewodnik King, który snuje opowieści o lokalnych zwyczajach i fascynujące historie związane z jeziorem oraz tutejszą ludnością.
W pewnym momencie King zatrzymuje się przy małym, żółtym kwiatku — „kwiatku nieśmiałości”. Tradycyjnie dziewczyny wręczają go chłopakom, których darzą sympatią, ale nie mają odwagi wyznać uczuć wprost.
Moja Basia, choć wielokrotnie mówiła mi o swojej sympatii, od razu podaje mi jeden z nich i uśmiecha się przy tym figlarnie.

Uganda

Z „kwiatkiem nieśmiałości” od Mojej Basi

Po drodze spotykamy liczne dzieci, które wołają w naszym kierunku: „Muzungu! Muzungu!”. Pierwotnie słowo to oznaczało kogoś, kto wędruje bez celu, włóczykija, dziś używane jest po prostu na określenie człowieka o białej skórze.

Uganda

Uganda

Od najmłodszych lat dziewczynki noszą wodę

King zwraca rownież uwagę na mało ciekawą roślinę rosnącą przy drodze, nieco przypominającą tytoń. Jej liście są jednak grubsze, a przy tym zdumiewająco delikatne.
W przeszłości wykorzystywano je jako zamiennik papieru toaletowego — i wcale mnie to nie dziwi, bo jeszcze nigdy nie spotkałem tak miękkiego i przyjemnego w dotyku „papieru toaletowego”.

Uganda

Roślina „toaletowa”

Uganda

Obok kukurydzy i prosa, jedną z najważniejszych roślin zbożowych w Afryce jest sorgo

Docieramy do osady. Dzisiaj jest niedziela i na pierwszy rzut oka dzieje się tu niewiele. Większość mieszkańców odpoczywa lub odwiedza kościół, a nad wzgórzami unosi się spokojna, leniwa cisza.

Uganda

Sąsiedzkie plotki oraz drobny handel w wiosce

Tylko w jednej z glinianych chat panuje wyraźne poruszenie. Ze środka dobiega gwar rozmów i śmiechy. Mieści się tu lokalna knajpka, gdzie grupa mężczyzn sączy piwo z sorgo zwane pombe. Trunek wygląda trochę jak zakwas chlebowy i smakuje równie swojsko. Jest gęsty, lekko lejący i ma od trzech do sześciu procent alkoholu. Podawany jest w litrowych emaliowanych kubkach, z których pije po kilka osób naraz — picie pombe to bardziej wspólnotowy rytuał niż zwykłe spotkanie przy alkoholu.

Uganda

Mężczyźni przy pracy — badania terenowe nad jakością pombe

King opowiada nam, że w wiejskich rejonach produkcja pombe od dawna stanowi ważne źródło dochodu dla kobiet. Napój trafia do pośredników sprzedających go później w okolicznych barach, ale bywa też elementem handlu wymiennego. Czasem kilka baniaków pombe wystarcza jako zapłata za pomoc przy budowie chaty.
Zaczyn przechowuje się w dwustulitrowych beczkach po oleju i podgrzewa przez osiem godzin nad ogniem. Mimo kosztów produkcja wciąż się opłaca — nawet wtedy, gdy sorgo albo proso trzeba kupić, a drewno na opał kobiety zbierają własnoręcznie na okolicznych zboczach.

Po krótkiej rozmowie z entuzjastami lokalnego piwa wyruszamy w drogę powrotną. Przemierzamy kręte, strome ścieżki wydeptane między chatami i mijamy obszerny plac z kościołem. Wiele osób uczestniczących w nabożeństwie spędza czas na zewnątrz — siedzą na trawie albo w cieniu i prowadzą ożywione rozmowy. Oprócz knajpki to właściwie jedyne miejsce w osadzie, gdzie coś się dzieje.
Do naszej grupy dołącza coraz większa gromadka dzieci, która towarzyszy nam aż do brzegu jeziora, tworząc coś w rodzaju „nieformalnego komitetu pożegnalnego”.

Uganda

Uganda

Uganda

Zostawiamy za sobą Jezioro Bunyonyi i powoli wracamy w stronę Kampali. Droga znowu hipnotyzuje rytmem ugandyjskiej prowincji — codziennym życiem toczącym się przy poboczu i ludźmi, którzy potrafią zamienić kawałek ziemi w pełnoprawny plac budowy.
W północnej części kraju częściej mijałem niewielkie chatki kryte strzechą. Tam to niemal element krajobrazu, coś równie naturalnego jak grupy pawianów przy drodze.
Na południu obraz zmienia się wyraźnie — coraz więcej domów powstaje z cegły.

Uganda

Cegły uformowane w drewnianych matrycach i wystawione do wysuszenia

Teraz mam okazję przyjrzeć się temu z bliska. Produkcja cegieł odbywa się często tuż obok drogi, bez wielkich maszyn, taśm i hałasu fabryk.
Są miejsca, gdzie cegły to po prostu uformowane bloki suszone później w ostrym afrykańskim słońcu. Nie zawsze powstają z gliny — czasem wystarcza ciężka, błotnista ziemia.
W innych regionach cegły są już wypalane w piecach, a do budowy używa się zaprawy murarskiej.

Uganda

Prosty piec do wypalania cegieł

Najbardziej uderza jednak sposób pozyskiwania materiałów. Tutaj nadal główną siłą napędową są mięśnie i proste narzędzia.
Mężczyźni pracują w kamieniołomach z kilofami i młotami, od rana rozbijając skałę w równym, monotonnym rytmie. Piasek i wapno wydobywa się ręcznie, później wszystko trafia pod motykę i jest dalej rozdrabniane.
Trudno patrzeć na tę pracę bez wrażenia, że każdy postawiony tu dom kosztuje więcej wysiłku niż niejeden wielopiętrowy budynek w Europie. A jednak budują — spokojnie, cierpliwie, cegła po cegle.

Uganda

Rozdrabnianie kruszcu za pomocą motyki

Z głównej szosy skręcamy w pełną dziur i pyłu drogę gruntową, kierując się do lodge położonej na obrzeżach Parku Narodowego Jeziora Mburo. Choć do granic obszaru chronionego zostało jeszcze kilka kilometrów, sawanna zaczyna się właściwie od razu. Po obu stronach drogi pojawiają się zebry pasące się spokojnie obok długorogich krów watussi. Widok jest tak naturalny, jakby od zawsze obowiązywała tu niepisana umowa o wspólnym użytkowaniu trawy.
Lodge stoi na skalnym wzniesieniu, z którego rozciąga się szeroki widok na sawannę. Panorama jest nietypowo gęsto pokryta drzewami, a nad całą tą bezkresną przestrzenią unosi się charakterystyczny spokój. To miejsce jest wyjątkowe jeszcze z jednego powodu — można poruszać się tutaj pieszo. Piesze safari najlepiej odbyć wcześnie rano, dlatego postanawiamy przełożyć je na jutro. Dzisiaj unosimy dach samochodu, chwytamy aparat fotograficzny i ruszamy na nasze małe „wielkie łowy”.

Uganda

Koby sniade

Uganda

Sesebi

Uganda

Rzadkie w Ugandzie Impale

Park Narodowy Jeziora Mburo jest najmniejszym z ugandyjskich parków narodowych. Poza nielicznymi lampartami praktycznie nie występują tu większe drapieżniki. Powód tego stanu rzeczy okazuje się jednak znacznie bardziej skomplikowany niż zwykły kaprys natury. W czasach przedkolonialnych okoliczne ludy pasterskie traktowały te tereny raczej jako miejsce drugiego wyboru. Wszystko przez muchy tse–tse, które wyjątkowo upodobały sobie ten region. Przenoszony przez nie świdrowiec był stosunkowo niegroźny dla ludzi i dzikich zwierząt, ale dla bydła stanowił ogromny problem. Pod koniec XIX wieku sytuację pogorszyła epidemia pomoru bydła. W regionie wybuchła klęska głodowa, tysiące ludzi zmarły, a ci, którzy przeżyli, opuszczali skażone tereny. W połowie XX wieku natura dorzuciła kolejny rozdział tej historii — pojawiły się muchy przenoszące śpiączkę afrykańską, tym razem groźną również dla ludzi. Mieszkańcy ponownie zaczęli uciekać.
Uważający się za najwyższe stadium ewolucji dalecy kuzyni goryli, którzy rozwinęli zdolność komunikacji poprzez dźwięki tworzące ekspresyjne systemy, nazywając tę formę językiem angielskim, ci sami, którzy w swojej bezgranicznej arogancji zajęli obcą ziemię, ogłaszając ją swoją własnością, wpadli w latach 50. XX wieku na kolejny „przełomowy” pomysł rozwiązania problemu much tse–tse. Logika była prosta, a jak wiadomo, najgroźniejsze pomysły zwykle bywają właśnie bardzo proste. Skoro muchy żywią się krwią dzikich zwierząt, należy wymordować wszystkie dzikie zwierzęta.
I tak rozpoczęła się jedna z bardziej absurdalnych operacji „ratowania” Afryki przez oświeconych przedstawicieli cywilizacji. Profesjonalni myśliwi otrzymali zadanie zabicia wszystkiego, co miało sierść, kopyta albo pecha znaleźć się w okolicy. Sprawozdania z tamtych lat opisują masakrę na niewiarygodną skalę. Zwierzęta ginęły tysiącami, ale plan — ku ogromnemu zaskoczeniu jego autorów — nie zadziałał. Część gatunków, żyjących bardziej skrycie, jak buszboki czy niektóre ptaki, przetrwała jatkę. Muchy tse–tse nadal miały więc dostęp do krwi i mogły spokojnie kontynuować swoją działalność.
Dalecy kuzyni goryli nie zamierzali jednak poddawać się po jednej katastrofie. Skoro zwierzęta nie zniknęły całkowicie, narodził się kolejny „arcygenialny” pomysł — wyciąć wszystkie drzewa i krzewy, aby muchy nie miały gdzie ukrywać się przed słońcem. Przez setki kilometrów kwadratowych z krajobrazu zniknęła niemal cała roślinność. Natura, jak zwykle niewzruszona ludzką pychą, potrzebowała jednak tylko jednego porządnego sezonu deszczowego, żeby wszystko odrosło. Muchy otrzymały nowe schronienie szybciej, niż urzędnicy zdążyli ogłosić sukces projektu.
Nowy sezon przyniósł więc kolejny nowy pomysł dalekich kuzynów goryli na walkę z muchami. Tym razem postawiono na chemię. Każdy fragment obszaru występowania tse–tse spryskano środkiem owadobójczym DDT i — trzeba uczciwie przyznać — tym razem osiągnięto sukces. Muchy rzeczywiście niemal wytępiono. Problem polegał jedynie na tym, że przy okazji wybito również ogromną część innych owadów, a później także ptaki i ssaki żywiące się insektami.
Dalecy kuzyni goryli po raz kolejny udowodnili, że ich talent do masowej destrukcji dorównuje jedynie przekonaniu o własnej cywilizacyjnej wyższości.
Na początku lat 60. obszar zaczął być ponownie zasiedlany. Część terenów przeznaczono na pastwiska, część na rezerwat przyrody. W latach 70. większość regionu znacjonalizowano, a populacje dzikich zwierząt, które bardzo powoli odbudowywały się po rzezi z lat 50., ponownie znalazły się pod presją — tym razem masowego kłusownictwa. Lwy, od dawna uznawane przez pasterzy za wyjątkowo niepraktyczny element lokalnego ekosystemu, zostały całkowicie wytępione.
Pod koniec XX wieku teren otrzymał status parku narodowego, a około 4 500 rodzin wysiedlono poza jego granice. Później przyszła wojna domowa, która zdewastowała infrastrukturę parku i ponownie otworzyła teren dla kłusowników. W następnych latach sytuacja zmieniała się niemal bez przerwy — raz pozwalano ludziom osiedlać się i łowić ryby na terenie parku, innym razem zmuszano ich do opuszczania domów i szukania nowego miejsca do życia. Granica między ochroną przyrody a walką o przetrwanie od dawna pozostaje tutaj wyjątkowo cienka.

Podczas safari per pedes mamy niepowtarzalną okazję obserwować liczne stada zebr, różne gatunki antylop oraz rzadkie w Ugandzie impale z zupełnie innej, niemal intymnej perspektywy. Wysokie trawy wciąż pokryte są rosą, gdy wydeptujemy wśród nich wąską, nieregularną ścieżkę, wijącą się między ciernistymi zaroślami. Musimy uważać na akacje — ich ostre kolce potrafią osiągać nawet 10 centymetrów długości i nierzadko sterczą na wysokości oczu, co wymusza stałą czujność podczas marszu.
W parku nie ma słoni, które najpewniej podzieliły los tutejszych lwów, dlatego roślinność rozrosła się bez większych ograniczeń. Drzewa są bujne, a ich skupiska tworzą gęstą, miejscami niemal nieprzeniknioną ścianę zieleni.
Zauważam też coś jeszcze — większość zwierząt znika, zanim zdążymy się do nich zbliżyć. Gdy jedziemy samochodem, potrafią podejść na kilka metrów, niemal ignorując naszą obecność. Ale kiedy tylko dostrzegą z daleka zbliżających się na dwóch kończynach odległych kuzynów goryli — tych samych, którzy w przeszłości zapisali tu jeden z bardziej brutalnych rozdziałów — natychmiast znikają w trawie i krzakach, jakby sam widok był sygnałem alarmowym zakodowanym w pamięci gatunków.
Okazuje się, że część z nich wypracowała całkiem zaawansowane strategie przetrwania. Na przykład żyjące stadnie impale synchronizują swoje... potrzeby fizjologiczne w sposób niemal perfekcyjny — wszystkie razem i w jednym miejscu. Dzięki temu podczas codziennych wędrówek nie zostawiają rozproszonych śladów zapachowych, które mogłyby ułatwić drapieżnikom tropienie stada. Biologia w wersji „minimalizacja ryzyka”.

Uganda

Zebry

Docieramy do niewielkiego wzniesienia zbudowanego z granitowych skał i zaczynamy wspinaczkę na szczyt. W połowie drogi natrafiamy na grupę koczkodanów, które — ewidentnie zaskoczone tym nagłym spotkaniem — przez chwilę nie wiedzą, czy potraktować nas jak ciekawostkę, czy zagrożenie.
Samice z młodymi przyczepionymi do brzuchów natychmiast znikają w najbliższych krzakach, zostawiając resztę „delegacji dyplomatycznej” na pierwszej linii kontaktu. Samce obserwują nas z wyraźną niepewnością, jakby próbowały w pośpiechu zaktualizować model rzeczywistości. Przywódca stada wychodzi nieco do przodu, staje na dwóch łapach i kołysze się z boku na bok, jakby próbował sformułować jakieś pilne oświadczenie.
Patrzymy na siebie przez chwilę — dwie strony ewolucji, które najwyraźniej nie do końca zgadzają się co do tego, kto tu powinien być bardziej zaniepokojony. Wobec braku jakiejkolwiek reakcji z naszej strony małpki dochodzą chyba do wniosku, że zdolność rozumienia najprostszych form komunikacji zanika wraz ze wzrostem masy ciała. Rezygnują więc z dalszych negocjacji i wycofują się w krzaki z godnością, którą trudno nazwać w pełni zachowaną, ale bez wyraźnych strat.

Uganda

Park Narodowy Jeziora Mburo to jedyne miejsce w Ugandzie, gdzie można spotkać zebry

Po chwili osiągamy szczyt wzniesienia, z którego rozciąga się szeroka panorama sawanny.

Uganda

Ponownie przekraczamy równik i wracamy na półkulę północną. Przy drodze wyrastają charakterystyczne pomniki Equator Gate — nie różnią się zresztą wiele od tych, które mijaliśmy wcześniej w Parku Narodowym Królowej Elżbiety. Ten odcinek wypada jednak znacznie bardziej „komercyjnie”. Panuje tu intensywny ruch — zarówno samochodowy, jak i pieszy. Po obu stronach drogi rozrosło się całe małe miasteczko z restauracjami i sklepami z pamiątkami, wypełnione turystami i sprzedawcami oferującymi najróżniejsze towary.
Praktycznie każdy przejeżdżający turysta zatrzymuje się tutaj choć na chwilę — żeby zrobić zdjęcie przy linii równika i obejrzeć obowiązkowy pokaz „wirującej wody”, czyli eksperymentu z odpływem wody z naczynia ustawionego kolejno na równiku i obu półkulach.

Uganda

Equator Gate

Prezentacja ma zilustrować działanie siły Coriolisa. To ona w dużej skali odpowiada za przeciwne kierunki wirowania cyklonów na półkulach oraz wpływa na asymetrię erozji brzegów rzek — na półkuli północnej częściej podmywane są prawe brzegi, na południowej lewe. Przewodnik z pobliskiej restauracji z wprawą przeprowadza demonstrację i trzeba przyznać, że całość robi wrażenie, zwłaszcza dla osób widzących to po raz pierwszy. Większość odwiedzających bez większych wątpliwości uznaje pokaz za przekonujący eksperyment fizyczny.

Uganda

Na południowej półkuli woda wiruje w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara

Uganda

Na północnej półkuli wiruje w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara

Uganda

Na równiku spływa prosto do odpływu, bez zawirowania

Problem w tym, że całe to „doświadczenie” ma więcej wspólnego z turystycznym spektaklem niż z fizyką. W rzeczywistości siła Coriolisa jest zbyt słaba, by w tak małym naczyniu — szczególnie w pobliżu równika — decydować o kierunku wirowania wody. Ten zależy przede wszystkim od drobnych zaburzeń: kształtu naczynia, resztkowego ruchu cieczy po napełnieniu oraz konstrukcji odpływu. W praktyce oznacza to, że woda może zakręcić zarówno w lewo, jak i w prawo, niezależnie od tego, po której stronie równika stoi naczynie.

Potrzebujemy ponad dwóch godzin, aby przejechać przez Kampalę, gdzie —  podobnie jak wcześniej — ma się wrażenie, że motocykli i samochodów jest przynajmniej dwa razy więcej niż mieszkańców. Jazda samochodem znów przypomina grę w „Tetris na żywo”. W końcu, gdy miasto powoli zostaje za nami, kierujemy się w stronę Entebbe.
Docieramy tam o zmierzchu. Choć sam posiłek nie jest dla Juliusa żadnym szczególnym bodźcem duchowym, proponuje nam „wyjątkową” restaurację w pobliżu lotniska, gdzie możemy domknąć naszą pełną wrażeń wyprawę. Samolot odlatuje dopiero o północy, więc mamy jeszcze kilka godzin, które zupełnie beztrosko spędzamy w tutejszej interpretacji komfortu i bezpieczeństwa.
Zanim jednak przekroczymy próg, umundurowany strażnik kontroluje nas wykrywaczem metali, a następnie przeszukuje plecaki w poszukiwaniu potencjalnych ładunków wybuchowych. Robi to „wyjątkowo” nieefektywnie — zagląda tylko do głównej komory plecaka mAT'a, jakby reszta bagażu obowiązywała już w innej kategorii ryzyka. Całość przypomina bardziej element lokalnego spektaklu niż realnie spójną kontrolę bezpieczeństwa.
Mimo lekkiej opalenizny, nikt z nas — poza Julius'em i być może częściowo mną, z uwagi na ciemne futerko — nie sprawia wrażenia kongijskiego ani somalijskiego terrorysty. Ale chyba właśnie na tym polega cała „wyjątkowość” tutejszych „wyjątkowych” restauracji. 😉


Klocek