Tunezja
Kwiecień 2026
Krajobrazy Tunezji zmieniają się jak w kalejdoskopie: od północnych wybrzeży, przez zielone równiny pełne gajów oliwnych, aż po południe, gdzie zaczyna się Sahara i kończą wszelkie złudzenia co do cienia.
Ta różnorodność od wieków przyciągała kolejne ludy i imperia, które odciskały tu swoje piętno.
Przez kraj przetoczyło się więcej cywilizacji niż mam koralików na szyi — Fenicjanie, Rzymianie, Arabowie i Osmanowie zostawili tu swoje ślady.
Do dziś można je odnaleźć w ruinach, medinach i codziennym życiu mieszkańców, w tym także rdzennej społeczności Imazighen.
To dziedzictwo wciąż żyje — nie tylko w muzeach, ale i na ulicach.
Podróż zaczynamy od Tunisu, który przez stulecia pozostawał ośrodkiem o głównie lokalnym charakterze.
Dopiero w XII wieku, gdy został stolicą kraju, rozpoczął okres dynamicznego rozwoju i z czasem wyrósł na jedno z najważniejszych miast Maghrebu.
Potem do miasta przybywają Francuzi.
Zostawiają po sobie nie tylko historię, ale też ślady widoczne do dziś — w architekturze, układzie ulic, a nawet w sposobie podawania kawy, choćby café au lait.
Ratusz
W samym centrum, jak bijące serce miasta, stoi „Municipalité de Tunis”, czyli ratusz.
Jego budynek to taki przebieraniec — trochę jak Francuz w arabskich szatach.
Pełnił europejską funkcję administracyjną, ale stylem wyraźnie nawiązuje do architektury arabskiej — zdobione łuki, filary i ornamenty przywodzą na myśl tradycję Maghrebu.
Powstał w pierwszej dekadzie XX wieku, w czasach francuskiego protektoratu, i do dziś przypomina o kolejnych epokach, które odcisnęły swoje piętno na współczesnym Tunisie.
Aleja Habiba Bourguiby
Jedną z głównych arterii miasta jest Aleja Habiba Bourguiby, nazwana na cześć pierwszego prezydenta kraju. To tutaj toczy się codzienne życie — spacery, spotkania, rozmowy.
Aleja bywa porównywana do paryskich Pól Elizejskich, choć tutejszy klimat, przynajmniej moim pluszowym zdaniem, zdecydowanie wygrywa z tym nad Sekwaną.
Na początku XX wieku architekci działający w realiach francuskiej dominacji wznosili okazałe, reprezentacyjne budowle, odwołujące się do europejskich wzorców architektonicznych.
Spacerując aleją, mijam eleganckie fasady i dekoracyjne detale, które równie dobrze mogłyby znaleźć się gdzieś w Paryżu.
Wśród nich wyróżnia się Teatr Miejski (Théâtre municipal de Tunis) — budynek łączący klasyczną formę z bogatą ornamentyką epoki.
Teatr Miejski
Francuska architektura kolonialna
Również katolicka katedra w Tunisie wygląda trochę jak gość z innego kontynentu — i w pewnym sensie nim jest.
Powstała w czasach francuskiego protektoratu i do dziś przypomina o tej części historii.
Po uzyskaniu niepodległości jej rola wyraźnie zmalała — w kraju, w którym dominuje islam, świątynia stała się raczej śladem dawnej epoki.
Cathédrale Saint-Vincent-de-Paul w Tunisie
Przed katedrą stoi statua Ibn Chalduna — arabskiego uczonego, który setki lat przed współczesnymi socjologami próbował zrozumieć, jak działają społeczeństwa.
Jako jeden z nielicznych swojej epoki badał mechanizmy rządzące ludzkimi wspólnotami i opisał je w słynnej „Muqaddimie”, która do dziś inspiruje historyków, socjologów i ekonomistów.
Pomnik Ibn Chaldun
Szeroką aleją z czasów francuskiego protektoratu dochodzimy do bramy Bab el-Bhar.
I tu ujawnia się Tunis dwóch światów.
Bab el-Bhar to nie tylko brama — to granica, którą przekraczamy, zostawiając za sobą nowoczesną część miasta i wchodząc w labirynt mediny.
Bab el-Bhar (Brama Morska)
Obok stoi Hotel Royal Victoria — kolejny „Francuz w arabskiej szacie”.
Znów spotykają się tu dwa światy: europejski porządek i arabskie ornamenty.
Hotel Royal Victoria
Medina w języku arabskim znaczy po prostu „miasto”. Dlatego w wielu krajach arabskich tym słowem określa się starą część miasta.
W medinie wszystko dzieje się blisko — sklepy, ludzie, zapachy, dźwięki.
Uliczki bywają tak wąskie, że czasem trzeba negocjować pierwszeństwo przejścia, każda z nich zdaje się mieć własny pomysł na to, dokąd prowadzi.
Spoglądając z plecaka Mojej Basi, odnoszę wrażenie, że medina wręcz testuje naszą orientację w terenie.
Zagubienie? — sprawdzone osobiście.
Stoisko z przyprawami
Poza sklepikami rozsianymi po jej labiryncie znajdujemy tu też kawiarnie i bary.
To dobre miejsce, żeby spróbować makloub — lokalną, gorącą kanapkę z mięsem, warzywami i ostrą harissą.
Brzmi niewinnie, ale potrafi zaskoczyć.
Makloub, podobnie jak pizza, pieczony jest w piecu
Krótka przerwa w historycznej tureckiej kawiarni — zasłużona i zdecydowanie potrzebna
W głębi mediny trafiamy na coś w rodzaju ukrytej oazy spokoju — Tourbet el-Bey.
To mauzoleum dawnej dynastii, które nagle odcina nas od ulicznego gwaru.
Wchodzimy w przestrzeń ciszy i zadumy, gdzie światło miękko rozlewa się po bogatych zdobieniach, a każdy detal zdaje się wręcz prosić o chwilę uwagi.
Grobowiec, w którym kamień zamienia się w ornament
Po ciszy i skupieniu przychodzi zupełnie inny rytm — Marché Central de Tunis.
Tu wszystko dzieje się naraz: kolory, zapachy i dźwięki nakładają się na siebie, tworząc gęstą, żywą tkankę miasta.
To jedno z tych miejsc, w których rytm Tunisu staje się najbardziej wyczuwalny.
Na targu króluje różnorodność — od świeżych owoców i warzyw po ryby, mięsa i przyprawy.
Moi „niepluszowi” mają spory problem, żeby odciągnąć Elka i mnie od stoisk ze świeżymi rybami.
Działają na nasze pluszowe zmysły jak niewidzialny magnes — i trzeba przyznać, wyjątkowo skuteczny.
Stoiska z rybami,...
...serami,...
...ślimakami...
...i owocami
Prawdziwą podróż w czasie — i to bez potrzeby ruszania łapą… to znaczy nogą — oferuje Muzeum Bardo.
To drugie co do wielkości muzeum w Afryce po Muzeum Egipskim w Kairze.
Słynie przede wszystkim z kolekcji rzymskich mozaik, ale można tu zobaczyć znacznie więcej — historię całego regionu, od prehistorii po czasy islamskie.
Nic dziwnego, że jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju.
Muzeum Bardo mieści się w budynku, który początkowo był pałacem książąt husajnidzkich
Pod koniec XIX wieku pałac został przekształcony w muzeum
Starożytność: zatwierdzona przez dział pluszaków
Muzeum Bardo słynie z wyjątkowej kolekcji rzymskich mozaik
Zbiory są ogromne — można tu spędzić długie godziny i wciąż mieć wrażenie, że zobaczyło się jedynie niewielki wycinek dziejów regionu.
Przenosimy się nieco poza Tunis i sięgamy do korzeni Tunezji.
Kartagina — fenicka kolonia, która rozrosła się w jedno z największych miast starożytnego świata.
Przyciągała bogactwem, handlem i ambicjami, stając się najgroźniejszym rywalem Rzymu.
Po wojnach punickich Kartagina legła w gruzach, by później odrodzić się w nowej, rzymskiej odsłonie — miasto, gdzie echa przeszłości nadal unoszą się wśród ruin.
Nazwa tych konfliktów — „wojny punickie” — pochodzi od rzymskiego określenia „Punijczycy”, odnoszącego się do mieszkańców Kartaginy i ich kręgu kulturowego.
Już sama nazwa pokazuje, jak silnie Kartagina zapisała się w historii świata śródziemnomorskiego.
Port Kartaginy należał do najbardziej zaawansowanych portów starożytności.
Pozostałości punickiego portu w Kartaginie
Dzięki rozbudowanej infrastrukturze napędzał handel i stał się jednym z filarów potęgi miasta, odgrywając również kluczową rolę w rywalizacji z Rzymem.
Jeden z doków portowych Kartaginy, gdzie budowano i naprawiano punickie okręty
Wzgórze Byrsa jest symbolem historii Kartaginy zapisanej warstwami — fenickiej, rzymskiej i tej, która przyszła później.
Tu kolejne cywilizacje dosłownie nakładają się na siebie, każda zostawiając własny ślad.
Od początku było miejscem na szczycie — zarówno w przenośni, jak i całkiem dosłownie.
Wzniesienie dominowało nad Kartaginą, dlatego właśnie tutaj skupiała się władza i zapadały najważniejsze decyzje: kto rządził Byrsą, panował nad całym portowym miastem.
Ale Byrsa to nie tylko akropol i centrum władzy.
Biło tu również religijne serce Kartaginy — pośród świątyń i sanktuariów, gdzie codzienne życie przeplatało się z rytuałami i ofiarami składanymi bogom.
Ruiny punickiej dzielnicy mieszkalnej na wzgórzu Byrsa
Po zdobyciu Kartaginy przez Rzymian miasto i cały kompleks wzgórza zostały zniszczone, a Byrsa na zawsze zapisała się w historii jako punkt, w którym splatają się losy wielu cywilizacji.
Starożytna droga rzymska
Ruiny domów z czasów rzymskich na wzgórzu Byrsa
Rzymska willa
Osiągnięcia techniczne i inżynieryjne starożytnych Rzymian do dziś budzą podziw.
Akwedukt do Kartaginy jest dowodem ich kunsztu — woda płynęła tu dziesiątkami kilometrów, pokonując pagórki i wąwozy, w sposób wciąż imponujący nawet współczesnym inżynierom.
Rzymski akwedukt
Rzymianie nie ryzykowali — stworzyli też rozbudowany system cystern, który zapewniał wodę przez cały rok.
Cysterny w Kartaginie są przykładem wysokiego poziomu inżynierii hydrotechnicznej
Największym odbiorcą tego systemu były monumentalne Termy Antonina — największe termy w Afryce Północnej i jedne z największych łaźni w całym Imperium Rzymskim.
Ogromny kompleks nad brzegiem morza potrzebował olbrzymich ilości wody każdego dnia, dlatego sprawny system akweduktów i cystern był tu absolutnie niezbędny.
Ruiny Term Antonina
Termy Antonina w Kartaginie były czymś więcej niż łaźniami — to było centrum życia towarzyskiego.
Tu się spotykano, rozmawiano i... przy okazji dbano o higienę.
W ich budowie zastosowano zaawansowane rozwiązania umożliwiające ogrzewanie wody i wnętrz.
Dziś pozostały głównie fundamenty, ale nawet one pozwalają wyobrazić sobie ogrom tego miejsca.
Jak przystało na rzymskie miasto, Kartagina miała swój własny teatr i amfiteatr.
Ten ostatni mógł pomieścić nawet 30 000 widzów — całkiem sporo, jak na miejsce, gdzie rozrywka bywała naprawdę brutalna.
Ruiny rzymskiego amfiteatru w Kartaginie
W sąsiedztwie Kartaginy leży Sidi Bou Said — jeden z najbardziej rozpoznawalnych i urokliwych zakątków Tunezji.
Wąskie, kręte uliczki między białymi domami z niebieskimi oknami stanowią największą atrakcję miasteczka — i przy okazji całkiem skuteczny test orientacji.
Pnące się kwiaty dodają kolorów, jakby sama biel i błękit nie wystarczały, tworząc niemal magiczną, malarską atmosferę.
Tradycyjny dom Dar El Annabi pełni dziś funkcję muzeum.
Wchodzimy do jego chłodnych, spokojnych wnętrz, gdzie czas zdaje się płynąć wolniej.
Każde pomieszczenie ma swoją opowieść — szepcze ją w detalach: misternie rzeźbionych meblach, bogato zdobionych tkaninach i drobnych przedmiotach codziennego użytku, które kiedyś towarzyszyły elitom miasta.
Dom-Muzeum Dar El Annabi
Dar El Annabi to jeden z najlepiej zachowanych przykładów osmańskiej architektury w tej części Tunezji.
Rezydencja była niegdyś siedzibą zamożnej rodziny, a jej nazwa pochodzi od nazwiska dawnych właścicieli — rodziny Annabi.
Ogród w Dar El Annabi
Wybrzeże zostaje za nami, a wraz z nim słony zapach morza.
Wjeżdżamy w głąb kraju, wciąż noszącego ślady dawnego Imperium Rzymskiego.
Czeka nas spora porcja historii — ruiny trzech starożytnych miast.
Nie byle jakie ruiny: jedne z najlepiej zachowanych pozostałości tamtej epoki, o ogromnym znaczeniu archeologicznym.
Na początek zatrzymujemy się w Bulla Regia.
Już z daleka widać, że coś tu jest inaczej — miasto zdaje się chować w cieniu własnych domów.
I rzeczywiście, wiele z nich kryje podziemne komnaty i galerie, które pozwalały mieszkańcom przetrwać największe upały.
Muszę przyznać, że pomysł Rzymian był nie tylko sprytny, ale i całkiem skuteczny.
Ruiny term rzymskich
Podziemne części domów chroniły mieszkańców przed upałem
Kolumny i pomieszczenia tych domów wciąż robią ogromne wrażenie — pokazują kunszt architektury rzymskiej i życie dawnych elit.
Kolumnowy dziedziniec w podziemnej części domu
Szczególną uwagę przyciągają zachowane na miejscu mozaiki podłogowe.
W innych okolicznościach zapewne oglądalibyśmy je za muzealną szybą, a tutaj wciąż spoczywają dokładnie tam, gdzie ułożono je przed wiekami.
Mozaiki, które wciąż zachwycają detalem i precyzją wykonania
Na terenie Bulla Regia nie brakuje też imponujących budowli publicznych.
Jedną z nich jest teatr pochodzący z czasów panowania cesarza Marka Aureliusza (II wiek), zachowany do dziś w zaskakująco dobrym stanie.
Wciąż pozwala wyobrazić sobie, jak rozbrzmiewały tu dawne przedstawienia.
Ruiny teatru
Scena teatru z zachowaną mozaiką
Na horyzoncie, wśród wzgórz i gajów oliwnych, pojawia się Thugga — miasto sprawiające wrażenie miejsca, które po prostu zatrzymało się w czasie — i nikt nie poczuł potrzeby, by je znowu uruchamiać.
Ruiny są tu wyjątkowo czytelne, dzięki czemu łatwo wyobrazić sobie dawny układ miasta.
Archeolodzy nazywają je „perłą” rzymskiej urbanistyki w Afryce.
Ruiny miasta Thugga
Kapitol
Historia Thuggi ma kilka warstw — numidyjską, punicką, rzymską i bizantyjską.
Najlepiej poznanym etapem historii jest okres rzymski, z którego zachowało się wyjątkowo dużo śladów.
Dom Trifolium
Termy Licyniusza
Starożytne publiczne latryny
Podobnie jak inne rzymskie miasta Afryki Północnej z czasów Augusta, Thugga posiadała własny teatr.
Wzniesiony w drugiej połowie II wieku, należy dziś do najlepiej zachowanych tego typu obiektów w regionie — i co ciekawe, nadal jest wykorzystywany.
Teatr
Tak wyjątkowy stan zachowania sprawił, że Thugga znalazła się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Dzisiejsza wieś Dougga, położona obok ruin, zachowała nazwę dawnego miasta, choć trudno porównywać ją z jego starożytną wielkością.
Jeśli Thugga jest perłą rzymskiej urbanistyki, to Sufetula (dzisiejsza Sbeitla) okazuje się jej spokojniejszą, trochę bardziej tajemniczą kuzynką.
To jedno z mniej znanych, a zarazem fascynujących stanowisk archeologicznych w Tunezji.
Założona została w I wieku, prawdopodobnie za panowania cesarza Wespazjana, i szybko stała się ważnym ośrodkiem administracyjnym i religijnym dla całego obszaru.
Ruiny miasta Sufetula
Świątynie na Kapitolu
Miasto przetrwało kilka stuleci, a jego ruiny zachowały ślady rzymskiej i bizantyjskiej przeszłości oraz wczesnochrześcijańskich wpływów. Spacerując między nimi, można wciąż dostrzec klasyczny układ rzymskiego miasta — forum, świątynie, budynki publiczne.
Wśród najlepiej zachowanych zabytków wyróżniają się łuk triumfalny, baptysterium, teatr i mozaiki, a także jedno z najokazalszych forów w Afryce Północnej.
Łuk triumfalny Dioklecjana
Baptysterium w ruinach bizantyjskiej Bazyliki św. Witalisa
Palestra Wielkich Term
Wśród pozostałości dawnych zabudowań można dostrzec również ślady rzymskich rozwiązań technicznych. Jednym z nich był hypokaustum — system ogrzewania podłogowego, w którym ciepłe powietrze krążyło pod podłogą i w ścianach, ogrzewając pomieszczenia
Hypokaustum — system ogrzewania podpodłogowego
Pozostałości teatru rzymskiego w Sufetuli
Po bitwie w połowie VII wieku, związanej z arabskim podbojem Afryki Północnej i starciem wojsk Bizancjum z armiami kalifatu, miasto stopniowo straciło swoje znaczenie. Jednak pozostałości Sufetuli nadal pozwalają wyobrazić sobie skalę tego miejsca w czasach jego największej świetności.
Z ruin przenosimy się w świat Orientu — do Kairouan.
Miasto powstało w VII wieku jako garnizon wojskowy Arabów i postanowiło, że nie pozostanie tylko punktem na mapie.
Wkrótce rozrosło się w centrum religijne i naukowe, przyciągające uczonych, pielgrzymów i osadników z całego Maghrebu.
Na pierwszy plan wysuwa się Wielki Meczet Sidi Uqby — majestatyczny, spokojny, a jednocześnie tętniący historią.
Każdy detal murów zdaje się opowiadać o czasach, gdy Kairouan kształtowało duchową mapę północnej Afryki.
Wielki Meczet Sidi Ukby
Trzypoziomowy, kwadratowy minaret Wielkiego Meczetu Sidi Uqby wznosi się na imponujące 35 m.
Jego najniższa kondygnacja pochodzi z początków VIII wieku, a cała wieża zdaje się spoglądać z góry na miasto, jakby strzegła jego historii i codziennego życia.
Minaret
Dziedziniec Wielkiego Meczetu otacza niemal 400 kolumn, podtrzymujących arkadowe portyki.
Większość z nich została sprowadzona z różnych budowli rzymskich, bizantyjskich i wczesnochrześcijańskich, a na niektórych wciąż widać ślady dawnych inskrypcji i dekoracji religijnych.
Dziedziniec w meczecie Sidi Ukby
Sala modlitw rozciąga się na siedemnaście naw, wspieranych przez 414 kolumn z marmuru i porfiru, przywiezionych z Kartaginy i Sousse.
Sala modlitw wyłożona jest dywanami
Dziedziniec przed wejściem do sali modlitw
Medina Kairouan również skrywa mnóstwo historycznych zakamarków i detali, które najlepiej odkrywać bez pośpiechu — i bez zbyt ambitnego planu, bo i tak szybko przestaje mieć sens.
Typowa uliczka w medinie Kairouan
Meczet Trzech Drzwi z IX wieku
Mauzoleum Zawiji Sidi Sahaba
Bir Barrouta to jedna z najstarszych studni w Kairouan, owiana legendą: mówi się, że jej głębiny łączą się podziemnymi korytarzami ze świętą studnią w Mekce.
Pierwotnie wykopana pod koniec VIII wieku, dziś podziwiamy ją w budynku pochodzącym z końca XVII wieku.
Nie każdy bohater nosi pelerynę. Niektórzy noszą garb
Miasto, mierząc się z niedoborem wody w półpustynnym klimacie, przez wieki wyposażało się w różne instalacje hydrauliczne, wykorzystujące wody gruntowe.
W Bir Barrouta wodę wydobywa się w sposób, który robi wrażenie: wielbłąd porusza się w kółko, napędzając koło z wiadrami, które transportują wodę na powierzchnię.
My tylko do zdjęcia, on tu naprawdę robi karierę
Dziś przy studni czerpie się nie tylko wodę.
Dla tych, którzy cenią bardziej wyszukane przyjemności, obok działa stoisko ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym — i wyraźnie nie narzeka na brak zainteresowania.
Pomarańcze kończą tu karierę w bardzo godny sposób
Świeżo wyciskane soki są w Tunezji niezwykle popularne i dostępne niemal wszędzie.
Tu nikt nie udaje, że chodzi o modę na zdrowy styl życia.
W takim upale zimny sok działa po prostu lepiej niż większość życiowych porad.
Cytrusowa świeżość w najbardziej szlachetnej formie
Kairouan słynie też z makroud — ciasteczek, które znikają tak szybko, że fotografowanie ich graniczy z cudem — mAT próbował wiele razy.
Przygotowuje się je z kaszy manny i nadzienia z daktyli, fig lub migdałów.
Ciasto formuje się w wałki, kroi w romby, smaży lub piecze, a potem zanurza w słodkim syropie.
W skrócie: deser, który nawet nie próbuje udawać lekkiego.
Wyrabianie Makroud
Makroud i my — relacja oparta na wzajemnym zrozumieniu
Część reportażowa szybko przechodzi w konsumpcyjną
Ruszamy w stronę południowo-zachodniej Tunezji.
Z każdym kilometrem krajobraz staje się coraz bardziej surowy, a zieleń ustępuje miejsca kamienistym równinom.
Wkrótce docieramy w pobliże granicy z Algierią, do pustynnego regionu gór Atlasu Saharyjskiego.
Właśnie tutaj znajduje się Kanion Midès — jedna z najbardziej spektakularnych atrakcji kraju.
Woda, która pojawia się tu tylko okresowo, przez tysiące lat wyżłobiła w skałach głęboki wąwóz.
Natura: cierpliwa, ale konsekwentna.
Kanion Midès
Ściany kanionu wznoszą się pionowo, a światło słońca bawi się na ich złocistych powierzchniach.
Dno pozostaje przez większość roku suche i pokryte drobnym żwirem.
Każdy zakręt i każda szczelina opowiada historię powolnej, lecz nieustępliwej pracy wiatru i wody.
W pobliżu znajdują się też dwie znane oazy — Chebika i Tamerza.
Góry Atlasu Saharyjskiego działają tu jak naturalna zapora między strefą wilgotną a pustynią.
Efekt uboczny? Zielone „wyspy” w surowym, suchym krajobrazie.
Od czasów rzymskich aż po karawany średniowiecza oazy pełniły rolę pustynnych stacji benzynowych — tylko z palmami zamiast neonów.
Chebika
W okolicach Midès, Tamerzy i Chebiki wciąż natrafić można na ruiny domów, fragmenty dawnych uliczek i murów oraz opuszczone osady na krawędziach wąwozów — miejsca powoli przegrywające z czasem i erozją.
Ich historia zakończyła się gwałtownie w 1969 roku, gdy ulewy w górach Atlasu zamieniły spokojne, sezonowe wadi w niszczycielskie rzeki.
Natura regularnie przypomina, kto tu naprawdę ustala warunki gry.
Opuszczone po powodzi w 1969 roku, teraz służą głównie zwiedzającym
Jednym z takich miejsc jest stara osada położona w pobliżu Chebiki.
Dziś część opuszczonych domów znalazła nowe życie jako punkty turystyczne — pojawiły się tu stoiska z pamiątkami, niewielkie knajpki i miejsca, w których można spróbować lokalnych produktów.
Wszystko to nadal funkcjonuje w cieniu dawnych kamiennych zabudowań i w surowym, pustynnym klimacie.
Na uboczu trafiamy do niewielkiego pomieszczenia, gdzie gospodyni z wprawą przygotowuje tradycyjny khubz.
To rodzaj naleśnika pieczonego na blasze, wypełnionego harissą, serkiem topionym i oliwą z oliwek — mój nos już tańczy breakdance, a brzuch śpiewa do rytmu.
Kiedy khubz spotyka harrisę i oliwę... magia pustyni na talerzu
Khubz — „Pizza Imazighen”
Chebika — dowód na to, że nawet na pustyni czasem leje się woda
Opuszczamy Chebikę i ruszamy dalej przez pustynny krajobraz w stronę Tamerzy — oazy z tak długą historią, że archeolodzy wciąż ją „rozpakowują” warstwa po warstwie.
Wodospad Tamerza
Palmy daktylowe w oazie
Zostawiamy za sobą oazy, a przed nami coraz bardziej surowy krajobraz — droga prowadzi dalej, tam, gdzie zaczynają się bezkresne piaski Sahary.
Tozeur od dawna tętni życiem pośrodku pustynnych przestrzeni — to centrum administracyjne i gospodarcze regionu, którego bogactwo wciąż wyrasta z oazowych pól, przede wszystkim z gęstych zagajników palm daktylowych.
Od wieków miasto stanowiło przystanek na karawanowych trasach przez Saharę — miejsce odpoczynku i wymiany towarów dla podróżnych przemierzających rozległe obszary Afryki Północnej.
Z czasem wokół tego handlowego skrzyżowania powstała charakterystyczna zabudowa, która do dziś wyróżnia Tozeur spośród innych miast południowej Tunezji.
Typowa zabudowa w medinie Tozeur
Tozeur rezygnuje z bieli charakterystycznej dla sąsiednich miast i stawia na gliniane domy ozdobione geometrycznymi wzorami.
Dekoracja i praktyczność idą tu w parze — w pustynnym słońcu mury chłodzą wnętrza, chroniąc mieszkańców przed upałem.
Medina w Tozeur
Transport publiczny w wersji pustynnej
Tozeur leży niemal „nad brzegiem” Chott el Djerid — przynajmniej w teorii.
W klasycznym sensie brzegu tu nie ma.
To największe słone jezioro w Tunezji bywa wypełnione wodą jedynie okresowo.
W porze suchej solna powierzchnia niepostrzeżenie przechodzi w pustynne przestrzenie, a po ulewach woda rozlewa się na setkach kilometrów kwadratowych, tworząc raczej iluzję jeziora niż wyraźną granicę między lądem a wodą.
Niektórzy twierdzą, że Chott el Djerid wygląda jak krajobraz z innej planety — i trudno się z nimi nie zgodzić.
W słońcu sól iskrzy niczym diamenty, a wiatr rysuje na jej powierzchni fantazyjne wzory, które zmieniają się z każdą chwilą.
Wystarczy krótki spacer po wyschniętym dnie, by odnieść wrażenie, że wkroczyło się do świata całkowicie odmiennego od reszty Sahary.
Z daleka wygląda jak jezioro, z bliska — pustynny żart optyczny
Co ciekawe, nawet całkowicie sucha powierzchnia potrafi z daleka wyglądać jak prawdziwe jezioro.
Tafla odbija niebo, a nieruchomy horyzont zdaje się ukrywać wodę tuż za kolejnym krokiem.
Dopiero z bliska okazuje się, że to pustynny żart optyczny.
Lśniąca powierzchnia jest w rzeczywistości skorupą soli, a migotanie to efekt gorącego powietrza unoszącego się nad ziemią.
Światło i temperatura tworzą tu własny spektakl — fatamorganę, która potrafi zmylić nawet doświadczonych podróżników.
Na Chott el Djerid takie obrazy nie są rzadkością: w zależności od warunków można dostrzec pozorne jeziora, odległe karawany unoszące się nad horyzontem czy odbicia palm i wzgórz, których w rzeczywistości tam nie ma.
To miejsce, gdzie Sahara nie tylko pokazuje swoją surowość, ale też wystawia ludzkie zmysły na próbę.
Naszym kolejnym celem jest Douz — miasto na granicy Sahary.
Po drodze zatrzymujemy się w niewielkim Zaouiet el Anes, aby przyjrzeć się z bliska gorącemu źródłu artezyjskiemu.
Źródło powstało dzięki odwiertowi sięgającemu naturalnych poziomów wodonośnych.
Woda sama wydostaje się na powierzchnię, jakby natura uznała, że ukrywanie jej pod ziemią nie ma większego sensu.
Źródło gorącej wody w Zaouiet el Anes
Temperatura wody sięga około 48 °C.
Zanim trafi do oazowych pól, płynie systemem otwartych kanałów, gdzie stopniowo oddaje ciepło pustynnemu powietrzu.
Ich układ nie jest przypadkowy — wydłużona droga przepływu pozwala szybciej obniżyć temperaturę i przygotować wodę do wykorzystania przez mieszkańców.
W najniższych partiach kanałów, gdzie woda staje się już przyjemnie chłodna, okoliczni mieszkańcy korzystają z kąpieli.
Bo któż by się oparł takiej przyjemności z widokiem na piaski i palmę w tle?
System chłodzenia
Douz nazywane jest „Wrotami Sahary” i faktycznie coś w tym jest — to jedno z ostatnich miejsc, gdzie kończy się miasto, a zaczyna piasek.
Uwaga: ruch pieszy o nietypowej sylwetce
W mieście tętni życie oazowe, które harmonijnie splata się z pustynną przygodą.
Krótsze przejażdżki na wielbłądach i kilkudniowe ekspedycje z noclegami w namiotach sprawiają, że Douz stało się naturalnym punktem startowym do odkrywania Sahary.
Półdzikie wielbłądy
My wybieramy jednak mniej oczywisty wariant — zamiast od razu siadać na wielbłądzim grzbiecie, ruszamy pieszo.
Z tej perspektywy pustynia staje się namacalna — każdy krok po rozgrzanym piasku pozwala naprawdę poczuć jej puls.
Wieczorem dla odmiany bujamy się na wielbłądzich garbach.
Piaski Sahary
Patrzę na moje wikuniowe futerko i uśmiecham się w duchu — miękkie jak u dromadera, kolor też podobny.
Można by pomyśleć, że jestem jego bezgarbną, kieszonkową wersją.
Ale w starciu z prawdziwym dromaderem nie mam żadnych szans.
Te zwierzęta to prawdziwi mistrzowie życia w piasku.
Potrafią długo przetrwać bez dostępu do wody, a gdy nadchodzi burza piaskowa, szczelnie zamykają nozdrza i chronią oczy gęstymi rzęsami.
Ich garby magazynują tłuszcz, który w razie potrzeby zamienia się w energię, a ciała regulują temperaturę tak zręcznie, że w ciągu dnia zyskują lub tracą kilka stopni, oszczędzając wodę.
I do tego potrafią galopować z prędkością, przy której nawet olimpijski biegacz mógłby poczuć się jak ślimak na spacerze.
Stoję więc obok, obserwuję i podziwiam. Te sympatyczne stworzenia mają w sobie coś z magii Sahary — wytrzymałość, elegancję, odrobinę szaleństwa w galopie i niezachwianą pewność siebie.
A ja?
Ja zostaję przy moim futerku — mięciutkim, przyjemnym, ale kompletnie nieprzystosowanym do życia w piachu.
Karawana — ruchoma linia życia w miejscu, gdzie wszystko inne wydaje się być w bezruchu
Obrzeżem Sahary kierujemy się dalej, w stronę niezwykłego, momentami wręcz filmowego regionu.
Matmata i jej okolice słyną z charakterystycznych domów wykutych w ziemi i skale przez lud Imazighen.
Ich historia sięga prawdopodobnie czasów fenickich, ponad 3 000 lat temu.
Dzięki tej niezwykłej formie budownictwa wnętrza pozostają chłodne podczas upalnego lata i przyjemnie ciepłe w chłodniejsze zimowe dni.
Jednak nie tylko praktyczność sprawia, że Matmata jest wyjątkowa.
Surowe krajobrazy okolicznych wzgórz i wydm przyciągnęły również filmowców — część scen sagi Star Wars George'a Lucas'a nakręcono właśnie tutaj, a okolice stały się tłem dla planety Tatooine.
Główne wejście do mieszkania jaskiniowego
Korzystamy z uprzejmego zaproszenia i wchodzimy do jednego z takich domów.
Gospodynie wprowadzają nas w codzienne życie Imazighen — pokazują, jak powstaje chleb ksera, po czym zapraszają do spróbowania świeżego wypieku.
Ręczna robota, zero maszyny, maksymalny wysiłek
Ziarno mieli się tradycyjnie na kamiennym żarnie, które wygląda jak przedmiot przeniesiony prosto z innej epoki.
Chleb powstaje z prostych składników: mąki, wody, soli i drożdży lub zakwasu.
Ciasto wyrabiane jest ręcznie, formowane w płaskie, okrągłe placki, a następnie pieczone w glinianych piecach, na rozgrzanych kamieniach lub w tradycyjnych piecach wspólnotowych.
Tajemna pustynna kuźnia smaku
Od ziarna do płaskiego cudu — tak smakuje tradycja
Domowa uczta okazuje się prosta, ale wyjątkowo trafiona: kesra z miodem w towarzystwie aromatycznej, słodkiej herbaty miętowej.
Chleb z miodem — połączenie, któremu żaden niedźwiadek się nie oprze
Pokój w mieszkaniu jaskiniowym
Spacerując pośród wykutych w skale domów, łatwo zrozumieć, dlaczego Matmata tak mocno działa na wyobraźnię.
W jednym miejscu splatają się tu tysiące lat historii, codzienne życie Imazighen i odrobina filmowej magii.
Widok wnętrza mieszkalnej jaskini
Matmata w roli Tatooine — dom jaskiniowy wykorzystany w Star Wars George'a Lucasa
Z pustyni nad morze — w niewielu miejscach na świecie zmiana scenerii jest tak szybka i spektakularna.
Zatrzymujemy się w Gabès, znanym z aromatycznego targu.
Powietrze przesycone jest tu zapachami przypraw, ziół i tradycyjnych mieszanek, które przenoszą nas wprost do serca tunezyjskiej kuchni, a nawet całego Maghrebu.
Nasza wizyta na targu ma jednak jeden cel: zdobycie orzeszków piniowych, które są niezastąpione w niektórych włoskich potrawach.
Medina w Gabès
Kadzidła...
...i przyprawy
Orzeszków piniowych niestety nie udaje nam się znaleźć...
Ale chyba właśnie w tym tkwi urok lokalnych targów — nie zawsze znajdziemy to, czego szukamy, za to niemal zawsze trafiamy na coś, co nas zaskoczy!
Godzinna podróż promem dzieli nas od Wysp Kerkennah — prawdziwej oazy spokoju.
Płaski krajobraz, łagodny klimat i głęboko zakorzeniona tradycja rybacka nadają wyspom niemal niezmieniony, ponadczasowy charakter.
Port rybacki
Rozległe saliny wciąż odparowują wodę morską, tak jak robiono to od wieków, by pozyskać sól — niegdyś jeden z najcenniejszych surowców codziennego życia.
Salina przy La Maison du Sel
Na Kerkennah czas płynie wolniej.
Życie toczy się tu w rytmie natury, a turystyka wciąż nie zdominowała wysp, dzięki czemu stanowią one wyraźny kontrast wobec bardziej zatłoczonych regionów Tunezji.
Portowy Sfax należy do największych miast kraju.
W jego sercu kryje się medina o wyjątkowym charakterze.
Otoczona średniowiecznymi murami, z wąskimi uliczkami i tradycyjnym sukiem, stanowi serce lokalnego życia. To właśnie tutaj można najlepiej poczuć rytm codzienności, w którym historia spotyka się z teraźniejszością.
Bab Diwan — jedna z historycznych bram mediny Sfax
Wielki Meczet
Medina w Sfax — historyczna zabudowa sięgająca IX wieku
Od Tunisu po południe kraju koty są nieodłącznym elementem miejskiego krajobrazu.
Żyją zarówno w domach, jak i na ulicach.
Spacerują między stoiskami targowisk, odpoczywają w cieniu murów, a nierzadko także w samym środku wąskich uliczek mediny.
Kot w trybie parking — zero stresu, pełen luz
W kulturze arabskiej koty uchodzą za zwierzęta czyste i sprzyjające domowi. Tradycyjnie traktuje się je z szacunkiem — uliczne koty są dokarmiane, a opieka nad nimi ma wymiar zarówno społeczny, jak i religijny.
Górne piętro zajęte, dolne pozostaje dla gapiów
Wracamy na ziemie dawniej należące do Imperium Rzymskiego.
Miasto El Djem, znane w starożytności jako Thysdrus, kryje jeden z najlepiej zachowanych rzymskich amfiteatrów na świecie.
Choć Koloseum w Rzymie jest większe i bardziej znane, wielu uważa, że amfiteatr w El Djem robi jeszcze większe wrażenie.
Samotnie góruje nad afrykańską równiną, a jego monumentalna sylwetka wyrasta z niemal pustego krajobrazu.
Zbudowany w pierwszej połowie III wieku, mierzy 148 m długości i 122 m szerokości — rozmiary, które do dziś przypominają o potędze cesarstwa.
Nawet jeśli ktoś widział już niejedną rzymską budowlę, tutaj trudno pozostać obojętnym.
Trzy piętra arkad — fasada amfiteatru w pełnej okazałości
Cały obiekt wzniesiono z kamienia.
Trzy kondygnacje arkad, z których znaczna część przetrwała do naszych czasów, nadal imponują rozmachem.
Mury osiągają około 36 m wysokości, a szacuje się, że arena mogła pomieścić od 35 do 40 tysięcy widzów.
To drugi co do wielkości zachowany amfiteatr Imperium Rzymskiego — większe jest tylko rzymskie Koloseum.
Wnętrze skrywa prawdziwe mistrzostwo rzymskiej inżynierii.
Podziemne korytarze i komory służyły przygotowaniu przedstawień.
To tutaj oczekiwały zwierzęta — lwy, tygrysy, a nawet słonie przywożone z odległych krańców Imperium — oraz gladiatorzy, zanim specjalnymi rampami i windami trafiali na arenę.
Labirynt podziemi pozwalał sprawnie organizować widowiska, a jednocześnie ograniczał ryzyko dla publiczności.
Podziemia — backstage starożytnych widowisk
Obiekt wyposażono również w kilkadziesiąt wejść, zwanych vomitoria, dzięki którym tysiące widzów mogły szybko zająć miejsca i równie sprawnie opuścić amfiteatr po zakończeniu spektaklu.
Pierwszy rząd zarezerwowany dla pluszowych gości
Przez arkady przewijały się kiedyś tłumy starożytnych widzów — dziś pozostaje tylko wyobraźnia
Arena wewnętrzna: 75 × 45 m starożytnej dramaturgii
Skala amfiteatru wciąż zapiera dech w piersiach
Nic dziwnego, że miejsce to od lat przyciąga filmowców.
To właśnie tutaj powstawały ujęcia do wielu filmów historycznych, a kamienne mury do dziś stanowią niezwykłą scenografię dla opowieści o czasach gladiatorów.
Wracamy na wybrzeże.
Błękit Morza Śródziemnego będzie nam towarzyszył już do końca podróży — i nie, żeby nam to jakoś przeszkadzało.
Wkrótce trafiamy do miasta Al-Mahdijja.
Najstarsza jego część, położona na wąskim półwyspie wysuniętym w morze, sięga czasów rzymskich, kiedy funkcjonowało tu miasto Aphrodisium, później nazywane Afryka.
Współcześnie cypel znany jest jako Ras Ifrikijja (Cap Afrique).
Al-Mahdijja została założona w pierwszej połowie X wieku i wybrana na stolicę regionu Ifrikijja, głównie ze względu na dostęp do morza oraz strategiczne położenie.
Cypel, od czasów Fenicjan pełniący rolę militarnego punktu orientacyjnego, był przez wieki określany mianem „palca wskazującego morze”.
Brama Skifa Kahla
Meczet Hadj Mustapha
Medina
Osmański fort Borj El Kebir, wzniesiony pod koniec XVI wieku na miejscu dawnego pałacu fatymidzkiego, uchodzi za jeden z najcenniejszych przykładów osmańskiej architektury militarnej.
Budowlę wzniesiono na planie czworoboku, a później dodano bastiony narożne.
Całość otacza potężny mur, pierwotnie posiadający tylko jedno wejście.
Dopiero po przekształceniu fortu w więzienie w XIX wieku utworzono dodatkowy dostęp.
Al-Mahdijja powoli zostaje w tyle, a przed nami, na niewielkim półwyspie, rysuje się Monastir.
Już z daleka widać, że to miasto żyje dziś głównie turystyką — promenady pulsują spacerowym rytmem, kawiarniane stoliki zajmują kolejne chodniki, a witryny sklepików kuszą magnesami, ceramiką i obowiązkowymi pocztówkami z palmą na pierwszym planie.
Wszystko wygląda lekko i wakacyjnie, ale wystarczy zagłębić się w medinę, by natknąć się na coś znacznie starszego i bardziej surowego — jeden z najlepiej zachowanych przykładów islamskiej architektury obronnej w Tunezji.
Ribat — twierdza wzniesiona w VIII wieku — nawet dziś potrafi zrobić wrażenie.
Masywne mury, kamienne dziedzińce i surowe wieże wyglądają tak, jakby od stuleci uparcie ignorowały upływ czasu.
Wspinamy się na górne tarasy i nagle cały turystyczny gwar zostaje gdzieś daleko w dole.
Przed nami rozciąga się morze wtulone w horyzont, a wiatr niesie słony zapach wody i rozgrzanego kamienia.
Łatwo tu odpłynąć myślami kilka wieków wstecz — do czasów, gdy z tych samych murów wypatrywano żagli pojawiających się na linii horyzontu, a twierdza była nie tylko schronieniem, lecz także ważnym posterunkiem strażniczym.
Ribat okazuje się czymś więcej niż tylko zabytkiem z przewodnika.
To miejsce, które pamięta średniowieczne bitwy, obronę tunezyjskiego wybrzeża przed Bizantyjczykami i piratami, a przy okazji opowiada historię dość niezwykłego połączenia religii i wojskowej dyscypliny we wczesnym islamie Maghrebu.
I choć brzmi to poważnie, Monastir ma tę rzadką umiejętność, by historię podawać bez zadęcia — bardziej w rytmie morskiej opowieści niż szkolnego wykładu.
Sam obiekt ma kształt czworoboku, otaczają go wysokie mury i strażnicze wieże, a wokół centralnego dziedzińca ciągną się dawne pomieszczenia mieszkalne i modlitewne.
Spotykamy tunezyjskich kuzynów
Mauzoleum Habiba Bourguiby należy do najbardziej charakterystycznych miejsc w Monastir i trudno je przeoczyć — złota kopuła oraz smukłe minarety od razu przyciągają wzrok.
Spoczywa tu pierwszy prezydent Tunezji, nazywany często „ojcem tunezyjskiej niepodległości”.
Odegrał jedną z najważniejszych ról w procesie uzyskania przez kraj niepodległości od Francji, a później przez długie dekady konsekwentnie budował nowoczesne państwo tunezyjskie.
Mauzoleum Habiba Bourguiby
Wybrzeże znów przejmuje inicjatywę i prowadzi nas w stronę Sousse.
To jedno z największych miast kraju, a podobnie jak wcześniejsze miejscowości — również ważny ośrodek turystyczny.
W samym sercu Sousse rozciąga się historyczna medina wpisana na listę UNESCO — gęsta sieć wąskich uliczek, bielonych murów i warsztatów, w których rytm pracy od dawna wyznacza raczej tradycja niż zegarek.
Ten stary układ miasta zderza się tu bezceremonialnie z nowoczesną zabudową oraz pasem nadmorskich hoteli wyrastających niemal tuż obok.
Sousse żyje więc w dwóch trybach naraz: po jednej stronie ma wakacyjną promenadę, pełną ruchu i letniego hałasu, po drugiej — medinę, starszą i bardziej surową, która wciąż wyraźnie przypomina o historycznym charakterze miasta.
Typowa uliczka w medinie Sousse
Zaouia Zakkak — historyczna świątynia suficka, pełniąca funkcje religijne i edukacyjne
Ribat w Sousse
Muzeum Archeologiczne mieści się w obrębie zabytkowego ribatu i tym samym wpisuje się w wielowarstwową historię Sousse — gdzie kolejne epoki nie tyle się zastępują, co nakładają jedna na drugą.
W środku trafiamy na skarby z czasów rzymskich i fenickich, wśród których zdecydowanie dominują imponujące mozaiki.
„Triumf Neptuna” z domu Sorothusa w Sousse, prawdopodobnie z II wieku
Mozaika przedstawiająca boga Oceanusa, początek III wieku
W porównaniu z Muzeum Bardo w Tunisie, którego zbiory obejmują całe terytorium kraju i szerokie spektrum sztuki, również islamskiej, muzeum w Sousse ma wyraźnie bardziej kameralny charakter.
Skupia się na tym, co lokalne — na dziedzictwie regionu Sahel, jakby zamiast opowiadać całą historię Tunezji, wybierało jeden, gęsto zapisany jej rozdział.
Mozaika z głową Meduzy
Chrzcielnica z Bekalta w całości pokryta misternymi mozaikam
W Sidi Jadidi trafiamy do tradycyjnego gospodarstwa Imazighen, Douar Laaroussi.
Od progu witają nas jak starych przyjaciół — z taką serdecznością, że momentalnie czujemy się częścią rodziny.
Posiadłość, od pokoleń należąca do rodziny Laroussi, zachowała autentyczny, tradycyjny charakter.
Gospodarze pielęgnują rozległy gaj oliwny.
W kuchni królują zapachy lokalnych potraw — od chlebów pieczonych w glinianych piecach po aromatyczne esencje z ziół, przygotowywane według dawnych, pilnie strzeżonych receptur.
Każdy kęs i łyk staje się małą lekcją lokalnego dziedzictwa kulinarnego.
Gospodarze wprowadzają nas też w codzienne rytuały Imazighen (Berberów): pokazują sztukę wypieku chleba, opowiadają o życiu rodziny i dzielą się historiami oraz śmiechem.
Wspólnie obserwujemy świętowanie, słyszymy rytm tańców i czujemy, że kultura tego miejsca żyje naprawdę — nie na pokaz, lecz w codziennym oddechu gospodarstwa.
Tradycyjna destylacja ziołowych esencji
Spotkanie z małym żółwiem
Podróż kończymy w Hammamet, gdzie wakacyjny klimat spotyka się z dziedzictwem kulturowym.
Miasto wita typowym dla wybrzeża wakacyjnym rytmem — promenady pełne ludzi i urlopowego gwaru, a nadmorskie hotele przyciągają kolejnych gości.
Medina, choć niewielka, kryje w sobie urok wąskich uliczek i małych sklepików, a zabytkowa kasba wznosi się nad miastem, oferując piękny widok na port i zatokę.
Choć miasteczko żyje głównie turystyką, w tym wakacyjnym zgiełku łatwo usłyszeć echa jego dawnego charakteru.
Zabytkowa kasba
Zatoka Hammametu
Pomimo że podróż po Tunezji dobiegła końca, jej ślady pozostają niczym niewidzialny atrament, który zapisuje się w pamięci — niewidoczny na pierwszy rzut oka, ale trwały.
Tunezja to kierunek, który zbyt często bywa niedoceniany, choć kryje w sobie niezliczone skarby — zarówno kulturowe, jak i krajobrazowe.
A jeśli ktoś zapyta, czy warto tu przyjechać, odpowiedź jest prosta: naturalnie!
Następnym razem zabiorę jednak większą walizkę.
Ostatni etap podróży — regeneracja po powrocie do domu
Klocek