Tanzania
Listopad 2023
Gdybym nie musiał czekać na odpowiednią okazję (i miał własny paszport), pewnie już dawno wskoczyłbym do samolotu i wyruszył na safari. Zamiast tego pozostała cierpliwość — i uważne wsłuchiwanie się w opowieści moich „niepluszowych”, którzy już wcześniej przemierzali kenijskie sawanny.
Wrócili z niemal kompletną listą safari marzeń. Wielka Piątka odhaczona bez większego wysiłku. Słoń, nosorożec, bawół, lew i lampart.
Dla mnie, dopiero co zadomowionego w ich świecie, brzmiało to jak katalog cudów natury — bez zdjęć, żeby jeszcze bardziej rozpalić wyobraźnię.
I tak oto, po latach oczekiwania, przyszła moja kolej. Wyruszamy do Tanzanii — krainy, w której sawanny szeleszczą własnym rytmem, a każde drzewo i każda chmura zdają się szeptać: „Czas na przygodę”.
Listopad w Tanzanii to czas tak zwanej małej pory deszczowej. Brzmi groźnie, ale w praktyce oznacza raczej nocne koncerty deszczu niż całodzienne ulewy. Serengeti, zwykle utrzymane w odcieniach kurzu i złota, powoli pokrywa się świeżą zielenią.
To również czas wielkiej migracji. Stada gnu i zebr wracają z kenijskiej Masai Mara na równiny Serengeti, wiernie podążając za deszczem i świeżą trawą. A turystów? Mniej. Same zalety.
Tanganika
Tanzania to państwo stosunkowo młode, powstałe dopiero w 1964 roku z połączenia Tanganiki i Zanzibaru — trochę jak duet podróżników, którzy postanowili iść przez świat razem.
Nawet nazwa kraju nie komplikuje sprawy — powstała z połączenia nazw obu tworzących ją państw. Czasem najlepsze pomysły okazują się najprostsze.
Jednak podczas podróży najważniejsze odkrycia nie zawsze mają skalę całego kraju. Często kryją się w zupełnie niepozornych chwilach.
Moja Basia od dawna darzy szczególnym uczuciem kameleony. Nigdy wcześniej nie widziała żadnego na żywo, co — przyznajmy — jest poważnym zaniedbaniem ze strony świata.
Postanawiam działać. Dyskretne zapytanie w recepcji, krótka narada i... ogrodnik wyrusza na misję.
Po dwudziestu minutach wraca, niosąc na bambusowym kijku maleńkiego, brunatnego bohatera. Kameleon. Prawdziwy. Nie z obrazka, nie z bajki, tylko z krwi, kości i... zmiennego koloru.
Radość Mojej Basi jest natychmiastowa i absolutna, a ja, nie chcąc się chwalić, czuję satysfakcję godną organizatora ekspedycji naukowej. Czasem wystarczy dobry pomysł, żeby zostać bohaterem dnia.
Ilboru Safari Lodge otoczona tropikalnym ogrodem
Mały Kameleon na ręce Mojej Basi
Kameleon po krótkiej sesji zdjęciowej wraca do ogrodu, a my ruszamy dalej.
Przed nami kolejny punkt wyprawy — Park Narodowy Tarangire, gdzie przyroda lubi przesadzać, zwłaszcza jeśli chodzi o drzewa.
Baobaby wyglądają tu jakby ktoś posadził je do góry nogami. Są ogromne, stare i absolutnie nieprzejmujące się proporcjami.
Te drzewa nie są jednak tylko fotogeniczną ozdobą krajobrazu. Dają schronienie mniejszym mieszkańcom sawanny, dostarczają pożywnych owoców, a podczas suszy pomagają przetrwać także większym — ze słoniami włącznie. Trzeba przyznać, że to całkiem imponujący zakres obowiązków.
Czaszka bawoła
Tarangire jest jednym z najbardziej malowniczych parków narodowych Tanzanii
Słonie
Zresztą słonie odgrywają w naszej historii jeszcze jedną rolę — pośrednio przyczyniają się do tego, że utknęliśmy w błocie.
Podczas ich obserwacji nasz dzielny Land Cruiser postanawia sprawdzić granice przyczepności i... przegrywa. Każda próba wyjazdu kończy się tylko głębszym zanurzeniem.
Na szczęście sawanna nie jest samotną wyspą — przez krótkofalówki szybko organizowana jest pomoc. Jeden samochód, potem drugi, aż w końcu pojawia się linka holownicza i plan działania.
Po godzinie walki z naturą (i fizyką) udaje się nas wyciągnąć.
Próby wyciagnięcia naszego pojazdu z błota
W czasie „odzyskiwania” Land Cruisera, tuż obok przechodzą słonie
Żyrafa masajska
Na Matete Picnicsite czeka nas kolejna lekcja — tym razem z zakresu logistyki żywienia w warunkach terenowych. Stoły, ławki, toalety — wszystko jest przygotowane. Brzmi idealnie, prawda?
Otóż nie, jeśli nie uwzględni się lokalnej społeczności małp.
Koczkodany traktują nasze lunch boxy jak otwarty bufet. Ataki z drzew i z ziemi, szybkie łapki, błyskawiczne decyzje — prawdziwa operacja specjalna. Największym powodzeniem cieszą się banany, co trudno uznać za przypadek.
Ostatecznie jemy mniej, niż planujemy, ale za to zyskujemy doświadczenie, którego nie znajdziemy w żadnym przewodniku.
Kotawiec (koczkodan) zielonosiwy — samica z młodym
Rzeka Tarangire płynie przez park przez cały rok, działa jak magnes. W porze suchej przyciąga zwierzęta z odległych regionów, zamieniając okolicę w jedno z najlepszych miejsc do ich obserwacji w całej Tanzanii. Pod tym względem ustępuje jedynie kraterowi Ngorongoro.
Słonie przekraczają rzekę Tarangire
Impala
Wyruszamy wcześnie, jeszcze zanim słońce zdąży się na dobre rozgościć na niebie.
Przed nami szutrowa trasa do Lobo Wildlife Lodge, gdzieś w sercu Serengeti. Czeka nas długa i wyboista droga — dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od prawdziwej przygody.
Jezioro Manyara
Nocny deszcz przeciąga się aż do rana, jakby nie chciał oddać sceny. Ale Afryka ma swoje zasady — około południa chmury ustępują, a słońce wraca na swoje miejsce. I wszystko znów wygląda tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Kierowca Mahmut i ja
Gdyby ktoś zapytał mnie — niedźwiadka o miękkim futerku, lecz całkiem twardych poglądach na podróżowanie — czym właściwie jest Serengeti, odpowiedziałbym: to miejsce, które nie daje się zamknąć w definicji.
Owszem, formalnie Serengeti jest zaledwie od kilku pokoleń parkiem narodowym. Sama równina pamięta jednak czasy, gdy o granicach, państwach i parkach narodowych nikt jeszcze nawet nie myślał.
Masajowie dotarli tu stosunkowo późno. Od tamtej pory żyją na tych równinach razem ze swoim bydłem, wpisując się na stałe w historię tego miejsca.
To z ich języka pochodzi nazwa „Serengeti”, wywodząca się od słowa Siringet — „bezkresne równiny”.
Przyznam, trafili w punkt. Nawet ja, choć niewielki, czuję się tu... jeszcze mniejszy.
Wjazd do Parku Narodowego Serengeti
Wioska Masajów
Serengeti od dawna działa na wyobraźnię podróżników, ale jego największym widowiskiem jest coś, czego nie da się ani zatrzymać, ani powtórzyć na życzenie — Wielka Migracja.
Miliony gnu, niczym pulsująca masa życia, przemieszczają się w rytmie deszczu i suszy. W porze suchej ruszają ku Masai Mara w Kenii, by później wrócić na żyzne tereny Serengeti i Krater Ngorongoro. W sumie potrafią pokonać ponad 3 000 km.
Ja czasem narzekam na długą drogę do lodówki — one zrobiły z tego styl życia.
Stado Gnu aż po linię horyzontu
Gnu
Zebry
Zagrożony wyginięciem Sęp uszaty
Hipopotamy
Co jakiś czas nasza wyprawa zwalnia. Nie z powodu korków — tu jedynymi „uczestnikami ruchu” są zwierzęta.
Słonie majestatycznie przecinają drogę, zmuszając nas do zatrzymania. I dobrze. To moment, kiedy można zrozumieć skalę — dosłownie i w przenośni.
Niestety, te imponujące stworzenia nie mają dziś łatwego życia. Ich liczebność spada, a obecność na liście gatunków zagrożonych nie jest powodem do dumy, lecz do refleksji.
Żyrafa masajska
Każdy postój staje się okazją do kolejnych obserwacji. Serengeti nie potrzebuje scenariusza ani atrakcji przygotowanych dla odwiedzających. Wystarczy zatrzymać samochód i cierpliwie patrzeć.
Nigdy nie wiadomo, co pojawi się za chwilę. Czasem będzie to stado żyraf, czasem grupa słoni, a innym razem samotny drapieżnik odpoczywający w cieniu. Tutaj to przyroda decyduje o przebiegu widowiska, a nam pozostaje jedynie cieszyć się miejscem w pierwszym rzędzie.
Młody Gepard
Wypoczywający Lampart
Simba 😉
Krokuta (Hiena) cętkowana
Naszą bazą wypadową zostaje Lobo Wildlife Lodge — miejsce położone na skalistym wzgórzu, skąd świat wydaje się jeszcze bardziej rozległy.
Granica z Kenią jest stąd niemal na wyciągnięcie łapy (mojej — raczej krótkiej, ale ambitnej).
Serengeti Mara
Góralek skalny
Noc przynosi deszcz, a poranek — błoto. Nasz kierowca, Mahmut, po doświadczeniach z Tarangire, podchodzi do sprawy z ostrożnością godną chirurga. Unika ryzykownych tras, bo tutaj pomoc nie przyjeżdża „za chwilę”. Tutaj „za chwilę” może oznaczać „może dziś, może jutro”.
A mimo to Serengeti nie każe długo czekać na nagrody.
Wkrótce spotykamy dwa dorodne samce lwa. Jeden z nich spaceruje wzdłuż drogi, kilka metrów od samochodu. Spokojny, pewny siebie, jakby doskonale wiedział, kto naprawdę jest tu gospodarzem.
Ja siedzę cicho — co w moim przypadku jest oznaką najwyższego szacunku.
Król lew 😉
Migracja to zjawisko, które trudno opisać bez popadania w patos — więc spróbuję inaczej.
Wyobraźmy sobie rzekę. Tyle że zamiast wody tworzą ją setki tysięcy zwierząt. Taka rzeka nie trzyma się jednego koryta. Potrafi nagle przeciąć drogę, po chwili zatoczyć szeroki łuk i kilkaset metrów dalej wrócić na tę samą stronę.
Z naszej perspektywy logiki w tym niewiele, ale sensu — ogrom.
Stado gnu przedostające się na drugą stronę drogi
Wielkie stado zwierząt kopytnych
Przed opuszczeniem parku czeka nas mniej romantyczna część przygody: formalności.
Wymeldowanie z parku przeciąga się przez problemy z internetem. Trzy godziny czekania uczą pokory i przypominają, że nie wszystko na świecie działa według zasady „kliknij i gotowe”.
Tutaj obowiązuje prostsza zasada: usiądź i poczekaj.
Lokalny autobus
Kolejnym przystankiem jest Ngorongoro — miejsce, w którym natura pozostawiła po sobie jeden z najbardziej spektakularnych śladów. Dawny wulkan zapadł się pod własnym ciężarem, tworząc ogromną nieckę, będącą od tysięcy lat domem dla niezliczonych gatunków.
To największa na świecie nieaktywna, nienaruszona kaldera. Jej dno leży na wysokości około 1 700 m n.p.m., a ściany wznoszą się nawet o 600 m wyżej.
Wjazd do rezerwatu Ngorongoro
Krater Ngorongoro — 17–21 km średnicy
W głębi krateru znajduje się jezioro znane jako Magadi, zwane przez Masajów Makat, czyli po prostu „sól”.
Jego mleczna barwa to efekt minerałów i popiołu wulkanicznego. W porze deszczowej jezioro zamienia się w prawdziwe ptasie centrum towarzyskie.
Flamingi w jeziorze Magadi
Afrykanie mówią, że słonie są królami świata zwierząt. I kiedy stoi się — powiedzmy — kilka metrów od jednego z nich, trudno się z tym nie zgodzić.
Nawet ja, choć mam w sobie coś z niedźwiedziej odwagi, wolę zachować dystans. Królewskość zobowiązuje.
Od dawna nurtuje mnie pytanie, czy zebra jest biała w czarne paski, czy czarna w białe?
Młode antylopy Gnu
Koronniki zwane rownież żurawiami koroniastymi
Struś masajski
Wypoczywające lwy
Perlice
Na chwilę zatrzymujemy się w Ngoitokitok Picnic Area. Ku naszemu zaskoczeniu działa tu mobilny sklepik.
Cywilizacja w wersji kieszonkowej — napoje, przekąski, szybki handel. Najwyraźniej nawet na krańcu świata wiadomo, że małe przyjemności też mają swoje miejsce w planie podróży.
Lody, kawa i przekąski w najbardziej obfitym w dziką zwierzynę miejscu w Tanzanii
Szczęka hipopotama
Jeśli chodzi o Wielką Piątkę, jesteśmy o włos od kompletu.
Nosorożec pojawił się na horyzoncie w kraterze Ngorongoro, ale był tak daleko, że bez lornetki byłby tylko... hipotezą. Trochę szkoda, ale może to celowy zabieg natury — zostawić coś na następny raz.
Nasza trasa wiedzie dalej do Karatu, gdzie życie toczy się własnym rytmem — bliżej codzienności niż wielkich migracji.
Większość mieszkańców należy do ludu Iraqw — społeczności o bogatej historii i własnej tożsamości.
Emmy należy do szczepu Kushity Iraqw, podobnie jak większość ludności w regionie
Miejscowe dzieciaki
Na koniec odwiedzamy szkołę podstawową Tloma. Jeden z nauczycieli, pan Sule, opowiada nam o realiach edukacji w Tanzanii. Bez upiększeń, bez patosu — konkretnie i szczerze.
I powiem tak: czasem taka lekcja zostaje w głowie dłużej niż widok lwa na wyciągnięcie ręki.
Nauczyciel, pan Sule
Dzieci tańczą i śpiewają na nasze powitanie
Szkolna kuchnia. Tutaj przygotowuje się owsiankę, którą dzieciaki dostają codziennie na śniadanie
Boisko szkolne
Zanzibar
Po bezkresnych równinach przyszedł czas na coś zupełnie innego.
Zanzibar sprawia wrażenie zupełnie innego świata niż kontynentalna część Tanzanii. To jak zmiana rozdziału w książce — nadal ta sama opowieść, ale narracja nagle robi się bardziej aromatyczna, nasycona wilgocią morskiego powietrza i... odrobinę bardziej egzotyczna nawet dla mnie, misia o szerokich horyzontach.
Archipelag, obejmujący wyspy Unguja i Pemba oraz kilka mniejszych, funkcjonuje jako autonomiczna część państwa — z własnym parlamentem, rządem i prezydentem. Czyli w skrócie: mały świat w dużym świecie. I, trzeba przyznać, całkiem dobrze sobie radzi.
Na wybrzeżu
Zanzibar nazywany jest wyspą przypraw — i nie jest to marketingowa przesada. Wizyta na plantacji angażuje wszystkie zmysły.
Kawa, pieprz, goździki, kardamon, cynamon, wanilia… Gdyby zapachy dało się pakować do walizki, miałbym poważny problem z limitem bagażu.
Jesteśmy tam, gdzie pieprz rośnie 😉
Ananas
Goździki
Gałka muszkatołowa
Szczególną uwagę przyciąga roślina o niepozornej nazwie — Arnota. Jej nasiona zawierają naturalny barwnik wykorzystywany w wielu dziedzinach: od farbowania tkanin, aż po produkcję kosmetyków, takich jak szminki.
Lokalnie służy też jako środek leczniczy. Czyli coś w rodzaju wielofunkcyjnego bohatera drugiego planu — niepozorna, ale niezastąpiona.
Naturalna szminka z nasion owocu Arnoty 😂
Koszyczek upleciony z palmowych liści, do którego wkładamy różne przyprawy
Okazuje się jednak, że Zanzibar ma w zanadrzu jeszcze inne skarby. Wśród drzew spotykamy gerezankę trójbarwną — endemiczną mieszkankę archipelagu, której nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie. Przyznam, że widok takiego rzadkiego gościa cieszy bardziej niż kolejna przyprawa do kolekcji.
Gerezanka trójbarwna — gatunek o bardzo wysokim ryzyku wymarcia w niedalekiej przyszłości
Sercem wyspy jest Stone Town — miejsce, które można by nazwać muzeum pod gołym niebem, gdyby nie to, że wciąż żyje własnym rytmem. Arabskie balkony, indyjskie zdobienia, afrykańska energia i europejskie ślady kolonializmu — wszystko to miesza się tu w sposób, który nie tyle tworzy chaos, co raczej... harmonię wielu głosów.
Nie wszystko jednak w Stone Town ma lekką i pachnącą przyprawami historię. Katedra anglikańska stoi w miejscu dawnego targu niewolników. Trudno przejść obok tego obojętnie — zwłaszcza wiedząc, że dokładnie tam, gdzie dziś stoi świątynia, kiedyś decydowano o ludzkim losie w najbardziej brutalny sposób.
To jeden z tych momentów, kiedy nawet najbardziej rozmowny niedźwiadek milknie.
Memoriał w miejscu dawnego targu niewolników
Dawny loch. W tym ciasnym i ciemnym pomieszczeniu przetrzymywano aż do sześćdziesięciu niewolników czekających na sprzedaż
Katedra anglikańska stoi w miejscu wcześniejszego targu niewolników
Kierujemy się teraz do targu Darajani — miejsca, gdzie mieszkańcy zaopatrują się w rzeczy potrzebne na co dzień (i czasem trochę więcej).
W powietrzu unosi się mieszanka zapachów, która niemal prowadzi nas między stoiskami: ryby, tkaniny i przyprawy tworzą aromatyczny kalejdoskop. Wanilia, imbir, goździki, curry, kardamon, gałka muszkatołowa — stoły sprzedawców wyglądają jak paleta szalonego malarza.
Targ rybny
Świeże ryby poukładane na kamiennej podłodze lub na drewnianych klockach, bez chłodzenia
Towary wyłożone na stołach sprzedawców — wspaniała gra kolorów i aromatów
Większość murowanych domów w Stone Town pochodzi z połowy XVIII wieku. Wtedy kwitnąca stolica sułtanatu czerpała swoją potęgę z handlu przyprawami i niewolnikami, wznosząc budowle, które do dziś przypominają o bogactwie i skomplikowanej historii tej wyspy.
Jedna ze wspaniałych budowli
Architektura miasta opowiada własną historię. Szczególnie dobrze widać to w monumentalnych drzwiach — indyjskich, arabskich i suahili — które były czymś więcej niż tylko wejściem do domu. Stanowiły wizytówkę właściciela, jego pozycji i pochodzenia.
Indyjskie drzwi z mosiężnymi kolcami wyglądają wyjątkowo efektownie i majestatycznie. W Stone Town stały się symbolem statusu i bogactwa.
Drzwi indyjskie
Arabskie drzwi mają prostokątny kształt i misternie zdobione ramy. Ich powierzchnie pokrywają płaskorzeźbione ornamenty, a często także wersety z Koranu. Z czasem do tych zdobień dołączyły również mosiężne nity, które stały się kolejnym elementem dekoracyjnym.
Drzwi arabskie
Wnętrze starego, bogatego arabskiego domu
Pałac Sułtana — niegdyś siedziba władcy i centrum rządów (1834–1964), dziś popada w ruinę i grozi zawaleniem.
Działa obronne — pozostałość po portugalskich kolonizatorach
Wśród budowli wyróżnia się Pałac Sułtana w Stone Town — niegdyś centrum władzy, dziś raczej milczący świadek przemijania.
Niedaleko stoi Stary Fort, najstarsza budowla w mieście, która pamięta czasy Portugalczyków i Omańczyków. Kamienne mury, dziedziniec i historia wpisana w każdy fragment — idealne miejsce, by na chwilę przysiąść i udawać, że rozumie się wszystko, co się tu wydarzyło.
Stary Fort
A skoro o historii mowa — trudno pominąć Freddie Mercury. Urodzony tu jako Farrokh Bulsara, spędził dzieciństwo na wyspie, zanim historia zmusiła jego rodzinę do wyjazdu.
Dom, w którym urodził się Freddie Mercury, przyciąga dziś turystów jak magnes. Dla fanów i ciekawskich stał się niemal obowiązkowym punktem wizyty — trochę jak pielgrzymka, tylko z lepszą muzyką w tle. 😉
Dom rodzinny Freddie Mercury'ego
W środku zgromadzono wiele pamiątek związanych z artystą: zdjęcia z dzieciństwa, zapiski dotyczące twórczości oraz przedmioty przypominające o jego scenicznej karierze.
„Nie zamierzam zostać gwiazdą. Zamierzam zostać legendą”
I tak kończy się nasza podróż.
Safari? Udało się. Wielka Piątka — prawie kompletna (nosorożec wciąż gra w chowanego, ale doceniam jego konsekwencję). Wielka Migracja — zobaczona na własne, pluszowe oczy. A Zanzibar? Dodał tej wyprawie smaku, dosłownie i w przenośni.
Bo jeśli Afryka jest opowieścią, to Zanzibar jest jej przyprawą. A ja — cóż — jestem tylko niedźwiadkiem, który miał szczęście jej posmakować.
Klocek