Indie - Radżastan
Kwiecień 2011
Indie — trudno znaleźć drugi kraj, w którym obok siebie spotykają się tak odmienne rzeczywistości. W jednym miejscu błyszczą nowoczesne biurowce i luksusowe samochody, a kilka ulic dalej ludzie żyją skromnie, często w warunkach, które dla przybysza z Europy wydają się niemal niewyobrażalne.
To kraj zamieszkany przez ponad miliard ludzi, mówiących dziesiątkami języków, wyznających różne religie i pielęgnujących własne tradycje. Już wkrótce przekonamy się, że każda podróż przez Indie jest jednocześnie podróżą przez wiele światów.
Większość czasu spędzimy w Radżastanie — krainie fortów, pałaców i pustynnych krajobrazów. Po drodze zahaczymy również o Uttar Pradesh, jeden z najważniejszych i najludniejszych stanów kraju.
Naszą przygodę rozpoczynamy jednak w Delhi. Miasto budzi się wcześnie i od samego rana zdaje się działać na najwyższych obrotach. Ulice wypełniają samochody, skutery, riksze, rowery i piesi, którzy poruszają się według zasad znanych chyba wyłącznie sobie nawzajem. Co zaskakujące, ten chaos funkcjonuje całkiem sprawnie.
Pierwszym celem jest Jama Masjid — największy meczet w Indiach. Monumentalna budowla z czerwonego piaskowca i białego marmuru góruje nad Starym Delhi niczym spokojny obserwator miejskiego zamieszania. Powstał w XVII wieku z polecenia cesarza Szahdżahana, tego samego, który kazał wznieść słynny Taj Mahal.
Meczet Jama Masjid
Przed wejściem wierni dokonują rytualnych obmyć. W pobliżu kręcą się także gołębie, które najwyraźniej uznały, że również powinny uczestniczyć w porannych przygotowaniach. Trudno powiedzieć, czy kieruje nimi duchowość, czy raczej zwykła poranna rutyna i dostęp do wody.
Po chwili przechodzimy w głąb świątyni, gdzie panuje skupienie i głęboka modlitwa.
Po wyjściu z meczetu zanurzamy się w uliczki Starego Delhi.
To prawdziwy labirynt, w którym kolejne sklepiki, warsztaty i stragany zdają się wyrastać jeden z drugiego, a tłum ludzi nieustannie płynie we wszystkich kierunkach..
Wąskie uliczki...
...pełen sklepików, straganów i tłumu ludzi
Kilka ulic dalej uwagę przyciągają sprzedawcy owoców. Pilnują swojego towaru z dużym zaangażowaniem, co szybko okazuje się uzasadnione. W pobliżu czatują małpy, które najwyraźniej wypracowały własny model zaopatrzenia i nie widzą większego sensu w płaceniu za banany.
Cierpliwy obserwator systemu dystrybucji bananów — w wersji bezgotówkowej
Małpy są tylko jednym z wielu uczestników ulicznego spektaklu. Stare Delhi żyje przede wszystkim na ulicach — tutaj prowadzi się interesy, przygotowuje posiłki i dyskutuje o sprawach ważnych oraz zupełnie błahych.
Zwyczajne życie toczy się głównie na ulicach
Przydrożny bar szybkiej obsługi
Nad całym miastem unosi się charakterystyczna mgiełka smogu. Odległe budynki wydają się lekko rozmyte, a słońce przebija się przez powietrze niczym przez cienką, półprzezroczystą zasłonę. Nie jest to jednak zasłona, która coś ukrywa — raczej filtr, przez który Delhi pokazuje jednocześnie swoje kontrasty i swoje problemy. W takim lekko zamglonym krajobrazie ruszamy w stronę India Gate.
Monumentalny łuk triumfalny stoi pośród rozległych trawników i szerokich alei, przypominając nieco swojego paryskiego kuzyna. Powstał jako pomnik ku czci indyjskich żołnierzy poległych podczas służby w armii brytyjskiej, a ich nazwiska do dziś można odnaleźć na kamiennych ścianach budowli.
India Gate
Od bramy rozciąga się szeroka aleja Rajpath. W oddali, ledwie widoczny przez warstwę smogu, majaczy Rashtrapati Bhavan — oficjalna rezydencja prezydenta Indii. Nawet z dużej odległości budynek sprawia wrażenie miejsca stworzonego po to, by podkreślać znaczenie władzy.
Aleja Rajpath
Niedaleko znajduje się również jeden z najważniejszych sikhijskich domów modlitwy w Indiach — Gurudwara Bangla Sahib. Już z daleka uwagę przyciąga złota kopuła odbijająca promienie słońca. Wewnątrz kompleksu panuje spokojna atmosfera, wyraźnie kontrastująca z hałaśliwymi ulicami Delhi.
Sikhizm narodził się w Pendżabie pod koniec XV wieku i od początku podkreślał równość wszystkich wiernych. W świątyni trudno dostrzec oznaki religijnej hierarchii, do której przywykliśmy w wielu innych częściach świata. Wspólnota funkcjonuje dzięki pracy samych wyznawców, a wiele obowiązków wykonywanych jest społecznie. Trzeba przyznać, że takie podejście budzi szacunek.
Gurudwara Bangla Sahib
W świątyni spotykamy niezwykle życzliwych i otwartych ludzi
Przed wejściem zdejmujemy buty i kierujemy się w stronę świętego zbiornika wodnego znajdującego się na terenie gurudwary. Spacer wzdłuż jego brzegu pozwala przyjrzeć się z bliska białym murom świątyni oraz spokojnej architekturze kompleksu, która odbija się w tafli wody.
Sarovar — basen ze „świętą wodą”
Woda ze świątynnej studni jest pita na miejscu lub zabierana do domów
Ruszamy w kierunku Mandawy. Początkowo wydaje się, że czeka nas zwyczajny przejazd autostradą. To złudzenie znika już po kilku minutach.
Indyjskie drogi rządzą się własnymi zasadami. Być może istnieje oficjalny kodeks ruchu drogowego, ale odnoszę wrażenie, że kierowcy traktują go raczej jako zbiór luźnych sugestii niż obowiązujących przepisów.
Na trzypasmowej jezdni każdy kierowca porusza się pasem, który w danym momencie uznaje za najwygodniejszy. Teoretycznie obowiązuje tu ruch lewostronny, ale praktyka bywa znacznie bardziej elastyczna. Ciężarówki często zajmują prawą stronę jezdni, sunąc powoli, obciążone do granic możliwości. Aby je wyminąć, nasz kierowca płynnie przenosi się między pozostałymi pasami, szukając chwilowo wolnej przestrzeni. Z kolei lewy pas, pozbawiony pobocza, służy nierzadko jako miejsce postoju uszkodzonych pojazdów albo bezpośrednie włączenie się do bocznych dróg.
Do tego drogowego krajobrazu dochodzi cały katalog nieprzewidywalnych sytuacji. Wzdłuż autostrady spacerują piesi, od czasu do czasu ktoś przebiega przez jezdnię, a niekiedy na drogę niespodziewanie wkraczają stadka świętych krów. Pojawiają się również przeładowane furmanki zaprzężone w woły lub konie, które spokojnie toczą się poboczem. Zdarza się też, że dostępny fragment pasa „rezerwowego” wykorzystywany jest przez te same furmanki jadące pod prąd, co dodatkowo komplikuje sytuację i całkowicie zaciera intuicyjne zasady ruchu.
Między tym wszystkim lawirują autobusy, samochody osobowe, motocykle i wszystko, co akurat posiada koła oraz odrobinę chęci do jazdy. Nasz kierowca porusza się w tym chaosie z zadziwiającym spokojem człowieka, który podobne warunki uważa za całkowicie normalne.
W takich realiach nawet krótkie odcinki drogi wymagają stałej uwagi, a samo dotarcie do celu bez nieprzewidzianych zdarzeń zaczyna uchodzić za całkiem realne szczęście.
Po drodze regularnie zatrzymujemy się w mniejszych miejscowościach. Takie postoje szybko stają się jedną z przyjemniejszych części podróży. Wystarczy kilka minut, by znaleźć się w samym środku lokalnego życia.
Świeżo wyciskana trzcina cukrowa
Przy jednym ze straganów próbujemy świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej. Kilka ulic dalej z wielkiego woka wyławiane są właśnie gorące samosy. Chrupiące trójkątne pierożki z warzywnym nadzieniem znikają niemal tak szybko, jak trafiają do gorącego oleju.
Już od dawna uważam, że poznawanie świata przez żołądek jest metodą zdecydowanie niedocenianą.
Poboczem głównej szosy podąża słoń-robotnik
Mandawa na pierwszy rzut oka wydaje się niewielkim i niepozornym miasteczkiem. Przez stulecia leżała jednak na ważnych szlakach handlowych przecinających pustynne obszary regionu. Tędy przejeżdżały karawany kupców, a wraz z nimi towary, historie i pomysły przybywające z odległych zakątków Azji.
Centrum miasta zajmuje dawny fort, który dziś pełni funkcję hotelu. Jednak prawdziwym skarbem Mandawy są haweli — bogato zdobione rezydencje kupieckich rodzin. Spacerując ulicami, trudno oprzeć się wrażeniu, że ich właściciele prowadzili kiedyś swoistą rywalizację. Zamiast rywalizować liczbą wielbłądów czy wielkością majątku, prześcigali się w ozdabianiu własnych domów.
Ściany pokrywają setki malowideł. Obok scen z lokalnych legend pojawiają się egzotyczne zwierzęta, motywy roślinne, postacie bóstw i wzory inspirowane odległymi kulturami. Każda fasada wygląda jak osobna opowieść zapisana farbą na tynku.
Haweli w Mandawa
Haweli zdobią liczne freski
Niektóre freski przedstawiają zwierzęta w naturalnej wielkości
Najciekawsze jest jednak to, że wiele z tych budynków wciąż żyje. Za ozdobnymi bramami toczy się zwyczajne codzienne życie — kobiety przygotowują placki naan, ojciec pomaga dziecku w odrabianiu lekcji. Między freskami i zabytkowymi dziedzińcami trwa codzienność.
Wewnątrz Haweli toczy się normalne życie
Brama główna do dawnego brytyjskiego fortu
Mandawa opowiada historię bogactwa kupców, ale Radżastan ma jeszcze wiele innych rozdziałów do pokazania. Ruszamy dalej przez coraz bardziej suche krajobrazy, aż docieramy do Bikaner — jednego z najważniejszych miast na skraju pustyni Thar.
Wśród ulic Bikaneru wyrasta Fort Junagarh — imponująca rezydencja radźpuckich władców. Z zewnątrz sprawia wrażenie surowej twierdzy, ale wystarczy przekroczyć bramę, by znaleźć się w świecie pełnym misternych dekoracji, luster, kolorowych malowideł i bogato zdobionych komnat.
Fort Junagarh
Jedna z marmurowych fasad z koronkowymi okiennicami
Pałacowy ganek główny, zbudowany z włoskiego marmuru Carrara
Sala prywatnych audiencji
To właśnie tutaj szczególnie wyraźnie dostrzegamy kontrasty, o których tyle słyszy się przed przyjazdem do Indii. W cieniu okazałych pałaców i eleganckich rezydencji mieszkają ludzie, którym codzienność stawia znacznie trudniejsze wyzwania.
Przy niektórych ulicach całe rodziny żyją w prowizorycznych schronieniach zbudowanych z kartonów, kawałków materiału i blachy. Inni nocują bezpośrednio na chodnikach lub pod mostami. Takie obrazy pojawiają się nagle, często zaledwie kilkaset metrów od miejsc odwiedzanych przez turystów.
W Indiach bogactwo i bieda ocierają się o siebie na każdym kroku
Spacerując po starym centrum miasta, mam chwilami wrażenie podróży w czasie. Wąskie uliczki, święte krowy przechadzające się między domami, rynsztoki i zabytkowe fasady tworzą krajobraz zupełnie odmienny od tego, do którego przywykliśmy.
Wszystko wydaje się poruszać nieco wolniej, jakby współczesność dotarła tu tylko częściowo.
Haweli w starym mieście
Zaglądamy również do świątyni Seth Bhandashah, najważniejszej dźinijskiej świątyni w mieście. Dźinizm należy do najstarszych religii Indii i od wieków głosi zasadę niekrzywdzenia wszelkich żywych istot.
Wnętrze świątyni zachwyca bogactwem zdobień. Wewnątrz panuje atmosfera spokoju, która skutecznie odcina od zgiełku ulic pozostawionych za murami.
Wnętrze świątyni ozdobione drewnianymi figurami
Po wyjściu zauważam kilka kobiet siedzących przy ulicznym rynsztoku. Na niewielkiej pryzmie piasku czyszczą ogromne metalowe woki, w których później przygotowywane są potrawy sprzedawane na okolicznych straganach.
Przez chwilę obserwuję ich pracę i nagle przypominam sobie samosy, które z takim entuzjazmem zajadałem jeszcze kilka dni wcześniej. Dochodzę do wniosku, że niektóre szczegóły procesu przygotowywania jedzenia zdecydowanie lepiej poznawać już po posiłku niż przed nim.
Niewielka miejscowość Sodakore, położona pośród pustynnych krajobrazów Tharu, staje się naszą bazą wypadową podczas zwiedzania Jaisalmeru i okolic. Nocujemy w kompleksie bungalowów rozrzuconych na terenie rozległego ogrodu. Ogród na pustyni wygląda oczywiście nieco inaczej niż jego europejscy kuzyni — zamiast bujnej zieleni dominują odporne na suszę krzewy i drzewa, ale całość sprawia przyjemne wrażenie oazy spokoju.
Przynajmniej do zmroku.
Wtedy okazuje się, że nasz bungalow ma już stałego lokatora. Jego obecność pozostaje niezauważona przez cały dzień, lecz wraz z nadejściem nocy rozpoczyna on regularny koncert. Świerszcz.
Gdy moi „niepluszowi” próbują zasnąć po całym dniu zwiedzania, niewielki artysta prezentuje repertuar obejmujący prawdopodobnie wszystkie największe przeboje świerszczowej sceny muzycznej. Wykonuje je z godnym podziwu zaangażowaniem i całkowitym brakiem szacunku dla ciszy nocnej.
Uzbrojony w latarkę rozpoczynam więc śledztwo. Po długich poszukiwaniach odnajduję jego kryjówkę w szczelinie pomiędzy framugą a ścianą. Następnego ranka, przy wsparciu mAT'a, udaje się przeprowadzić pokojową „eksmisję”. Nasz lokator trafia do pudełka i zostaje przeniesiony do ogrodu. Nie jest zachwycony tą decyzją, ale zapewniam go, że pojutrze może bez przeszkód wrócić do swojego mieszkania.
Kilka kilometrów dalej znajduje się Jaisalmer — jedno z najbardziej niezwykłych miast Radżastanu. Powstało w XII wieku na ważnym szlaku handlowym przecinającym pustynię. Przez stulecia zatrzymywały się tutaj karawany przewożące towary pomiędzy Indiami, Bliskim Wschodem i Azją Centralną.
Już z daleka łatwo zrozumieć, skąd wzięło się określenie „Złote Miasto”. Zarówno fort, jak i większość zabudowy wzniesiono z żółtego piaskowca, który w ostrym pustynnym słońcu przybiera ciepły, złocisty odcień.
Przed wejściem do miasta zatrzymujemy się przy jeziorze Gadsisar. Dziś jest ono przede wszystkim malowniczym miejscem spacerów, ale przez stulecia stanowiło główne źródło wody dla mieszkańców.
Poziom wody jest niski, dlatego od razu zwracam uwagę na coś dziwnego. Powierzchnia jeziora nieustannie się porusza, jakby woda zaczynała wrzeć. Po chwili zagadka zostaje rozwiązana — to nie jezioro bulgocze, lecz tysiące sumów przeciskających się tuż pod powierzchnią.
Sumy w sztucznym jeziorze Gadsisar
Ryby są tutaj otoczone szczególnym szacunkiem i regularnie dokarmiane przez odwiedzających. Widok jest niezwykły — w pewnym momencie mam wrażenie, że w jeziorze jest więcej sumów niż samej wody.
Stare zabudowania nad brzegiem są zamieszkane
Wokół zbiornika stoją ozdobne pawilony i niewielkie wieżyczki. W porze monsunowej poziom wody podnosi się tak wysoko, że zakrywa schody i sięga aż do platformy. Wtedy wyglądają jak niewielkie wyspy unoszące się na tafli jeziora.
Brzeg wpisuje się w znany już krajobraz Radżastanu
Nad całym miastem góruje Fort Jaisalmer. Potężna twierdza wyrasta ze wzgórza ponad otaczającą ją równiną i jest widoczna z wielu kilometrów.
Przez wieki bogactwo miasta opierało się na handlu karawanowym. Kupcy przewozili tędy przyprawy, tkaniny, metale szlachetne i niezliczone towary pochodzące z odległych zakątków Azji. Gdy znaczenie morskich szlaków handlowych zaczęło rosnąć, pustynne karawany stopniowo straciły swoją dawną rolę. Miasto podupadło, a nowe życie przyniosła mu dopiero turystyka.
Fort Jaisalmer
Haweli Patwon-ki
Część fasady Haweli Nathmal-ki
Dziś fort przypomina żywe muzeum. W przeciwieństwie do wielu podobnych zabytków nie jest jedynie historyczną dekoracją — wciąż mieszkają tutaj ludzie, działają sklepy, warsztaty i niewielkie restauracje.
Wąskie uliczki wewnątrz Fortu
Wąskie uliczki niemal całkowicie pozbawione są ruchu samochodowego. Od czasu do czasu przejedzie jedynie motocykl, ale przez większość czasu panuje tu zaskakujący spokój. Spacerując pomiędzy kamiennymi murami, łatwo wyobrazić sobie czasy, gdy przez bramy fortu przechodziły karawany wielbłądów obładowanych kosztownymi towarami.
W sklepikach wiszą kolorowe tkaniny, haftowane chusty i dywany. W powietrzu mieszają się zapachy przypraw, sandałowca i ulicznego jedzenia. Co pewien czas do tej kompozycji dołącza również mniej egzotyczna woń pozostawiona przez święte krowy, które z pełnym przekonaniem korzystają z prawa swobodnego poruszania się po mieście.
Najciekawsze chwile następują wtedy, gdy człowiek i krowa spotykają się w wyjątkowo wąskim przejściu. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w takich sytuacjach to człowiek zwykle ustępuje pierwszy.
Na terenie fortu odwiedzamy również jedną z dźinijskich świątyń. Jej wnętrze niemal całkowicie pokrywają misternie rzeźbione kamienne dekoracje. Każdy fragment ściany wypełniają figury, ornamenty i drobne detale.
Kamienne figury zdobiące ściany świątyni
Fasada jednej z dwóch wież świątyni
Przy wejściu uwagę przyciąga duża skarbona z wyraźnym napisem informującym, że wszelkie datki należy wrzucać właśnie do niej, a nie przekazywać duchownym.
Kilka kroków dalej stoją jednak dwaj kapłani, którzy z ogromnym zaangażowaniem proponują każdemu odwiedzającemu indywidualne oprowadzanie po świątyni. Są gotowi szczegółowo omówić niemal każdą z setek figur zdobiących wnętrze.
Trudno nie podziwiać ich wytrwałości. Jeszcze trudniej nie zauważyć, że większość turystów po zakończonym oprowadzaniu nagle odczuwa potrzebę okazania wdzięczności w bardziej materialnej formie.
„Altruistyczni” przewodnicy świątynni
Zagłębiamy się w dzielnicę zamieszkaną przez Radźputów. Wąskie przejścia wiją się pomiędzy kamiennymi domami, a tempo życia wydaje się jeszcze wolniejsze niż w pozostałej części miasta.
Przed nami niespiesznie maszeruje niewielkie stado świętych krów, pozostawiających „święty obornik” lądujący u naszych stóp.
Mam coraz silniejsze wrażenie, że w wielu miejscach Indii czas płynie według własnych zasad. Niektóre uliczki mogłyby równie dobrze należeć do innego stulecia. Tylko plastikowe torby i kolorowe opakowania przypominają, że znajdujemy się jednak w XXI wieku.
Niestety, właśnie te śmieci często stają się częścią diety świętych krów. Wiele z nich przeszukuje uliczne odpady w poszukiwaniu jedzenia. Trudno patrzeć obojętnie, gdy zwierzęta połykają razem z resztkami pożywienia worki i folie, które później stają się dla nich śmiertelnym zagrożeniem.
W dzielnicy Radźputów
„Długowąs”
Święte krowy i plastikowe odpady — codzienność indyjskich ulic
Następnej nocy w naszym bungalowie panuje błoga cisza. Eksmitowany dzień wcześniej świerszcz najwyraźniej znalazł sobie nową salę koncertową, dzięki czemu wszyscy możemy wreszcie porządnie wypocząć.
Rano ruszamy na zwiedzanie okolicy. W jednej z pobliskich wiosek spotykamy mieszkańców, którzy witają nas z życzliwością i ciekawością. Kilka uśmiechów wystarcza, by przełamać barierę językową skuteczniej niż najbardziej rozbudowany słownik.
Powitanie na pustyni Thar
Odwiedziny u mieszkańców pustyni
W zagrodzie u naszych gospodarzy
W końcu przychodzi moment, którego trudno uniknąć podczas pobytu na pustyni Thar.
Przejażdżka na wielbłądzie.
Jeden z dromaderów od razu zwraca moją uwagę. Wygląda na spokojnego, doświadczonego i godnego zaufania. Ogłaszam więc, że właśnie on został wybrany do naszej ekspedycji. Sam wielbłąd nie wydaje się szczególnie zainteresowany zaszczytem, ale ostatecznie nie wnosi żadnych zastrzeżeń.
Na garbie
Pustynia Thar
Tym razem zatrzymujemy się w Jodhpur — dawnej stolicy krainy Marwar. Miasto przez stulecia rozwijało się dzięki handlowi i strategicznemu położeniu na ważnych szlakach przecinających zachodnie Indie.
Już z daleka łatwo zauważyć, skąd wzięło się określenie „Błękitne Miasto”. Tysiące domów pomalowano na różne odcienie niebieskiego. Dawniej kolor ten kojarzony był głównie z rodzinami braminów, dziś jednak rozprzestrzenił się znacznie szerzej i stał się jednym z symboli miasta.
Niebieskie miasto widziane z twierdzy
Nad całą okolicą góruje potężny Fort Mehrangarh. Wzniesiony na skalistym wzgórzu wygląda bardziej jak naturalna część krajobrazu niż dzieło człowieka. Kamienne mury dominują nad miastem i dobrze pokazują, dlaczego przez wieki twierdza uchodziła za nie do zdobycia.
Fort Mehrangarh
Mehrangarh jest jednym z największych fortów w Indiach
Podczas zwiedzania trafiamy do jednej z pałacowych sal, gdzie grupa młodych muzyków wykonuje tradycyjne utwory na lokalnych instrumentach.
Na podłodze rozłożone są dywany i wygodne wałki pod głowę. Nie trzeba nas długo namawiać — wkrótce leżymy wygodnie, wsłuchując się w powolne, hipnotyzujące melodie.
Minuty mijają niepostrzeżenie.
Po godzinie orientujemy się, że właściwie przestaliśmy zwiedzać, a zaczęliśmy po prostu odpoczywać. Opuścić to miejsce przychodzi nam z ogromnym trudem.
Cały kompleks pełni obecnie funkcję muzeum
Jeden z przejazdów przerywa nam niecodzienny widok. Przy ogromnym drzewie rosnącym tuż przy drodze trwa uroczystość religijna. Płonie święty ogień, składane są ofiary, a w tle rozbrzmiewa muzyka.
Po chwili dostrzegam najbardziej niezwykły element całej ceremonii — motocykl zawieszony na gałęzi drzewa.
Jak się okazuje, miejsce upamiętnia tragicznie zmarłego motocyklistę. Wokół pojazdu zawieszono dzwoneczki, ozdoby i lampiony, tworząc osobliwe połączenie pomnika, sanktuarium i lokalnej legendy.
Uroczystości na cześć zmarłego motocyklisty
Muzykant
Kilkadziesiąt kilometrów dalej czeka już Ranakpuru. Niewielka miejscowość skrywa jeden z największych skarbów architektury dźinijskiej w całych Indiach.
Już po przekroczeniu bramy świątyni trudno uwierzyć własnym oczom. Wnętrze przypomina kamienny las. Setki marmurowych filarów pokrywają misterne ornamenty, a każdy z nich wygląda nieco inaczej.
Podobno jest ich dokładnie 1 444.
Spacerując pomiędzy kolumnami, szybko przestaję liczyć. Choć nie brakuje mi cierpliwości, uznaję, że ktoś wykonał tę pracę już przede mną.
Szczególną uwagę zwraca jeden lekko przechylony filar. Według miejscowej tradycji pozostawiono go celowo jako przypomnienie, że doskonałość nie należy do ludzi.
Świątynia zachwyca również światłem. Promienie słońca wpadają przez liczne otwory i dziedzińce, dzięki czemu wnętrze pozostaje jasne bez potrzeby używania sztucznego oświetlenia.
Dźiniztyczna świątynia w Ranakpur
Misternie zdobione filary z motywami kwiatowymi
Podczas kolejnego postoju moją uwagę przyciągają dziwne urządzenia napędzane przez woły krążące cierpliwie w kółko. Po chwili odkrywam, że są to tradycyjne mechanizmy służące do pompowania wody i nawadniania pól.
Patrzę na nie przez dłuższą chwilę i dochodzę do wniosku, że czasem najprostsze rozwiązania okazują się najbardziej trwałe — zwłaszcza jeśli od kilku stuleci wykonują dokładnie tę samą pracę i wciąż nie zamierzają przejść na emeryturę.
Czerpanie i noszenie wody należy do kobiecych zajęć
Udaipur często nazywane jest Wenecją Wschodu albo Wenecją Indii. Po kilku godzinach spędzonych w mieście łatwo zrozumieć, skąd wzięły się te porównania. Po dniach podróży przez suche i zakurzone miasta Radżastanu nagle pojawia się woda — i to dużo wody. Jeziora, kanały i otaczająca je zieleń sprawiają, że krajobraz zmienia się niemal nie do poznania.
Nad brzegiem jeziora Pichola wznosi się imponujący Pałac Miejski. Przez stulecia był siedzibą władców Mewaru, a dziś pełni funkcję muzeum i częściowo luksusowego hotelu. Kompleks rozbudowywano przez niemal 400 lat, dlatego poszczególne pałace przypominają architektoniczną kronikę kolejnych pokoleń maharanów.
Kompleks pałacowy
Pałac miejski w Udaipur
Udaipur sprawia również wrażenie miasta zamożniejszego od wielu innych miejsc, które odwiedziliśmy w Radżastanie. Na ulicach nie spotykamy tylu żebraków, a życie wydaje się płynąć spokojniej i dostatniej. Nie oznacza to jednak, że zniknęły tu społeczne podziały. Tradycyjny system kastowy przez długi czas określał nawet tak codzienne zajęcia jak pranie, które należało do obowiązków najniżej usytuowanych grup społecznych.
W trakcie podróży temat kast powraca w rozmowach i obserwacjach. Oficjalnie współczesne Indie zakazują dyskryminacji ze względu na pochodzenie społeczne, jednak w praktyce dawne podziały nadal bywają obecne w wielu aspektach codziennego życia.
Pranie w systemie kastowym uznawane jest za czynność „nieczystą” — wykonują je kobiety z kasty dalitów
Dziewczynka z kasty dalitów zbiera śmieci i butelki
Spacerując po mieście, co chwilę trafiamy na mosty i nabrzeża, które jeszcze bardziej wzmacniają skojarzenia z włoską Wenecją.
Najsłynniejszym widokiem pozostaje jednak Pałac na Wodzie, usytuowany na wyspie Jag Niwas. Dawna letnia rezydencja władców Mewaru należy dziś do najbardziej rozpoznawalnych symboli Indii i regularnie pojawia się na pocztówkach, folderach turystycznych oraz okładkach przewodników.
Miasto otrzymało przydomek „Wenecja wschodu”
Pałac wodny na jeziorze Pichhola
Niedaleko jeziora znajduje się Saheliyon-ki-Bari, czyli Ogród Dziewic. Według tradycji został podarowany królowej i jej damom dworu przez maharanę Sangrama Singha. Trudno powiedzieć, czy był to przejaw romantyzmu, czy raczej dobrze przemyślana inwestycja w domowy spokój, ale efekt do dziś robi wrażenie.
Za wysokim murem oplecionym bugenwillami ukryto ozdobne baseny, pawilony i marmurowe fontanny. Woda spływa tu z niezwykłą pomysłowością — raz przypomina delikatny deszcz, innym razem wytryskuje z trąb marmurowych słoni albo rozchodzi się po tafli stawu pokrytego kwiatami lotosu.
Nieco głębiej w parku, na uboczu, znajduje się tak zwana fontanna monsunowa. Strumienie wody spadają na wielkie liście roślin, tworząc złudzenie tropikalnego deszczu.
Basen kąpielowy
Fontanna w ogrodzie Saheliyon-ki-Bari
Udaipur jeszcze przez chwilę towarzyszy nam za oknem, odbijając się w wodach jeziora Pichola. Wkrótce jednak opuszczamy miasto i ruszamy na północ, gdzie między wzgórzami Aravalli czekają kolejne ślady dawnego Radżastanu.
Po drodze zaglądamy do świątyń Sas-Bahu, pochodzących z przełomu X i XI wieku. Choć nie należą do największych zabytków regionu, zachwycają bogactwem dekoracji.
Trudno znaleźć fragment ściany, filaru czy sklepienia, który nie zostałby ozdobiony rzeźbami. Kamień wygląda tutaj bardziej jak misterna koronka niż materiał budowlany.
Świątynie Sas-Bahu
Bogato zdobione wnętrze świątyni Sas-Bahu
W końcu docieramy do niewielkiej stacji w Khambli Ghat, gdzie przesiadamy się do lokalnego pociągu jadącego do Deogarh. Skład porusza się w tempie, które pozwala dokładnie obejrzeć każdy krzak przy torach.
Dla miejscowych to zwykły środek transportu, dla nas natomiast okazja do obserwowania codziennego życia.
Dworzec kolejowy Khambli Ghat
W przedziałach szybko stajemy się obiektem zainteresowania. Pasażerowie zaglądają, uśmiechają się i próbują nawiązać rozmowę. Przez wagon regularnie przechodzą sprzedawcy przekąsek.
Jeden z nich oferuje drobno pokrojone warzywa podawane na kawałku gazety, a zamiast łyżeczki wręcza odpowiednio zwinięty fragment tego samego papieru. Tym razem postanawiam zachować ostrożność kulinarną, choć muszę przyznać, że pomysłowości nie można mu odmówić.
„Serwis kolejowy” proponuje przekąski z warzyw
Nasz guide Yogendra nie ma jednak nic przeciwko farbie drukarskiej
Dziewczynka z wielkimi oczami
W leniwym tempie regionalnej kolei docieramy do Deogarh. Miasto było niegdyś siedzibą lokalnej szlachty zwanej Rawatami, która władała tymi terenami. Ich posiadłości, określane mianem thikana, pełniły funkcję niewielkich, prywatnych rezydencji obronnych. Najbardziej okazałą z nich jest Deogarh Mahal.
Dziś mieści się tutaj hotel, ale wciąż łatwo wyobrazić sobie czasy, gdy po dziedzińcach spacerowali właściciele ziemscy, a o statusie rodu świadczyły bogato zdobione sale i rozległe pałacowe tarasy.
Hotel Deogarh Mahal
Deogarh — typowe życie na ulicy
Jeden z licznych zakładów krawieckich w Deogarh
Zakład „prasowniczy“ — prostsza wersja magla
Przed ołtarzem Hanumana — boga małpy
Pushkar należy do tych miejsc, które sprawiają wrażenie starszych niż czas. Leży na skraju pustyni Thar, wokół świętego jeziora, które od wieków przyciąga pielgrzymów, kupców i podróżników. Według hinduistycznych wierzeń jest to jedno z najważniejszych miejsc związanych z Brahmą — bogiem stwórcą. To właśnie tutaj znajduje się jedna z nielicznych świątyń poświęconych temu bóstwu.
Od najdawniejszych czasów jezioro było bezcennym źródłem wody dla ludzi przemierzających pustynne szlaki. Z czasem wokół jego brzegów wyrosły świątynie, ghaty i miejsca kultu.
Przez stulecia przybywali tu nie tylko wyznawcy hinduizmu, ale również dźiniści, sikhowie, a nawet niektórzy muzułmańscy władcy. Historia nie zawsze obchodziła się z Pushkarem łagodnie. W czasach muzułmańskiego panowania część hinduistycznych świątyń została zniszczona. Niektóre z nich odbudowano jednak w następnym stuleciu.
Pustynny transport w wersji tradycyjnej
Już od pierwszych chwil mam wrażenie, że trafiliśmy do miejsca zawieszonego pomiędzy rzeczywistością a legendą. Ruch samochodowy praktycznie nie dociera w okolice jeziora, więc uliczki należą do pieszych, pielgrzymów, krów i wszechobecnych handlarzy.
Wędrujemy powoli wśród tłumu ludzi zmierzających ku świętej wodzie. W powietrzu mieszają się zapachy kadzideł, przypraw i dymu. Co chwilę mijamy niewielkie stoiska z religijnymi pamiątkami oraz sadhu — świętych mężów, którzy rozdają błogosławieństwa, wodę lub po prostu dobre rady. Nie jestem pewien, czy te ostatnie działają lepiej niż pierwsze dwa, ale zainteresowanie jest spore.
Nagle tłum rozstępuje się przed konduktem żałobnym. Kilkudziesięciu ludzi ubranych na biało niesie ciało zmarłego w kierunku miejsca kremacji. Drogę przed nimi pokrywają kwiaty i kolorowe proszki unoszące się w powietrzu niczym barwna mgła. Towarzyszą temu śpiewy i muzyka, które dla przybysza z Europy brzmią jednocześnie uroczyście i niezwykle egzotycznie. W takich chwilach łatwo zrozumieć, że w Indiach granica między codziennością a duchowością bywa bardzo cienka.
Sadhu rozdający „świętą wodę”
Na jednym z placów dostrzegamy figurę Brahmy siedzącego na lotosowym tronie. W hinduizmie tworzy on wraz z Wisznu i Śiwą boską triadę zwaną Trimurti. Co ciekawe, mimo swojej roli stwórcy nie należy dziś do najczęściej czczonych bóstw, co tylko zwiększa wyjątkowość Pushkaru.
Figura Brahmy na tronie z lotosu
Brahma na słoniu oraz Ganesza (z lewej) i Kryszna (z prawej)
Kolejnym etapem podróży jest Jaipur — stolica Radżastanu i zarazem największe miasto tego stanu. Nazywane jest „Różowym Miastem” za sprawą charakterystycznej barwy zabudowy starego centrum. Kolor ten pojawił się w XIX wieku przed wizytą brytyjskiego następcy tronu i tak bardzo spodobał się mieszkańcom, że pozostał do dziś.
Wjazd do miasta przypomina stopniowe przechodzenie z pustynnej prowincji do świata dawnych maharadżów. Nad taflą jeziora Man Sagar unosi się Jal Mahal — pałac wyglądający tak, jakby wyrastał prosto z wody.
Pałac Jal Mahal
W samym centrum miasta znajduje się Pałac Miejski, będący jednym z najlepszych przykładów połączenia architektury radźpuckiej i mogolskiej.
Jedna z bram pałacowych
Sala audiencji publicznych
W jego sąsiedztwie wznosi się równie niezwykły kompleks Jantar Mantar. To nie obserwatorium w europejskim rozumieniu tego słowa, lecz zbiór monumentalnych instrumentów astronomicznych wykonanych z kamienia.
Spacerując między nimi, mam wrażenie, że trafiłem na gigantyczny plac zabaw stworzony przez astronoma z wyjątkowo bujną wyobraźnią.
W obserwatorium znajduje się największe na świecie astrolabium
Astrolabium to przyrząd służący do wyznaczania położenia ciał niebieskich nad horyzontem
Samrat jantra, największy na świecie zegar słoneczny
Urządzenia pomiarowe w Jantar Mantar
Jaipur pełen jest budowli, które wydają się rywalizować o uwagę przyjezdnych. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych pozostaje Hawa Mahal, czyli Pałac Wiatrów. Jego ażurowa fasada przypomina ogromną kamienną koronkę. Dzięki setkom niewielkich okien wnętrza pozostawały przyjemnie chłodne nawet podczas największych upałów.
Pałac Wiatrów (Hawa Mahal) z końca XVIII wieku
Muzeum Albert Hall
Niedaleko miasta wznosi się Fort Amber, dawna siedziba władców Radżastanu. Rozbudowywany przez stulecia, stał się imponującym połączeniem twierdzy, pałacu i reprezentacyjnej rezydencji.
Szczególne wrażenie robi Ganesh Pol — bogato zdobiona brama pokryta tysiącami ornamentów. Trudno uwierzyć, że przez jej misternie rzeźbione okna królewskie damy dworu obserwowały niegdyś uroczyste parady i obsypywały maharadżę płatkami róż.
Brama Ganesh Pol
Fort Amber
Zaklinacz węży
Krótki postój w jednej z niewielkich miejscowości ponownie daje nam okazję do nawiązania bezpośredniego kontaktu z mieszkańcami. Jak zwykle okazuje się, że największą atrakcją nie jesteśmy my dla nich, lecz oni dla nas.
Fast Food w indyjskim wydaniu
Lokalne centrum życia towarzyskiego
Droga prowadzi nas dalej do Parku Narodowego Ranthambore. To jedno z najbardziej znanych miejsc ochrony tygrysów w Indiach. Przez lata uchodziło za wzorcowy przykład skutecznej ochrony przyrody, choć nie ominęły go problemy związane z kłusownictwem.
Dziś rozległe lasy i wzgórza rezerwatu pozostają jednym z najlepszych miejsc w kraju do obserwacji tych wielkich kotów.
Rano wsiadamy do samochodu terenowego i ruszamy na poszukiwanie największego skarbu Parku Narodowego Ranthambore — tygrysa bengalskiego. Kierowca, pełniący jednocześnie rolę przewodnika, informuje nas, że będziemy poruszać się szlakiem nr 4.
mAT nauczył się już wiązać indyjski turban i tak ułożył go na mojej głowie
Na terenie parku żyją oczywiście nie tylko tygrysy. Podczas safari obserwujemy wiele innych gatunków zwierząt zamieszkujących ten rozległy obszar chroniony.
Jeleń aksis (czytal)
Ibis
Niespodziewanie na poręczy wzmacniającej konstrukcję naszego samochodu siada zupełnie bez obaw srokówka. Ten sympatyczny ptak należy do gatunku bardzo licznie występującego w okolicy.
Srokówki są niezwykle ufne i odważne — chętnie zbliżają się do pojazdów, a jeśli zaoferuje się im smakołyk, bez większych oporów jedzą prosto z ręki.
Srokówka
Hulmany z rodziny koczkodanowatych
Po pewnym czasie kierowca otrzymuje przez radio wiadomość, że nad jeziorem Rajbagh Talao zauważono tygrysa. Natychmiast zmieniamy kierunek jazdy i ruszamy na miejsce. Gdy docieramy nad brzeg jeziora, stoi tam już wiele innych samochodów, niektóre wypełnione po brzegi turystami. Każdy kierowca, licząc na hojny napiwek, próbuje przecisnąć się jak najbliżej wody, aby zapewnić swoim pasażerom najlepszy widok na zwierzę, którego... nikt tak naprawdę nie widzi.
W powietrzu unoszą się kłęby spalin, samochody ocierają się niemal o siebie, a atmosfera staje się coraz bardziej nerwowa. Wytężamy wzrok, próbując dostrzec cokolwiek pośród wysokich trzcin i gęstej roślinności. Niektórzy kierowcy wyłączają silniki, inni pozostawiają je na biegu jałowym, najwyraźniej nie przejmując się faktem, że znajdują się w samym sercu parku narodowego.
Nagle po drugiej stronie jeziora coś porusza się w wysokich szuwarach. Wśród obserwatorów przebiega fala ekscytacji. Aparaty fotograficzne błyskawicznie wędrują do oczu, ludzie podnoszą się z siedzeń i próbują znaleźć lepsze miejsce do obserwacji. Przez krótką chwilę wydaje mi się, że dostrzegam coś przypominającego tygrysi ogon, lecz równie dobrze może to być złudzenie.
Czekamy jeszcze przez dłuższy czas, lecz po chwili w szuwarach znów zapada cisza. W końcu kierowca podejmuje decyzję o powrocie do lodge'a. Po tej niezwykle „owocnej” obserwacji największej atrakcji parku wracamy mocno rozczarowani.
Podczas obiadu dochodzimy do wniosku, że tygrysy były przecież jednym z głównych powodów naszej podróży do Indii. Być może nigdy więcej nie będziemy mieli okazji odwiedzić tego miejsca. Postanawiamy więc wykupić jeszcze jedno safari na popołudnie.
Przy rezerwacji mAT wyraźnie zaznacza, że chcemy pojechać inną trasą.
— Chcielibyśmy uniknąć szlaku nr 4. Byliśmy tam już dziś rano i nie udało nam się zaobserwować tygrysa.
— To da się zorganizować — odpowiada hotelowy pośrednik.
Opłatę za miejsca w samochodzie trzeba oczywiście uiścić z góry. Tuż przed podpisaniem dokumentów mAT jeszcze raz podkreśla:
— Ale na pewno nie szlak nr 4, okay?
— Żaden szlak nr 4 — zapewnia pośrednik.
Po południu pod hotel podjeżdża kolejny samochód terenowy. Obok kierowcy siedzi anglojęzyczny przewodnik. Razem z nami podróżują również dwie młode Szkotki.
Po krótkim przywitaniu przewodnik oznajmia:
— Dzisiaj pojedziemy szlakiem nr 4.
Patrzymy po sobie z niedowierzaniem.
Niedługo później ponownie docieramy nad jezioro Rajbagh Talao. Sceneria wygląda niemal identycznie jak kilka godzin wcześniej. Nad brzegiem stoją dziesiątki samochodów, kierowcy przepychają się o najlepsze miejsca, w powietrzu unoszą się spaliny, a turyści z nadzieją wypatrują zwierzęcia, którego nie widać.
Tygrys najwyraźniej ma zupełnie inne plany niż organizatorzy safari.
Wracamy do lodge'a równie bogatsi o doświadczenia, co ubodzy w obserwacje tygrysów. Biuro pośrednika jest już zamknięte...
Ponownie witają nas hulmany...
... i aksisy czytale...
...oraz młode sambary indyjskie
Do „komitetu powitalnego” należą również dostojny paw...
...i krokodyl błotny — tygrysa jednak brak
Do miasta Fatehpur Sikri w stanie Uttar Pradesh jedziemy pociągiem.
Do planowanego odjazdu pozostało jeszcze sporo czasu, więc spacerujemy wzdłuż peronu, próbując uciec przed wszechobecnym odorem unoszącym się w dusznym, nieznośnym upale.
Ludzkie odchody zalegające w regularnych odstępach pomiędzy torami kolejowymi powoli ulegają rozkładowi, a unosząca się wokół woń wypełnia całą okolicę. Ten wyjątkowy „aromat” przyciąga naturalnie niezliczone chmary much, które po obfitej uczcie obierają nas sobie za miejsce odpoczynku.
Równie liczne tłumy ludzi nieustannie przewijają się przez peron. Większość z nich zagaduje nas życzliwie i z ciekawością.
Do kalejdoskopu doznań dochodzi jeszcze megafon zapowiadający przyjazdy i odjazdy pociągów. Jego natężenie dźwięku można porównać do detonacji indyjskiej bomby atomowej o wdzięcznej nazwie „Smiling Buddha”.
Gdy tylko rozlega się komunikat, drży cała okolica, perony wpadają w rezonans, a błony bębenkowe przechodzą próbę wytrzymałości.
Ludzie zaczepiają nas ze wszystkich stron, muchy krążą wokół z nieustępliwą determinacją, a kolejne komunikaty spadają na nas niczym kolejne bomby. Jesteśmy o krok od szaleństwa.
Na szczęście wreszcie nadjeżdża oczekiwany pociąg.
Pierwsza klasa okazuje się przypominać standardem drugą klasę podrzędnego pociągu PKP z lat osiemdziesiątych, z tą jedną różnicą, że działa klimatyzacja.
Wagon, jak niemal każde miejsce w Indiach, jest pełen ludzi, jednak obowiązuje system miejscówek, dzięki czemu nie trzeba walczyć o miejsce siedzące.
W wagonie znajdują się dwie toalety — indyjska i europejska. Ta pierwsza to po prostu duży otwór w podłodze oraz dwa wyznaczone miejsca na stopy, wskazujące, gdzie należy przykucnąć, aby nie chybić celu i nie wypaść przy okazji pod pędzący wagon.
Wersja europejska różni się jedynie tym, że na owym otworze zamontowano miskę sedesową, która dawno utraciła swój pierwotny blask.
Co ciekawe, spośród tych dwóch rozwiązań toaleta indyjska sprawia wrażenie bardziej higienicznej.
To z kolei pozwala łatwo wyjaśnić pochodzenie charakterystycznego pasa odchodów ciągnącego się pomiędzy torami na niemal każdej stacji kolejowej.
Fatehpur Sikri jest dawną stolicą Wielkich Mogołów, wybudowaną w 1571 roku na miejscu niewielkiej wioski Sikri.
Miasto zostało opuszczone prawdopodobnie z powodu problemów z zaopatrzeniem w wodę pitną, a stolicę imperium przeniesiono do Lahauru.
Ruszamy zwiedzać wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO zespół architektoniczny dawnej stolicy.
Po drodze mijamy liczne stragany, przy których sprzedawcy usiłują przekonać nas, że właśnie teraz nadeszła najlepsza, a zarazem ostatnia okazja do zakupu pocztówek, zabawek, tekstyliów i wszelkiego rodzaju pamiątek.
Innymi słowy — rzeczy leżących całkowicie poza kręgiem naszych zainteresowań.
Pozostajemy odporni na te niejednokrotnie bardzo energiczne namowy i już po chwili docieramy do pierwszej imponującej budowli — Bramy Zwycięstwa.
Buland Darwaza — Brama Zwycięstwa
Diwan-i-Khas — hala prywatnych audiencji
Zostawiamy za sobą Fatehpur Sikri — dawną, choć krótko używaną stolicę Wielkich Mogołów — i ruszamy w stronę Agry.
Pociąg sunie przez wysuszony krajobraz Radżastanu i Uttar Pradesh, a po drodze powoli zmienia się nie tylko otoczenie, ale i rytm podróży. Z każdym kilometrem coraz wyraźniej czuć, że zbliżamy się do miejsca, które przez stulecia stanowiło jedno z najważniejszych centrów imperium.
Historia Agry sięga czasów sułtanatu delhijskiego. To właśnie sułtan Sikandar Lodhi uczynił ją stolicą swojego państwa.
W 1526 roku miasto zostało zdobyte przez Babura, założyciela dynastii Wielkich Mogołów, który ustanowił tu stolicę nowego imperium.
Jego wnuk, Akbar Wielki, rozpoczął w 1565 roku budowę potężnego fortu, który stał się centrum administracyjnym i politycznym państwa. Za jego panowania Agra przeżywała okres największego rozkwitu i należała do najważniejszych miast Azji.
Podobnie jak Chichén Itzá w Meksyku, Machu Picchu w Peru czy piramidy w Gizie, również Taj Mahal przyciąga każdego dnia ogromne tłumy turystów. Aby uniknąć największego natężenia ruchu, postanawiamy odwiedzić go już o świcie.
Przy wejściu do kompleksu znajdują się posterunki policji oraz urządzenia kontrolne przypominające lotniskowe bramki bezpieczeństwa. Lista przedmiotów zakazanych okazuje się bardzo długa. Ku mojemu przerażeniu znajdują się na niej również pluszaki.
Podczas kontroli plecaka Mojej Basi zostaję natychmiast wykryty. Funkcjonariusze wskazują stojący obok kosz, w którym leży już całkiem pokaźna kolekcja pluszowych nieszczęśników, i sugerują, abym dołączył do swoich pechowych kuzynów.
Moi „niepluszowi” stanowczo odmawiają.
Taka reakcja spotyka się z całkowitym niezrozumieniem ochroniarzy. Oświadczają, że w takim razie nie zostanę wpuszczony na teren obiektu.
mAT odpowiada spokojnie, że jeśli ja nie mogę wejść, to on również pozostanie na zewnątrz. Dodaje przy tym, że nie przyjechał do Indii oglądać budowli widocznej na niemal każdej pocztówce i fotografii. Jego największym marzeniem było zobaczenie tygrysa bengalskiego na wolności, a tej szansy, jak uważa, już wcześniej go pozbawiono.
Nasz przewodnik Yogendra wyraźnie czuje się zakłopotany. Zdaje sobie sprawę, że od początku podróży wszędzie przemieszczamy się razem i powinien był uprzedzić nas o obowiązujących zasadach.
Aby rozładować sytuację, proponuje rozwiązanie kompromisowe. Odda mnie pod opiekę jednemu ze sprzedawców przy pobliskich straganach, a po zakończeniu zwiedzania zostanę odebrany.
Z wielkimi oporami i ku mojej rozpaczy moi „niepluszowi” zgadzają się na ten plan.
W ten sposób trafiam na stoisko z owocami, gdzie czekam w towarzystwie mango i bananów, martwiąc się, czy na pewno zostanę odebrany.
Na szczęście po pewnym czasie wracają.
W podziękowaniu za opiekę zamawiają u sprzedawcy świeżo wyciskane soki, które wspólnie wypijamy na znak szczęśliwego zakończenia całej historii.
Moja Basia informuje mnie później, że niewiele straciłem. Choć Taj Mahal rzeczywiście robi ogromne wrażenie swoją monumentalną architekturą, jego wnętrze jest niemal puste. Centralnym punktem jest marmurowy cenotaf Mumtaz Mahal — ukochanej żony cesarza Szahdżahana. To właśnie dla niej powstał cały ten imponujący grobowiec.
Taj Mahal w pierwszych promieniach słońca
Czerwony Fort to kompleks budowli obronnych i pałacowych, którego budowę rozpoczął w 1565 roku władca dynastii Wielkich Mogołów — Akbar. Do dziś część zabudowań wykorzystywana jest w celach militarnych i pozostaje zamknięta dla zwiedzających.
Twierdza ma kształt półksiężyca. Zarówno mury, jak i większość budynków wewnątrz fortu wykonano z cegły pokrytej płytami czerwonego piaskowca, od którego obiekt wziął swoją nazwę.
Dwie wielkie bramy, Brama Delhi i Brama Lahore, umożliwiają wejście na teren tego ogromnego kompleksu. Wewnątrz znajdują się reprezentacyjne budowle pałacowe z czasów Szahdżahana, a także meczety i ogrody.
Styl harmonijnie łączy elementy architektury islamskiej i hinduistycznej. Wzniesione w XVII wieku budowle pałacowe pokryto w całości białym marmurem i ozdobiono kamiennymi oraz szklanymi mozaikami.
Mury fortu osiągają wysokość 21 m
Delhi Gate — jedna z dwóch bram
Część kompleksu Jahāngīri Mahal (Pałacu Dżahangira)
Na terenie fortu żyją oswojone i bardzo sympatyczne wiewiórki ziemne (Afrowiewiórki pręgowane), które podchodzą i jedzą z ręki, jeśli zaoferuje się im coś smacznego. To tłumaczy dużą liczbę handlarzy „wiewiórczych smakołyków” przed wejściem do fortu.
Moja Basia częstuje wiewiórkę
Jahāngīri Mahal (Pałac Dżahangira) — prywatna rezydencja zbudowana przez Akbara dla syna
Misternie zdobiona fasada
Z okna Czerwonego Fortu podziwiam Taj Mahal, do którego nie zostałem wpuszczony. Na pocieszenie zostaje mi jego miniaturowa wersja — makieta, przy której mogę spędzić chwilę zupełnie sam, bez żadnych zakazów.
Khas Mahal — pałac Akbara
Moti Masjid (Meczet Perłowy) — uważany za jeden z najpiękniejszych meczetów Indii
Po Czerwonym Forcie wracamy na rozgrzane ulice Agry.
Wsiadamy do motorykszy i oddajemy stery miejskiej logistyce — tej opartej na klaksonach, intuicji i szczęściu. Kierujemy się w stronę kolejnego punktu na mapie dnia: Itmad-ud-Daula — niewielkiego mauzoleum z połowy XVII wieku.
Obiekt przypomina nieco Taj Mahal, jest jednak zdecydowanie mniejszy i znacznie rzadziej odwiedzany.
Główna brama do kompleksu Itmad-ud-Daula
Mauzoleum Itmad-ud-Daula
Nisza okienna wzorowana na perskich standardach
Indie to niezwykle fascynujący kraj, który przyciąga podróżników z całego świata.
Warto jednak zauważyć, że panujące tam standardy i zwyczaje różnią się diametralnie od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni na co dzień.
Radżastan jest tylko jednym z wielu interesujących regionów tego rozległego kraju i uchodzi za jedną z najbardziej barwnych jego części.
To miejsce, które na długo pozostaje w pamięci jako przestrzeń pełna kontrastów i niespodzianek — zarówno pozytywnych, jak i zupełnie nieoczekiwanych.
Klocek