Malezja
Wrzesień 2022
Jeszcze nie opadły emocje po spotkaniach oko w oko z szympansami i gorylami, a już ruszamy dalej, nie zwalniając tempa.
Tym razem na celowniku pojawiają się kolejni mieszkańcy świata wielkich małp: orangutany. Te rudowłose samotniki żyją dziś wyłącznie w dwóch miejscach na świecie — na Sumatrze oraz na Borneo, podzielonym między Indonezję i Malezję. I właśnie dlatego nasza wyprawa obejmuje nie tylko Półwysep Malajski, lecz także malezyjską część Borneo.
Półwysep Malajski
Rozpoczynamy przygodę w Kuala Lumpur — miejskiej dżungli nad rzeką Klang, gdzie chaos ulic i wieżowców tworzy swój własny rytm.
Sama nazwa brzmi dla europejskiego ucha jak zaklęcie z dżungli — sprawdzałem, na komary nie działa — a w rzeczywistości oznacza całkiem przyziemne „błotnisty zbieg” lub „błotniste ujście”. Chodzi o miejsce, gdzie rzeka Klang spotyka się z niepozorną Gombak.
Mało romantycznie? Być może. Ale od czegoś trzeba zacząć — nawet wielkie przygody czasem rodzą się w błocie.
Maszt flagowy na Placu Niepodległości ma 95 m — jeden z najwyższych na świecie
Miasto od pierwszego spojrzenia sprawia wrażenie, jakby ktoś układał je trochę na żywioł. Kuala Lumpur to klasyczna azjatycka mieszanka: tu wieżowce błyszczą szkłem i stalą, tam nagle wyrastają starsze dzielnice, każda z własnym charakterem i historią. Chaos? Owszem. Ale taki, który wciąga. Bo właśnie w tych kontrastach kryje się cały urok miejsca.
Kuala Lumpur od dziesięcioleci pozostaje jednym z najbardziej wielokulturowych miast Azji Południowo-Wschodniej. Spotykają się tu Malajowie, Chińczycy, Hindusi oraz liczne społeczności przybyszów z innych części Azji i świata.
Ta różnorodność nadaje Kuala Lumpur wyjątkowy charakter. Każdy zakątek potrafi zaskoczyć czymś nowym, a ulice przypominają stragan pełen przypraw: czasem ostre, czasem słodkie, ale zawsze pełne wyrazistego smaku.
Pasaż handlowy Petaling w chińskiej dzielnicy
Zatrzymujemy się w chińskiej dzielnicy. Jest targ, są maleńkie knajpki, sklepiki z przedmiotami, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia — czy naprawdę potrzebuję pałeczki, które świecą w ciemności? — i oczywiście jedzenie. Podobno właśnie tutaj można znaleźć najlepszy street food w całym mieście. Trudno przejść obok takiej opinii obojętnie. W końcu ktoś musi sprawdzić, czy to prawda.
Petaling Street w ciągu dnia wygląda, jakby zapadła w głęboki letarg — niewiele się tu dzieje. Dopiero późnym popołudniem ulica budzi się do życia. Zadaszone uliczki wypełniają się ciasno ustawionymi straganami, oferując niemal wszystko, co tylko można sobie wyobrazić: T-shirty, spodnie, torebki, zegarki, buty, koszulki piłkarskie... i oczywiście całą gamę kulinarnych przysmaków, przy których mój nos wariuje z zachwytu.
W tle Merdeka 118 — najwyższy budynek w Malezji, 679 m i 118 pięter
U zbiegu rzek Klang i Gombak wyrastają kopuły historycznego meczetu Jamek Sultan Abdul Samad
Nad panoramą Kuala Lumpur niepodzielnie królują bliźniacze wieże Petronas Towers. Mają 452 m wysokości i od lat pozostają najbardziej rozpoznawalnym symbolem miasta. Wznoszą się w biznesowo-rozrywkowej dzielnicy KLCC, a każda z nich liczy 88 pięter. W połowie wysokości łączy je charakterystyczny most powietrzny, z którego rozciąga się panoramiczny widok na miasto.
Ich kształt przypomina ośmioboczną gwiazdę, nawiązującą do architektury mauretańskiej, a smukłe zwieńczenia przywodzą na myśl minarety, subtelnie odwołując się do islamskiego dziedzictwa kraju.
Petronas Towers (Menara Petronas)
Wieżowce w biznesowo-rozrywkowej dzielnicy KLCC
Kuala Lumpur to raj dla konsumentów. Niezależnie od tego, czy przemierzamy targowiska w Chinatown, wąskie uliczki Little India pełne zapachów przypraw i intensywnych kolorów, czy też gigantyczne centra handlowe, trudno znaleźć gdzie indziej na świecie taką różnorodność azjatyckich produktów jak właśnie tutaj.
Dla złagodzenia tego handlowego zgiełku miasto oferuje też liczne oazy spokoju. Jedną z nich jest KLCC Park — zielona enklawa pośród drapaczy chmur. Przy filiżance kawy zapominam na moment o miejskim gwarze i pozwalam moim pluszowym oczom odpocząć od szkła i betonu, ciesząc się widokiem soczystej zieleni oraz fontann, które pląsają wesoło na pobliskim stawie.
KLCC Park tworzy zieloną oazę wśród drapaczy chmur
Wjazd na most powietrzny albo na widokowe piętro Petronas Towers, mieszczące się na 86. piętrze, to przywilej dla cierpliwych i zorganizowanych. Liczba odwiedzających jest tu ściśle limitowana, a bilety często wyprzedają się z dużym wyprzedzeniem.
Na szczęście Kuala Lumpur ma alternatywę. Wieża telewizyjna Menara Kuala Lumpur, wysoka na 421 m i należąca do najwyższych wież telewizyjnych świata, również oferuje spektakularną panoramę miasta.
Widok na miasto z wysokości 300 m
Sky Box — półki ze szklaną podłogą oferują ekscytujące wrażenia
Plac Niepodległości, czyli Merdeka Square, to jedno z tych miejsc, które pulsuje historią. To właśnie tutaj świętowano narodziny niepodległego państwa, a dziś na 95-metrowym maszcie powiewa flaga przypominająca o tamtych wydarzeniach.
Przy placu wznosi się imponujący budynek z końca XIX wieku z miedzianymi kopułami i charakterystyczną wieżą zegarową. Niegdyś mieściły się tu biura brytyjskiej administracji kolonialnej, dziś znany jest jako Budynek Sułtana Abdul'a Samad'a i pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Kuala Lumpur.
Budynek Sułtana Abdul'a Samad'a — obecnie siedziba wymiaru sprawiedliwości
Anglikańska Katedra świętej Maryi
Malezja jest federalną monarchią konstytucyjną — ale w przeciwieństwie do większości królestw tron tu nie jest dziedziczny. Co pięć lat obejmuje go jeden z dziewięciu sułtanów. Tak — dziewięciu sułtanów, jeden tron i żadnych powtórek. Żaden monarcha nie może pomyśleć: „Spróbuję jeszcze raz”. Raz i basta.
To trochę jak zmiana przewodnika na szlaku. Każdy wnosi coś swojego, ale krajobraz kraju pozostaje równie spektakularny.
Nieco dalej od zgiełku miasta, na zboczu wzgórza Bukit Petaling, stoi Istana Negara — Pałac Narodowy. Początkowo był prywatną rezydencją, później służył jako siedziba sułtana Selangoru, by ostatecznie stać się oficjalną rezydencją malezyjskiego monarchy. Robi spore wrażenie, choć — jak mruknął gdzieś pod nosem pewien podróżujący miś — wygląda na bardziej strzeżony niż przytulny.
Brama główna do pałacu Istana Negara
Konna straż królewska przy bramie głównej
Nowa część pałacu ze złotymi kopułami
Wystarczy kilkanaście kilometrów za Kuala Lumpur, żeby miasto zaczęło ustępować miejsca skałom. I nagle są: Batu Caves.
To wapienne jaskinie, w których ktoś najwyraźniej postanowił nie wybierać między naturą a duchowością. W ich wnętrzu urządzono hinduistyczne świątynie i chramy.
Przed wejściem do jaskiń stoi ponad 42-metrowy posąg boga Murugan'a
Do wejścia prowadzą strome schody — 272 stopnie, które potrafią dać w kość. A tuż obok... małpy! Makaki osiedliły się w jaskiniach i wokół nich, przyzwyczajone do ludzi i zaskakująco bezczelne. Na wszelki wypadek chowam się do plecaka, bo te ciekawskie małpiszony w mgnieniu oka „pożyczają” wszystko, co wpadnie im w łapki.
Lady Makak
Najbardziej znana i największa jest Jaskinia Katedralna. Ma około 100 m wysokości i mieści kilka imponujących świątyń poświęconych bogu Murugan'owi oraz jego zwycięstwu nad demonem Soorapadam'em.
Jedna z hinduistycznych świątyń w Batu Caves
Kolejny przystanek to Putrajaya. Zostawiamy za sobą zgiełk Kuala Lumpur i przenosimy się do miejsca, które od początku projektowano inaczej — spokojniej, szerzej, bardziej „oddechowo”.
Dziś Putrajaya jest nie tylko siedzibą malezyjskiego rządu, ale uchodzi też za jedno z najbardziej zielonych miast w Azji. To stosunkowo młode miasto, stworzone jako nowe centrum administracyjne kraju. Wciąż się rozrasta, jakby cały czas dopasowywało się do swojej roli na mapie Malezji.
Biura premiera kraju
Widok na meczet Putra nad sztucznie utworzonym jeziorem Putrajaya
Najbardziej przyciąga wzrok Meczet Putra z charakterystyczną różową kopułą. Odbijając się w wodach sztucznego jeziora, wygląda bardziej jak pałac niż świątynia i trudno przejść obok niego obojętnie.
Meczet Putra zbudowany jest z różowego granitu
Meczet może pomieścić jednocześnie 15 000 wiernych
Meczet Putra przypomina, jak ważne miejsce zajmuje islam we współczesnej Malezji. Charakterystyczne kopuły i minarety to element krajobrazu, który będziemy jeszcze wielokrotnie spotykać podczas tej podróży.
Choć Putrajaya kojarzy się przede wszystkim z monumentalnymi meczetami i administracją państwową, szybko przekonujemy się, że to tylko fragment obrazu Malezji. W innych częściach kraju równie łatwo natrafimy na świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie kościoły. Religijna różnorodność okazuje się tu czymś zupełnie naturalnym.
Nasza trasa wiedzie dalej do Malakki — starego portu handlowego, od którego wzięła nazwę słynna cieśnina. To historyczne serce Malezji, miejsce, w którym przez stulecia spotykały się różne kultury, języki i wpływy. To właśnie ta niezwykła mieszanka sprawiła, że Malakka trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Malakka zaczęła swoją historię jako niewielka osada, która szybko zamieniła się w jeden z najważniejszych portów handlowych Azji Południowo-Wschodniej. Przez jej nabrzeża przechodziły przyprawy, jedwab, porcelana i drewno sandałowe, a do portu zawijały statki kupców z Chin, Indii, Arabii i Europy.
Od XV wieku miasto stało się siedzibą malajskiego sułtana, a później przez kolejne stulecia zmieniało kolonialnych „opiekunów” równie często, jak zmieniają się dekoracje w teatrze — najpierw Portugalczycy, potem Holendrzy. Od 1824 roku aż do 1957 roku Malakka, wraz z całym Półwyspem Malajskim, znajdowała się pod panowaniem Brytyjczyków.
Część ocalałej bramy portugalskiego fortu A Famosa
Mięso armatnie? Raczej... futro armatnie! 😅
Portugalski kościół św. Pawła z 1521 roku — najstarszy budynek kościelny w Azji Południowo-Wschodniej
Kiedy Holendrzy przejęli Malakkę, dawne kościoły katolickie musiały przyzwyczaić się do nowej roli — zamiast portugalskich katolików zaczęli korzystać z nich wierni Holenderskiego Kościoła Reformowanego. Stary kościół św. Pawła na szczycie wzgórza otrzymał nazwę Bovenkerk, czyli „Kościół Górny”, i stał się miejscem nabożeństw holenderskiej społeczności.
Później Malakka przechodzi w ręce Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Kościoły ponownie zmieniły swoją „firmową tożsamość” — tym razem stały się anglikańskie. Nowy kościół otrzymał nazwę Kościół Chrystusowy, wpisując się w długą, pełną metamorfoz historię sakralnej architektury miasta.
Anglikański Kościół Chrystusowy z 1753 roku
Malakka ma swoje charakterystyczne czerwone serce kolonialnej zabudowy. Kościół Chrystusowy i sąsiedni Stadthuys pierwotnie były pomalowane na biało — spokojnie, klasycznie, może nawet odrobinę zbyt grzecznie, jak budynki, które jeszcze nie odkryły swojego charakteru.
Dopiero na początku XX wieku przemalowano je na czerwono i od tego czasu ten intensywny kolor stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych znaków dawnej obecności Holendrów w Malakce.
Do turystycznego krajobrazu Malakki należą riksze rowerowe — kiczowato kolorowe, przepakowane ozdobami, które aż biją po oczach, a kierowcy zdają się rywalizować o tytuł właściciela najbardziej ekstrawaganckiej maszyny na ulicy.
Riksza przewozi nas na drugi brzeg rzeki Malakka
W rytmie dudniącej muzyki z głośników przytwierdzonych do rikszy docieramy do kolejnej perły miasta — chińskiej świątyni Cheng Hoon Teng.
Kamienny wartownik strzegący świątyni
Ta chińska świątynia, łącząca tradycje taoistyczne, buddyjskie i konfucjańskie. Powstała w 1645 roku i przez kolejne dziesięciolecia była stopniowo rozbudowywana. Główna sala, ukończona w 1704 roku, do dziś pozostaje sercem świątyni. Wśród dymu kadzideł nadal pojawiają się wierni, a między nimi spacerują turyści próbujący zajrzeć w historię tego niezwykłego miejsca.
Cheng Hoon Teng
Sala główna
Do centrum wracamy pieszo, mijamy kolejne zabytkowe domy modlitwy.
Najpierw trafiamy na meczet Kampong Kling. Jego pierwsza, drewniana wersja powstała w 1748 roku dzięki indyjskim kupcom muzułmańskim. Sto lat później zastąpiono ją ceglaną budowlą, zachowując jednak tradycyjny charakter.
Dziś to jeden z nielicznych meczetów w Malakce, które zachowały swój pierwotny wygląd — można więc poczuć tu trochę historii, bez konieczności używania wehikułu czasu.
Meczet Kampong Kling
Nieco dalej stoi świątynia Sri Poyatha Moorthi — prawdziwa staruszka wśród budowli miasta.
To najstarsza zachowana świątynia hinduistyczna w Malakce i jedna z najstarszych w całej przymorskiej Azji Południowo-Wschodniej.
Należy do tamilskiej grupy etnicznej Chitty i jest jedną z nielicznych, które dotrwały do współczesności.
Świątynia Sri Poyatha Moorthi
Rzeka Malakka dzieli miasto na dwie części. Kiedyś była świadkiem narodzin potęgi portu i ruchu statków przybywających z odległych stron świata. Dziś jej misja jest znacznie spokojniejsza — po wodzie zamiast kupieckich jednostek suną łódki wycieczkowe, zabierając podróżników w rejs, podczas którego miasto odsłania swoje oblicze z zupełnie innej perspektywy.
Łódź turystyczna na rzece Malakka
Menu na liściu bananowca w indyjskiej restauracji
Dzielnica Kampung Morten, przycupnięta nad brzegiem rzeki, przypomina żywy skansen, w którym czas zdaje się płynąć nieco wolniej.
Drewniane domy na palach, otoczone zielenią i kwiatami, wciąż tętnią tradycyjnym życiem — a niektórzy mieszkańcy chętnie wprowadzają ciekawskich turystów w swoje codzienne rytuały.
Jeden z tradycyjnych malajskich domów
Wewnątrz toczy się codzienne życie
Miniatura tradycyjnego malajskiego domu — przez chwilę do własnego użytku 😃
Wystarczy wjechać wyżej, by Malezja pokazała zupełnie inne oblicze. Cameron Highlands, położone w górskim sercu Półwyspu Malajskiego, zamienia tropikalny żar na chłodniejsze powietrze i zielone wzgórza.
Zbocza Cameron Highlands w dużej mierze zajmują pola i plantacje. Obok upraw warzyw i truskawek dominują rozległe plantacje herbaty — równo przycięte krzewy nadają okolicy charakterystyczny wygląd. Między nimi pojawiają się także uprawy róż, korzystające z wyjątkowo sprzyjającego klimatu.
Plantacja herbaty
Na herbacianym krzaczku
Wśród otaczającej zieleni trafiamy na Trogonoptera brookiana — narodowego motyla Malezji, który najwyraźniej doskonale zna swoją wartość. Rozkłada skrzydła i patrzy na nas tak, jakby chciał powiedzieć: „Tak, wiem, że jesteście oczarowani. Możecie klaskać”.
Trogonoptera brookiana
Euploea mulciber
Doleschallia bisaltide — jesienny liść
W 1786 roku sułtan Kedah zawarł układ z Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską, oddając jej w dzierżawę wyspę Penang. Brytyjczycy szybko dostrzegli jej strategiczne położenie — idealne dla portu i handlu między Indiami a Chinami.
Z czasem Brytyjczycy zaczęli przesuwać swoje pionki coraz dalej — najpierw wokół Penangu, później po całym Półwyspie Malajskim. Historia kolonializmu przypominała czasem planszówkę, w której niektórzy gracze mieli więcej pionków, lepszą pozycję startową i do tego lubili zmieniać zasady.
Pozostałość fortu Cornwallis — pierwszej brytyjskiej fortyfikacji na wyspie Penang
Sercem wyspy Penang jest George Town — miasto założone przez Brytyjczyków, które z czasem stało się jednym z najważniejszych portów regionu.
Nazwa brzmi dumnie, pochodzi od króla Jerzego III, ale miejscowi mówią po prostu „Penang”. Krócej, wygodniej i chyba z większą sympatią — w końcu, po tylu latach, trudno nie pokochać swojego miasta tak zwyczajnie, po imieniu.
W tle 13-kilometrowy most wantowy łączący Półwysep Malajski z wyspą Penang
Widok ze wzgórza Penang
Bungalow Bel Retiro — zbudowany dla gubernatora w XVIII wieku
Wystarczy krótki spacer, żeby przekonać się, że historia George Town nie zamknęła się w podręcznikach. Nadal widać ją na ulicach, ukrytą w budynkach i detalach, które łatwo minąć, jeśli patrzy się tylko przed siebie. Jednym z takich śladów jest niezwykły sąsiedzki układ dwóch buddyjskich świątyń. Naprzeciwko siebie stoją tajlandzka Chayamangkalaram i birmańska Dhammikarama. Sprawiają wrażenie, jakby rywalizowały o to, która z nich przyciągnie więcej spojrzeń.
Chayamangkalaram skrywa swój największy skarb w głównej hali. Czeka tu olbrzymi, 33-metrowy leżący Budda. To jednak nie tylko imponująca figura — pełni również funkcję kolumbarium, a w jej wnętrzu spoczywają urny z prochami zmarłych. Trochę niecodzienna kombinacja — monumentalny posąg, który jednocześnie strzeże spokoju dusz.
Hala główna świątyni Chayamangkalaram
Posąg leżącego Buddy
„Wejście smoka” 😁
Naprzeciwko stoi Dhammikarama, najstarsza birmańska świątynia w Malezji i jedyna poza Mjanmą, która tak wiernie oddaje birmański styl.
Jej najstarszą część stanowi skromna stupa, z czasem otoczona większą, okazałą stupą oraz salą święceń strzeżoną przez parę kamiennych słoni.
Sala święceń strzeżona przez parę kamiennych słoni
Statua stojącego Buddy w hali głównego chramu
Obie stupy — stara i nowa
W George Town religie najwyraźniej doszły do wniosku, że najlepiej mieszka się po sąsiedzku. Wystarczy przejść kilka ulic, by obok meczetu zobaczyć świątynię hinduistyczną, a chwilę później chińską pagodę. To właśnie tutaj najłatwiej zrozumieć sens sloganu, który usłyszałem jeszcze przed przyjazdem do Malezji — „Malaysia, Truly Asia”. I muszę przyznać, że trudno o lepsze miejsce, by przekonać się, że nie jest to tylko chwytliwe hasło. Spacer po George Town przypomina podróż przez różne zakątki Azji, tyle że bez konieczności pakowania walizek.
Miasto zachwyca klimatyczną zabudową z czasów kolonialnych, która przeplata się z barwnymi świątyniami, meczetami, pagodami i niewielkimi kapliczkami. Każdy zakątek zdaje się opowiadać inną historię — jedne budynki pamiętają kilka stuleci, inne wyglądają, jakby dopiero co „wyskoczyły z farby”. Wszystko razem tworzy barwną mozaikę kultur i stylów architektonicznych.
Chińska świątynia Bogini Guanyin — jedna z najstarszych świątyń w Penang
Świątynia Sri Mahamariamman — najstarsza świątynia hinduistyczna w mieście
Meczet Kapitana Keling'a — przykład architektury islamskiej z wpływami indyjskimi
Ratusz z XIX wieku — najstarszy budynek publiczny w mieście
Neobarokowy budynek Rady Miejskiej
Wśród tej architektonicznej układanki szczególne miejsce zajmują domy Peranakanów. To właśnie w nich najlepiej widać, jak różne światy potrafiły spotkać się w jednym miejscu — chińska tradycja, malajskie wpływy i odrobina europejskiego zamiłowania do elegancji.
Peranakanie, znani też jako Baba-Nyonya, to potomkowie chińskich imigrantów, którzy od XVI wieku przybywali na Półwysep Malajski w kilku falach. Ponieważ wielu z nich osiedlało się w miastach na zachodnim wybrzeżu, Brytyjczycy określali ich mianem Straits Chinese — Chińczyków znad Cieśniny.
Peranakanie szybko wypracowali własny styl życia: zachowali wiele elementów chińskiej kultury, ale połączyli je z lokalnymi zwyczajami i pewną fascynacją kolonialnym stylem życia. Byli zazwyczaj zamożniejsi niż późniejsi imigranci i stworzyli elitę społeczną, której domy mogłyby spokojnie konkurować z muzeami.
Jednym z najlepszych miejsc, by zobaczyć ten świat na własne oczy, jest Pinang Peranakan Mansion w George Town. Ta dawna rezydencja bogatego Baby została odrestaurowana i zamieniona w muzeum, które pozwala zajrzeć do prywatnego życia Peranakanów. Wśród eksponatów znajdują się meble, tkaniny, porcelana i rękodzieło — przedmioty, które pokazują, jak wyglądało codzienne życie tej niezwykłej społeczności.
Każde pomieszczenie opowiada własną historię o luksusie, tradycji i drobnych przyjemnościach dawnych mieszkańców. Całość sprawia wrażenie domu, w którym historia nie stoi za muzealną szybą, lecz nadal ma tutaj swoje miejsce.
Dziedziniec
Jadalnia
Sypialnia
Penang pokazał nam Malezję stworzoną przez ludzi — wielokulturową, kolorową i pełną niespodzianek. Teraz kolej na jej drugie oblicze: Malezję, w której pierwsze skrzypce gra natura.
Borneo
Opuszczamy Półwysep Malajski i przenosimy się na Borneo, które nadal zachwyca różnorodnością przyrody, choć od razu widać, że nie wszystko wygląda tak, jakby chciał tego każdy ekolog. Jeszcze kilka dekad temu lasy pokrywały większość powierzchni Borneo. Dziś ich miejsce w wielu regionach zajęły plantacje i tereny przemysłowe.
Kiwam głową ze smutkiem — zieleń wciąż jest tu obfita i piękna, ale wystarczy rozejrzeć się wokół, by dostrzec, że przyroda naprawdę potrzebuje naszej uwagi.
Mount Kinabalu — najwyższy szczyt Malezji
Na szczęście najcenniejsze fragmenty dżungli udało się objąć ochroną w parkach narodowych i rezerwatach.
Park Narodowy Kinabalu był pierwszym parkiem narodowym w Malezji. Obejmuje ogromny obszar tropikalnej przyrody i kryje w sobie niezliczone gatunki roślin i zwierząt.
To również dom najwyższego szczytu Malezji — majestatycznej góry Kinabalu, wznoszącej się na ponad 4 100 m n.p.m. I choć wiem, że moje umiejętności wspinaczkowe są raczej umiarkowanie heroiczne, widok Mount Kinabalu po prostu odbiera mi dech.
Las Kinabalu
Szczęślin późny (Clerodendrum trichotomum)
Prawdopodobnie najmniejsze banany świata
Smocza liana
Nad rzeką Sungai Moroli korzystamy z jednej z regionalnych atrakcji turystycznych. Moi „niepluszowi” wchodzą boso do przejrzystej wody, a już po chwili pojawiają się ryby, które zaczynają delikatnie skubać ich stopy, najwyraźniej zachwycone swoim ulubionym bufetem. Tak zwany „rybi masaż” bywa czasem nieco intensywny, ale z pewnością należy do niezwykłych doświadczeń.
Ja również zanurzyłem swoje pluszowe nóżki, jednak żadna ryba nie raczyła się nimi zainteresować... zapewne futro nie znajduje się w rybim jadłospisie. Szkoda.
„Rybi masaż”
Nieco dalej znajdujemy jedne z najbardziej niezwykłych kwiatów Malezji — pasożytnicze bukietnice Arnolda, znane też jako raflezje Arnolda. Nie mają własnych korzeni, łodyg ani liści, a ich kwiat pojawia się zaledwie raz na kilka lat i pozostaje otwarty tylko przez pięć do siedmiu dni.
Bukietnica Arnolda tworzy największy pojedynczy kwiat na świecie, osiągający imponujące rozmiary — nawet 1 m średnicy. Wygląda jak rekwizyt z filmu science fiction, a jej zapach przypomina rozkładające się mięso. Właśnie dzięki temu przyciąga owady, które pomagają jej w zapyleniu.
Z jednej strony trudno nie podziwiać kwiatu, który postanowił zostać rekordzistą świata. Z drugiej — trudno uznać zapach padliny za najbardziej elegancki sposób na zdobycie popularności. Natura jednak najwyraźniej wie, co robi.
Bukietnica Arnolda
Podróżując po Malezji, mam wrażenie obcowania z bezkresną plantacją, w której rzędy palm olejowych ciągną się aż po horyzont. Jednak ten precyzyjnie uporządkowany krajobraz ma swoją gorzką stronę.
Stale rosnący popyt na olej palmowy sprawił, że pod uprawy wycięto ogromne obszary lasów tropikalnych. Od lat 90. XX wieku plantacje rozrosły się na całym świecie wielokrotnie, a w niektórych miejscach zastąpiły krajobraz, który wcześniej należał do dzikiej przyrody. Wyobraźcie sobie, że niemal cała Polska znika pod równymi rzędami palm olejowych. Taki obszar zajmują dziś światowe plantacje tej rośliny.
Skutki tej „uprawnej rewolucji” są dramatyczne. Monokultury palm olejowych wypierają różnorodność biologiczną i wkraczają w przestrzeń tych, którzy w życiu nie podpisaliby żadnej umowy o współlokatorstwo — orangutanów, słoni i tygrysów. Patrząc na idealnie równe rzędy palm, można przez chwilę dostrzec w nich pewną harmonię. Wystarczy jednak pomyśleć o lesie, który musiał ustąpić im miejsca, żeby ten obraz przestał być taki oczywisty.
Podczas tej podróży wśród palm uczę się jednej rzeczy: krajobraz może być jednocześnie piękny i smutny. Czasem natura mówi do nas nie szumem liści, lecz ciszą tych, którzy stracili swój dom.
Docieramy do Bilit, nad rzekę Kinabatangan. Nasz lodge stoi w wąskim pasie tropikalnego lasu wzdłuż brzegu rzeki — małym skrawku zieleni w morzu plantacji palm olejowych. Ten fragment natury jest zaledwie przyczółkiem większego rezerwatu, ale już sam fakt jego istnienia daje nadzieję, że można tu spotkać dzikich mieszkańców dżungli. Choć... w takich warunkach trzeba mieć naprawdę sporo szczęścia.
Nasza nocna wędrówka po lesie nijak nie przypomina wypraw po dzikich dżunglach Ameryki Południowej. To raczej spacer w gumowych butach po rozmokłych ścieżkach miejskiego parku — tylko zamiast wiewiórek można tu spotkać złodziejskie małpiszony. A te są prawdziwymi mistrzami zuchwałości: kiedy przy stole robi się pusto, ruszają do ataku na bufet, podnoszą ciężkie pokrywy pojemników i znikają z naszym prowiantem. Trzeba przed nimi ukrywać nawet buty i drobiazgi, bo potrafią zniknąć szybciej niż kawałek bananowego ciasta.
Kinabatangan jest jedną z najważniejszych rzek Borneo, a rejs po niej daje szansę zajrzenia do świata, który przetrwał mimo presji otaczających go plantacji. Ponieważ jednak nasza łódź porusza się głównie na obrzeżach rezerwatu, nie jest to wielka wyprawa w głąb dzikiej dżungli. To raczej spokojne safari — kameralne, czasem skromne, ale pełne drobnych odkryć pokazujących, że nawet niewielki fragment lasu potrafi tętnić życiem.
Makaki długoogoniaste
Młody nosacz sundajski
Waran paskowany
Wyruszamy w dalszą drogę, ale temat ochrony tutejszej przyrody wcale się nie kończy. Kilka godzin później trafiamy do miejsca, gdzie człowiek próbuje naprawić choć część szkód wyrządzonych mieszkańcom lasu, którym wcześniej sam odebrał dom.
Centrum Rehabilitacji Orangutanów Sepilok to jedno z najważniejszych miejsc w Sabah, jeśli chodzi o ochronę tych niezwykłych zwierząt. Powstało w 1964 roku jako pierwsza w regionie placówka zajmująca się osieroconymi orangutanami oraz tymi, które wcześniej żyły w niewoli, przygotowując je do samodzielnego życia. Najciekawsze momenty dnia to poranne i popołudniowe dokarmiania — wtedy można stosunkowo blisko obserwować te wspaniałe stworzenia, które wyglądają niemal jak rudzi ludzie z wielkimi, pełnymi ciekawości oczami.
Złodziejskie makaki wynoszą większą część serwowanego pożywienia
Z czasem centrum rozrosło się i objęło opieką nie tylko orangutany. Nie jest jednak ogrodem zoologicznym w klasycznym znaczeniu — tutejsi „leśni ludzie” poruszają się swobodnie po rozległym rezerwacie i sami decydują, czy podejdą do platformy, czy wybiorą własną drogę przez las. Spotkanie z orangutanem nie jest więc gwarantowane, ale kiedy już się pojawi, trudno nie odnieść wrażenia, że to my jesteśmy gośćmi w ich prywatnym, leśnym salonie.
Samica z młodym
Tuż obok Centrum Rehabilitacji Orangutanów mieści się otwarte w 2014 roku Centrum Ratowania i Rehabilitacji Niedźwiedzi Malajskich. Te misie, najmniejsze niedźwiedzie na świecie, żyją wyłącznie w Azji Południowo-Wschodniej. Niestety, kurczenie się lasów i kłusownictwo sprawiają, że wiele z nich trafia do niewoli już jako młode osobniki.
Niedźwiedź Malajski
Dziś w centrum mieszkają 43 uratowane misie oraz jeden urodzony w niewoli. Każdy z nich ma do dyspozycji rozległy, leśny wybieg, który pozwala im zachowywać się niemal tak, jak w naturalnym środowisku. Wspinają się po drzewach, tarzają w liściach, szukają miodu, a czasem sprawiają wrażenie, że obserwują nas równie uważnie, jak my ich.
Przyznam, że wizyta u dalekich kuzynów budzi we mnie pewną solidarność gatunkową.
Niedźwiedzie malajskie — najmniejsze na świecie. A ja? Jeszcze mniejszy 😉
Tym razem celem jest Labuk Bay. Wita nas niewielki skrawek dżungli, który zaskakująco przetrwał pośród plantacji palm olejowych. Aby do niego dotrzeć, przejeżdżamy przez rozległe tereny uprawne. Mijamy ludzi zbierających kiście owoców oraz wozy ciągnięte przez woły, wywożące plony z plantacji. Dopiero za nimi zaczyna się pas lasu, który stał się schronieniem dla nosaczy.
Praca na plantacji palm olejowych
Owoce palmy olejowej
W tym wąskim fragmencie lasu deszczowego żyje około 60 nosaczy sundajskich. Ich charakterystycznych, wydłużonych nosów nie sposób pomylić z niczym innym.
Jak to bywa w miejscach odwiedzanych przez turystów, małpy mają swoje godziny urzędowania — dwa razy dziennie odbywa się dokarmianie. Wtedy platformy widokowe zamieniają się w prawdziwy małpi teatr.
Nosacz Sundajski jest gatunkiem endemicznym
Warto jednak zaznaczyć, że określenie „centrum rehabilitacji” może być nieco mylące. W przeciwieństwie do ośrodków dla orangutanów czy niedźwiedzi malajskich nie prowadzi się tu rehabilitacji zwierząt ani przygotowania ich do powrotu na wolność. Nosacze żyją dziko, a dokarmianie ma ułatwić ich obserwację.
Dominujący samiec
Największą zaletą tego przedstawienia jest to, że aktorzy w ogóle nie przejmują się publicznością. Grają niezależnie od tego, czy ktoś ich ogląda. My po prostu mamy szczęście siedzieć na widowni.
Lutung srebrzysty
Po długim okresie pandemii jesteśmy jednymi z pierwszych turystów w Malezji. Mieszkańcy witają nas serdecznymi uśmiechami — tak szerokimi, że zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie biorą mnie za kogoś naprawdę ważnego.
Łodzie rybackie
Kota Kinabalu to spotkanie z miejską stroną Borneo. Tutaj tropikalna przyroda ustępuje miejsca portowi, w którym dzień zaczyna się od zapachu morza, nawoływań sprzedawców i świeżych połowów trafiających prosto na targ.
Sprzedawca prezentuje langusty
Skorupiaki morskie
Świeżo złowione ryby
Ryby suszone w słońcu
Jako jedyni goście mamy całą plażę dla siebie.
Słońce grzeje przyjemnie, wiatr lekko chłodzi, a szum oceanu działa jak najbardziej uniwersalna terapia odprężająca — bez recepty, bez kolejki, od razu gotowa do użycia.
Powietrze pachnie solą i czymś jeszcze, czego nie da się do końca nazwać — może samą radością bycia tu i teraz.
Z pachnącymi kwiatami plumerii
Poszukiwacz małż
Wybrzeże Borneo
Podróż po Półwyspie Malajskim i Borneo okazała się prawdziwym kalejdoskopem wrażeń. Od gwaru Kuala Lumpur, przez kolonialne uliczki Malakki, chłodne wzgórza Cameron Highlands, kolorowy Penang, aż po dziką przyrodę Borneo — każde miejsce opowiedziało własną historię.
Ale najbardziej zapamiętam ludzi. Ich uśmiechy, życzliwość i to, że nawet mały pluszowy niedźwiadek mógł poczuć się tutaj jak mile widziany gość.
Zasłużona kąpiel po długiej podroży
Klocek