Malezja
Wrzesień 2022
Jeszcze nie opadły emocje po spotkaniach oko w oko z szympansami i gorylami, a już ruszamy dalej, nie zwalniając tempa.
Tym razem na celowniku pojawiają się kolejni mieszkańcy świata wielkich małp: orangutany. Te rudowłose samotniki żyją dziś wyłącznie w dwóch miejscach na świecie — na Sumatrze oraz na Borneo, podzielonym między Indonezję i Malezję. I właśnie dlatego nasza wyprawa obejmuje nie tylko Półwysep Malajski, lecz także malezyjską część Borneo.
Półwysep Malajski
Rozpoczynamy przygodę w Kuala Lumpur — w miejskiej dżungli u stóp rzeki Klang, gdzie chaos ulic i wieżowców tworzy swój własny rytm.
Sama nazwa brzmi dla europejskiego ucha jak zaklęcie z dżungli — sprawdzałem, na komary nie działa — a w rzeczywistości oznacza całkiem przyziemne „błotnisty zbieg” lub „błotniste ujście”. Chodzi o miejsce, gdzie rzeka Klang spotyka się z niepozorną Gombak.
Mało romantycznie? Być może. Ale od czegoś trzeba zacząć — nawet wielkie przygody czasem rodzą się w błocie.
Maszt flagowy na Placu Niepodległości ma 95 metrów — jeden z najwyższych na świecie
Miasto od pierwszego spojrzenia sprawia wrażenie, jakby ktoś układał je trochę na żywioł. Kuala Lumpur to klasyczna azjatycka mieszanka: tu wieżowce błyszczą szkłem i stalą, tam nagle wyrastają starsze dzielnice, każda z własnym charakterem i historią. Chaos? Owszem. Ale taki, który wciąga. Bo właśnie w tych kontrastach kryje się cały urok miejsca.
Jeszcze dwie dekady temu w stolicy dominowali mieszkańcy o chińskich korzeniach, dziś w mieście mieszają się różne kultury i narodowości — Malajowie, Chińczycy, Hindusi i mniejsze grupy Europejczyków, Tajów czy Filipińczyków.
Cała ta mieszanka tworzy klimat, w którym każdy zakątek może zaskoczyć czymś nowym, a ulice mienią się różnorodnością niczym przyprawy na straganie: czasem ostro, czasem słodko, zawsze z charakterem.
Pasaż handlowy Petaling w chińskiej dzielnicy
Zatrzymujemy się w chińskiej dzielnicy. Jest targ, są maleńkie knajpki, sklepiki z przedmiotami, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia — czy naprawdę potrzebuję pałeczki, które świecą w ciemności? — i oczywiście jedzenie — ponoć najlepszy street food w całym mieście. Traktuję to bardzo poważnie. W końcu ktoś musi sprawdzić, czy to prawda.
Pasaż handlowy „Petaling Street” w ciągu dnia wygląda, jakby zapadł w głęboki letarg — niewiele się tu dzieje. Dopiero późnym popołudniem ulica budzi się do życia. Zadaszone uliczki wypełniają się ciasno ustawionymi straganami, oferując niemal wszystko, co tylko można sobie wyobrazić: T–shirty, spodnie, torebki, zegarki, buty, koszulki piłkarskie... i oczywiście całą gamę kulinarnych przysmaków, przy których mój nos wariuje z zachwytu.
W tle Merdeka 118 — najwyższy budynek w Malezji, 679 m i 118 pięter
U zbiegu rzek Klang i Gombak wyrastają kopuły historycznego meczetu Jamek Sultan Abdul Samad
Bliźniacze wieże Petronas Towers stały się ikoną Kuala Lumpur. Wznoszą się na 452 metry w biznesowo–rozrywkowej dzielnicy City Centre (KLCC), górując nad sąsiadującymi gigantami. Każda z wież ma 88 pięter i w połowie wysokości połączona jest mostem powietrznym, z którego rozciąga się panoramiczny widok na miasto.
Ich kształt przypomina ośmioboczną gwiazdę, nawiązującą do architektury mauretańskiej, a kopuły przywodzą na myśl minarety, dodając konstrukcji egzotycznego charakteru.
Petronas Towers (Menara Petronas)
Wieżowce w biznesowo–rozrywkowej dzielnicy KLCC
Kuala Lumpur to raj dla konsumentów. Niezależnie od tego, czy przemierzamy targowiska w Chinatown, wąskie uliczki Little India z ich zapachowo–barwnymi wrażeniami, czy też gigantyczne centra handlowe, trudno znaleźć gdzie indziej na świecie taką różnorodność azjatyckich produktów jak właśnie tutaj.
Dla złagodzenia tego handlowo–komunalnego zgiełku miasto oferuje też liczne oazy spokoju. Jedną z nich jest KLCC Park — zielona enklawa pośród drapaczy chmur. Przy filiżance kawy zapominam na moment o miejskim gwarze i cieszę moje pluszowe oczy widokiem soczystej zieleni i fontann, które pląsają wesoło na pobliskim stawie.
KLCC Park tworzy zieloną oazę wśród drapaczy chmur
Wjazd na most powietrzny albo na widokowe piętro Petronas Towers, mieszczące się na 86. kondygnacji, to przywilej dla cierpliwych i zorganizowanych. Liczba odwiedzających jest tu ściśle limitowana, a bilety wykupione na długo wcześniej.
Na szczęście Kuala Lumpur ma alternatywę. Wieża telewizyjna Menara Kuala Lumpur, mierząca 421 metrów — siódma najwyższa na świecie — również oferuje spektakularną panoramę miasta.
Widok na miasto z wysokości 300 metrów
Sky Box — półki ze szklaną podłogą oferują ekscytujące wrażenia
Plac Niepodległości, czyli Merdeka Square, to jedno z tych miejsc, które pulsuje historią. To tu w 1963 roku Malezja ogłosiła niepodległość od Brytyjczyków. Dziś na 95–metrowym maszcie powiewa flaga, przypominając o tym wydarzeniu.
Przy placu wznosi się imponujący budynek rządowy z XIX wieku, z miedzianymi kopułami i dużą wieżą zegarową z dzwonem. Pierwotnie mieścił biura brytyjskiej administracji kolonialnej, a w 1974 roku nadano mu imię sułtana Abdul'a Samad'a.
Budynek Sułtana Abdul'a Samad'a — obecnie siedziba malezyjskiego wymiaru sprawiedliwości
Anglikańska Katedra świętej Maryi z 1894 roku
Malezja jest federalną monarchią konstytucyjną — ale w przeciwieństwie do większości królestw, tron tu nie jest dziedziczny: królowie zmieniają się co pięć lat, a tron obejmuje tylko jeden z dziewięciu sułtanów. Tak — dziewięciu sułtanów, jeden tron i żadnych powtórek. Żaden monarcha nie może pomyśleć: „Spróbuję jeszcze raz”. Raz i basta.
Co pięć lat nowy sułtan wchodzi na tron, a jego poprzednik znika w cieniu palm z lekkim uśmiechem na twarzy. To trochę jak zmiana przewodnika na szlaku — każdy wnosi coś swojego, a krajobraz kraju pozostaje wciąż spektakularny.
Nieco dalej od zgiełku miasta, na zboczu wzgórza Bukit Petaling, stoi Istana Negara — Pałac Narodowy. Budowla powstała w 1928 roku i po II wojnie światowej służyła jako siedziba sułtana Selangoru, zanim przekształcono ją w oficjalną rezydencję króla nowo niepodległej Malezji. Od tego czasu pałac był kilkakrotnie odnawiany.
Robi spore wrażenie, choć — jak mruknął gdzieś pod nosem pewien podróżujący miś — wygląda na bardziej strzeżony niż przytulny.
Brama główna do pałacu Istana Negara
Konna straż królewska przy bramie głównej
Nowa część pałacu ze złotymi kopułami
Jedziemy kawałek za Kuala Lumpur — jakieś czternaście kilometrów wystarczy, żeby miasto zaczęło ustępować miejsca skałom. I nagle są: Batu Caves.
To wapienne jaskinie, w których ktoś postanowił nie wybierać między naturą a duchowością. W efekcie w jaskiniach wkomponowano hinduistyczne chramy i świątynie — robią wrażenie, jakby powstały bez planu, ale z rozmachem, który trudno zignorować.
Przed wejściem do jaskiń stoi ponad 42–metrowy posąg boga Murugan'a
Do wejścia prowadzą strome schody — 272 stopnie, które potrafią dać w kość. A tuż obok... małpy! Makaki osiedliły się w jaskiniach i wokół nich, przyzwyczajone do ludzi i zaskakująco bezczelne. Chowam się w plecaku, bo te ciekawskie małpiszony w mgnieniu oka „pożyczają” wszystko, co wpadnie im w łapki.
Lady Makak
Najbardziej znana i największa jest Jaskinia Katedralna. Ma około 100 metrów wysokości i mieści kilka imponujących świątyń, z których większość opowiada historię zwycięstwa boga Murugan'a nad demonem Soorapadam'em.
Jedna z hinduistycznych świątyń w Batu Caves
Kolejny przystanek to Putrajaya. Zostawiamy za sobą zgiełk Kuala Lumpur i przenosimy się do miejsca, które od początku projektowano inaczej — spokojniej, szerzej, bardziej „oddechowo”.
Dziś Putrajaya jest nie tylko siedzibą malezyjskiego rządu, ale uchodzi też za jedno z najbardziej zielonych miast w Azji. Nowe centrum administracyjne Malezji powstało w 1995 roku i wciąż się rozrasta — jakby cały czas dopasowywało się do własnej, dość młodej roli na mapie kraju.
Widok na meczet Putra nad sztucznie utworzonym jeziorem Putrajaya
Biura premiera kraju
Meczet Putra — minaret o wysokości 116 m, drugi najwyższy w Azji Południowo–Wschodniej
Konstytucja gwarantuje wolność wyznania i określa Malezję jako państwo świeckie, choć islam pozostaje „religią Federacji”. W praktyce przekłada się to na wyraźnie wielobarwny krajobraz religijny: większość mieszkańców to muzułmanie, obok których żyją liczne wspólnoty buddystów, chrześcijan, hinduistów oraz wyznawców tradycyjnych religii chińskich.
Meczet Putra zbudowany jest z różowego granitu
Meczet Putra składa się z trzech głównych części: przestronnej sali modlitewnej, otwartego dziedzińca oraz pomieszczeń przeznaczonych do edukacji i nauki.
Meczet może pomieścić jednocześnie 15 000 wiernych
Przenosimy się teraz do Malakki — starego portu handlowego, od którego wzięła nazwę słynna cieśnina. To historyczne serce Malezji, miejsce o ogromnym znaczeniu kulturowym i dziejowym, którego wyjątkowa wartość sprawiła, że UNESCO wpisało je na Listę Światowego Dziedzictwa.
Malakka zaczęła swoją historię jako chiński punkt handlowy — miejsce, gdzie przyprawy i drzewo sandałowe z Timoru czekały spokojnie na statki i kupców.
Od XV wieku miasto stało się siedzibą malajskiego sułtana, a później przez kolejne stulecia zmieniało kolonialnych „opiekunów” równie często, jak zmieniają się dekoracje w teatrze — najpierw Portugalczycy, potem Holendrzy. Od 1824 roku aż do 1957 roku Malakka, wraz z całym Półwyspem Malajskim, znajdowała się pod panowaniem Brytyjczyków.
Część ocalałej bramy portugalskiego fortu A Famosa
Mięso armatnie? Raczej... futro armatnie! 😅
Portugalski kościół św. Pawła z 1521 roku — najstarszy budynek kościelny w Azji Południowo–Wschodniej
Kiedy Holendrzy przejęli Malakkę, dawne kościoły katolickie dostały nową tożsamość — przemieniły się w Holenderskie Kościoły Reformowane. Stary kościół św. Pawła na szczycie wzgórza zmienił nazwę na Bovenkerk, czyli „Kościół Górny”, i stał się głównym miejscem nabożeństw holenderskiej społeczności. Z okazji setnej rocznicy zdobycia miasta przez Holendrów ruszyła budowa nowego kościoła — bo jak wiadomo, świętować warto w wielkim stylu.
Później Malakka przechodzi w ręce Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Kościoły ponownie zmieniły swoją „firmową tożsamość” — tym razem stały się anglikańskie. Nowy kościół otrzymuje nazwę Kościół Chrystusowy, wpisując się w długą, pełną metamorfoz historię sakralnej architektury miasta.
Anglikański Kościół Chrystusowy z 1753 roku
Malakka ma swoje charakterystyczne czerwone serce kolonialnej zabudowy. Kościół Chrystusowy i sąsiedni Stadthuys pierwotnie były pomalowane na biało — spokojnie, klasycznie, może nawet nieco nudnawo, jak bułka bez miodu.
Dopiero na początku XX wieku przemalowano je na czerwono i od tego czasu ten intensywny kolor stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych znaków dawnej obecności Holendrów w Malakce.
Do turystycznego krajobrazu Malakki należą riksze rowerowe — kiczowato kolorowe, przepakowane ozdobami, które aż biją po oczach, a kierowcy zdają się rywalizować o tytuł najbardziej ekstrawaganckiej maszyny na ulicy.
Riksza przewozi nas na drugi brzeg rzeki Malakka
Pod dźwięki dudniącej muzyki, wychodzącej z głośników przytwierdzonych do rikszy, docieramy do kolejnej perły miasta — XVII–wiecznej chińskiej świątyni Cheng Hoon Teng.
Kamienny wartownik strzegący świątyni
Ta buddyjska świątynia powstała w 1645 roku, a dalsze budynki, wzniesione z materiałów przywiezionych z Chin, dobudowano w kolejnych dekadach. Główna sala, ukończona w 1704 roku, liczy sobie setki lat, ale wcale tego nie widać — codziennie odwiedzają ją i wierni, i turyści.
Buddyjska świątynia Cheng Hoon Teng
Sala główna
Do centrum wracamy pieszo, mijamy kolejne zabytkowe domy modlitwy.
Najpierw meczet Kampong Kling, który pierwotnie, w 1748 roku, powstał z drewna dzięki indyjskim kupcom muzułmańskim. Sto lat później przekształcono go w ceglaną budowlę, zachowując jednak tradycyjny charakter.
Dziś to jeden z nielicznych meczetów w Malakce, które zachowały swój pierwotny wygląd — można więc poczuć tu trochę historii, bez konieczności używania wehikułu czasu.
Meczet Kampong Kling
Nieco dalej stoi świątynia Sri Poyatha Moorthi — prawdziwa staruszka wśród budowli miasta.
To najstarsza nienaruszona świątynia hinduistyczna w Malezji i jedna z najstarszych w całej przymorskiej Azji Południowo–Wschodniej.
Należy do tamilskiej grupy etnicznej Chitty i jest jedną z nielicznych, które dotrwały do współczesności.
Świątynia Sri Poyatha Moorthi
Rzeka Malakka dzieli miasto na dwie części, a przy jej ujściu tworzy naturalny port — niegdyś strategiczny punkt komunikacyjny w czasach sułtanatu Malakki
Dziś rzeka ma bardziej turystyczną misję — po jej wodach pływają łódki wycieczkowe, zabierając podróżników w rejs, podczas którego miasto odsłania swoje oblicze z zupełnie innej perspektywy.
Łódź turystyczna na rzece Malakka
Menu na liściu bananowca w indyjskiej restauracji
Dzielnica Kampung Morten, przycupnięta nad brzegiem rzeki, przypomina żywy skansen, w którym czas zdaje się płynąć nieco wolniej.
Drewniane domy na palach, poprzetykane zielenią i kwiatami, wciąż tętnią tradycyjnym życiem — a niektórzy mieszkańcy chętnie wprowadzają ciekawskich turystów w swoje codzienne rytuały.
Jeden z tradycyjnych malajskich domów
Wewnątrz toczy się codzienne życie
Miniatura tradycyjnego malajskiego domu — przez chwilę do własnego użytku 😃
Region Cameron Highlands w centralno–zachodniej części Półwyspu Malajskiego to górskie pasmo ciągnące się z północy na południe — idealne, żeby odetchnąć od upału nizin. Tutaj klimat robi za przyjaciela turysty i rolnika jednocześnie: chłodniej, przyjemniej, a oczy same się cieszą zielenią.
Rolnicy mają tu prawdziwe eldorado: oprócz truskawek, zielonych szparagów i warzyw, króluje herbata i róże. A wszystko razem tworzy widoki, przy których aż chce się przysiąść, napić gorącej herbaty i... po prostu patrzeć.
Plantacja herbaty
Na herbacianym krzaczku
Trogonoptera brookiana — narodowy motyl Malezji, najwyraźniej doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego statusu celebryty. Rozkłada skrzydła i patrzy na nas tak, jakby chciał powiedzieć: „Tak, wiem, że jesteście oczarowani, możecie klaskać””.
Trogonoptera brookiana
Euploea mulciber
Jesienny liść (Doleschallia bisaltide)
Był rok 1786, gdy sułtan Kedah „przekazał” wyspę Penang Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej — dla Anglików idealny punkt do handlu zagranicznego.
Resztę wyspy, a później cały Półwysep Malajski, Brytyjczycy... no cóż, powiedzmy, że w historii jak w planszówce — zawsze znajdzie się ktoś, kto przesuwa pionki po swojemu.
Pozostałość fortu Cornwallis — pierwszej brytyjskiej fortyfikacji na wyspie Penang
Największym miastem i stolicą sułtanatu Penang jest George Town, założone przez Brytyjczyków.
Nazwa brzmi dumnie, pochodzi od króla Jerzego III, ale miejscowi mówią po prostu „Penang”. Krócej, wygodniej i chyba z większą sympatią — w końcu, po tylu latach, trudno nie pokochać swojego miasta tak zwyczajnie, po imieniu.
W tle ponad 13–kilometrowy most wantowy łączący Półwysep Malajski z Penang — najdłuższy tego typu w Azji Południowo–Wschodniej
Widok ze wzgórza Penang
Bungalow Bel Retiro — zbudowany dla gubernatora w 1789 roku
W sercu Penangu, jakby wciągnięte w magiczną rozmowę, stoją naprzeciwko siebie dwie buddyjskie świątynie. Tajlandzka Chayamangkalaram i birmańska Dhammikarama wyglądają, jakby postanowiły konkurować o to, która z nich przyciągnie więcej spojrzeń.
Chayamangkalaram powstała w 1845 roku i od razu zaprzyjaźniła się z rekordami — w środku czeka na nas olbrzymi, 33–metrowy leżący Budda. I nie myślcie sobie, że to tylko pomnik do podziwiania: ten kolos pełni też funkcję kolumbarium, a w jego wnętrzu spoczywają urny z prochami zmarłych. Trochę niecodzienna kombinacja — monumentalna figura, która jednocześnie strzeże spokoju dusz.
Hala główna świątyni Chayamangkalaram
Posąg leżącego Buddy
„Wejście smoka” 😁
Naprzeciwko stoi Dhammikarama, dumna birmańska dama Penangu. To najstarsza świątynia Birmańczyków w Malezji i jedyna poza Mjanmą, która tak wiernie oddaje birmański styl.
Jej najstarsza część, skromna stupa z 1805 roku, z czasem została otoczona większą, okazałą stupą i salą święceń, strzeżoną przez parę kamiennych słoni.
Sala święceń strzeżona przez parę kamiennych słoni
Statua stojącego Buddy w hali głównego chramu
Obie stupy — stara i nowa
George Town to serce wyspy Penang. Tutaj na własnej skórze można poczuć prawdziwość sloganu reklamowego Malezji, który usłyszałem dawno temu — „Malaysia truly Asia” (Malezja prawdziwie Azja). I wiecie co? To nie pusty slogan. Spacer po George Town to jak kompaktowa podróż po całej Azji — tylko że bez konieczności pakowania walizek.
Miasto zachwyca klimatyczną, zabytkową zabudową kolonialną, która miesza się z pełnią barw i kształtów świątyń, meczetów, kapliczek i pagód. Każdy zakątek zdaje się opowiadać inną historię: niektóre mury mają kilka stuleci, inne dopiero co wczoraj „wyskoczyły z farby”. Wszystko razem tworzy gęsty i kolorowy kolaż kultur i stylów architektonicznych.
Chińska świątynia Bogini Guanyin z 1728 roku jest jedną z najstarszych świątyń w Penang
Świątynia Sri Mahamariamman, założona w 1833 roku jest najstarszą świątynią hinduistyczną w mieście
Meczet Kapitana Keling'a — przykład architektury islamskiej z wyraźnymi wpływami indyjskimi
Ratusz z lat 80. XIX wieku jest najstarszym budynkiem publicznym w mieście
Budynek Rady Miejskiej zbudowany w stylu neobarokowym w 1903 roku
Peranakanie, znani też jako Baba–Nyonya, to potomkowie chińskich imigrantów, którzy od XVI wieku przybywali na Półwysep Malajski w kilku falach. Ponieważ większość osiedliła się w miastach na zachodnim wybrzeżu, Brytyjczycy nazywali ich Straits Chinese — Chińczycy znad Cieśniny.
Peranakanie szybko wyrobili sobie własny styl życia: zachowali wiele elementów chińskiej kultury, ale wplatali w nią wpływy lokalne i...trochę kolonialnego przepychu. Byli zazwyczaj bogatsi niż nowo przybyli imigranci i stworzyli ekskluzywną elitę społeczną, której domy mogłyby spokojnie konkurować z muzeami.
Pinang Peranakan w George Town to odtworzony dom bogatego Baby sprzed stu lat, który dziś działa jako muzeum i pozwala zajrzeć za zasłonę eleganckiego życia Peranakanów: meble, tkaniny, porcelana, rękodzieło
Każde pomieszczenie opowiada własną historię o luksusie, tradycji i drobnych codziennych przyjemnościach dawnych mieszkańców, a całość tworzy wrażenie domu, w którym historia ma swoje miejsce na każdym parapecie i w każdym wazonie.
Dziedziniec
Jadalnia
Sypialnia
Borneo
Opuszczamy Półwysep Malajski i przenosimy się na Borneo, które nadal zachwyca różnorodnością przyrody, choć od razu widać, że nie wszystko wygląda tak, jakby chciał tego każdy ekolog. Kiedyś wyspa była „płucami świata”, dziś jednak wiele lasów przepadło w pożarach, poszło pod piłę albo ustąpiło miejsca plantacjom palm olejowych i papierówki. Z 75% zalesionej powierzchni z lat 80. XX wieku pozostała dziś mniej więcej połowa.
Kiwam głową ze smutkiem — zieleń wciąż jest tu obfita i piękna, ale wystarczy rozejrzeć się wokół, by dostrzec, że przyroda naprawdę potrzebuje naszej uwagi.
Mount Kinabalu — najwyższy szczyt Malezji
Na szczęście najcenniejsze fragmenty dżungli udało się objąć ochroną w parkach narodowych i rezerwatach.
Park Narodowy Kinabalu był pierwszym parkiem narodowym w Malezji. Obejmuje ponad 750 km kwadratowych dziewiczej, tropikalnej przyrody i kryje w sobie niezliczone gatunki roślin i zwierząt.
To również dom najwyższego szczytu Malezji — majestatycznej góry Kinabalu, wznoszącej się na 4 101 metrów. I choć wiem, że moje umiejętności wspinaczkowe są raczej umiarkowanie heroiczne, widok Mount Kinabalu po prostu odbiera mi dech.
Las Kinabalu
Szczęślin późny (Clerodendrum trichotomum)
Prawdopodobnie najmniejsze banany świata
Smocza liana
Nad rzeką Sungai Moroli korzystamy z jednej z regionalnych atrakcji turystycznych. Moi „niepluszowi” wchodzą boso do kryształowo czystej wody, a już po chwili pojawiają się ryby, które obgryzają ich stopy z obumarłego naskórka. Tak zwany „rybi masaż” lub „rybie Spa” bywa czasem nieco bolesny, ale stanowi wyjątkowe przeżycie.
Ja również zanurzyłem swoje pluszowe nóżki, jednak żadna ryba nie raczyła się nimi zainteresować... zapewne futro nie znajduje się w rybim jadłospisie. Szkoda.
„Rybi masaż”
Jednym z najbardziej niezwykłych kwiatów Malezji jest pasożytnicza Bukietnica Arnolda, znana też jako Raflezja Arnolda. Roślina nie wytwarza samodzielnie korzeni, łodyg ani liści, a jej kwitnienie następuje zaledwie raz na kilka lat, trwając od pięciu do siedmiu dni.
Bukietnica tworzy największe kwiaty w świecie roślin, osiągając imponujące rozmiary — od 80 do 100 centymetrów średnicy i wagę około 10 kilogramów. Wygląda jak rekwizyt z filmu science fiction, a jej zapach przypomina rozkładające się mięso, co przyciąga owady odpowiedzialne za zapylenie.
Bukietnica Arnolda
Podróżując po Malezji, mam wrażenie obcowania z bezkresną plantacją, w której rzędy palm olejowych ciągną się aż po horyzont. Jednak ten precyzyjnie uporządkowany krajobraz ma swoją gorzką stronę.
Stale rosnący popyt na olej palmowy sprawia, że pod uprawy wycina się fragmenty lasów tropikalnych, głównie w Indonezji i Malezji, ale także w Ameryce Południowej i Afryce. Od 1990 roku powierzchnia plantacji podwoiła się na całym świecie. W Indonezji — aż dziesięciokrotnie! Wyobraźcie sobie połowę Polski zamienioną na jednolity las palmowy — właśnie tyle, około 16 milionów hektarów, zajmują obecnie globalne plantacje. W Malezji rosną ich aż 4,5 miliona hektarów — czyli mniej więcej tyle, ile powierzchnia województw mazowieckiego i opolskiego razem wziętych.
Skutki tej „uprawnej rewolucji” są dramatyczne. Monokultury palm olejowych wypierają różnorodność biologiczną i wkraczają w przestrzeń tych, którzy w życiu nie podpisaliby żadnej umowy o współlokatorstwo — orangutanów, słoni i tygrysów. I chociaż patrząc na te równe rzędy palm można czasem poczuć wrażenie estetycznej harmonii, wystarczy jedno spojrzenie w oczy dzikiego mieszkańca lasu, by zrozumieć, że cena tej harmonii jest zbyt wysoka.
Podczas tej podróży wśród palm uczę się jednej rzeczy: krajobraz może być jednocześnie piękny i smutny. Czasem natura mówi do nas nie szumem liści, lecz ciszą tych, którzy stracili swój dom.
Docieramy do Bilit, nad rzeką Kinabatangan. Nasza lodge stoi w wąskim pasie tropikalnego lasu wzdłuż brzegu rzeki — mały skrawek zieleni w morzu plantacji palm olejowych. Ten fragment natury to tylko przyczółek przy dużym rezerwacie, ale już sam fakt jego istnienia daje nadzieję, że można tu spotkać dzikie zwierzęta. Choć... w takich warunkach trzeba mieć naprawdę sporo szczęścia.
Nasza nocna wędrówka po lesie nijak nie przypomina wypraw po dzikich dżunglach Ameryki Południowej. To raczej spacer w gumowych butach po rozmokłych ścieżkach miejskiego parku — tylko zamiast wiewiórek, natknąć się można na złodziejskie małpiszony. A te małpiszony to prawdziwe mistrzostwo w zuchwałości: kiedy przy stole robi się pusto, napadają na bufet, podnoszą ciężkie pokrywy pojemników i znikają z naszym prowiantem. Trzeba przed nimi ukrywać nawet buty i drobne przedmioty, inaczej znikają szybciej niż kawałek bananowego ciasta.
Rejs po rzece Kinabatangan
Kinabatangan to druga co do długości rzeka w Malezji, a rejs łodzią po niej to świetna okazja, by zobaczyć lokalną faunę i florę w jej naturalnym środowisku. Ponieważ jednak stoimy na obrzeżach rezerwatu, a nasza łódź nie zapuszcza się w głąb dzikiej dżungli, rzeczne safari pozostaje kameralne — skromne, ale wciąż pełne uroku i niespodzianek, które pokazują, że nawet na małym skrawku tropików życie potrafi być barwne i nieprzewidywalne.
Makaki długoogoniaste
Młody Nosacz Sundajski
Waran paskowany
Centrum Rehabilitacji Orangutanów Sepilok to prawdopodobnie najważniejsze miejsce w Sabah, jeśli chodzi o opiekę nad dzikimi zwierzętami. Powstało w 1964 roku jako pierwsza w regionie placówka zajmująca się osieroconymi orangutanami i tymi, które do tej pory żyły w niewoli, przygotowując je do życia na wolności. Najciekawsze momenty dnia to poranne i popołudniowe dokarmiania — wtedy można stosunkowo blisko obserwować te wspaniałe stworzenia, które wyglądają jak mali, rudzi ludzie z wielkimi oczami.
Złodziejskie makaki wynoszą większą część serwowanego pożywienia
W międzyczasie centrum rozrosło się i zaczęło działać niemal jak zoo. Różnica jest jednak zasadnicza: tutejsi „leśni ludzie” żyją w naturalnym środowisku i poruszają się swobodnie po rozległym rezerwacie. Mogą sami zdecydować, czy podejdą do platformy i skorzystają z dokarmiania. Spotkanie z orangutanem nie jest więc gwarantowane, ale kiedy się pojawią, wrażenie jest niezapomniane — można poczuć się jak gość w ich prywatnym, leśnym salonie.
Samica z młodym
Tuż obok Centrum Rehabilitacji Orangutanów mieści się otwarte w 2014 roku Centrum Ratowania i Rehabilitacji Niedźwiedzi Malajskich. Te misie, najmniejsze niedźwiedzie na świecie, żyją wyłącznie w Azji Południowo–Wschodniej — i niestety, życie w tropikach bywa dla nich trudne. Kurczenie się lasów i kłusownictwo sprawiają, że wiele młodych niedźwiedzi trafiało do niewoli, pozbawione możliwości swobodnego wyjścia na świeże powietrze.
Niedźwiedź Malajski
Dziś w centrum mieszkają 43 uratowane misie oraz jeden urodzony w niewoli. Każdy z nich ma do dyspozycji przestronne, leśne wybiegi, które jak małe kawałki lasu pozwalają czuć się prawie jak w domu. Wspinają się po drzewach, tarzają w liściach, szukają miodu — a czasem sprawiają wrażenie, że obserwują nas równie uważnie, jak my ich.
Niedźwiedzie malajskie — najmniejsze na świecie. A ja? Jeszcze mniejszy 😉
Na skraju rezerwatu Kabili–Sepilok, gdzie zieleń drzew gubi się w niekończącej się, wilgotnej mgiełce, rozciąga się park — centrum odkrywania lasu deszczowego.
To miejsce, w którym natura spotyka się z odrobiną ludzkiej pomysłowości: metalowe platformy i pomosty wiją się między koronami drzew niczym długie mosty nad oceanem zieleni. Mają łącznie 620 metrów długości i wznoszą się na 25 metrów nad ziemią, oferując wgląd w prywatne życie mieszkańców wyższych partii lasu.
Wędrówka wśród koron drzew
Dzioborożec żałobny
Dzioborożec białodzioby
Labuk Bay wita nas wąskim pasem dżungli, który zaskakująco przetrwał wśród plantacji palm olejowych.
Właściciele obszaru postanowili zagospodarować fragment natury pod turystykę: powstały platformy widokowe, lodge i niewielka restauracja.
Wszystko po to, by człowiek mógł podglądać dzikie życie, nie wchodząc w niepożądany konflikt z naturą.
Malezja należy do trzech największych producentów kauczuku
Praca na plantacji palm olejowych
Owoce palmy olejowej
W tym wąskim pasie lasu deszczowego mieszka około sześćdziesięciu nosaczy sundajskich. Ich charakterystyczne, wydłużone nosy trudno pomylić z czymkolwiek innym.
Jak to bywa w świecie turystycznym, małpki mają swoje godziny urzędowania — dwa razy dziennie odbywa się dokarmianie.
Wtedy platformy widokowe zamieniają się w prawdziwy „małpi teatr”.
Nosacz Sundajski jest gatunkiem endemicznym
Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że „centrum rehabilitacji” nie jest tym, czym mogłoby się wydawać po samej nazwie. W ośrodkach dla orangutanów czy niedźwiedzi malajskich celem jest przygotowanie zwierząt do życia na wolności i zapewnienie im opieki medycznej.
Tutaj wygląda to inaczej: nosacze są dokarmiane i obserwowane, ale rehabilitacja w pełnym znaczeniu tego słowa nie zachodzi. To raczej spektakl w najczystszej postaci — nie do końca potrzebny do przetrwania, ale wciągający i fascynujący.
Myślę sobie: „Nie każda przygoda musi być heroiczną opowieścią o przetrwaniu. Czasem wystarczy po prostu patrzeć i rozumieć, że świat to również teatr pełen długich nosów i owoców.” 😉
Nosacz sundajski — dominujący samiec
Lutung srebrzysty
Po długim okresie pandemii jesteśmy jednymi z pierwszych turystów w Malezji. Mieszkańcy witają nas serdecznymi uśmiechami — tak szerokimi, że czasem zastanawiam się, czy naprawdę cieszą się z naszego przyjazdu, czy po prostu ćwiczą na konkurs „Najszerszy Uśmiech Roku”. 😁
Łodzie rybackie
Targ rybny w Kota Kinabalu. Sprzedawca prezentuje langusty
Skorupiaki morskie
Świeżo złowione ryby
Ryby suszone w słońcu
Jako jedyni goście mamy całą plażę dla siebie.
Słońce grzeje przyjemnie, wiatr lekko chłodzi, a szum oceanu działa jak najbardziej uniwersalna terapia odprężającą — bez recepty, bez kolejki, od razu gotowa do użycia.
Morska woda miesza się z powietrzem w niezobowiązujący aromat soli i czegoś jeszcze, czego nie da się do końca nazwać — może samej radości bycia tu i teraz.
Z pachnącymi kwiatami plumerii
Poszukiwacz małż
Wybrzeże Borneo
Podróż po Półwyspie Malajskim i Borneo okazała się prawdziwym kalejdoskopem wrażeń. Od tętniącej życiem metropolii Kuala Lumpur, przez historyczne zaułki Malakki, chłodne wzgórza Cameron Highlands, kolorowy Penang, aż po dzikie zakątki Borneo — każde miejsce było fantastycznym przeżyciem.
A jednak to spotkania z ludźmi — ich uśmiechy i serdeczność, również wobec pluszowego niedźwiadka — pozostaną w pamięci najdłużej.
Zasłużona kąpiel po długiej podroży
Klocek