Kuba
Marzec 2014
Kuba, często nazywana „Perłą Karaibów”, od dawna funkcjonuje w zbiorowej wyobraźni jako kraina starych amerykańskich samochodów, aromatycznego rumu, cygar i plaż tak idealnych, jakby ktoś codziennie rano starannie wygładzał je na potrzeby pocztówek.
Jednak już po kilku dniach okazuje się, że te wszystkie obrazy są jedynie pierwszą warstwą znacznie ciekawszej historii.
Nasza kubańska podróż zaczyna się w Holguín. Miasto nie potrzebuje wielkiego wejścia ani szczególnych atrakcji na dzień dobry. Po prostu wciąga nas w swój rytm. Ulice są pełne ludzi, gwar rozmów miesza się z muzyką dochodzącą z każdego rogu, a nad wszystkim unosi się ta charakterystyczna lekkość, którą trudno opisać, ale łatwo zauważyć.
Jakby karaibskie powietrze skutecznie rozpuszczało część codziennych zmartwień.
Klasyczne amerykańskie samochody przed parkiem Las Flores w Holguín
Ulice pełne są klasycznych aut, które wyglądają, jakby przetrwały nie jedną, a kilka epok. Chromowane Chevrolety, Pontiaki i Fordy sprawiają wrażenie, jakby od dekad prowadziły prywatną wojnę z czasem i jak dotąd nie zamierzały kapitulować. Jedne błyszczą świeżym lakierem, inne noszą ślady licznych napraw, ale wszystkie nadal są w ruchu.
Ludzie pozdrawiają nas z naturalną życzliwością. Nie wygląda to na uprzejmość ćwiczoną dla turystów. Raczej na odruch równie zwyczajny jak poranna kawa.
A muzyka? Muzyka jest wszędzie. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że na Kubie śpiewanie, granie i tańczenie nie należą do kategorii rozrywek. To raczej jedna z podstawowych funkcji życiowych.
Kolonialna architektura i ślady upływającego czasu
Słynny „Cuba feeling” dopada nas szybciej, niż się spodziewaliśmy.
W miejskim parku trafiamy akurat na dziecięcy konkurs piosenkarski. Na prowizorycznej scenie mali artyści walczą z tremą, mikrofonami i własnymi ambicjami. Publiczność reaguje z takim zaangażowaniem, jakby chodziło o finał wielkiego festiwalu, a nie lokalny konkurs w parku.
Kilka ulic dalej spotyka nas kolejna niespodzianka. Na rogu Maceo i Arias działa klub „Peña del Tango Carlos Gardel”. Przyznam, że nie spodziewałem się znaleźć tanga tak daleko od Buenos Aires.
Występ w klubie „Peña del Tango Carlos Gardel”
Wchodzimy do środka.
Niewielka scena, kilka rzędów starych kinowych foteli i atmosfera miejsca, które istnieje przede wszystkim dzięki pasji ludzi, a nie dzięki reklamom. Muzycy zauważają nowych gości i niemal natychmiast rozpoczynają występ.
Tango brzmi znajomo, ale jednocześnie ma w sobie coś z Kuby — jakby w drodze przez Atlantyk złapało trochę słońca i karaibskiego temperamentu.
Siedzimy zasłuchani, a ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że muzyka na Kubie ma niezwykły talent do odnajdywania swoich słuchaczy.
Ruszamy dalej na południe, do Santiago de Cuba.
Już przy wjeździe widać, że to miasto ma własny charakter. Jest większe, głośniejsze i bardziej energiczne niż miejsca, które odwiedzaliśmy wcześniej. Dopiero później przypominam sobie, że to przecież drugie co do wielkości miasto kraju i jedno z najważniejszych miejsc w historii Kuby. Przez pewien czas było nawet stolicą wyspy i do dziś pozostaje jednym z głównych punktów na kubańskiej mapie.
Santiago często żyje w cieniu Hawany, ale sprawia wrażenie miasta, które zupełnie się tym nie przejmuje. Ma własne tempo, własną energię i własne powody do dumy. Jednym z nich jest oczywiście rum. Wystarczy krótki spacer po mieście, by co chwilę natrafiać na związane z nim historie.
To właśnie tutaj w XIX wieku Facundo Bacardí Massó założył gorzelnię, z której wyrosła późniejsza marka Bacardí — jedno z najbardziej rozpoznawalnych rumowych imperiów.
Rewolucja kubańska zmieniła jednak losy nie tylko kraju, ale także wielu przedsiębiorców. Rodzina Bacardí opuściła Kubę, a produkcja przeniosła się za granicę. Dziś marka znana jest na całym świecie, choć jej korzenie tkwią właśnie tutaj. Co ciekawe, w Santiago nadal produkuje się rum według dawnych tradycji, obecnie sprzedawany pod nazwą Ron Caney.
Dawna fabryka Bacardí w Santiago de Cuba.
Spacerując po centrum, szybko zauważamy, że historia nie jest tu zamknięta w muzeach. Przewija się niemal na każdym kroku.
Wokół Parque Céspedes tętni codzienne życie. Mieszkańcy siedzą na ławkach, dzieci biegają między gołębiami, a turyści próbują odnaleźć się w tym przyjemnym chaosie.
Nad placem góruje katedra, a naprzeciw niej stoi dawny ratusz. To właśnie z jego balkonu w styczniu 1959 roku Fidel Castro ogłosił zwycięstwo rewolucji.
Trudno znaleźć w Santiago miejsce, które nie miałoby własnej historii do opowiedzenia.
Katedra miejska
Ratusz
Kilka kroków dalej znajduje się Casa Diego Velázquez — najstarszy zachowany dom na Kubie, z początku XVI wieku.
Wygląda trochę tak, jakby fragment Andaluzji zgubił drogę przez Atlantyk i postanowił zostać tutaj na stałe.
Casa Diego Velázquez — najstarszy zachowany dom na Kubie
Po opuszczeniu centrum kierujemy się w stronę Avenida Manduley.
Dawniej była to jedna z najbardziej eleganckich części miasta. Wciąż stoją tu okazałe wille. Niektóre odzyskały dawny blask, inne najwyraźniej prowadzą z czasem nierówną walkę.
I właśnie dzięki temu okolica wydaje się autentyczna. Nic nie wygląda tu jak dekoracja przygotowana specjalnie dla odwiedzających.
Dawna posiadłość rodziny Bacardí, dziś Palacio de Pioneros
W tle niemal nieustannie przewijają się stare samochody. Pojawiają się wszędzie — pod hotelami, przy targach i na bocznych uliczkach. Czasem błyszczą, czasem dymią, czasem budzą podziw, a czasem lekkie zdziwienie, że nadal jeżdżą.
Patrząc na nie, dochodzę do wniosku, że wiele z tych aut i ja mamy podobną filozofię życia. Kilka szwów, trochę napraw i można podróżować dalej.
Buick Eight z 1947 roku
Chevrolet z 1955
Ford Fairlane z 1956 roku
Plymouth Savoy z 1958
Przy Parque Céspedes zatrzymujemy się na chwilę w jednej z restauracji.
W menu oczywiście pojawia się mojito — takie, które smakuje, jakby ktoś oprócz mocnego rumu dodał do niego odrobinę lokalnych historii.
Legenda mówi, że pierwowzór tego drinka sięga czasów angielskiego korsarza Francis Drake, który pił mieszankę tafii, limonki i mięty. Z biegiem lat tafię zastąpił rum, a reszta jest już częścią karaibskiej legendy.
Restauracja przy placu Parque Céspedes
Barman przygotowujący mojito
Gdy słońce zaczyna chować się za dachami, Santiago wyraźnie przyspiesza.
Miasto, które za dnia było gwarne, wieczorem nabiera jeszcze więcej energii. Z otwartych drzwi lokali płynie muzyka, a ulice wypełniają się ludźmi.
La Casa de la Trova
La Casa de las Tradiciones
La Casa de la Trova przyciąga jak magnes, podobnie jak La Casa de las Tradiciones, gdzie szybko przekonujemy się, że salsa jest czymś znacznie więcej niż muzyką i tańcem. To raczej sposób funkcjonowania.
Tu wszystko miesza się w jeden rytm: śpiew, taniec i ten specyficzny smak, od którego salsa wzięła swoją nazwę — pikantny, intensywny, trochę niepokorny.
Salsa
Santiago od wieków pozostaje miejscem spotkania wielu kultur. Silnie obecna jest tu społeczność haitańska, której wpływy odnajdujemy w muzyce, wierzeniach i lokalnych tradycjach. Wśród tych historii pojawia się postać Omary.
Pochodzi z Haiti i znana jest jako wróżbitka oraz strażniczka tradycji voodoo. Zajmuje się przepowiadaniem przyszłości i przygotowuje ziołowe nalewki wykorzystywane w medycynie ludowej.
Omara ma głos, który potrafi zatrzymać niejednego słuchacza na dłużej. Jej śpiew przeplata się z wróżbami i przepowiedniami, dzięki czemu szybko staje się częścią lokalnych legend.
A na Kubie granica między legendą a codziennością bywa wyjątkowo cienka.
Omara
Chica santiaguera
Zaglądamy jeszcze do starego zakładu drukarskiego. Już od progu mam wrażenie, że wchodzimy do miejsca funkcjonującego według własnego kalendarza. Powietrze pachnie papierem, kurzem i smarem. Stare maszyny stukają jednostajnie, wykonując pracę, którą w większości świata dawno przejęły komputery.
Przez chwilę obserwuję kolejne arkusze przesuwające się między mechanizmami i dochodzę do całkiem przyjemnego wniosku. Jeśli kiedyś przyjdzie czas, by opowiedzieć moje podróże w formie książki, to właśnie tutaj mogłaby zacząć swoje życie. Między stukotem starych maszyn, zapachem farby drukarskiej i historią, która najwyraźniej nie zamierza odejść w zapomnienie.
Odwiedziny w drukarni
Wspinamy się na wzgórze górujące nad wejściem do zatoki Santiago de Cuba.
Od wieków stoi tu Castillo de San Pedro de la Roca, choć mało kto używa pełnej nazwy — dla wszystkich jest po prostu Castillo del Morro.
Twierdza wygląda tak, jakby nadal pilnowała portu. Powstała w połowie XVII wieku, ale jej historia nie należała do spokojnych. Kilkadziesiąt lat po ukończeniu została zniszczona przez Anglików, a odbudowa i rozbudowa przyszły dopiero na początku XVIII wieku. Fundamenty oraz część murów przetrwały zniszczenia, choć wiele elementów trzeba było wznieść od nowa.
Castillo del Morro
Po raz pierwszy widzę stare armaty
Spacerujemy po kamiennych korytarzach, przechodzimy przez mosty zwodzone i zaglądamy za kolejne mury obronne. Wystarczy odrobina wyobraźni, by usłyszeć echo kroków dawnych żołnierzy i skrzypienie łańcuchów opuszczających bramy.
Pod nami znajdują się lochy, które pamiętają więcej ludzkich dramatów niż niejedna kronika wojenna. Na szczęście dziś twierdza pilnuje już tylko widoku na zatokę, a zamiast odgłosów wojny słychać głównie szum morza i wiatr.
Bucanero w akcji — twierdza przejęta
Zostawiamy gwarne Santiago za nami, a po drodze zatrzymujemy się na krótko w Palma Soriano.
To jedno z tych miejsc, które rzadko trafiają na okładki przewodników. I może właśnie dlatego warto się zatrzymać.
Życie płynie spokojnie, bez pośpiechu i bez większych ambicji do zmiany tempa. Ludzie siedzą przed domami, rozmawiają z sąsiadami, ktoś sprzedaje owoce, ktoś inny naprawia rower. Nikt nigdzie nie biegnie.
Mam wrażenie, że czas działa tu według własnego regulaminu, niezależnego od reszty świata.
Prawdopodobnie pierwsza, poważna wizyta u fryzjera
Przy okazji próbujemy zrozumieć kubańskie realia finansowe, co samo w sobie przypomina niewielką przygodę. Funkcjonują tu dwa rodzaje pieniędzy. Z jednej strony peso kubańskie, czyli CUP, którym posługują się głównie mieszkańcy. Z drugiej peso wymienne, czyli CUC, otwierające dostęp do większości towarów i sklepów odwiedzanych przez turystów. Przez chwilę próbuję zrozumieć wszystkie zasady tego systemu, ale szybko dochodzę do wniosku, że łatwiej nauczyć się salsy niż kubańskiej ekonomii — i na tym etapie postanawiam nie drążyć tematu.
Palma Soriano
Mimo socjalistycznego ustroju prywatna przedsiębiorczość ma się całkiem dobrze.
Na werandach domów i przy niewielkich straganach sprzedawane są warzywa, owoce, domowe przetwory, a czasem nawet kura, która jeszcze niedawno spacerowała po podwórku.
Sklepik na werandzie domu
Warsztat renowacji garnków
Jeszcze jeden „werandowy sklepik”. Temperatura w cieniu około 30 °C
Komunikacja miejska
Rolnicy narzekają na brak nawozów, maszyn i biurokrację, ale jednocześnie właśnie dzięki temu wiele upraw pozostaje niemal całkowicie ekologicznych.
Paradoksów na Kubie zdecydowanie nie brakuje.
Z jednej strony mówi się o naturalnych metodach uprawy i ograniczonym dostępie do środków produkcji, z drugiej coraz częściej pojawiają się zapowiedzi wprowadzenia genetycznie modyfikowanej kukurydzy i soi. Trwają również prace nad nowymi odmianami pomidorów oraz słodkich ziemniaków.
Już po kilku minutach spaceru po Bayamo staje się jasne, dlaczego nazywane jest kolebką narodu kubańskiego. Miasto, założone w 1513 roku jako Villa de San Salvador, należy do najstarszych hiszpańskich osad na wyspie.
Historia zostawiła tutaj wyraźny ślad. W czasie walk o niepodległość mieszkańcy podjęli decyzję, która do dziś budzi podziw. W 1869 roku sami spalili własne miasto, by nie oddać go wojskom hiszpańskim. Z tamtych wydarzeń narodziła się także „La Bayamesa”, pieśń, która później stała się hymnem narodowym Kuby.
Katedra Del Santisimo Salvador de Bayamo y Manzanillo
Na szczęście nie wszystko obróciło się w popiół. W centrum nadal stoi katedra Del Santísimo Salvador de Bayamo y Manzanillo, jeden z najstarszych kościołów na wyspie. Spokojnie obserwuje kolejne pokolenia mieszkańców już od kilku stuleci.
Trasa prowadzi nas dalej do Camagüey.
Już po kilku minutach w mieście można odnieść wrażenie, że to miejsce podąża własną drogą. Uliczki sprawiają wrażenie zaprojektowanych przez kogoś, kto nie darzył szczególną sympatią prostych linii ani geometrycznego porządku.
W takim labiryncie łatwo się zgubić, ale równie łatwo na coś natrafić. Być może właśnie dlatego Camagüey od lat przyciąga pisarzy i artystów, uchodząc za jedno z najbardziej twórczych miejsc na Kubie.
Podobno kubańskie cygara są jednymi z najlepszych na świecie
Plaza de los Trabajadores z podobizną Che Guevara
Historyczne centrum wpisane na listę UNESCO nie sprawia jednak wrażenia muzeum pod gołym niebem — to wciąż normalnie funkcjonujące miasto, w którym największe wrażenie robi jego codzienne życie.
Zabytkowe centrum
Na Plaza del Carmen zatrzymujemy się przy galerii i pracowni Marthy Jiménez — jednej z najbardziej rozpoznawalnych kubańskich artystek.
Rzeźba jednej z czterech sąsiadek
Przed wejściem czekają jej słynne rzeźby. Jest mleczarz, jest Señor Subiran pogrążony w lekturze gazety, są też sąsiadki prowadzące niekończącą się rozmowę. Martha Jiménez nie musiała daleko szukać inspiracji. Wystarczyło rozejrzeć się po okolicy. To właśnie mieszkańcy dzielnicy stali się bohaterami jej prac i na stałe zamieszkali na Plaza del Carmen.
Historia sąsiadek ma jednak lekko melancholijny akcent. Jedna z kobiet, które przez lata codziennie spotykały się na placu, zmarła jeszcze podczas powstawania rzeźby. Dlatego dziś stoją tam cztery krzesła, ale zajęte są tylko trzy z nich.
Señor Subiran
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że Señor Subiran nadal od czasu do czasu siada obok własnego pomnika. Trudno o bardziej bezpośredni kontakt między sztuką a rzeczywistością.
I muszę przyznać, że niewiele miast potrafi opowiadać o sobie z takim spokojem, humorem i dystansem jak Camagüey.
Niepowtarzalny klimat starego Camagüey
Pierwsze sadzonki trzciny cukrowej przypływają na Kubę wraz z drugą wyprawą Krzysztofa Kolumba i najwyraźniej bardzo szybko dochodzą do wniosku, że lepszego miejsca do życia nie znajdą. Gorący klimat, żyzne gleby i obfitość słońca robią swoje.
W kolejnych stuleciach cukier staje się jednym z filarów kubańskiej gospodarki, a tam, gdzie produkuje się cukier, prędzej czy później pojawia się również rum.
Melasa, niepozorny produkt uboczny produkcji cukru, okazuje się surowcem znacznie cenniejszym, niż mogłoby się wydawać. To właśnie z niej powstaje trunek, bez którego trudno wyobrazić sobie Kubę.
Z czasem miejscowi producenci doprowadzają sztukę jego wytwarzania do perfekcji, a kubański rum zdobywa renomę daleko poza Karaibami.
Kierujemy się teraz do Trinidad.
Dziś to spokojne miasto pełne kolorowych fasad, brukowanych uliczek i leniwego karaibskiego rytmu. Trudno uwierzyć, że przez długi czas było jednym z najważniejszych ośrodków cukrowniczych wyspy. W okresie największej prosperity działały tutaj aż czterdzieści trzy cukrownie, a okoliczne plantacje przynosiły fortuny swoim właścicielom.
Kilka kilometrów od miasta rozciąga się Valle de los Ingenios — Dolina Cukrowa. Wśród łagodnych wzgórz zachowały się dawne rezydencje plantatorów, pozostałości zabudowań gospodarczych i pola, które przez dziesięciolecia stanowiły serce lokalnej gospodarki.
To właśnie stąd płynęło bogactwo, dzięki któremu Trinidad należał niegdyś do najzamożniejszych miast Karaibów.
Dzwonnica
Najbardziej znanym miejscem jest posiadłość Manaca Iznaga wraz z charakterystyczną 45-metrową wieżą. Wspinamy się na szczyt, a widok szybko wynagradza wysiłek. Z góry doskonale widać okoliczne pola i wzgórza. Łatwo zrozumieć, dlaczego wieża była tak ważnym elementem plantacji.
Dźwięk dzwonu wyznaczał rytm codziennego życia — oznaczał początek i koniec pracy, wzywał na modlitwę, ostrzegał przed pożarami, a czasem alarmował o próbach ucieczki niewolników.
Kiedy ją ukończono, była najwyższą budowlą na całej Kubie. Dziś nie imponuje już rekordami wysokości, ale nadal pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli epoki, w której cukier rządził tą częścią wyspy.
Stary młyn do tłoczenia trzciny cukrowej
Dojeżdżamy do centrum Trinidadu.
Miasto zostało założone w 1514 roku i należy do najstarszych osad na Kubie. Atmosfera minionych wieków wciąż unosi się nad jego ulicami. Kolonialna zabudowa zachowała się tu w wyjątkowo dobrym stanie, a wiele budynków odzyskało dawny blask po latach prac konserwatorskich.
Historyczne tło, „nowoczesny” akcent
Brukowane uliczki wiją się między kolorowymi domami. Z otwartych okien dobiega muzyka, na progach siedzą mieszkańcy, a niemal na każdym rogu gra jakiś zespół muzyczny. Znany „Cuba feeling” pojawia się ponownie, choć na Kubie właściwie nigdy nie znika na dłużej.
Muszę przyznać, że ta filozofia życia dobrze wpływa na moje pluszowe samopoczucie.
Kolejny etap podróży prowadzi nas do Cienfuegos, miasta nazywanego Perłą Południa. Wystarczy chwila, by zrozumieć źródło tego przydomka.
Szerokie ulice, eleganckie kamienice i starannie odrestaurowane budynki tworzą wyjątkową atmosferę.
Historyczne centrum trafiło na listę UNESCO i trudno się temu dziwić. W przeciwieństwie do wielu innych kubańskich miast Cienfuegos rozwijało się według uporządkowanego planu urbanistycznego. Wszystko wydaje się tu odrobinę bardziej przestronne i harmonijne.
Pasaż handlowy Calle San Fernando
Katedra
Club Cienfuegos
Nad zatoką stoi Club Cienfuegos — dawny klub jachtowy otwarty w latach 20. XX wieku. Jeszcze większe wrażenie robi jednak Palacio de Valle.
Budynek wygląda tak, jakby jego projektant nie potrafił zdecydować się na jeden styl architektoniczny i postanowił wykorzystać wszystkie, które szczególnie przypadły mu do gustu. Dominują wpływy mauretańskie, ale bez trudu można dostrzec także elementy neoklasycyzmu, gotyku i baroku. Efekt jest zaskakująco spójny — czasami architektoniczny chaos potrafi stworzyć własną logikę.
Myślę sobie, że projektant miał chyba podobne podejście do architektury, jakie ja mam do restauracyjnego bufetu — skoro wszystko wygląda dobrze, dlaczego ograniczać się do jednej opcji?
Palacio de Valle
Budowę pałacu rozpoczęto w 1913 roku i ukończono osiem lat później. Dziś mieści się tu restauracja i hotel, a tarasy oferują jeden z najpiękniejszych widoków na zatokę. Trudno znaleźć lepsze miejsce, by po prostu usiąść i patrzeć.
Przed nami Hawana.
To jedno z tych miejsc, które wydają się znajome jeszcze przed przyjazdem. Przez lata oglądało się je na fotografiach, w filmach i reportażach, a mimo to pierwsze spotkanie okazuje się bardziej ekscytujące, niż można się spodziewać.
Historia miasta zaczyna się na początku XVI wieku. Początkowo osada powstała na południowym wybrzeżu wyspy, jednak stosunkowo szybko przeniesiono ją w obecne miejsce. Decyzja okazała się trafiona. Naturalny port przyciągał statki, handel i ludzi, a Hawana zaczęła wyrastać na jeden z najważniejszych ośrodków hiszpańskiego imperium w Nowym Świecie.
Spacerując dziś wzdłuż zatoki, trudno uwierzyć, jak wiele wydarzeń rozegrało się w tym miejscu. Przez stulecia przybywali tutaj kupcy, żołnierze, korsarze i piraci, wszyscy zainteresowani kontrolą nad jednym z najcenniejszych portów Karaibów.
Wejścia do zatoki strzegły dwie potężne twierdze. Po jednej stronie znajdował się San Salvador de la Punta, po drugiej Castillo de los Tres Reyes del Morro. Ta druga przez długi czas uchodziła za praktycznie niezdobytą. Jednak w 1762 roku, podczas wojny siedmioletniej, po długim oblężeniu musiała skapitulować.
Port był świadkiem wielu przełomowych wydarzeń, ale szczególne miejsce zajmuje rok 1898. To właśnie tutaj doszło do zatonięcia amerykańskiego pancernika USS Maine. Do dziś trwają spory dotyczące przyczyn katastrofy, jednak jej skutki polityczne były natychmiastowe. Wybuchła wojna amerykańsko-hiszpańska, która ostatecznie zmieniła losy całej wyspy.
Castillo de los Tres Reyes del Morro
Następnego dnia odwiedzamy jedno z bardziej niezwykłych miejsc Hawany — Cementerio Cristóbal Colón.
Nekropolia zajmuje ogromny obszar i przypomina raczej miasto z marmuru niż tradycyjny cmentarz.
Spacerujemy pomiędzy alejami otoczonymi setkami kaplic, pomników i mauzoleów. Trudno nie zauważyć pewnego paradoksu. Większość pochowanych to zwykli mieszkańcy, ale największą część przestrzeni zajmują monumentalne grobowce najbogatszych rodzin. Nawet po śmierci nie wszyscy otrzymują tyle samo miejsca.
Sieć alejek jest tak rozległa, że bez mapy łatwo stracić orientację. Wielu Kubańczyków odwiedza nekropolię nie tylko po to, by wspominać bliskich, ale również jako pielgrzymi odwiedzający groby osób uznawanych za szczególnie ważne lub otaczane lokalnym kultem.
Główna aleja Cementerio Cristóbal Colón w Hawanie
Wśród pochowanych znajduje się również Ibrahim Ferrer, legenda kubańskiej muzyki i członek Buena Vista Social Club.
Jego głos przypomniał światu o bogactwie tradycyjnych kubańskich rytmów i sprawił, że wielu ludzi po raz pierwszy zainteresowało się muzycznym dziedzictwem wyspy.
Miejsce pochówku Ibrahim Ferrer'a Planas'a
Z cmentarza przenosimy się na Plac Rewolucji.
To jedno z tych miejsc, których nie sposób pomylić z żadnym innym.
Ogromna przestrzeń otoczona monumentalnymi budynkami robi wrażenie już samą skalą. Nad placem góruje wysoka wieża pamięci José Martíego, a na fasadach sąsiednich budynków widnieją charakterystyczne wizerunki Che Guevary i Camila Cienfuegosa.
Nawet osoby niezainteresowane historią szybko orientują się, jak ważną rolę odgrywa tutaj rewolucja.
Budynek z metaloplastyką przedstawiającą Camila Cienfuegosa
Fasada z metaloplastyką przedstawiającą Che Guevara
Później wracamy do najstarszej części miasta.
Stara Hawana przez dziesięciolecia stopniowo podupadała, ale po wpisaniu na listę UNESCO rozpoczęła się szeroko zakrojona odbudowa. Dziś wiele budynków odzyskało dawny blask, choć wystarczy skręcić w boczną uliczkę, by zobaczyć kamienice nadal czekające na remont.
To właśnie ten kontrast przyciąga uwagę najbardziej. Obok starannie odnowionych fasad stoją budynki noszące ślady wilgoci, czasu i karaibskiego klimatu. Miasto sprawia wrażenie, jakby przeszłość i teraźniejszość nieustannie spacerowały tutaj ramię w ramię.
Bazylika i klasztor San Francisco de Asis
Kwiaciarki na placu Świętego Franciszka
Plaza Vieja (Stary Plac)
Na Plaza Vieja moją uwagę przyciąga grupa psów wygrzewających się leniwie w słońcu. Początkowo wyglądają jak zwyczajni mieszkańcy placu, ale szybko okazuje się, że cieszą się szczególnym statusem.
Każdy nosi na szyi identyfikator ze zdjęciem i informacją o opiekunie. Psy mieszkają pod schodami Muzeum Kowalstwa Artystycznego, są dokarmiane i objęte opieką.
Przyznam, że to chyba pierwszy raz, kiedy spotykam uliczne psy posiadające bardziej oficjalne dokumenty niż ja sam.
Jeden z podopiecznych Muzeum Kowalstwa Artystycznego
Spacer prowadzi nas dalej na Plaza de la Catedral.
Wokół przechadzają się artyści, muzycy i przebierańcy pozujący do zdjęć z turystami. Z pobliskich restauracji płyną dźwięki son cubano, a w powietrzu miesza się zapach kawy, cygar i rozgrzanych kamieni.
Plac Katedralny (Plaza de la Catedral)
Nad placem góruje katedra San Cristóbal, której najbardziej charakterystycznym elementem są dwie asymetryczne wieże. Według dawnych przekazów przez pewien czas przechowywano tutaj szczątki Krzysztofa Kolumba, zanim zostały przewiezione do Hiszpanii.
Katedra Krzysztofa Kolumba
Popularny motyw fotograficzny
Siadam razem z moimi „niepluszowymi” w cieniu drzew, obserwuję ludzi spacerujących pomiędzy kolonialnymi kamienicami i dochodzę do wniosku, że Hawana najlepiej opowiada swoją historię właśnie w ten sposób. Nie poprzez daty i pomniki, lecz przez codzienne życie toczące się między starymi murami. Krok po kroku. Ulica po ulicy.
Hawana i Ernest Hemingway są ze sobą nierozerwalnie związani. Spacerując ulicami miasta, co chwilę natrafiamy na ślady słynnego amerykańskiego pisarza. Trudno zresztą tego uniknąć.
Na początku swojego pobytu na Kubie mieszkał i tworzył w hotelu Ambos Mundos. To właśnie tutaj powstawały kolejne strony jego opowieści, a dziś hotel przyciąga podróżników z całego świata, którzy chcą choć przez chwilę poczuć atmosferę dawnych lat.
Hotel Ambos Mundos
Kilka ulic dalej zaglądamy do Cafe Taberna. Lokal owiany jest legendą, bo regularnie występują tu muzycy związani z Buena Vista Social Club.
W środku trwa właśnie próba. Maria i jej partner Benny ćwiczą ostatnie kroki przed wieczornym występem. Co chwilę zatrzymują się, poprawiają układ i zaczynają od nowa. Widać, że traktują swoją pracę bardzo poważnie, choć poruszają się z taką swobodą, jakby tańczyli wyłącznie dla własnej przyjemności.
Cafe Taberna
Chcąc lepiej zrozumieć codzienne życie mieszkańców, zaglądamy również do jednej z lokalnych bodeg. To właśnie tutaj najłatwiej dostrzec różnicę między Kubą z pocztówek a tą, w której na co dzień żyją jej mieszkańcy.
Od 1962 roku funkcjonuje system przydziałowy zwany libreta, określający ilość podstawowych produktów dostępnych dla mieszkańców. Mięso, drób czy ryby trafiają do wyspecjalizowanych sklepów, natomiast podstawowe artykuły rozprowadzają właśnie bodegi.
W środku znajdujemy kilka butelek oleju i wina, woreczki ryżu, produkty zbożowe, cukier, kilka cygar, figurkę Matki Boskiej i fotografię Raúla Castro. Zestaw wydaje się dość przypadkowy, ale Kuba już nieraz pokazała nam, że potrafi tworzyć własne zasady porządkowania rzeczywistości.
Bodega w Starej Hawanie
W miarę jak zagłębiamy się w miasto, coraz wyraźniej dostrzegamy dwa oblicza Hawany. Z jednej strony zachwyca kolonialną architekturą i atmosferą dawnych czasów, z drugiej nosi ślady wieloletnich problemów gospodarczych. Polityka prowadzona przez dziesięciolecia odcisnęła na niej wyraźne piętno.
Choć starówka objęta opieką UNESCO jest stopniowo odnawiana, obok pieczołowicie odrestaurowanych budynków stoją jednak takie, które nadal toczą spokojną walkę z czasem. Paradoksalnie to właśnie tam najłatwiej odnaleźć prawdziwe życie miasta.
Stara Hawana
Kamienice mieszkalne
Domy mieszkalne w starej Hawanie
W sercu Hawany wyrasta monumentalny El Capitolio. Ogromna kopuła natychmiast przyciąga wzrok. Budynek ukończono w 1929 roku. Wzorowano go na słynnym Kapitolu w Waszyngtonie. Po rewolucji wielokrotnie zmieniał swoje funkcje, a dziś ponownie odzyskuje dawny blask.
Nawet otoczony rusztowaniami wygląda imponująco. Trudno przejść obok niego obojętnie.
El Capitolio
Teatr Wielki „Alicia Alonso”
Wieczorem wracamy do Cafe Taberna. Tym razem nie jako zwykli widzowie. Mam okazję pojawić się na scenie obok muzyków Buena Vista Social Club. Z pierwotnego składu pozostało już niewielu artystów — kilku starszych panów i jedna nieco młodsza dama. Wiek nie odebrał im jednak energii. Wystarczy kilka pierwszych taktów, by sala natychmiast ożyła. Publiczność poddaje się rytmowi bez większego oporu.
Moja mała obecność przy wielkiej muzyce
Przez chwilę mam nawet własne muzyczne pięć minut. Nie chcę się chwalić, ale jestem niemal pewien, że moja obecność na scenie podniosła poziom pluszowej reprezentacji Kuby do historycznie wysokiego poziomu.
Kolejne dni prowadzą nas do doliny Viñales. Krajobraz zmienia się niemal natychmiast.
Nad zielonymi polami wyrastają charakterystyczne mogoty — samotne wapienne wzgórza porośnięte gęstą roślinnością. Wszystko wygląda tak, jakby natura postanowiła poeksperymentować z formą i wyjątkowo dobrze jej to wyszło.
Valle de Viñales
Przypadkowo poznana Señora Laura zaprasza nas do swojego domu
Suszarnia liści tytoniowych
Ponownie podążamy śladami Hemingwaya. Niedaleko Hawany odwiedzamy również Finca Vigía. Ta malownicza posiadłość przez ponad dwadzieścia lat była domem Ernesta Hemingwaya. Dziś mieści się tutaj muzeum poświęcone jego życiu i twórczości.
W pokojach nadal stoją książki, meble i przedmioty codziennego użytku. Wszystko sprawia wrażenie, jakby właściciel wyszedł tylko na chwilę i miał zaraz wrócić.
Finca Vigía
W ogrodzie dostrzegam piękny kwiat caroliny. Po chwili tworzę z niego okazały pióropusz. Błyskawicznie zamieniam się w wojownika ludu Taíno i ruszam na ścieżkę wojenną.
Na szczęście jedynym przeciwnikiem okazuje się moja własna fotogeniczność, która ponownie domaga się dokumentacji.
Wojowniczy Taíno w akcji
Kolejnym przystankiem jest Santa Clara, gdzie rozegrała się jedna z najważniejszych bitew rewolucji kubańskiej.
Po śmierci Ernesto Che Guevary w Boliwii w 1967 roku jego miejsce pochówku przez wiele lat pozostawało tajemnicą. Dopiero w 1997 roku odnalezione szczątki sprowadzono do Santa Clary i złożono w specjalnie wybudowanym mauzoleum.
Monument Ernesto Che Guevara na Placu Rewolucji
Pod monumentalnym pomnikiem znajduje się muzeum poświęcone jego biografii. Argentyńczyk z pochodzenia, lekarz z wykształcenia i rewolucjonista z przekonania stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci XX wieku.
Ekspozycja pokazuje zarówno jego działalność polityczną, jak i mniej znane epizody z życia. Niezależnie od poglądów trudno nie zauważyć, jak silnie jego wizerunek wpisał się w historię współczesnej Kuby.
Plac Główny i Parque Leoncio Vidal w Santa Clara
Mauzoleum Che Guevary to serce Santa Clary, ale miasto żyje też swoją własną historią — kolonialną architekturą, placami i codziennym rytmem mieszkańców.
Teatr la Caridad
Powoli zbliżamy się do końca naszej kubańskiej przygody.
Ostatnie dni spędzamy w Guardalavaca, nad brzegiem Atlantyku. To dobre miejsce, by zwolnić tempo i uporządkować wspomnienia z minionych dni.
Pamiątka z Viñales — cygaro i kwiatek z liści tytoniu
Dzika plaża w Guardalavaca
Bliskie spotkanie z krabem
Patrzę na ocean i próbuję podsumować tę podróż. Kuba zachwyca nie tylko krajobrazami czy zabytkami. Największe wrażenie pozostawiają ludzie. Pogodni, rozśpiewani, żyjący często skromnie, ale potrafiący odnaleźć radość w codzienności. Ich życzliwość, otwartość i poczucie humoru pozostają w pamięci równie mocno jak kolonialne uliczki Hawany czy zielone wzgórza Viñales.
Pobyt na Kubie przypomina podróż w czasie. Przeszłość jest tutaj obecna niemal na każdym kroku — w starych samochodach, kolonialnych kamienicach, muzyce i historiach opowiadanych przez mieszkańców. Być może właśnie dlatego „Perła Karaibów” od lat fascynuje podróżników z całego świata.
A kiedy opuszczamy wyspę, mam wrażenie, że Kuba nie tyle żegna się z nami, ile zostawia nam jeszcze kilka swoich melodii, zapachów i opowieści na drogę.
Klocek