Kostaryka i Panama
Grudzień 2024
Podróż do Ameryki Środkowej zaczynamy od miejsca, które dla każdego miłośnika przyrody brzmi jak obietnica przygody — od Kostaryki. Kraj ten od lat buduje swoją tożsamość wokół natury, i trzeba przyznać, że robi to z rozmachem: ponad jedna czwarta jego powierzchni znajduje się pod ochroną. Nie jest to tylko statystyka do folderów reklamowych — to coś, co czuć na każdym kroku.
Podobnie Panama, będąca naturalnym mostem między kontynentami, łączy w sobie bogactwo gatunków z północy i południa. Dżungla nie zna tu granic politycznych, a zwierzęta zdają się mieć w nosie paszporty — i bardzo słusznie.
To właśnie tutaj ekoturystyka nie jest pustym hasłem. Szlaki takie jak Camino de Costa Rica prowadzą przez kraj od jednego oceanu do drugiego, pozwalając zobaczyć, jak przyroda i człowiek próbują (z różnym skutkiem) żyć obok siebie. Postanawiamy sprawdzić to na własne oczy.
Kostaryka
Grudzień miał być początkiem pory suchej. „Miał” to tutaj słowo klucz. Rzeczywistość wita nas deszczem — i to takim, który nie bierze jeńców.
Kostaryka wita nas deszczem
Winowajcą jest między innymi El Niño, który w ostatnim czasie mocno namieszał w klimacie regionu. Jeszcze przed naszym przyjazdem ulewne deszcze i huragany doprowadziły do powodzi w wielu częściach Kostaryki i sąsiednich krajów. Deszcz w tropikach to nic nadzwyczajnego — bez niego nie byłoby tej zielonej eksplozji życia — ale jego nadmiar potrafi zmienić raj w w przygodę ociekającą wodą.
Naszą podróż rozpoczynamy w Tortuguero — miejscu, do którego nie prowadzi żadna droga. Dosłownie. Można tu dotrzeć tylko łodzią albo małym samolotem, co czyni je jednym z najbardziej odizolowanych miejsc w regionie.
Plaża w parku narodowym Tortuguero
Od czerwca do września na plaży można obserwować żółwie morskie składające jaja
Osada powstała stosunkowo niedawno, a jej historia — jak to często bywa — zaczęła się od wycinki lasów. Dziś jednak region objęty jest ochroną, a mieszkańcy żyją głównie z turystyki. Największą atrakcją są żółwie morskie, choć nie trafiliśmy na sezon ich lęgów. Cóż, rytm natury nie dostosowuje się do planów podróżników — i chyba właśnie w tym tkwi jego urok.
Rejs do Tortuguero to ponad godzina kontaktu z żywiołem — dosłownie. Wezbrane kanały, silny nurt i pojawiające się miejscami wiry przypominają, że to przyroda rozdaje tu karty.
Mimo deszczu ruszamy w głąb kanałów i zielonego labiryntu. Dżungla nie przyspiesza jednak dla nikogo — a już na pewno nie dla przemoczonych obserwatorów. Udaje się nam jednak wypatrzyć kilku wyjątkowych mieszkańców:
Ara oliwkowa
Krokodyl amerykański
Zauważamy również leniwca dwupalczastego — w ciągu dnia niemal niewidocznego, bo prowadzącego nocny tryb życia.
Leniwiec dwupalczasty
Legwan
La Fortuna położona jest u stóp wulkanu Arenal. To jeden z tych wulkanów, które przez wieki potrafią sprawiać wrażenie uśpionych, by nagle przypomnieć wszystkim o swojej naturze. Tak było w 1968 roku, kiedy erupcja zniszczyła okoliczne miejscowości.
Dziś Arenal jest znacznie spokojniejszy, choć wciąż nie na tyle uprzejmy, by odsłonić się nam w pełnej okazałości. Uparcie pozostaje ukryty za grubą, nisko zawieszoną warstwą chmur, jakby uznał, że nie jest jeszcze gotowy na publiczne wystąpienie.
Nawiązujemy nowe przyjaźnie
Na szczęście okolica ma więcej do zaoferowania niż tylko widok na wulkan (którego i tak nie widać). Jednym z takich miejsc jest wodospad Rio Fortuna.
Wodospad Rio Fortuna spada z wysokości 70 metrów
Przy normalnej pogodzie można się tu kąpać. Przy naszej — można co najwyżej podziwiać siłę natury i zastanawiać się nad życiowymi decyzjami.
Endemiczny szmaragdzik miedzianogłowy — w Kostaryce żyje około 52 gatunków kolibrów
Spacer po mostach zawieszonych w koronach drzew to jedno z tych doświadczeń, które zostają w pamięci na długo. Trzy kilometry, szesnaście mostów — i stajemy się gośćmi w świecie, który rządzi się własnymi zasadami.
Spacer ponad koronami drzew
Szlak prowadzi przez 16 kładek i mostów, z czego połowa to mosty wiszące
Z pomocą lokalnego przewodnika dostrzegamy mieszkańców, których łatwo przeoczyć:
Tukan tęczodzioby
Arasari ognistodzioby
I coś, co przypomina, że dżungla nie tylko zachwyca, ale też wymaga respektu...
Żararaka rogata jest wężem silnie jadowitym i nie ostrzega przed ukąszeniem
Żararaka rogata to mistrzyni kamuflażu i cierpliwości. Potrafi wisieć nieruchomo na gałęzi, czatując na przelatujące ptaki, by w ułamku sekundy zaatakować w powietrzu. Ja natomiast zdecydowanie preferuję strategię odwrotną: dystans, ruch i brak potrzeby testowania refleksu natury.
Żararaka rogata występuje w szerokiej gamie kolorów
Na zboczach Arenal wciąż widoczne są ślady dawnych erupcji, ale natura konsekwentnie odzyskuje teren.
Natura stopniowo odzyskuje kontrolę nad obszarem pokrytym lawą
Po drodze obserwujemy ciągle aktywne oblicze wulkanu, które ujawnia się w pełnej, nie do przeoczenia formie: bulgoczące gejzery błotne, małe, niemal „oddychające” oczka wodne oraz fumarole, z których unosi się para, jakby ziemia pod powierzchnią prowadziła własną, cichą rozmowę.
Ciągle aktywne oblicze wulkanu Arenal
Fumarole
Gejzery błotne
Bulgoczące oczko wodne
Wielokrotnie napotykamy w dżungli olbrzymie drzewa z siecią potężnych korzeni — to fikusy duszące.
Na pierwszy rzut oka wyglądają jak samodzielne, majestatyczne okazy, ale ich historia zaczyna się wysoko — w koronach innych drzew.
Nasiona trafiają tam dzięki owocożernym zwierzętom, a młody fikus kiełkuje jako epifit, czyli roślina „na gapę”. Z czasem wypuszcza korzenie powietrzne, które schodzą ku ziemi i po jej osiągnięciu grubieją, tworząc dodatkowe pnie.
Stopniowo korzenie oplatają drzewo-gospodarza, zacieniają je i ograniczają jego wzrost. W efekcie fikus powoli przejmuje jego miejsce, a cały proces może trwać dziesiątki lat.
Gdy gospodarz obumiera, jego pień gnije we wnetrzu, a pozostaje jedynie charakterystyczna, pusta konstrukcja fikusa — żywy „szkielet” dawnego drzewa.
Brzmi brutalnie, ale w dżungli to po prostu jeden ze sposobów na przetrwanie.
Ficus aurea — fikus duszący
Na koniec dnia trafiamy do źródeł termalnych. I tutaj zaczyna się prawdziwa magia. Gorąca woda, para unosząca się nad basenami, tropikalna roślinność i... deszcz, który najwyraźniej postanowił zostać z nami na dłużej.
Baseny ułożone są kaskadowo — od bardzo gorących po przyjemnie ciepłe. Niektóre ukryte są wśród zieleni, tworząc małe, prywatne zakątki. To właśnie jeden z nich wybieramy na naszą kryjówkę.
Elek i ja, owinięci ręcznikiem, staramy się nie zmoknąć bardziej, niż to konieczne, co w tych warunkach graniczy z teorią. Moi „niepluszowi” natomiast zanurzają się po szyję i wyglądają na wyjątkowo zadowolonych. Nie wiem, czy to zasługa wody, czy po prostu chwili, w której deszcz, para i cisza tworzą jedno wspólne tło. Ja w każdym razie uznaję to za sukces dnia.
Park Narodowy Manuel Antonio znajduje się na pacyficznym wybrzeżu Kostaryki. Klimat jest tu wyraźnie bardziej suchy niż po stronie Morza Karaibskiego. Po dniach spędzonych w deszczu witamy to z wyraźną ulgą — wreszcie przestaje padać i można odetchnąć bez ciągłych negocjacji z chmurami.
Sam park jest niewielki — ma zaledwie około siedmiu kilometrów kwadratowych, co czyni go najmniejszym parkiem narodowym w kraju. Niech jednak nikogo nie zwiedzie jego rozmiar — kryje zaskakująco dużo życia: od palmowych lasów po niewielkie wysepki tuż przy brzegu.
Zwierzęta zdają się tu traktować ludzi jak element krajobrazu. Legwany czarne pozwalają podejść bardzo blisko, a ptaki i inne gatunki poruszają się tak, jakby turystów po prostu nie było.
Plaża Espadilla Sur w parku narodowym Manuel Antonio
Krab lądowy
Legwan czarny
Dzięcioł jasnodzioby
W koronach drzew rosnących tuż przy plaży dostrzegamy „dyndającego” leniwca. Po chwili okazuje się, że to samica z młodym. To już nasze drugie spotkanie z leniwcami w Kostaryce i po raz drugi jest to leniwiec dwupalczasty. Choć wciąż nie udało się zobaczyć poszukiwanego leniwca trójpalczastego, cel podróży nadal czeka na realizację.
Mimo to trudno nie być zadowolonym — obserwowanie matki z młodym to jedno z tych spokojnych, cichych spotkań, które dzieją się powoli, ale zostają na długo.
Leniwiec dwupalczasty z młodym
Samica i młode spoczywają nieruchomo w koronie drzewa, jakby cały świat mieścił się na jednej gałęzi. Leniwce poruszają się z prędkością około pięciu metrów na minutę — i najwyraźniej nigdzie im się nie spieszy. W pewnym sensie przypominają australijskie koale — oba gatunki doskonale opanowały sztukę „nicnierobienia z pełnym przekonaniem”.
Maluch leniwieca dwupalczastego
Park jest otwarty tylko do godziny 16:00, po czym strażnicy stopniowo wypraszają odwiedzających. Plaże również pustoszeją — od tego momentu teren należy już wyłącznie do jego prawdziwych mieszkańców, którzy nie potrzebują biletów ani godzin otwarcia.
Widok na Pacyfik i wyspy Parku Narodowego Manuel Antonio
Corcovado to kolejny park narodowy położony na pacyficznym wybrzeżu, w jednym z najbardziej odległych zakątków południowo-zachodniej części kraju. To jeden z najlepiej zachowanych obszarów tropikalnej dżungli, gdzie przyroda wciąż wyraźnie ma ostatnie słowo.
W jego granicach dominuje gęsty, nizinny las deszczowy, stopniowo przechodzący w lasy przedgórskie oraz rozległe namorzyny. Ta mozaika środowisk tworzy wyjątkowo zróżnicowaną przestrzeń, w której spotykają się gatunki roślin i zwierząt rzadko spotykane gdzie indziej.
Kwiaty czerpni gujańskiej
Wśród zieleni trafiamy na czerpnię gujańską — drzewo, które nie ma nic przeciwko przesadnym skojarzeniom. Jej owoce są duże, kuliste i rzeczywiście przypominają coś, co mogłoby zrobić wrażenie na artylerii. Czerpnia w języku angielskim nazywana jest potocznie „cannonball tree” (drzewo kul armatnich). Nazwa ta funkcjonuje także w wielu innych językach.
Owoc czerpni wygląda jak ciężka kula armatnia, zawieszona wśród gałęzi
Od „armatnich kul” rosnących na drzewach przechodzimy do obiektów, które z biologią nie mają już nic wspólnego, za to z zagadką — i to całkiem solidną. Trafiamy na kamienne kule, znane lokalnie jako Las Bolas — perfekcyjnie (albo prawie perfekcyjnie) obrobione formy, które od lat nie dają spokoju archeologom.
Mają od kilku centymetrów do ponad dwóch metrów średnicy, a największe ważą kilkanaście ton. Powstały między 300 a 1550 rokiem n.e., ale po co? Tu zaczyna się ta mniej wygodna część historii — odpowiedzi nadal brak.
Wykonane z gabra, twardej skały przypominającej bazalt, pojawiają się w różnych interpretacjach: jako symbole statusu, elementy rytuałów, a nawet próby „zapisania” porządku kosmicznego w kamieniu. Często znajdowano je razem z ceramiką i złotymi ozdobami, więc raczej nie były przypadkową dekoracją krajobrazu. Coś większego musiało się za nimi kryć — tylko że dziś trudno już to odczytać.
Mimo licznych teorii na temat ich przeznaczenia — w tym legend o ukrytym w nich złocie — ich dokładna funkcja wciąż pozostaje nieznana, co tylko wzmacnia aurę tajemnicy wokół tych niezwykłych obiektów.
I może właśnie dlatego robią takie wrażenie. Zamiast odpowiedzi zostawiają coś bardziej podróżniczego niż naukowego — pytanie, które wciąż stoi w miejscu. Dokładnie tak jak one.
Najwygodniejszym sposobem dotarcia do lodge położonej przy plaży, niedaleko jednego z wejść do Parku Narodowego Corcovado, jest rejs rzeką Sierpe.
Dalej czeka jeszcze przeprawa oceanem wzdłuż wybrzeża.
Zabieramy ze sobą jedynie najpotrzebniejszy ekwipunek na najbliższe dni.
Las namorzynowy na rzece Sierpe
Rzeka Sierpe tworzy rozległy system kanałów, przypominający wodny labirynt.
Tam, gdzie łączy się z rzeką Terraba, zaczyna się największy nienaruszony kompleks namorzynowy w Ameryce Środkowej — gęsty i pełen ukrytego życia.
Playa Rincon de San Josecito
Sternik wyszukuje dogodne miejsce przy plaży, gdzie fale oceanu i prądy są nieco łagodniejsze, a następnie podpływa jak najbliżej brzegu.
W tym regionie nie ma przystani ani pomostów, więc wysiadamy z ekwipunkiem bezpośrednio do wody.
Do lodge docieramy pieszo.
Nasza kwatera znajduje się na pierwszym piętrze i dysponuje przestronną werandą z zawieszonym hamakiem oraz widokiem na ocean.
Wokół rosną tropikalne drzewa, krzewy i palmy kokosowe.
Czasami odwiedzają nas mieszkańcy okolicznego lasu, przychodząc się przywitać lub skorzystać z naszej gościnności.
Owoc noni (morwy indyjskiej)
Wiewiórka rudoogonowa odwiedza nas często i chętnie korzysta z gościnności
Równie często odwiedzają nas kapucynki, które podczas wizyty potrafią narobić niezłego rabanu
Kapucynka z potomstwem
Wnoszenie jednorazowych plastikowych butelek i opakowań z tworzyw sztucznych na teren parku narodowego jest surowo zabronione. Ranger sprawdza ekwipunek i teoretycznie można ruszać...
Naprawdę?
Okazuje się, że zanim wejdziemy na szlak, trzeba jeszcze przejść przez strumień przecinający plażę, więc znowu ściągamy buty wędrowne.
Strumień przecinający plażę San Pedrillo
Ara żółtoskrzydła nazywana również arą czerwoną
Dżungla nie lubi pozować, ale dzięki doświadczeniu prowadzącego nas rangera mamy okazję zaobserwować kilku interesujących mieszkańców parku Corcovado.
Udaje nam się dostrzec ostronosy i tapira, choć nie udaje się ich sfotografować.
Tukan żółtogardły
Kapucynka czarno-biała
Ranger wypatruje w ściółce żabkę Silverstoneia flotator, której natężenie odgłosów wielokrotnie przewyższa jej rozmiary.
Ponadto odnajduje ukrytego w dziupli nietoperza — kieszennika dwupręgiego.
Żabka Silverstoneia flotator
Kieszennik dwupręgi
Widok na wybrzeże w parku narodowym Corcovado
Czas w regionie Corcovado upływa zdecydowanie zbyt szybko. Ten niezwykły zakątek natury okazuje się prawdziwą oazą spokoju, która skutecznie ładuje nasze baterie.
Przez cały ten czas jesteśmy zanurzeni w dzikiej przyrodzie, która daje nam pełen relaks i harmonię.
Z nowymi siłami wsiadamy do łodzi i wracamy do Sierpe.
Przed nami kolejne przygody — kierunek: granica z Panamą.
Panama
Panama również wita nas deszczem, który jest jednak przelotny i zdecydowanie łagodniejszy niż ten, który towarzyszył nam w Kostaryce.
Mimo to w tym deszczowym powitaniu jest coś urokliwego — nad naszymi głowami przez dłuższą chwilę utrzymuje się tęcza, jakby natura postanowiła zaznaczyć granicę między rozdziałami.
Tęczowe powitanie
W okolicach miasteczka Boquete, u stóp wulkanu Barú, próbujemy wypatrzyć kultowego ptaka pierwotnych ludów Mezoameryki — » kwezala (quetzal).
Dostrzegamy go jedynie na moment, gdy przelatuje między koronami drzew. Wystarczająco, by uznać, że był — ale za mało, by powiedzieć, że „go mamy”.
Uwieńczeniem wędrówki jest jedno z najstarszych drzew Ameryki Centralnej — potężny, około tysiącletni wiąz meksykański. Stoi spokojnie, jakby czas niewiele dla niego znaczył.
Około tysiącletni wiąz meksykański
Droga do Almirante na karaibskim wybrzeżu jest kręta i prowadzi przez pasmo górskie Cordillera de Talamanca, rozciągające się między Kostaryką a Panamą.
Z jednego ze wzgórz otwiera się fascynująca panorama, która skutecznie odciąga uwagę od samej trasy. W tym miejscu wiatr potrafi osiągać prędkość nawet 100 km/h, więc podejście do punktów widokowych wymaga nie tylko kondycji, ale też pewnego zaufania do grawitacji.
Moi „niepluszowi” dobrze zabezpieczają Elka i mnie, abyśmy pozostali bezpiecznie na ziemi, a nie przypadkowo zostali włączeni w program „lot bez biletu”. 😉
Cerro La Quijada del Diablo (Wzgórze Diabelskiej Szczęki)
Bocas del Toro to jedna z tych nazw, które brzmią jak obietnica przygody jeszcze zanim sprawdzisz ją na mapie. To nie tylko prowincja na północnym zachodzie Panamy, ale też sprytnie podzielony świat: kawałek lądu i cały archipelag wysp, które zdają się dryfować po Karaibach jak rozsypane paciorki.
W praktyce oznacza to sześć większych wysp i całe ich towarzystwo mniejszych wysepek. Jest też jedna ciekawostka: ta sama nazwa należy do stolicy regionu, Bocas del Toro, która wygodnie rozsiadła się na Isla Colón, jakby chciała mieć najlepszy widok na całą tę wodną układankę.
Podstawowy środek lokomocji w Bocas del Toro
W archipelagu transport wodny jest czymś oczywistym. Łodzie zastępują autobusy, a wszystko odbywa się w swoim własnym, spokojniejszym rytmie.
Delfiny, ptaki i rozgwiazdy pojawiają się po drodze, jakby były jej częścią, a nie atrakcją.
Rozgwiazda w kryształowo czystej wodzie
Na wyspie Bastimentos przechodzimy przez tropikalny las w kierunku plaży Red Frog. Nazwa nie jest przypadkowa — w lesie żyją niewielkie, jaskrawo ubarwione i silnie trujące drzewołazy karłowate. To najmniejsze żabki z tej rodziny, osiągające długość zaledwie 25 milimetrów.
Choć ich obecność zdradzają wyraźne odgłosy, potrafią ukrywać się z wyjątkową wprawą — mimo intensywnie czerwonego ubarwienia i naszych dość ambitnych prób wypatrzenia, nie udaje nam się znaleźć ani jednej.
Plaża Red Frog
W zamian za to nareszcie trafiamy na leniwca trójpalczastego. Przez dłuższą chwilę obserwujemy, jak spokojnie przebiera w swoim obficie zastawionym wegetariańskim bufecie, jakby czas rzeczywiście był dla niego opcjonalny.
To jedno z tych spotkań, które nie potrzebują komentarza.
Leniwiec trójpalczasty
Kolejna wyspa archipelagu to niewielka Cayo Coral — otoczona łagodnymi falami oceanu, które przez cały rok tworzą idealne warunki do nurkowania z rurką. Tu rytm dnia jest wyraźnie wolniejszy, niemal zawieszony.
W porze obiadowej schodzimy jednak na ziemię i próbujemy świeżo przygotowanego ślimaka morskiego.
Po posiłku zostaje już tylko hamak i krótka przerwa od wszystkiego, co przypomina pośpiech.
Conch meat dish
Razem z arą żółtoskrzydłą
W drodze powrotnej na wyspę Colón pozwalam sobie jeszcze na ostatnie spojrzenia na mniejsze i większe wysepki archipelagu, które mijamy jedna po drugiej. Malownicze krajobrazy i karaibski klimat sprawiają, że Bocas del Toro — obok Panama City — należy do najchętniej odwiedzanych miejsc w Panamie.
Typowe domy na palach w Bocas
Zabudowania na wyspie Carenero
Miasto Panama ma w sobie coś z miejsca, które od początku wiedziało, że będzie ważne. Założone przez hiszpańskich konkwistadorów w 1519 roku, przez stulecia było punktem przerzutowym dla złota, srebra i wszelkich ludzkich marzeń o bogactwie. A później historia znów zrobiła tu swoje charakterystyczne „proszę bardzo” — po niemal czterystu latach Panama odłączyła się od Kolumbii i nagle dawne kolonialne miasto musiało nauczyć się nowej roli: stolicy młodego państwa.
Największa zmiana przyszła jednak wraz z wodą. A dokładniej — z kanałem, który połączył dwa oceany i przy okazji pół świata interesów. Otwarcie Opening of the Panama Canal w 1914 roku sprawiło, że Panama przestała być jedynie punktem na mapie Ameryki Środkowej. Stała się skrótem dla statków, marzeniem armatorów i miejscem, gdzie geografia zaczęła zarabiać naprawdę poważne pieniądze.
Choć, jak to zwykle bywa przy wielkich inwestycjach, w tle długo unosił się cień wielkiej polityki. Przez sporą część XX wieku wpływy Stanów Zjednoczonych były tu odczuwalne niemal wszędzie — od gospodarki po sam kanał.
Wieżowce w nowoczesnej części miasta
Najbardziej widowiskowym miejscem do obserwacji całego tego wodnego spektaklu są śluzy Miraflores Locks. To tutaj ogromne kontenerowce przesuwają się z zadziwiającą precyzją — powoli, majestatycznie i z godnością wieloryba w garniturze. Z tarasu obserwacyjnego wygląda to trochę jak gigantyczny mechanizm zegarka, tylko zamiast wskazówek poruszają się statki dłuższe od niejednego osiedla.
Siedzę więc i patrzę, jak kolejne jednostki wpływają do betonowych komór, unoszą się lub opadają kilka metrów, po czym ruszają dalej — z Atlantyku na Pacyfik albo odwrotnie. Nagle uświadamiam sobie skalę całego przedsięwzięcia i po chwili zaczynam się czuć niemal ekspertem od światowego handlu. 😎
Wizyta obejmuje jeszcze film IMAX, trochę historii i sporą dawkę inżynieryjnej dumy. I trudno się dziwić — Panama Canal to nie tylko kanał. To dowód na to, że ludzie od zawsze mają słabość do skracania sobie drogi — nawet jeśli wymaga to przecięcia całego kontynentu.
Statek przepływający przez Kanał Panamski
Dopiero w 1999 roku Panama przejmuje pełną kontrolę nad swoją najcenniejszą arterią. Trzeba przyznać, że kraj dobrze wykorzystuje tę szansę: dochody z kanału płyną szerokim strumieniem, a Panama staje się jednym z najzamożniejszych państw Ameryki Łacińskiej.
Śluzy Miraflores
Do historycznej dzielnicy Casco Viejo ruszamy metrem. System jest tu na tyle prosty, że właściwie nie ma szans się zgubić — Panama ma bowiem tylko jedną linię. Dzięki temu podróż okazuje się nie tylko tania, ale też wyjątkowo bezstresowa. Wsiadamy, jedziemy i po chwili wysiadamy dokładnie tam, gdzie planowaliśmy. W komunikacji miejskiej nie jest to wcale tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.
Ruiny kościoła Jezuitów
Teatr Narodowy z 1908 roku
Katedra miejska na Plaza de la Independencia
Samo Casco Viejo przypomina spacer przez kilka epok naraz. Obok odrestaurowanych kamienic stoją jeszcze fragmenty dawnych ruin, a kolorowe balkony i wąskie uliczki sprawiają, że odruchowo zwalniamy krok. Ta część miasta ma w sobie atmosferę, która skutecznie utrudnia pośpiech.
Typowa ulica w Casco Viejo
Ambasada Francuska
Casco Viejo (starówka) nazywana rownież Casco Antiguo & San Felipe
Kilka ulic dalej czeka Mercado de Mariscos — targ rybny, gdzie ocean trafia na talerz szybciej, niż zdąży się porządnie o tym pomyśleć. Nie przepuszczamy okazji i zamawiamy ceviche z ryb, krewetek i małych ośmiorniczek. Myślę sobie, że kwaśne limonki i świeże owoce morza tworzą połączenie, które całkiem dobrze tłumaczy, dlaczego ludzie mieszkający nad oceanem wyglądają na zadowolonych z życia.
Ceviche z ryb, krewetek i ośmiorniczek
Ponownie metro, kierunek Albrook Mall. Już po kilku minutach mam wrażenie, że połowa Panama City postanowiła zrobić zakupy dokładnie w tym samym momencie co my. Świąteczne dekoracje błyszczą ze wszystkich stron, galerie handlowe pulsują muzyką, a tłum przemieszcza się z energią stada antylop podczas migracji. 😵
Sprzedaż mandarynek prosto z plantacji!
Centrum handlowe Albrook Mall
Albrook Mall
Po starym mieście przychodzi również czas na nowoczesne centrum, którym jest dzielnica Obarrio. Spacerujemy szerokimi ulicami, mijamy centra handlowe i nowoczesne wieżowce, które wyraźnie określają charakter tej części miasta. Wśród nich szczególnie wyróżnia się F&F Tower, znany jako „El Tornillo” (śruba). Skręcona szklano-betonowa konstrukcja wygląda tak, jakby ktoś najpierw zbudował zwykły budynek, a potem przekręcił go dla lepszego efektu. I trzeba przyznać” — trudno przejść obok niego obojętnie.
Nowoczesne budynki w dzielnicy Obarrio
Wieżowiec F&F tower
Widok na część dzielnicy Obarrio
Kiedy pakujemy już bagaże i szykujemy się do dalszej drogi przez Nikaraguę, czuję się trochę jak pluszowy kronikarz własnych marzeń, tylko że niektóre strony mojej książki pachną wilgotną zielenią dżungli, a inne słonym powietrzem oceanów. Kostaryka i Panama zostawiają w moim pluszu niezatarte ślady: dźwięki egzotycznych ptaków o poranku, szum wody spływającej po skałach, zapach lasu po deszczu, a nawet odrobinę kurzu z dróg prowadzących nas ku kolejnym przygodom.
W tych krajach przewijają się historie stare, a jednak wciąż żywe — miasta pamiętające czasy kolonii i rewolucji, wulkany, które wciąż przypominają o swojej potężnej naturze, oraz ludzie pokazujący, że podróż to coś więcej niż samo przemieszczanie się z miejsca na miejsce.
To kolekcjonowanie chwil, spojrzeń, wrażeń i uśmiechów. I choć czasami zdaje mi się, że moje pluszowe łapki są zbyt małe, by pomieścić wszystkie przeżycia, każde z nich i tak znajduje swoje miejsce w moim skarbcu przygód.
Klocek
Przeczytaj ciąg dalszy podroży » Nikaragua