Klocek Podróżnik

Reportaże z podróży pluszowego niedźwiadka

Reportaże Klocka Podróżnika

Kolumbia

Odkryj niezwykłą podróż do Kolumbii

Grudzień 2017 — Styczeń 2018

Dla wielu Kolumbia wciąż pachnie dawnymi opowieściami o kartelach narkotykowych, partyzantach i porwaniach. Jeszcze niedawno dla wielu osób sama nazwa kraju kojarzyła się bardziej z niebezpieczeństwem niż z podróżą.
Dziś jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Po latach brutalnych konfliktów wiele miejsc wyraźnie odetchnęło. Miasta tętnią życiem, turyści zaglądają tu coraz liczniej, a mieszkańcy z rozbrajającą szczerością próbują przekonać przyjezdnych, że „to już nie ta Kolumbia”.
I właśnie tę nową Kolumbię chcemy zobaczyć na własne oczy.
Kolumbia okazuje się miejscem pełnym kontrastów. Większą część kraju przecinają monumentalne Kordyliery Andyjskie, których najwyższe szczyty wciąż pokrywają niewielkie lodowce.
Na północy rozciąga się gorące karaibskie wybrzeże, na zachodzie dzikie i wilgotne wybrzeże Pacyfiku, a gdzieś dalej zaczyna się amazońska dżungla. Po drodze pojawiają się pustynie, jeziora i bezkresne sawanny Llanos.
Czasem mam wrażenie, że ktoś wrzucił pół kontynentu do jednego worka i energicznie nim potrząsnął.
Równie różnorodni są mieszkańcy. Spotykają się tutaj potomkowie rdzennych ludów, afrykańskich niewolników, hiszpańskich kolonizatorów oraz emigrantów z Europy i Bliskiego Wschodu.
Każdy region żyje trochę własnym rytmem, mówi inaczej, inaczej tańczy i inaczej gotuje. Trudno więc stworzyć jedną definicję „typowego Kolumbijczyka”.
Jeśli jednak istnieje jakaś wspólna cecha, to chyba niezwykła pogoda ducha. Kolumbijczycy śmieją się dużo, pomagają chętnie i z ogromną dumą opowiadają o swoim kraju — nawet wtedy, gdy autobus spóźnia się już godzinę, a tropikalna ulewa właśnie zamienia ulicę w rwącą rzekę.
Ruszamy więc w drogę po kraju kontrastów, żeby sprawdzić, ile w tych wszystkich opowieściach jest prawdy.

Bogota — jej historia zaczyna się jeszcze długo przed przybyciem Hiszpanów. W czasach prekolumbijskich Indianie Czibcza–Muisca założyli tu osadę Bacatá, czyli „wysokie pole” — jeden z najważniejszych ośrodków na terenach dzisiejszej Kolumbii.
Sytuacja zmieniła się, gdy do miasta wkroczyli hiszpańscy konkwistadorzy. Po podboju tych terenów założyli tu własną osadę, nadali jej nazwę Santa Fe i uczynili ją ważnym ośrodkiem administracyjnym Nowego Królestwa Grenady.
Później, żeby odróżnić ją od innych miast o tej samej nazwie, dodano człon „de Bogota”, wywodzący się od dawnej Bacatá. Nazwa zmieniała się jeszcze kilka razy, aż ostatecznie została uproszczona do krótkiego: Bogota.
Jest wczesny poranek. Miasto dopiero budzi się do życia, a my stoimy już przed dolną stacją funikularu, czyli kolei linowo-terenowej prowadzącej na wzgórze Monserrate.
To najlepszy moment — zanim pojawią się tłumy i zanim sprzedawcy pamiątek na dobre rozpoczną codzienną ofensywę.
Pierwszy wagonik powoli odrywa się od stacji i zaczyna wspinać ponad dachami Bogoty.

Kolumbia

Proszę wsiadać, zaraz ruszamy

Monserrate wznosi się na wysokość ponad 3 000 m i razem z pobliskim Guadalupe tworzy charakterystyczną panoramę stolicy. Oba szczyty widać niemal z każdego miejsca w mieście.
Są jak naturalny kompas — wystarczy spojrzeć w górę i od razu wiadomo, gdzie jest wschód.
Na szczyt można dostać się właśnie funikularem, kolejką linową albo pieszo, jeśli ktoś ma akurat ochotę połączyć pielgrzymkę z treningiem wysokogórskim.

Kolumbia

Na wierzchołku góry stoi historyczne sanktuarium El Señor Caído z przylegającym kościołem, a wokół nich rozrosła się cała turystyczna infrastruktura — kawiarnie, restauracje i tarasy widokowe, z których Bogota wygląda jak niekończące się morze dachów rozlane wysoko na andyjskim płaskowyżu.

Kolumbia

Kościół i sanktuarium są popularnym miejscem pielgrzymek

Kolumbia

Widok na dzielnicę Santa Fe

Ciudad Bolívar pnie się wysoko na zboczach południowej części Bogoty. To największa nieformalna dzielnica miasta — przestrzeń, która przez lata rosła szybciej niż nadążały za nią plany urbanistyczne.
Dziś mieszka tutaj około 2 mln ludzi, czyli jedna czwarta mieszkańców całej stolicy.
Jeszcze niedawno władze zdawały się omijać to miejsce szerokim łukiem. Brakowało niemal wszystkiego — kanalizacji, wodociągów, szkół, transportu publicznego. Ciudad Bolívar przez długi czas funkcjonowała jak osobny świat przyklejony do bogatszej części miasta.
Teraz powoli się zmienia. Do wielu domów doprowadzono prąd i wodę, pojawiły się szkoły, szpitale i komunikacja miejska.
Mimo to wystarczy skręcić w boczną ulicę, żeby zobaczyć, jak daleka droga wciąż pozostaje do przebycia. Wiele ulic nadal jest nieutwardzonych, a większość domów wygląda tak, jakby ich budowę przerwano w połowie.
Surowe cegły, blaszane dachy i pojedyncze pomieszczenia, w których często gnieździ się cała rodzina. Nocą temperatura w Bogocie potrafi spaść do zera, a wilgotne andyjskie zimno bez trudu wciska się przez każdą szczelinę.
Większość mieszkańców Ciudad Bolívar przyjechała tutaj z regionów ogarniętych konfliktem zbrojnym. Uciekali przed przemocą, biedą albo po prostu szukali miejsca, w którym da się zacząć od nowa.
Przy takiej skali problemów trudno oczekiwać, że ochrona środowiska stanie się priorytetem. Śmieci trafiają więc często prosto na ulicę albo na skrawki zieleni pomiędzy domami.
Właśnie z tego powodu powstał projekt socjalny Éxito Verde — „Zielony Sukces”. Mieszkańcy zbierają materiały do recyklingu, które później wymieniają na żywność.
Wspólnie uprawiają też ogród warzywny należący do projektu, a zbiory trafiają do wszystkich uczestników. Organizowane są warsztaty dotyczące zdrowia, ekologii i rozwoju osobistego.
Najważniejsze wydaje się jednak coś innego — ludzie zaczynają działać razem. W miejscu, gdzie przez lata dominowało poczucie bezradności, pojawia się współpraca i zwykła sąsiedzka solidarność.
A to, jak się okazuje, potrafi skuteczniej łagodzić napięcia niż niejedna oficjalna inicjatywa.

Kolumbia

Projekt Éxito Verde w gminie Nueva Colombia

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Podczas naszej wizyty pomagamy rozdawać dzieciakom prezenty i pakować kolejne paczki dla dzieci z innych części Ciudad Bolívar.
W pewnym momencie ktoś zaprasza nas jeszcze na tradycyjne „onces” — małe drugie śniadanie jedzone około jedenastej.
Na stole szybko lądują gorące arepas z serem, biały świeży serek i małe kreolskie ziemniaki smażone w całości na głębokim tłuszczu. Do tego obowiązkowo gorące kakao.
Za oknem surowe ceglane domy wspinają się po zboczu wzgórza — zimne, milczące — ale przy stole atmosfera robi się zaskakująco ciepła.

Kolumbia

Pakowanie prezentów dla dzieci z innych gmin dzielnicy

Kolumbia

Onces

Kolumbia

Nueva Colombia jest jedną z wielu małych gmin w wielkiej dzielnicy Ciudad Bolívar

Kolumbia

Mieszkańcy Ciudad Bolívar należą do najuboższych w Bogocie

Zwiedzanie centralnie położonego Muzeum Złota (Museo del Oro) wywołuje u nas mieszane uczucia.
To miejsce stanowi wyraźny kontrast wobec najuboższych dzielnic miasta.
Jest jednym z największych i najbogatszych muzeów prekolumbijskiej sztuki złotniczej na świecie, założonym i finansowanym przez Bank Republiki Kolumbii. Wystawa prezentuje ponad 30 000 artefaktów stworzonych przez liczne kultury indiańskie, które niegdyś zamieszkiwały tereny dzisiejszej Kolumbii.
Oprócz złota można tu zobaczyć także przedmioty wykonane z innych metali i surowców. Wśród nich wyróżniają się kamienne posągi odkryte na południu Kolumbii.
Prawdziwa nazwa kultury tego regionu pozostaje nieznana, dlatego określa się ją dziś jako Kulturę San Agustín.

Kolumbia

Jedna z wielu kamiennych figur odkrytych w San Agustin

Kolumbia

Kamienne figury o cechach ludzkich i zwierzęcych były rzeźbione również w innych regionach i w różnych okresach

Kolumbia

Kolumbia

Złote ozdoby ludów prekolumbijskich

Kolumbia

Wystawa obejmuje tysiące złotych artefaktów

Luis, nasz przewodnik, pracuje w zawodzie od ponad 30 lat. Ma w sobie coś z surowego ojca — jest wymagający, nie toleruje mięczaków ani strojenia fochów, ale jednocześnie świetnie organizuje każdą wyprawę, ma ogromną wiedzę, którą chętnie się dzieli, i doskonale dba o bezpieczeństwo swoich podopiecznych.
Od złotej ekspozycji Luis prowadzi nas dalej, do historycznego centrum stolicy.

Kolumbia

Kościół San Francisco — najstarszy w Bogocie

Kolumbia

Plaza de Bolívar jest centralnym placem Bogoty

Przyjmuje się, że Plazoleta del Chorro de Quevedo w dzielnicy Santa Fe to miejsce pierwszego założenia konkwistadorskiej Bogoty w 1538 roku.
Dziś ten niewielki placyk jest popularnym punktem spotkań studentów i otwartą sceną dla ulicznych artystów. Panuje tu nieustanny ruch, ale miejsce naprawdę ożywa dopiero po zachodzie słońca.

Kolumbia

Plazoleta del Chorro de Quevedo

Kolumbia

Calle del Embudo to jedna z uliczek prowadzących do placyku

Kolumbia

Chorro de Quevedo odwiedzany jest najliczniej wieczorami

Opuszczamy stolicę i udajemy się w kierunku malowniczej, kolonialnej miejscowości Villa de Leyva.
Aby wydostać się z Bogoty, potrzebujemy sporo czasu i jeszcze więcej cierpliwości. Zanim udaje nam się przebić przez północne przedmieścia, trafiamy w klasyczny megakorek. Przez długi czas obserwujemy niekończący się, blaszany potok pojazdów.
Po kilku godzinach podróży nasze żołądki rozpoczynają własny koncert murmurando, więc Luis zarządza postój w przydrożnym barze, co przyjmujemy z ogromną ulgą.
Menu jest bogate, ale biorąc pod uwagę, że przed nami jeszcze kilka godzin jazdy, decydujemy się na coś „lżejszego”. Z polecenia Luis'a wybór pada na typowo kolumbijskie Ajiaco Colombiano.
Z niemałym zdziwieniem obserwuję, jak dwie kelnerki przynoszą nasze zamówienie. Każdy z nas dostaje osobny zestaw dodatków: porcję ryżu, czarkę kwaśnej śmietany, miseczkę kaparów i połówkę awokado.
Dopiero potem pojawia się główne danie — ogromna miska zupy: intensywny rosół z kawałkami kurczaka, ziemniakami, świeżymi warzywami i sporym kawałkiem gotowanej kukurydzy.
Jedna porcja tego specjału bez większego trudu zaspokoiłaby apetyt nawet wyjątkowo żarłocznego pluszowego niedźwiadka. I to raczej na dłużej niż jeden dzień.

Historia Villa de Leyva sięga początków hiszpańskiego podboju. Miasteczko założono w 1572 roku z inicjatywy Andrés'a Díaz'a Venero de Leyva, pierwszego przewodniczącego Wicekrólestwa Nowej Granady.
Później objęto je ochroną jako Pomnik Kultury Narodowej, dzięki czemu uniknęło modernizacji i chaotycznej zabudowy. Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że czas zatrzymał się tu na dobre.
Villa de Leyva urzeka architekturą z minionych epok. Dominują tu bielone, parterowe i jednopiętrowe domy kryte dachówką, masywne kościoły z niskimi wieżami oraz ogromny centralny plac wybrukowany polnymi kamieniami — tzw. „kocimi łbami”.
Miasteczko wielokrotnie służyło jako plan filmowy dla produkcji historycznych.

Kolumbia

Plac centralny w Villa de Leyva

Kolumbia

Kolumbia

Okolice Villa de Leyva słyną z niezwykłych odkryć paleontologicznych — skamieniałości, kości i szkieletów, które dosłownie leżą tu pod nogami.
Jednym z najlepszych miejsc prezentujących te znaleziska jest pobliskie muzeum. Zamiast dojechać tam samochodem, wybieramy konie.
To dobra okazja, by przy okazji lepiej poznać okoliczny krajobraz.

Kolumbia

Kolumbia

Lokalny przewodnik Xaver

Największą dumą muzeum jest olbrzymi szkielet kronozaura z wczesnej kredy.
Co ciekawe, odkryto go właśnie tutaj, a nad miejscem znaleziska wzniesiono obecny budynek. To najlepiej zachowany egzemplarz tego gada, jaki dotąd odnaleziono — i robi wrażenie nie tylko rozmiarami.

Kolumbia

Kronozaur

Kolumbia

Skamieliny

Z muzeum ruszamy dalej, w stronę jednego z bardziej zaskakujących miejsc w okolicy — klasztoru Convento del Santo Ecce Homo.
Założony przez dominikanów kilkaset lat temu wygląda niepozornie, ale już od wejścia zdradza swój niezwykły sekret. Łączy historię kolonialną z historią znacznie starszą — zapisaną w kamieniach, które pamiętają świat sprzed milionów lat.
W pewnym momencie zaczynam mieć wrażenie, że cały klasztor jest jednym wielkim muzeum, w którym człowiek nie ogląda eksponatów — tylko po nich chodzi.

Kolumbia

Klasztor Santo Ecce Homo

Kolumbia

Dziedziniec klasztorny

Kolumbia

E.T.?

Po spotkaniu z historią zapisaną w kamieniach ruszamy dalej, by poznać bardziej codzienną stronę kolumbijskiej kultury.
W regionie El Recreo korzystamy z okazji, żeby spróbować swoich sił w Tejo — narodowym sporcie Kolumbii, który na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak połączenie rzutu dyskiem, gry podwórkowej i kontrolowanego wysadzania małych petard.
Luis dogaduje się z lokalnym gospodarzem i po chwili stoimy już przed glinianym celem, słuchając krótkiego wprowadzenia do zasad gry.
Tejo wywodzi się jeszcze z czasów prekolumbijskich. Lud Muisca grał w podobną grę nazywaną Turmequé, używając ciężkich złotych dysków, które później zastąpiono kamieniami, a dziś — stalowymi krążkami.
Zasady są zaskakująco proste. Rzuca się metalowym dyskiem w stronę glinianej planszy, pośrodku której umieszczono metalowy pierścień obłożony małymi papierowymi saszetkami z prochem.
Jeśli krążek trafi idealnie, następuje głośny huk, błysk i eksplozja radości wszystkich stojących obok. Im celniejsze trafienie, tym więcej punktów — i tym większa satysfakcja.
Brzmi łatwo tylko do momentu, kiedy samemu bierze się krążek do łapy (to znaczy ręki). Po kilku próbach okazuje się, że trafienie w glinę jest jeszcze wykonalne, ale wywołanie efektownego wybuchu wymaga albo sporego talentu, albo wielu lat treningu — ewentualnie odrobiny lokalnego wsparcia w postaci domowego likieru z gujawy.
Kolumbijczycy zdają się posiadać jedno i drugie.

Kolumbia

Stanowisko do gry w Tejo

Z El Recreo ruszamy w stronę Sutamarchán — niewielkiej miejscowości, która w całym regionie słynie przede wszystkim z longanizy.
Już przy wjeździe trudno nie zauważyć dziesiątek restauracji i przydrożnych stoisk reklamujących „najlepszą kiełbasę w Boyacá”.
Longaniza przypomina trochę polską białą kiełbasę, choć jest wyraźnie mocniej przyprawiona, bardziej aromatyczna i osiąga rozmiary, przy których europejska wersja zaczyna wyglądać dość skromnie.
Tutaj długość kiełbasy wydaje się niemal sprawą honoru.

Kolumbia

Kolumbia

Typowe Picadas, czyli zestawy różnych smakołyków z rożna

Zagłębiamy się w kolejne zakątki departamentu Boyacá. Co jakiś czas mijamy niewielkie gospodarstwa, pola kukurydzy i kolejne przydrożne grille, z których jeszcze długo unosi się zapach pieczonych picadas.
Po kilkunastu kilometrach krajobraz zaczyna się powoli zmieniać, a przy drodze pojawiają się pierwsze kolorowe ceramiczne figurki, gliniane donice i ogromne wazony wystawione przed domami.
To znak, że zbliżamy się do Ráquiry.
Nazwa Ráquira pochodzi z języka Czibcza-Muisca i oznacza „gliniane miejsce”. Już od pierwszych chwil trudno mieć wątpliwości, skąd wzięło się to określenie.
Niemal wszystko wydaje się tutaj związane z ceramiką. Kolorowe fasady domów, warsztaty garncarskie, sklepy i uliczne stragany tworzą razem coś pomiędzy miasteczkiem a wielkim, niekończącym się targiem rękodzieła.

Kolumbia

Plac centralny w Raquira

Kolumbia

Liczne sklepy z wyrobami ceramicznymi i pamiątkami

Tradycje garncarskie sięgają tu jeszcze czasów prekolumbijskich i do dziś pozostają głównym źródłem utrzymania wielu mieszkańców.
Żeby lepiej zrozumieć, jak powstają tutejsze wyroby, odwiedzamy manufakturę Don Carlosa — „Melo Rey Hermanos”.
W środku panuje przyjemny chaos. Na półkach stoją setki naczyń i figurek na różnych etapach produkcji, gdzieś z tyłu pracuje piec, a powietrze pachnie wilgotną gliną i dymem.
Don Carlos z wprawą pokazuje kolejne etapy pracy, ugniatając glinę z taką łatwością, jakby robił to od zawsze — co zresztą prawdopodobnie jest całkiem bliskie prawdy.

Kolumbia

Formowanie glinianych naczyń

Kolumbia

Piec jest już pełny i za chwile zostanie rozgrzany

Im bliżej Bogoty, tym ruch na drogach robi się coraz większy.
Po spokojnych miasteczkach departamentu Boyacá powrót do miejskiego zgiełku wydaje się niemal szokiem.
Na szczęście zanim całkowicie zanurzymy się w stołecznym chaosie, zatrzymujemy się jeszcze w Zipaquirá, gdzie we wnętrzu góry ukryto jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w całej Kolumbii.
W dawnej kopalni soli znajduje się słynna Catedral de Sal — ogromna świątynia wykuta głęboko pod ziemią.
Choć często nazywana jest katedrą, formalnie nigdy nie otrzymała takiego statusu i nie podlega żadnemu biskupowi.
Nie przeszkadza to jednak tysiącom turystów i pielgrzymów, którzy każdego dnia schodzą do chłodnych, solnych korytarzy przypominających bardziej podziemne królestwo z powieści fantasy niż miejsce kultu religijnego.

Kolumbia

Do nawy głównej prowadzi droga krzyżowa z 14 stacjami

Kolumbia

Posąg anioła wykuty w soli oraz nawa główna

Wnętrze robi ogromne wrażenie. Ściany połyskują kryształkami soli, światła zmieniają kolory, a kolejne kaplice wyłaniają się z ciemności niczym podziemny labirynt.
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów jest marmurowa płaskorzeźba „La Creación de Adán”, wzorowana na słynnym fresku Stworzenie Adama autorstwa Michelangelo z Kaplicy Sykstyńskiej.

Kolumbia

Marmurowa płaskorzeźba „La Creación de Adán”

Kolumbia

Nad ołtarzem wykuto w soli 16-metrowy krzyż

W bocznych sztolniach ciągną się dziesiątki stoisk z pamiątkami.
Na jednym z nich znajduję wspaniałą skórzaną walizkę. Ponieważ za cztery dni kończę dwanaście lat, staram się możliwie dyskretnie zasugerować, że byłby to prezent urodzinowy absolutnie pierwszej potrzeby.

Kolumbia

Przeskok z chłodnej Bogoty do rozgrzanej pustyni Tatacoa jest jednym z najbardziej uderzających przykładów kolumbijskiej różnorodności.
Jeszcze kilka godzin wcześniej temperatura ledwo osiągała kilkanaście stopni, teraz termometr pokazuje 32 °C w cieniu.
W takim upale większość życia szuka odrobiny cienia — z wyjątkiem skorpionów, owadów i drobnych gryzoni, które najwyraźniej czują się tu znacznie lepiej od nas.

Kolumbia

Jej suchość wynika ze szczególnego położenia geograficznego między dwiema odnogami Kordyliery — Centralną i Wschodnią.
Otaczające ją Andy wznoszą się tu na wysokość nawet 5 000 m n.p.m., tworząc naturalną barierę dla wilgotnych mas powietrza.
W efekcie dolina pozostaje sucha nawet wtedy, gdy w innych częściach kraju pada deszcz. Tutaj słońce szybko odbiera ziemi każdą porcję wilgoci.
Nazwa Tatacoa, według lokalnych przekazów, ma pochodzić od grzechotnika, który kiedyś zamieszkiwał te tereny, a dziś należy już do przeszłości.
„Zły wąż” — tak tłumaczy się to określenie — brzmi groźnie, choć w codziennym użyciu potrafi nabrać bardziej żartobliwego znaczenia i stać się określeniem kogoś wyjątkowo złośliwego.

Kolumbia

Czerwona część pustyni Tatacoa

Choć powszechnie mówi się o pustyni Tatacoa, w rzeczywistości nie jest to pustynia w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz pozostałość suchego lasu tropikalnego. Przez tysiące lat klimat, erozja i działalność człowieka stopniowo zmieniały ten ekosystem, pozostawiając krajobraz, który dziś bardziej przypomina pustynne bezdroża niż dawny las.
Krajobraz pustyni dzieli się na kilka wyraźnie odmiennych stref. Są tu zagłębienia, Dolina Duchów, suche labirynty oraz bardziej otwarte, szare i czerwone, niemal księżycowe przestrzenie.
Każda z nich ma swój charakter, ale to właśnie czerwone obszary i labirynty robią największe wrażenie — szczególnie wtedy, gdy światło zaczyna się zmieniać, a formacje nabierają głębi, jakby ktoś powoli wyostrzał kontrast całego świata.
Tatacoa w odległej przeszłości była dnem prehistorycznego morza. Dziś widać to w samej strukturze terenu — popękane korytarze, erozyjne rowy i nieregularne formy przypominają bardziej powierzchnię innej planety niż klasyczną pustynię.
Wrażenie potęgują ogromne kaktusy, surowe formacje skalne i wirujący wiatr.

Kolumbia

Na Tatacoa notowane są temperatury osiągające 50 °C

Kolumbia

Pustynia Tatacoa

Nagła zmiana temperatury — od porannego chłodu do południowych upałów — daje się odczuć szybciej, niż zdążymy się przyzwyczaić. Każdy wysiłek staje się wyraźnie cięższy, a dystanse zaczynają się wydłużać.
Po jednej z takich wędrówek zatrzymujemy się w przydrożnym barze, który działa jak dobrze naoliwiona maszyna — błyskawicznie zamienia zmęczenie w rachunek.
Każdy z nas wypija w mgnieniu oka po dwie szklanki świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej z limonką.
Zakładam, że wysoka marża na te napoje przeznaczona jest w dużej części na utrzymanie miejscowej atrakcji — sympatycznej piony brązowoskrzydłej.
Papuga beztrosko wspina się po porośniętych pnączami barierkach i ściankach lokalu, najwyraźniej doskonale świadoma swojej turystycznej wartości.

Kolumbia

Piona brązowoskrzydła

Ruszamy dalej w stronę zupełnie innego świata. Stopniowo zostawiamy za nami suche, rozgrzane doliny, a krajobraz zaczyna się zmieniać — najpierw pojawia się więcej zieleni, potem wzgórza, a w końcu góry, które zamykają horyzont.
To właśnie tutaj, w górnym biegu rzeki Magdalena, w południowo-kolumbijskich Andach, leży nasz cel — San Agustín.
W jego okolicach odkryto ślady jednej z najbardziej zagadkowych kultur prekolumbijskich Ameryki Południowej — takiej, o której nie zachowały się ani przekazy ustne, ani pisane źródła. Archeolodzy nazwali ją po prostu kulturą San Agustín.
Jej historia obejmuje wiele stuleci — od najstarszych śladów osadnictwa aż do XVI wieku, kiedy region znalazł się pod wpływem hiszpańskiego podboju.
To właśnie w okresie największego rozwoju powstały niezwykłe dzieła rzeźbiarskie, ceramiczne i złotnicze, które do dziś pozostają jedną z największych zagadek kontynentu.
Najbardziej charakterystyczne są monumentalne kamienne rzeźby — tworzone ponad tysiąc lat temu przez artystów, których imiona i historie bezpowrotnie zaginęły.
Przedstawiają postacie ludzi, bóstw i zwierząt, często trudnych do jednoznacznego odczytania. Jedne są niemal abstrakcyjne, inne zaskakują realizmem, ale wszystkie łączy ta sama cecha — poczucie, że nie są jedynie dekoracją, lecz częścią większego, dziś już nieczytelnego systemu wierzeń.
To największa znana grupa kamiennych monumentów tego typu w całej Ameryce Południowej.

Kolumbia

Jest to szczególne miejsce, takie, w którym czas nie tyle płynie, co zalega między kamieniami.
Dlatego dla podkreślenia jego nieprzeciętności ubieram tradycyjne kolumbijskie opończo, starannie zaprojektowane i uszyte przez moje wyśmienite projektantki mody — Kachę i Niutellę.
W tym stroju wyruszam na eksplorację fascynujących stanowisk archeologicznych, gotowy poczuć klimat miejsca, gdzie historia i tajemnica splatają się niemal namacalnie.
Europejskie opisy tych rzeźb pojawiają się dopiero w późniejszych relacjach hiszpańskich misjonarzy.
Jeden z nich, który odwiedził te tereny podczas podróży przez Kolumbię, Ekwador i Peru, zanotował w swoim czterotomowym dziele, że „czas powstania posągów jest niepewny, a ich pochodzenie owiane tajemnicą. Nie znaleziono też żadnych pism, które mogłyby je wyjaśnić”.

Kolumbia

Kolumbia

Jagody uvito, z których rdzenni mieszkańcy pozyskiwali niebieski barwnik

Kolumbia

Posągi posiadają różne wysokości, najwyższy ma 7 m

Park archeologiczny podzielony jest na strefy zwane Mesitas, gdzie grupy posągów ukryte są wśród gęstej, tropikalnej zieleni.
Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc jest Alto de Lavapatas — naturalne wzniesienie, którego szczyt dawni mieszkańcy wyrównali i przekształcili w kamienne sanktuarium.
Trudno dziś powiedzieć, jakie dokładnie ceremonie odbywały się w tym miejscu, ale sam wysiłek włożony w stworzenie takiego miejsca pokazuje jego wyjątkowe znaczenie.

Kolumbia

Jedna z figur na Alto de Lavapatas

W całym regionie wokół San Agustín znajdują się nie tylko rzeźby, ale też megalityczne konstrukcje grobowe, w których kamienne figury strażników przyjmują postać węży, ptaków czy żab.
Pojawiają się także przedstawienia bóstw — męskiego boga słońca i kobiecej bogini księżyca.
Z czasem jednak tradycja budowy monumentalnych grobowców zaczęła zanikać, a społeczność odpowiedzialna za stworzenie tych niezwykłych miejsc stopniowo zniknęła z kart historii.
Do dziś nie wiadomo dokładnie, co doprowadziło do końca kultury San Agustín.

Kolumbia

Kolumbia

Kamienne statuy

Konno ruszamy za miasto, podążając w stronę górskiego zbocza, gdzie znajdujemy dawne petroglify wyryte w skałach.
Z tego miejsca otwiera się widok na bujne, soczystozielone stoki kanionu rzeki Magdalena — krajobraz, który pamięta jeszcze czasy, zanim w dolinie pojawiły się pierwsze kamienne posągi.

Kolumbia

Petroglify na zboczu góry w La Chaquira

Kolumbia

Kanion rzeki Magdalena

Opuszczamy San Agustín z uczuciem lekkiego niedosytu, bo wciąż krążą nam po głowie obrazy kamiennych strażników, wężów i bóstw, owianych głęboką tajemnicą. Droga prowadzi coraz wyżej, w głąb Kordyliery Zachodniej.
Wkrótce zmienia się sceneria — znika tropikalna zieleń dolin, a pojawiają się rozległe, surowe przestrzenie Paramo.
To płaskowyż, który na wysokości ponad 3 000 m n.p.m. wydaje się być „zagubionym” światem.
Wśród kęp twardych traw i skromnych krzewów wyrastają fantastyczne rośliny Espeletia — ich owłosione liście tworzą gęste bukiety na szczytach łodyg, nadając krajobrazowi niemal bajkowy charakter.
Za Paramo widać już zarys Popayán — miasta białych kolonialnych domów, zapowiadającego kolejną porcję historii i architektonicznych zachwytów.

Kolumbia

Espelecje na płaskowyżu Paramo

Kolumbia

Z espelecji uzyskuje się żółtą żywicę używaną w drukarstwie

Popayán założono w 1537 roku, kiedy hiszpańscy konkwistadorzy przedzierali się z Quito w poszukiwaniu legendarnego El Dorado. Według lokalnych przekazów nazwa miasta pochodzi od indiańskiego wodza Payána, który miał władać tymi terenami przed przybyciem Hiszpanów.
Dziś jednak mało kto myśli tutaj o konkwistadorach. Popayán żyje własnym rytmem i od pierwszej chwili sprawia wrażenie miejsca, które bardziej celebruje spokój niż historię podbojów.
Ten spokój ma zresztą swoją bardzo charakterystyczną oprawę. Nie bez powodu mówi się o nim „La Ciudad Blanca” — Białe Miasto. Większość domów rzeczywiście pomalowana jest na biało, a w ostrym andyjskim słońcu całe centrum wygląda momentami tak jasno, że bez okularów przeciwsłonecznych trudno patrzeć.
Spacerujemy wąskimi ulicami między kolonialnymi fasadami, drewnianymi balkonami i kościołami pamiętającymi czasy hiszpańskiej kolonii.
Wszystko wydaje się tu trochę mniej chaotyczne niż w wielu innych kolumbijskich miastach. Nawet kierowcy — co w Kolumbii samo w sobie zakrawa niemal na cud — używają klaksonów z pewną powściągliwością.

Kolumbia

Białe miasto

Kolumbia

Plac Caldas. W oddali więża zegarowa (Torre del Reloj)

Kolumbia

W Popayán obchodzę swoje dwunaste urodziny.
Wcześniej wypatrzyłem na stoisku z pamiątkami w kopalni soli w Zipaquirá niewielką skórzaną walizkę i, ku mojej ogromnej radości, rano rzeczywiście trafia w moje pluszowe łapki.
Chwilę później dostaję jeszcze czekoladową „złotą” monetę na szczęście. Jestem absolutnie przekonany, że bardziej luksusowego prezentu nie można już wymyślić.

Kolumbia

Kolumbia

Zamiast tortu urodzinowego moi „niepluszowi” przygotowali świeże owoce

Kolejnym punktem naszej podróży jest Silvía — niewielka gmina ukryta w górach, stanowiąca centrum regionu zamieszkanego przez Indian Misak.
Przez lata w oficjalnym języku i opracowaniach używano wobec nich nazwy Guambianos, a ich ziemię określano mianem Guambii.
Sami mieszkańcy podchodzą do tego jednak bez większych emocji i po prostu mówią o sobie: Misak. Krótko, jasno i bez komplikowania świata bardziej, niż to konieczne.

Kolumbia

Już z daleka widać, że społeczność Misaków mocno pielęgnuje własne tradycje. Na ulicach pojawiają się charakterystyczne stroje, które natychmiast przyciągają uwagę.
Mężczyźni noszą ciemne kapelusze, pomarańczowo-czerwone szale oraz ruany — grube opończe chroniące przed chłodem górskich poranków.
Najbardziej wyróżniają się jednak długie niebieskie spódnice, przypominające szkockie kilty.
W tradycyjnej symbolice Misaków kolory mają swoje znaczenie: niebieski wiąże się z kosmosem, a czarny z Matką Ziemią, wobec której mieszkańcy zachowują ogromny szacunek.

Kolumbia

Kolumbia

Misak żyją tradycyjnie, ale nie odcinają się od nowoczesności

Ta więź z naturą wciąż pozostaje fundamentem ich kultury.
Misakowie starają się żyć po swojemu, pielęgnując dawne rytuały i tradycje, ale jednocześnie znajdując swoje miejsce we współczesnej Kolumbii.
Ich świat nie jest więc zamkniętym skansenem, lecz miejscem, gdzie stare i nowe funkcjonują obok siebie.
Dobrym przykładem jest tradycyjne ziołolecznictwo Misaków, w którym nadal wykorzystuje się wiedzę przekazywaną przez wiele pokoleń.

Kolumbia

Julio objaśnia przygotowanie leków roślinnych

Kolumbia

Maria Elena

Przy głównym placu w Silvíi stoją kolorowe chivy i cierpliwie czekają, aż zbierze się komplet pasażerów.
Jedni wrzucają na dach worki z warzywami, a ktoś inny próbuje upchnąć kilka kur w wiklinowym koszu. Wszystko odbywa się bez większego pośpiechu, jakby odjazd był raczej sugestią niż planem.
Chiva — charakterystyczny autobus spotykany w górskich regionach Kolumbii i Ekwadoru — od dziesięcioleci służy tu jako środek transportu ludzi i towarów.
Kolorowe nadwozia, drewniane elementy i dach wykorzystywany do przewozu bagażu sprawiły, że pojazdy te stały się jednym z symboli wiejskiej Kolumbii.
W Silvíi nie są jednak atrakcją turystyczną ani folklorem na pokaz. To po prostu codzienny środek transportu.
Stoją na placu, czekają, aż ktoś jeszcze dosiądzie, i ruszają dopiero wtedy, gdy wszyscy są gotowi.

Kolumbia

Kolumbia

Typowe „przewiewne” autobusy zwane potocznie chiva

Kolumbia słynie z produkcji wyśmienitej kawy i należy do największych jej eksporterów na świecie.
Lokalne warunki klimatyczne sprzyjają uprawie krzewów kawowca arabiki, nawet na wyższych wysokościach górskich.
Większość kolumbijskich plantacji skupiona jest w tzw. „Trójkącie Kawy” (Triángulo del Café), wpisanym na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Uprawiana tam kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie.
Paradoksalnie przez wiele lat najlepsze kolumbijskie ziarna trafiały przede wszystkim na eksport, a na krajowym rynku częściej pozostawały te mniej cenione.
Dopiero w ostatnich latach również sami Kolumbijczycy coraz chętniej sięgają po kawę najwyższej jakości.
Właściciel hacjendy La Pradera oprowadza nas po swoim gospodarstwie, pokazując cały proces powstawania kawy — od uprawy i obróbki aż po prażenie aromatycznych ziaren.

Kolumbia

Hacjenda La Pradera

Między zabudowaniami uwagę przyciąga jeszcze jedna roślina. Wspina się po podporach, a jej kwiaty wyglądają tak niezwykle, że trudno uwierzyć, iż są prawdziwe.
Już sam kolor wydaje się być nierealny.
To Strongylodon macrobotrys, znana jako „jadeitowe pnącze”. Jej intensywny zielonkawoniebieski odcień jest całkowicie naturalny i należy do najbardziej niezwykłych barw spotykanych w świecie roślin.
W naturze rośnie w wilgotnych lasach tropikalnych, oplatając drzewa. Jest wymagająca w uprawie, dlatego poza swoim naturalnym środowiskiem spotyka się ją stosunkowo rzadko.

Kolumbia

Strongylodon macrobotrys

Kolumbia

Tak rozpoczyna swoje krótkie życie krzew kawowy. Co cztery lata obcinany jest przy gruncie

Kolumbia

Krzew kawowy z dojrzałymi owocami

Kolumbia

Ziarna kawy w suszarni

Kolumbia

Moje zbiory

Na plantacji La Pradera nie rośnie wyłącznie kawa — między krzewami spotyka się także inne pożyteczne rośliny, a czasem nawet drzewa owocowe, które tworzą tu mały, tropikalny ogród.
Spacer na chwilę zamienia się więc w lekcję botaniki.

Kolumbia

Flaszowiec miękkociernisty lub Guanabana

Kolumbia

Pouteria sapota popularnie nazywana „mamey”

Kolumbia

Gujawa

Tereny kolumbijskiego „Trójkąta Kawy” mają do zaoferowania znacznie więcej niż tylko plantacje i smak aromatycznej arabiki.
Dlatego opuszczamy kawowe wzgórza i ruszamy do Valle de Cocora — doliny, która wygląda tak, jakby zielone stoki usiane były smukłymi, wysokimi kolumnami.
Te „kolumny” to w rzeczywistości palmy woskowe, dorastające nawet do 60 m wysokości — najwyższe palmy na świecie. Rosną pojedynczo albo w niewielkich grupach i sprawiają wrażenie, jakby ktoś przez pomyłkę posadził je w zupełnie innym krajobrazie.
Chmury od rana uparcie trzymają się zboczy, a deszcz tylko dokłada swoje trzy grosze. Pada solidnie, chwilami wręcz tropikalnie, a ścieżka szybko zamienia się w błotnistą zjeżdżalnię.
Mimo to trudno narzekać. Wokół piętrzy się bujna roślinność, z mokrych gałęzi zwisają mchy i porosty, a przesuwająca się mgła co chwilę odsłania kolejne fragmenty górskiego krajobrazu.

Kolumbia

Dolina Valle de Cocora

Kolumbia

Smukłe palmy woskowe

Wyżej, wśród wilgotnego lasu, znajduje się stacja Acaime, znana bardziej jako „dom kolibrów”.
Żeby tam dotrzeć, trzeba najpierw pokonać kilka wartkich potoków i wspiąć się stromym, śliskim szlakiem.
Na miejscu czeka jednak nagroda. Przy drewnianych zabudowaniach wiszą karmniki wypełnione słodką wodą, a wokół nich krążą dziesiątki kolibrów.
Ptaki przelatują tuż obok z prędkością małych pocisków, zawisają nieruchomo w powietrzu i po chwili znikają gdzieś między liśćmi.

Kolumbia

Razem z Moją Basią przeprawiam się przez jeden z górskich potoków

Kolibry są prawdziwymi mistrzami lotu. Potrafią osiągać prędkość nawet 120 km/h, a ich metabolizm pracuje w zawrotnym tempie.
Niektóre gatunki w ciągu doby zjadają pokarm ważący dwa razy więcej niż one same, a ich skrzydła poruszają się tak szybko, że ludzkie oko widzi jedynie rozmazaną smugę — nawet do 90 uderzeń na sekundę.
Patrzę na nie i zastanawiam się, jak coś tak małego może działać z tak absurdalną precyzją.

Kolumbia

Amorek zielony

Kolumbia

Komecik długosterny

Po dniach spędzonych wśród zielonych wzgórz trafiamy do Medellín — drugiego co do wielkości miasta kraju.
To chyba tutaj najlepiej widać, jak bardzo Kolumbia potrafi się zmieniać.
Medellín rosło w siłę przede wszystkim dzięki kawie. Gdy pod koniec XIX wieku świat oszalał na punkcie kolumbijskich ziaren, zaczęło szybko się rozwijać, stając się jednym z najważniejszych ośrodków przemysłowych kraju.
Później przyszły jednak czasy, o których mieszkańcy do dziś opowiadają z wyraźnym ciężarem w głosie. W latach osiemdziesiątych Medellín znalazło się pod kontrolą brutalnych karteli narkotykowych, które zdominowały światowy handel kokainą.
Stało się wówczas synonimem przemocy, porwań i strzelanin, a światowe media określały je mianem najniebezpieczniejszego miasta świata.
Trudno dziś pogodzić dawny obraz z rzeczywistością. Ulice są pełne ludzi, kawiarnie pękają w szwach, a mieszkańcy z dumą opowiadają, jak bardzo zmieniło się ich miasto.
Dziś Medellín jest symbolem głębokiej przemiany. „Miasto wiecznej wiosny” — bo tak mówi się o nim z powodu łagodnego, ciepłego klimatu — coraz częściej podawane jest jako przykład udanej transformacji dla całej Ameryki Łacińskiej.

Kolumbia

„Ulice Medellínu”

Kolumbia

Budynek zarządu miasta

W centrum trafiam na Parque de las Luces — Park Świateł.
Na placu stoi trzysta wysokich betonowych słupów przypominających ogromny, futurystyczny las.
Wieczorem słupy rozbłyskują światłem, a miejsce wygląda bardziej jak scenografia filmu science fiction niż fragment dawnego, niebezpiecznego Medellín.

Kolumbia

Parque De Las Luces

Kilka ulic dalej znajduje się Plaza Botero, chyba najbardziej rozpoznawalny plac w mieście.
Fernando Botero urodził się właśnie tutaj i podarował miastu część swoich prac.
Wokół monumentalnych, charakterystycznie zaokrąglonych rzeźb toczy się codzienne życie — turyści robią zdjęcia, sprzedawcy oferują swoje towary, a dzieci wspinają się na ogromne figury zwierząt.
Patrząc na te masywne postacie, trudno się nie uśmiechnąć — sztuka Botero ma w sobie coś jednocześnie absurdalnego i zaskakująco sympatycznego.

Kolumbia

Rzeźba konia

Kolumbia

Adam i Ewa (Adán y Eva)

Kolumbia

Siedząca kobieta (Mujer sentada)

Kolumbia

Kobieta z lusterkiem (Mujer con espejo)

Kolumbia

Wystrojona kobieta (Mujer vestida)

Medellín imponuje także komunikacją. Tutejsze metro uchodzi za jedno z najnowocześniejszych w Ameryce Łacińskiej, a mieszkańcy mówią o nim z wyraźną dumą.
Do systemu należą również kolejki linowe Metrocable, które łączą położone wysoko na zboczach dzielnice z centrum miasta. Ich znaczenie wykracza jednak daleko poza samą komunikację.
Dla wielu mieszkańców była to prawdziwa rewolucja. Jeszcze niedawno część tych osiedli funkcjonowała praktycznie poza kontrolą państwa.

Kolumbia

Kolumbia

Metrocalble

Kolumbia

Najbardziej znaną z takich dzielnic jest Comuna 13. Dziś pełna murali, muzyki i turystów, jeszcze kilkanaście lat temu była synonimem przemocy i walk między kartelami, paramilitarnymi bojówkami i wojskiem.
Stromo położone uliczki długo pozostawały odcięte od reszty miasta.
Dopiero później rozpoczęto stopniową odbudowę i integrację dzielnicy z Medellín. Powstała infrastruktura, szkoły, biblioteki i projekty społeczne.
Jednym z najbardziej widocznych znaków tej przemiany stały się zadaszone schody ruchome przecinające strome zbocze Comuny 13. Dziś mieszkańcy wjeżdżają nimi do domów bezpłatnie, mijając po drodze niewielkie place, ulicznych artystów i sprzedawców pamiątek.
Co jakiś czas ktoś zaczyna opowiadać o dawnych czasach. O strzelaninach, strachu i dniach, kiedy po zmroku lepiej było nie wychodzić z domu.
Te historie wracają tutaj często, ale równie często pojawia się też coś jeszcze — duma. Bo miasto stało się symbolem zmian tak dużych, że w Kolumbii funkcjonuje już nawet specjalne określenie: „modelo Medellín”.

Kolumbia

Schody ruchome w Comuna 13

Kolumbia

Kolumbia

Dziecięcy Urban Dance we własnej choreografii

Kolumbia

Comuna 13

Kolumbia

Comuna 13 — chętnie odwiedzana przez turystów

Z andyjskiego wnętrza kraju przenosimy się nad Morze Karaibskie. Nie oznacza to jednak pożegnania z górami — w Santa Marta Andy niemal schodzą prosto do oceanu.
To jedno z najstarszych wciąż istniejących hiszpańskich miast Ameryki Południowej i zarazem najstarsze miasto Kolumbii. Jego położenie jest wyjątkowe: z jednej strony tropikalne wybrzeże, z drugiej potężny masyw Sierra Nevada de Santa Marta, którego najwyższe szczyty — Pico Cristóbal Colón i Pico Simón Bolívar — sięgają niemal 5 800 m.
Widok ośnieżonych gór wyrastających ponad palmami wydaje się tutaj czymś całkowicie naturalnym. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, jak niezwykłe jest to zestawienie.

Kolumbia

Kolumbia

Ratusz miejski

Kolumbia

Kościół św. Franciszka z Asyżu

Kolumbia

Pałac biskupa

Największym magnesem okolicy pozostaje Park Narodowy Tayrona.
Jego plaże wyglądają, jakby ktoś projektował je specjalnie pod folder biura podróży: biały piasek, granitowe głazy i palmy pochylające się nad wodą.

Kolumbia

Playa Cañaveral w Parku Narodowym Tayrona

Jest końcówka grudnia, środek wakacyjnego sezonu. Już od rana przed wejściem do parku zbiera się tłum ludzi.
Tłum to zresztą zbyt delikatne słowo. Wygląda to raczej jak początek wielkiej pielgrzymki. Rodziny z dziećmi, grupy znajomych, zakochane pary, emeryci z chłodziarkami większymi od plecaków trekkingowych.
Wszyscy cierpliwie przesuwają się w stronę bramy, obładowani torbami, materacami, parasolami i plastikowymi pojemnikami pełnymi jedzenia. Co chwilę ktoś wlecze jeszcze wielkie radio, z którego dudni reggaeton. Cisza natury najwyraźniej nie jest tu obowiązkowym elementem programu.
W Tayronie kolumbijskie podejście do parku narodowego okazuje się zresztą dość odmienne od europejskiego. U nas rezerwat przyrody kojarzy się z szeptem, drewnianą kładką i tabliczką „nie schodź ze szlaku”. Tutaj park jest przede wszystkim dla ludzi. I ludzie rzeczywiście korzystają z niego bardzo intensywnie.
Ruszamy szlakiem razem z kolorowym korowodem plażowiczów. Większość maszeruje w klapkach i strojach kąpielowych, choć ścieżka momentami przypomina błotnisty tor przeszkód. Raz przeciskamy się przez skalne stopnie, innym razem omijamy wielkie kałuże albo wąskie wąwozy. Gdy z naprzeciwka nadciąga kolejna grupa, robi się prawdziwy korek.
Z wyżej położonych skał cały ten ruch wygląda jak niekończąca się kolumna mrówek transportujących zapasy do mrowiska.
Las wokół jest gęsty, soczyście zielony i — przynajmniej według przewodników — pełen zwierząt oraz ptaków. Teoretycznie, bo przy poziomie hałasu przypominającym miejski festyn trudno oczekiwać, że zwierzęta pozostaną w pobliżu.
W pewnym momencie nie wytrzymuję i pytam Luisa, jak to wszystko ma się do idei ochrony przyrody. Patrzy na mnie z lekkim zdziwieniem, jakbym właśnie zakwestionował coś, co dla Kolumbijczyków jest oczywistością.
— Park Narodowy, jak nazwa wskazuje, jest dla narodu — odpowiada z pełnym przekonaniem. — No więc naród tutaj jest.
Po chwili dodaje jednak pojednawczo, że poza sezonem robi się tu znacznie luźniej.

Kolumbia

Pierwsze plaże po drodze wyglądają zaskakująco spokojnie.
Powód szybko okazuje się mniej romantyczny — kąpiel jest zakazana ze względu na bardzo silne prądy morskie. Na jednej z tablic wypisano nawet liczbę osób, które straciły tu życie.
Karaiby potrafią być równie malownicze, co bezlitosne.

Kolumbia

Prądy przy tej plaży są tak silne, że życie straciło tu już ponad 100 osób

Im dalej zagłębiamy się w park, tym tłum stopniowo się przerzedza.
W końcu szlak prowadzi nas przez niewielką rzeczkę wpadającą do morza i docieramy na jedną z ostatnich, względnie spokojnych plaż.
Tutaj wreszcie zwalniamy tempo. Kilka godzin mija na pływaniu w ciepłej, turkusowej wodzie i odpoczynku w cieniu palm, które kołyszą się leniwie pod naporem gorącego wiatru.

Kolumbia

Plaża La Piscina

Kolumbia

Kiedy moi „niepluszowi” korzystają z kąpieli, ja zostaję strażnikiem plecaków i testuję hamak uszyty przez moje projektantki mody.
Przy okazji rozpoczynam też dyskretną operację uszczuplania zapasów z worka z prowiantem.
Największym odkryciem okazują się bocadillo de guayaba — gęste batoniki z miąższu gujawy zawinięte w suche liście bananowca. Wyglądają trochę jak przerośnięte żelki, ale smakują raczej jak bardzo skoncentrowane owocowe powidła.
Niepozorne, lekko klejące i niebezpiecznie uzależniające.

Kolumbia

Kolumbia

Widok na plażę Cabo Tortuga

Ale Tayrona to nie tylko pocztówkowe widoki.
Nazwa parku pochodzi od ludu Tayrona, który zamieszkiwał ten region przed przybyciem Hiszpanów. Podbój doprowadził do upadku ich społeczeństwa i zmusił wielu mieszkańców do opuszczenia rodzinnych ziem.
Dziś w górach żyją Kogui — rdzenna społeczność, której tradycje nawiązują do dziedzictwa dawnych mieszkańców tego regionu. Dla nich Sierra Nevada jest świętym sercem świata i miejscem utrzymującym równowagę całego kosmosu.

Kolumbia

Kogui wywodzą swoje tradycje z dziedzictwa dawnych Tayrona

Kolumbia

Część społeczności Kogui mieszka na terenie parku narodowego

Kolumbia

Kolumbia

Kogui sprzedają spragnionym turystom świeżo wyciskane soki

Z hamaków rozwieszonych między palmami przenosimy się prosto do najbardziej eleganckiego miasta karaibskiej Kolumbii — Cartagena de Indias.
Nazwa pochodzi od hiszpańskiej Cartageny, a dla odróżnienia dodano przydomek „de Indias”. Założona w 1533 roku szybko stała się jednym z najważniejszych portów hiszpańskiego imperium w tej części świata.
Tutaj zawijała flota przywożąca do kolonii uzbrojenie, narzędzia, sukna i konie, a wracająca z ładunkami złota, srebra oraz pereł.
Z portu korzystali nie tylko Hiszpanie. Holenderskie i angielskie statki przewożące niewolników, jeśli otrzymały zgodę na handel z hiszpańskimi koloniami, również musiały kierować się do Cartageny.
Nic więc dziwnego, że miasto szybko stało się jednym z głównych celów ataków piratów.
Po zdobyciu miasta przez Sir Francisa Drake'a w 1586 roku rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę rozbudowę fortyfikacji.
W kolejnych dziesięcioleciach wokół Cartageny powstały 11-kilometrowe mury miejskie, rozbudowano twierdzę San Felipe, a wejścia do zatoki zaczęły strzec forty San José i San Fernando.

Kolumbia

Puerta del Reloj (Brama Zegarowa) — główna brama historycznego centrum miasta

Kolumbia

Plac Dorożek

Kolumbia

Kolumbia

Kościół i klasztor San Pedro Claver

Katedra Santa Catalina de Alejandría również jest świadkiem tej burzliwej historii. Jej budowę rozpoczęto pod koniec XVI wieku, jednak podczas ataku Drake'a została poważnie uszkodzona.
Na jej ukończenie trzeba było czekać jeszcze wiele lat. Nie był to zresztą ostatni moment, gdy Cartagena musiała mierzyć się z zagrożeniem.
Przez kolejne stulecia miasto nieustannie wzmacniało swoje umocnienia, przygotowując się na następny atak.

Kolumbia

Katedra Santa Catalina de Alejandría

Najbardziej widocznym symbolem tamtej epoki pozostają jednak mury obronne Cartageny.
Jednym z ich elementów był bastion Baluarte de Santo Domingo — masywna konstrukcja wysunięta w stronę morza, która do dziś przypomina o strategicznym znaczeniu miasta.

Kolumbia

Mury obronne Cartageny

Na wzgórzu San Lázaro wznosi się Castillo de San Felipe de Barajas — największa forteca kolonialnej Ameryki Południowej.
Pierwsze umocnienia powstały jeszcze w XVI wieku, ale z czasem kompleks wielokrotnie powiększano i wzmacniano.
Dopiero zdobycie przez Brytyjczyków fortu El Morro w Hawanie uświadomiło Hiszpanom, jak bardzo potrzebne jest dalsze wzmocnienie obrony Cartageny.
Rozpoczyna się intensywna rozbudowa, która pod koniec XVIII wieku przekształca całe wzgórze w jedną z najlepiej ufortyfikowanych twierdz hiszpańskiego imperium w Ameryce.

Kolumbia

Fort San Felipe de Barajas na wzgórzu San Lazaro

Kolumbia

Stare działa w forcie San Felipe de Barajas

Dziś obok tej kolonialnej historii wyrasta zupełnie inna Cartagena.
Bocagrande — jedna z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta  — przypomina bardziej współczesne Miami niż karaibskie miasteczko.
Luksusowe hotele, sklepy i wieżowce z apartamentami za setki tysięcy dolarów stoją tu na wąskim pasie lądu, wystawionym na kaprysy morza.
Betonowych budynków przybywa, grunt miejscami osiada, a ulice i wejścia do budynków potrafią regularnie znikać pod wodą.
Wygląda na to, że tutaj płaci się nie za widok na morze, tylko za morze w pakiecie z mieszkaniem.

Kolumbia

Zalana ulica w Bocagrande

Na pożegnanie ostatniego zachodu słońca w Starym Roku idziemy do Café del Mar, słynnego baru na murach obronnych miasta.
Żeby zdobyć miejsce z widokiem, przychodzimy już o 17:00 — chwilę po otwarciu.

Kolumbia

Z murów obronnych obserwujemy ostatni zachód słońca starego roku

Kolumbia

Brama zegarowa w deszczowy, sylwestrowy wieczór

Podróż przez Kolumbię utwierdza mnie w przekonaniu, że określenie „kraj kontrastów” nie jest pustym hasłem, lecz wyjątkowo trafnym opisem.
Każdy kolejny region pokazuje inne oblicze — i za każdym razem trudno uwierzyć, że wszystkie te światy mieszczą się w granicach jednego państwa.
Kolumbia nie daje się łatwo zaszufladkować. Jej siła tkwi właśnie w tym nieustannym napięciu między przeszłością a teraźniejszością, między zachwycającą przyrodą a trudną historią.
A mimo wszystko — albo właśnie dzięki temu — zostawia po sobie coś bardzo prostego: zachwyt i poczucie, że odwiedziło się miejsce, którego długo nie da się zapomnieć.


Klocek