Kolumbia
Grudzień 2017 — Styczeń 2018
Podróż do Kolumbii nie wywołuje zwykle takich emocji jak wyprawa do Peru, Meksyku czy na Archipelag Galapagos. A szkoda, bo już po kilku dniach trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie Kolumbia jest jednym z najbardziej fascynujących krajów Ameryki Południowej. Wszystko tutaj miesza się ze sobą w zaskakujących proporcjach — klimat, krajobrazy, historia i ludzie.
Dla wielu Kolumbia wciąż pachnie dawnymi opowieściami o kartelach narkotykowych, partyzantach i porwaniach. Jeszcze niedawno sama nazwa kraju budziła więcej niepokoju niż ciekawości. Dziś jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Kraj po latach brutalnych konfliktów wyraźnie odetchnął. Miasta tętnią życiem, turyści zaglądają tu coraz liczniej, a mieszkańcy z rozbrajającą szczerością próbują przekonać przyjezdnych, że „to już nie ta Kolumbia”. I trzeba przyznać — mają sporo racji.
Kolumbia okazuje się miejscem pełnym kontrastów. Większą część kraju przecinają monumentalne Kordyliery Andyjskie, których najwyższe partie błyszczą lodowcami. Na północy rozciąga się gorące karaibskie wybrzeże, na zachodzie dzikie i wilgotne wybrzeże Pacyfiku, a gdzieś dalej zaczyna się amazońska dżungla. Po drodze pojawiają się pustynie, jeziora i bezkresne sawanny Llanos. Czasem mam wrażenie, że ktoś wrzucił pół kontynentu do jednego worka i energicznie nim potrząsnął.
Równie różnorodni są mieszkańcy. Spotykają się tutaj potomkowie rdzennych Indian, afrykańskich niewolników, hiszpańskich kolonizatorów oraz emigrantów z Europy i Bliskiego Wschodu. Każdy region żyje trochę własnym rytmem, mówi inaczej, inaczej tańczy i inaczej gotuje. Trudno więc stworzyć jedną definicję „typowego Kolumbijczyka”. Jeśli jednak istnieje jakaś wspólna cecha, to chyba niezwykła pogoda ducha. Kolumbijczycy śmieją się dużo, pomagają chętnie i z ogromną dumą opowiadają o swoim kraju — nawet wtedy, gdy autobus spóźnia się już godzinę, a tropikalna ulewa właśnie zamienia ulicę w rwącą rzekę.
Ruszamy więc w drogę po kraju kontrastów, żeby sprawdzić, ile w tych wszystkich opowieściach jest prawdy.
Bogota — jej historia zaczyna się jeszcze długo przed przybyciem Hiszpanów. W czasach prekolumbijskich Indianie Czibcza–Muisca założyli tu osadę Bacatá, czyli „wysokie pole” — jeden z najważniejszych ośrodków na terenach dzisiejszej Kolumbii.
Sytuacja zmieniła się, gdy do miasta wkroczyli hiszpańscy konkwistadorzy. Rozbudowali osadę, nadali jej nazwę Santa Fe i uczynili stolicą Wicekrólestwa Nowej Granady. Później, żeby odróżnić ją od innych miast o tej samej nazwie, dodano człon „de Bogota”, wywodzący się od dawnej Bacatá. Nazwa zmieniała się jeszcze kilka razy, aż wreszcie, wraz z nową konstytucją uchwaloną już w XXI wieku, została uproszczona do krótkiego: Bogota.
Jest wczesny poranek. Miasto dopiero budzi się do życia, a my stoimy już przed dolną stacją kolejki prowadzącej na Monserrate. To najlepszy moment — zanim pojawią się tłumy i zanim sprzedawcy pamiątek na dobre rozpoczną codzienną ofensywę. Pierwszy wagonik powoli odrywa się od stacji i zaczyna wspinać nad dachami Bogoty.
Proszę wsiadać, zaraz ruszamy
Monserrate wznosi się na wysokość ponad 3 000 metrów i razem z pobliskim Guadalupe tworzy charakterystyczną panoramę stolicy. Oba szczyty widać niemal z każdego miejsca w mieście. Są jak naturalny kompas — wystarczy spojrzeć w górę i od razu wiadomo, gdzie jest wschód.
Na szczyt można dostać się kolejką linową, wagonikiem podwieszanym na stalowych linach albo pieszo, jeśli ktoś ma akurat ochotę połączyć pielgrzymkę z treningiem wysokogórskim.
Na wierzchołku góry stoi XVII-wieczny kościół i sanktuarium El Señor Caído, a wokół nich rozrosła się cała turystyczna infrastruktura — kawiarnie, restauracje i tarasy widokowe, z których Bogota wygląda jak niekończące się morze dachów rozlane wysoko na andyjskim płaskowyżu.
Kościół i sanktuarium są popularnym miejscem pielgrzymek
Widok na dzielnicę Santa Fe
Ciudad Bolívar pnie się wysoko na zboczach południowej części Bogoty. To największa nieformalna dzielnica miasta — przestrzeń, która przez lata rosła szybciej niż nadążały za nią plany urbanistyczne. Dziś mieszka tutaj około dwóch milionów ludzi, czyli jedna czwarta mieszkańców całej stolicy. Jeszcze niedawno władze zdawały się omijać to miejsce szerokim łukiem. Brakowało niemal wszystkiego — kanalizacji, wodociągów, szkół, transportu publicznego. Ciudad Bolívar przez długi czas funkcjonowała jak osobny świat przyklejony do bogatszej części miasta.
Teraz powoli się zmienia. Do wielu domów doprowadzono prąd i wodę, pojawiły się szkoły, szpitale i komunikacja miejska. Mimo to wystarczy skręcić w boczną ulicę, żeby zobaczyć, jak daleka droga wciąż pozostaje do przebycia. Wiele ulic nadal jest nieutwardzonych, a większość domów wygląda tak, jakby ich budowę przerwano w połowie. Surowe cegły, blaszane dachy i pojedyncze pomieszczenia, w których często gnieździ się cała rodzina. Nocą temperatura w Bogocie potrafi spaść do zera, a wilgotne andyjskie zimno bez trudu wciska się przez każdą szczelinę.
Większość mieszkańców Ciudad Bolívar przyjechała tutaj z regionów ogarniętych konfliktem zbrojnym. Uciekali przed przemocą, biedą albo po prostu szukali miejsca, w którym da się zacząć od nowa. Przy takiej skali problemów trudno oczekiwać, że ochrona środowiska stanie się priorytetem. Śmieci trafiają więc często prosto na ulicę albo na skrawki zieleni pomiędzy domami.
Właśnie z tego powodu powstał projekt socjalny Éxito Verde — „Zielony Sukces”. Mieszkańcy zbierają materiały do recyklingu, które później wymieniają na żywność. Wspólnie uprawiają też ogród warzywny należący do projektu, a zbiory trafiają do wszystkich uczestników. Organizowane są warsztaty dotyczące zdrowia, ekologii i rozwoju osobistego.
Najważniejsze wydaje się jednak coś innego — ludzie zaczynają działać razem. W miejscu, gdzie przez lata dominowało poczucie bezradności, pojawia się współpraca i zwykła sąsiedzka solidarność. A to, jak się okazuje, potrafi skuteczniej łagodzić napięcia niż niejedna oficjalna inicjatywa.
Projekt Éxito Verde w gminie Nueva Colombia
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Podczas naszej wizyty pomagamy rozdawać dzieciakom prezenty i pakować kolejne paczki dla dzieci z innych części Ciudad Bolívar.
W pewnym momencie ktoś zaprasza nas jeszcze na tradycyjne „onces” — małe drugie śniadanie jedzone około jedenastej. Na stole szybko lądują gorące arepas z serem, biały świeży serek i małe kreolskie ziemniaki smażone w całości na głębokim tłuszczu. Do tego obowiązkowo gorące kakao.
Za oknem surowe ceglane domy wspinają się po zboczu wzgórza — zimne, milczące — ale przy stole atmosfera robi się zaskakująco ciepła.
Pakowanie prezentów dla dzieci z innych gmin dzielnicy
Onces
Nueva Colombia jest jedną z wielu małych gmin w wielkiej dzielnicy Ciudad Bolívar
Mieszkańcy Ciudad Bolívar należą do najuboższych w Bogocie
Zwiedzanie centralnie położonego Muzeum Złota (Museo del Oro) wywołuje u nas mieszane uczucia. To miejsce stanowi wyraźny kontrast wobec najuboższych dzielnic miasta.
Jest jednym z największych i najbogatszych muzeów prekolumbijskiej sztuki złotniczej na świecie, założonym i finansowanym przez Bank Republiki Kolumbii. Wystawa prezentuje ponad 30 000 artefaktów stworzonych przez liczne kultury indiańskie, które niegdyś zamieszkiwały tereny dzisiejszej Kolumbii.
Oprócz złota można tu zobaczyć także przedmioty wykonane z innych metali i surowców. Wśród nich wyróżniają się kamienne posągi odkryte w San Agustín. Prawdziwa nazwa kultury tego regionu pozostaje nieznana, dlatego określa się ją dziś jako Kulturę San Agustín.
Jedna z wielu kamiennych figur odkrytych w San Agustin
Kamienne figury o cechach ludzkich i zwierzęcych były rzeźbione również w innych regionach i w różnych okresach
Złote ozdoby noszone przez starożytnych Indian
Wystawa obejmuje ponad 30 000 złotych artefaktów
Luis, nasz przewodnik, pracuje w zawodzie od ponad 30 lat. Ma w sobie coś z surowego ojca — wymagający, bez tolerancji dla mięczaków i strojenia fochów, ale jednocześnie świetny organizator, człowiek z ogromną wiedzą, którą chętnie się dzieli, i ktoś, kto doskonale dba o bezpieczeństwo swoich podopiecznych.
Ze „złotej ekspozycji” Luis prowadzi nas dalej, do historycznego centrum stolicy.
Kościół San Francisco — najstarszy w Bogocie
Plaza de Bolívar jest centralnym placem Bogoty
Przyjmuje się, że Plazoleta del Chorro de Quevedo w dzielnicy Santa Fe to miejsce pierwszego założenia konkwistadorskiej Bogoty w 1538 roku.
Dziś ten niewielki placyk jest popularnym punktem spotkań studentów i otwartą sceną dla ulicznych artystów. Panuje tu nieustanny ruch, ale miejsce naprawdę ożywa dopiero po zachodzie słońca.
Plazoleta del Chorro de Quevedo
Calle del Embudo to jedna z uliczek prowadzących do placyku
Chorro de Quevedo odwiedzany jest najliczniej wieczorami
Opuszczamy stolicę i udajemy się w kierunku malowniczej, kolonialnej miejscowości Villa de Leyva. Aby wydostać się z Bogoty, potrzebujemy sporo czasu i jeszcze więcej cierpliwości. Zanim udaje nam się przebić przez północne przedmieścia, trafiamy w klasyczny megakorek. Przez chwilę obserwujemy niekończący się, blaszany potok pojazdów, aż w pewnym momencie nasze jelita zaczynają własny koncert murmurando — i Luis zarządza postój w przydrożnym barze, co przyjmujemy z ogromną ulgą.
Menu jest bogate, ale biorąc pod uwagę, że przed nami jeszcze kilka godzin jazdy, decydujemy się na coś „lżejszego” — na przykład zupę. Z polecenia Luis'a wybór pada na typowo kolumbijskie Ajiaco Colombiano.
Z niemałym zdziwieniem obserwuję, jak dwie kelnerki przynoszą nasze zamówienie. Każdy z nas dostaje osobny zestaw dodatków: porcję ryżu, czarkę kwaśnej śmietany, miseczkę kaparów i połówkę awokado. Dopiero potem pojawia się główne danie — ogromna miska zupy: intensywny rosół z kawałkami kurczaka, ziemniakami, świeżymi warzywami i sporym kawałkiem gotowanej kukurydzy.
Jedna porcja tego specjału mogłaby zaspokoić apetyt nawet najbardziej żarłocznego pluszowego niedźwiadka — i to raczej na dłużej niż jeden dzień. 😵
Historia Villa de Leyva sięga początków hiszpańskiego podboju. Miejscowość została założona w 1572 roku na zlecenie Andrés'a Díaz'a Venero de Leyva, pierwszego przewodniczącego Wicekrólestwa Nowej Granady. Już w połowie XX wieku uznano ją za Pomnik Kultury Narodowej, co uchroniło ją przed modernizacją i chaotyczną zabudową. Dzięki temu do dziś zachowała swój kolonialny charakter.
Obecnie Villa de Leyva urzeka architekturą z minionych epok. Dominują tu bielone, parterowe i jednopiętrowe domy kryte dachówką, masywne kościoły z niskimi wieżami oraz ogromny centralny plac wybrukowany polnymi kamieniami — tzw. „kocimi łbami”. Miasteczko wielokrotnie służyło jako plan filmowy dla produkcji historycznych.
Plac centralny w Villa de Leyva
Okolice Villa de Leyva słyną z niezwykłych odkryć paleontologicznych — skamieniałości, kości i szkieletów, które dosłownie leżą tu pod nogami. Czasem aż trudno uwierzyć, że to nie scenografia do filmu przygodowego, tylko zwyczajna geologia.
Jednym z najlepszych miejsc, żeby zobaczyć część tych znalezisk, jest pobliskie muzeum paleontologiczne. Aby tam dotrzeć i przy okazji lepiej poczuć tutejszy krajobraz, decydujemy się ruszyć w drogę konno.
Lokalny przewodnik Xaver
Największą dumą muzeum jest olbrzymi szkielet kronozaura z wczesnej kredy.
Co ciekawe, odkryto go właśnie tutaj, a nad miejscem znaleziska wzniesiono obecny budynek muzeum. To najlepiej zachowany egzemplarz tego gada, jaki dotąd odnaleziono — i robi wrażenie nie tylko rozmiarami.
Kronozaur
Skamieliny
Z muzeum ruszamy dalej, w stronę jednego z bardziej zaskakujących miejsc w okolicy — klasztoru Convento del Santo Ecce Homo.
Założony przez dominikanów na początku XVII wieku już od wejścia łączy historię kolonialną z czymś znacznie starszym. Posadzki wyłożono kamieniami wydobytymi w okolicy, a wiele z nich skrywa skamieniałości — odciski prehistorycznych roślin, a nawet ślady dawnej kukurydzy i kwiatów.
W pewnym momencie zaczynam mieć wrażenie, że cały klasztor jest jednym wielkim muzeum, tylko bez szyb i gablot.
Klasztor Santo Ecce Homo
Dziedziniec klasztorny
Przed kaplicą stoi statua świętego E.T. 😉
W regionie El Recreo korzystamy z okazji, żeby spróbować swoich sił w Tejo — narodowym sporcie Kolumbii, który na pierwszy rzut oka wygląda trochę jak połączenie rzutu dyskiem, gry podwórkowej i kontrolowanego wysadzania małych petard. Luis dogaduje się z lokalnym gospodarzem i po chwili stoimy już przed glinianą planszą, słuchając krótkiego wprowadzenia do zasad gry.
Tejo wywodzi się jeszcze z czasów prekolumbijskich. Dawni Indianie Muisca grali w podobną grę nazywaną Turmequé, używając ciężkich złotych dysków, które później zastąpiono kamieniami, a dziś — stalowymi krążkami. Zasady są zaskakująco proste. Rzuca się metalowym dyskiem w stronę glinianej planszy, pośrodku której umieszczono metalowy pierścień obłożony małymi papierowymi saszetkami z prochem. Jeśli krążek trafi idealnie, następuje głośny huk, błysk i eksplozja radości wszystkich stojących obok. Im celniejsze trafienie, tym więcej punktów — i tym większa satysfakcja.
Brzmi łatwo tylko do momentu, kiedy samemu bierze się krążek do łapy (to znaczy ręki). Po kilku próbach okazuje się, że trafienie w glinę jest jeszcze wykonalne, ale wywołanie efektownego wybuchu wymaga albo sporego talentu, albo wielu lat treningu wspomaganego domowym likierem z gujawy. Kolumbijczycy zdają się posiadać jedno i drugie.
Bramka do gry w Tejo
Z El Recreo ruszamy dalej w stronę Sutamarchán — niewielkiej miejscowości, która w całym regionie słynie przede wszystkim z longanizy.
Już przy wjeździe trudno nie zauważyć dziesiątek restauracji i przydrożnych stoisk reklamujących „najlepszą kiełbasę w Boyacá”. Longaniza przypomina trochę naszą białą kiełbasę, choć jest wyraźnie mocniej przyprawiona, bardziej aromatyczna i osiąga rozmiary, przy których europejskie wersje zaczynają wyglądać dość skromnie. Tutaj długość kiełbasy wydaje się niemal sprawą honoru.
Typowe Picadas, czyli zestawy różnych smakołyków z rożna
Z Sutamarchán ruszamy dalej krętymi drogami departamentu Boyacá. Co jakiś czas mijamy niewielkie gospodarstwa, pola kukurydzy i kolejne przydrożne grille, z których jeszcze długo unosi się zapach pieczonych picadas.
Po kilkunastu kilometrach krajobraz zaczyna się powoli zmieniać, a przy drodze pojawiają się pierwsze kolorowe ceramiczne figurki, gliniane donice i ogromne wazony wystawione przed domami. To znak, że zbliżamy się do Ráquiry.
Nazwa Ráquira pochodzi z języka Indian Czibcza-Muisca i oznacza „gliniane miejsce” albo „miasto gliny”. Już od pierwszych chwil trudno mieć wątpliwości, skąd wzięło się to określenie. Niemal wszystko wydaje się tutaj związane z ceramiką. Kolorowe fasady domów, warsztaty garncarskie, sklepy i uliczne stragany tworzą razem coś pomiędzy miasteczkiem a wielkim, niekończącym się targiem rękodzieła.
Plac centralny w Raquira
Liczne sklepy z wyrobami ceramicznymi i pamiątkami
Tradycje garncarskie sięgają tu jeszcze czasów prekolumbijskich i do dziś pozostają głównym źródłem utrzymania wielu mieszkańców.
Żeby lepiej zrozumieć, jak powstają tutejsze wyroby, odwiedzamy manufakturę Don Carlosa — „Melo Rey Hermanos”. W środku panuje przyjemny chaos. Na półkach stoją setki naczyń i figurek na różnych etapach produkcji, gdzieś z tyłu pracuje piec, a powietrze pachnie wilgotną gliną i dymem.
Don Carlos z wprawą pokazuje kolejne etapy pracy, ugniatając glinę z taką łatwością, jakby robił to od zawsze — co zresztą prawdopodobnie jest całkiem bliskie prawdy.
Formowanie glinianych naczyń
Piec jest już pełny i za chwile zostanie rozgrzany
Im bliżej Bogoty, tym ruch na drogach robi się coraz większy. Po spokojnych miasteczkach powrót do dużej aglomeracji wydaje się niemal szokiem.
Zanim jednak dotrzemy do stolicy, zatrzymujemy się jeszcze w Zipaquirá, gdzie we wnętrzu góry ukryto jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w całej Kolumbii.
W dawnej kopalni soli znajduje się słynna Catedral de Sal — ogromna świątynia wykuta głęboko pod ziemią. Choć często nazywana jest katedrą, formalnie nigdy nie otrzymała takiego statusu i nie podlega żadnemu biskupowi. Nie przeszkadza to jednak tysiącom turystów i pielgrzymów, którzy każdego dnia schodzą do chłodnych, solnych korytarzy przypominających bardziej podziemne królestwo z powieści fantasy niż miejsce kultu religijnego.
Do nawy głównej prowadzi droga krzyżowa z czternastoma stacjami
Posąg anioła wykuty w soli oraz nawa główna
Wnętrze robi ogromne wrażenie. Ściany połyskują kryształkami soli, światła zmieniają kolory, a kolejne kaplice wyłaniają się z ciemności niczym podziemny labirynt.
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów jest marmurowa płaskorzeźba „La Creación de Adán”, wzorowana na słynnym fresku Stworzenie Adama autorstwa Michelangelo z Kaplicy Sykstyńskiej.
Marmurowa płaskorzeźba „La Creación de Adán”
Nad ołtarzem wykuto w soli szesnastometrowy krzyż
W bocznych sztolniach ciągną się dziesiątki stoisk z pamiątkami.
Na jednym z nich znajduję wspaniałą skórzaną walizkę. Ponieważ za cztery dni kończę dwanaście lat, staram się możliwie dyskretnie zasugerować, że byłby to prezent urodzinowy absolutnie pierwszej potrzeby.
Podróżnik w wymiarze kieszonkowym — wszystko idealnie dopasowane
Przeskok z chłodnej Bogoty do rozgrzanej pustyni Tatacoa jest jednym z najbardziej uderzających przykładów kolumbijskiej różnorodności.
Jeszcze kilka godzin wcześniej temperatura ledwo osiągała kilkanaście stopni, teraz termometr pokazuje 32°C w cieniu. To warunki, w których świat zwalnia do minimum — idealne dla skorpionów, owadów i drobnych gryzoni, które w takich temperaturach wydają się mieć nad nami wyraźną przewagę.
Jej suchość wynika ze szczególnego położenia geograficznego między dwiema odnogami Kordyliery — Centralną i Wschodnią. Otaczające ją Andy wznoszą się tu na wysokość nawet 5 000 metrów, tworząc naturalną barierę dla wilgotnych mas powietrza. W efekcie dolina pozostaje sucha nawet wtedy, gdy w innych częściach kraju pada deszcz. Roczna suma opadów sięga tu około 1 000 milimetrów, co nie jest w stanie zrekompensować intensywnego parowania, które w tym klimacie działa niemal bez przerwy.
Nazwa Tatacoa, według lokalnych przekazów, nawiązuje do dawnego, endemicznego gatunku grzechotnika, który kiedyś zamieszkiwał ten teren, a dziś już nie występuje. W języku rdzennych mieszkańców oznacza „złego węża”, choć bywa też używana w bardziej potocznym, ironicznym znaczeniu — jako określenie kogoś wyjątkowo złośliwego.
Czerwona część pustyni Tatacoa
Krajobraz pustyni dzieli się na kilka wyraźnie odmiennych stref. Są tu zagłębienia, Dolina Duchów, suche labirynty oraz bardziej otwarte, szare i czerwone, niemal księżycowe przestrzenie. Każda z nich ma swój charakter, ale to właśnie czerwone obszary i labirynty robią największe wrażenie — szczególnie wtedy, gdy światło zaczyna się zmieniać, a formacje nabierają głębi, jakby ktoś powoli wyostrzał kontrast całego świata.
Tatacoa w odległej przeszłości była dnem prehistorycznego morza. Dziś widać to w samej strukturze terenu — popękane korytarze, erozyjne rowy i nieregularne formy przypominają bardziej powierzchnię innej planety niż klasyczną pustynię. Wrażenie potęgują ogromne kaktusy, ostre światło i wirujący wiatr.
Na Tatacoa notowane są temperatury osiągające 50 stopni Celsjusza
Pustynia Tatacoa
Nagła zmiana temperatury — od porannego chłodu do południowych upałów — daje się odczuć szybciej, niż zdążymy się przyzwyczaić. Każdy wysiłek staje się wyraźnie cięższy, a dystanse zaczynają się wydłużać. Po jednej z takich wędrówek zatrzymujemy się przy przydrożnym barze, który działa jak dobrze naoliwiona maszyna — błyskawicznie zamienia zmęczenie w rachunek.
Wypijamy po dwie szklanki świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej z limonką, który w takich warunkach smakuje jak mały luksus i ratunek w jednym. Nad barierkami porośniętymi roślinnością krąży Pionus chalcopterus — papuga brązowoskrzydła, spokojna i wyraźnie oswojona z obecnością ludzi.
Piona brązowoskrzydła
Mamoncillo, znany również jako Limoncillo, to soczysty owoc przypominający małą zieloną morelę.
Jego słodki, lekko kwaskowaty miąższ, o konsystencji zbliżonej do dojrzałej śliwki, otoczony jest cienką skórką. Dość zaskakujący w smaku, zwłaszcza dla tych, którzy próbują go po raz pierwszy.
Owoce Mamoncillo
Miąższ Mamoncillo osadzony jest na dużej, owalnej pestce, podobnie jak Liczi
Ruszamy dalej na południe, w stronę zupełnie innego świata. Stopniowo zostawiamy za nami suche, rozgrzane doliny, a krajobraz zaczyna się zmieniać — najpierw pojawia się więcej zieleni, potem wzgórza, a w końcu góry, które zamykają horyzont. To właśnie tutaj, w górnym biegu rzeki Magdalena, w południowo-kolumbijskich Andach, leży nasz cel — San Agustín.
W jego okolicach odkryto ślady jednej z najbardziej zagadkowych kultur prekolumbijskich Ameryki Południowej — takiej, o której nie zachowały się ani przekazy ustne, ani pisane źródła. Archeolodzy nazwali ją po prostu kulturą San Agustín. Szacuje się, że jej początki sięgają nawet IV tysiąclecia p.n.e., a jej rozwój trwał aż do XVI wieku, czyli do momentu hiszpańskiego podboju. Największy rozkwit przypadł jednak na okres od VII wieku p.n.e., kiedy pojawiły się wyraźne ślady rozwoju rzeźby, ceramiki, złotnictwa i rolnictwa.
Najbardziej charakterystyczne są monumentalne kamienne rzeźby — powstające głównie w tzw. okresie klasycznym, między II wiekiem p.n.e. a VII wiekiem n.e. Przedstawiają postacie ludzi, bóstw i zwierząt, często trudnych do jednoznacznego odczytania. Jedne są niemal abstrakcyjne, inne zaskakują realizmem, ale wszystkie łączy ta sama cecha — poczucie, że nie są jedynie dekoracją, lecz częścią większego, dziś już nieczytelnego systemu wierzeń. To największa znana grupa kamiennych monumentów tego typu w całej Ameryce Południowej.
Jest to szczególne miejsce, takie, w którym czas nie tyle płynie, co zalega między kamieniami. Dlatego dla podkreślenia jego nieprzeciętności ubieram tradycyjne kolumbijskie opończo, starannie zaprojektowane i uszyte przez moje wyśmienite projektantki mody — Kachę i Niutellę. W tym stroju wyruszam na eksplorację fascynujących stanowisk archeologicznych, gotowy poczuć klimat miejsca, gdzie historia i tajemnica splatają się niemal namacalnie.
Pierwsze europejskie opisy tych rzeźb pojawiają się dopiero w relacjach hiszpańskich misjonarzy z połowy XVIII wieku. Jeden z nich, który odwiedził te tereny podczas podróży przez Kolumbię, Ekwador i Peru, zanotował w swoim czterotomowym dziele, że „czas powstania posągów jest niepewny, a ich pochodzenie owiane tajemnicą. Nie znaleziono też żadnych pism, które mogłyby je wyjaśnić”.
Do wytwarzania niebieskiego barwnika, Indianie używali rosnących na drzewach jagód zwanych lokalnie Uvito
Posągi posiadają różne wysokości, najwyższy ma siedem metrów
Park archeologiczny podzielony jest na strefy zwane Mesitas, gdzie grupy posągów ukryte są wśród gęstej, tropikalnej zieleni.
Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc jest Alto de Lavapatas — wzniesienie, którego szczyt już w czasach starożytnych został wyrównany i przekształcony przez dawnych mieszkańców w kamienne sanktuarium.
Jedna z figur na wzgórzu Alto de Lavapatas
W całym regionie wokół San Agustín znajdują się nie tylko rzeźby, ale też megalityczne konstrukcje grobowe, w których kamienne figury strażników przyjmują postać węży, ptaków czy żab.
Pojawiają się także przedstawienia bóstw — męskiego boga słońca i kobiecej bogini księżyca. Co ciekawe, około IX wieku zaczyna się stopniowe wygaszanie tradycji budowy grobowców, a od X wieku widoczny jest wyraźny zanik całej kultury San Agustín.
Kamienne statuy
Konno ruszamy za miasto, podążając w stronę malowniczego zbocza górskiego.
Tam znajdujemy prastare petroglify wyryte w skałach, a z tego miejsca roztacza się zapierający dech w piersiach widok na bujne, soczystozielone stoki kanionu rzeki Magdalena, które zdają się opowiadać historię tego miejsca jeszcze sprzed powstania pierwszych posągów.
Petroglify na zboczu góry w La Chaquira
Kanion rzeki Magdalena
Opuszczamy San Agustín z uczuciem lekkiego niedosytu, bo wciąż krążą nam po głowie obrazy kamiennych strażników, wężów i bóstw, owianych głęboką tajemnicą. Droga prowadzi coraz wyżej, w głąb Kordyliery Zachodniej. Wkrótce zmienia się krajobraz — znika tropikalna zieleń dolin, a pojawiają się rozległe, surowe przestrzenie Paramo.
To płaskowyż, który na wysokości ponad 3 000 metrów nad poziomem morza wydaje się być „zagubionym” światem. Wśród kęp twardych traw i skromnych krzewów wyrastają fantastyczne rośliny Espeletia — ich owłosione liście tworzą gęste bukiety na szczytach łodyg, nadając krajobrazowi niemal bajkowy charakter.
Za Paramo widać już zarys Popayán — miasta białych kolonialnych domów, zapowiadającego kolejną porcję historii i architektonicznych zachwytów.
Espelecje na płaskowyżu Paramo
Z espelecji uzyskuje się żółtą żywicę używaną w drukarstwie
Popayán założono w 1537 roku, kiedy hiszpańscy konkwistadorzy przedzierali się z Quito w poszukiwaniu legendarnego El Dorado. Nazwa miasta pochodzi od indiańskiego wodza Payána, który władał tymi terenami jeszcze przed przybyciem Hiszpanów. Dziś jednak mało kto myśli tutaj o konkwistadorach. Popayán żyje własnym rytmem i od pierwszej chwili sprawia wrażenie miejsca, które bardziej celebruje spokój niż historię podbojów.
Nie bez powodu mówi się o nim „La Ciudad Blanca” — Białe Miasto. Większość domów rzeczywiście pomalowana jest na biało, a w ostrym andyjskim słońcu całe centrum wygląda momentami tak jasno, że bez okularów przeciwsłonecznych trudno patrzeć. Spacerujemy wąskimi ulicami między kolonialnymi fasadami, drewnianymi balkonami i kościołami pamiętającymi czasy hiszpańskiego imperium. Wszystko wydaje się tu trochę bardziej uporządkowane, spokojniejsze i mniej chaotyczne niż w wielu innych kolumbijskich miastach. Nawet kierowcy — co w Kolumbii samo w sobie zakrawa niemal na cud — używają klaksonów z pewną powściągliwością.
Białe miasto
Główny plac Caldas. W oddali widać więżę zegarową (Torre del Reloj)
To właśnie tutaj obchodzę swoje dwunaste urodziny.
Wcześniej wypatrzyłem na stoisku z pamiątkami w kopalni soli w Zipaquirá niewielką skórzaną walizkę i, ku mojej ogromnej radości, rano rzeczywiście trafia w moje pluszowe łapki.
Chwilę później dostaję jeszcze czekoladową „złotą” monetę na szczęście. Jestem absolutnie przekonany, że bardziej luksusowego prezentu nie można już wymyślić.
Zamiast tortu urodzinowego moi „niepluszowi” przygotowali świeże owoce
Z Popayán przenosimy się do Silvíi — niewielkiej gminy ukrytej w górach, która stanowi centrum regionu zamieszkanego przez Indian Misak.
Kolumbijskie władze przez lata nazywały ich Guambianos, a ich ziemię Guambią, ale sami mieszkańcy podchodzą do tego bez większych emocji i po prostu mówią o sobie: Misak. Krótko, jasno i bez komplikowania świata bardziej, niż to konieczne.
Już z daleka widać, że ich społeczność mocno trzyma się własnych tradycji. Na ulicach pojawiają się charakterystyczne stroje, które natychmiast rzucają się w oczy.
Mężczyźni noszą ciemne kapelusze, pomarańczowo-czerwone szale oraz ruany — grube opończe chroniące przed chłodem górskich poranków.
Najbardziej przyciągają jednak uwagę długie niebieskie spódnice przypominające szkockie kilty. Dla Misaków kolory mają znaczenie: niebieski symbolizuje kosmos, a czarny Matkę Ziemię, wobec której zachowują ogromny szacunek.
Misak żyją tradycyjnie, ale nie odcinają się od nowoczesności
Ta więź z naturą wciąż pozostaje fundamentem ich kultury. Misakowie starają się żyć po swojemu, pielęgnując dawne rytuały i tradycje, ale jednocześnie nie zamykają się całkowicie na współczesność.
Widać raczej próbę znalezienia równowagi między jednym a drugim światem. Z jednej strony chcą zachować własną tożsamość, z drugiej — normalnie funkcjonować we współczesnej Kolumbii.
Dlatego rozwijają między innymi produkcję leków pochodzenia roślinnego i tradycyjną medycynę, w której mają doświadczenie liczone nie w dekadach, lecz całych stuleciach.
Julio objaśnia przygotowanie leków roślinnych
Maria Elena
Przy głównym placu w Silvíi stoją kolorowe chivy i cierpliwie czekają, aż zbierze się komplet pasażerów. Jedni wrzucają na dach worki z warzywami, a ktoś inny próbuje upchnąć kilka kur w wiklinowym koszu. Wszystko odbywa się bez większego pośpiechu, jakby odjazd był raczej sugestią niż planem.
Chiva (koza) lub escalera (drabina) to charakterystyczny typ autobusów spotykanych głównie w ubogich, wiejskich regionach Kolumbii i Ekwadoru. Pojazdy doskonale radzą sobie na stromych, górskich drogach i zwykle malowane są w intensywnych kolorach — żółtym, niebieskim i czerwonym — często dodatkowo ozdobionych lokalnymi wzorami lub postaciami. Większość posiada również drabinę prowadzącą na dach, gdzie przewozi się towary, zwierzęta, a czasem także pasażerów. Z biegiem lat chivy stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli wiejskiej Kolumbii.
W Silvíi nie są jednak atrakcją turystyczną ani folklorem na pokaz. To po prostu codzienny środek transportu. Stoją na placu, czekają, aż ktoś jeszcze dosiądzie, i ruszają dopiero wtedy, gdy wszyscy są gotowi.
Typowe „przewiewne” autobusy zwane potocznie chiva
Kolumbia słynie z produkcji wyśmienitej kawy i należy do największych jej eksporterów na świecie. Lokalne warunki klimatyczne sprzyjają uprawie krzewów kawowca arabiki, nawet na wyższych wysokościach górskich. Większość kolumbijskich plantacji skupiona jest w tzw. „Trójkącie Kawy” (Triángulo del Café), wpisanym na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Uprawiana tam kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie.
Ciekawe jednak, że poza „Trójkątem Kawy” w samej Kolumbii nie pije się jej wcale tak dużo. Dzięki temu najlepsze ziarna mogą bez przeszkód trafiać na eksport.
Właściciel hacjendy La Pradera oprowadza nas po swoim gospodarstwie, pokazując i dokładnie wyjaśniając cały proces powstawania kawy — od uprawy i obróbki, aż po prażenie jej aromatycznych ziaren.
Hacjenda La Pradera
Przy zabudowaniach hacjendy wspina się roślina o pachnących kwiatach, które wyglądają niemal nienaturalnie. Już sam ich kolor sprawia wrażenie nierealnego. Strongylodon macrobotrys, znana jako „jadeitowe pnącze”, okazuje się jednak prawdziwa. Charakteryzuje się intensywnym, zielonkawoniebieskim odcieniem, całkowicie naturalnym dla tego gatunku.
Roślina rośnie w wilgotnych lasach tropikalnych, oplatając drzewa. Jest rośliną rzadko spotykaną poza swoim naturalnym środowiskiem i wymagającą specyficznych warunków uprawy, dlatego rzadko pojawia się w ogrodach botanicznych.
Strongylodon macrobotrys
Tak rozpoczyna swoje krótkie życie krzew kawowy. Co cztery lata obcinany jest przy gruncie
Krzew kawowy z dojrzałymi owocami
Ziarna kawy w suszarni
Moje zbiory
Na plantacji La Pradera nie rośnie wyłącznie kawa — między krzewami spotyka się także inne pożyteczne rośliny, a czasem nawet drzewa owocowe, które tworzą tu mały, tropikalny ogród.
To właśnie one stają się dziś bohaterami krótkiej prezentacji.
Flaszowiec miękkociernisty lub Guanabana
Guanabana jest bardzo smacznym owocem
Pouteria sapota popularnie nazywana „mamey”
Gujawa
Tereny kolumbijskiego „Trójkąta Kawy” mają do zaoferowania znacznie więcej niż tylko plantacje i niekończące się filiżanki aromatycznej arabiki.
Jedną z najpopularniejszych wycieczek w regionie jest wyprawa do Valle de Cocora — doliny, która wygląda tak, jakby zielone stoki usiane były smukłymi, wysokimi kolumnami. Te „kolumny” w rzeczywistości to palmy woskowe, wyrastające nawet na 60 metrów wysokości — najwyższe palmy na świecie. Rosną pojedynczo albo w niewielkich grupach i sprawiają wrażenie kompletnie niepasujących do otaczającego je krajobrazu.
Chmury od rana uparcie trzymają się zboczy, a deszcz tylko dokłada swoje trzy grosze. Pada solidnie, chwilami wręcz tropikalnie, a ścieżka szybko zamienia się w błotnistą zjeżdżalnię. Mimo to trudno narzekać. Wokół piętrzy się bujna roślinność, z mokrych gałęzi zwisają mchy i porosty, a przesuwająca się mgła co chwilę odsłania kolejne fragmenty górskiego krajobrazu.
Dolina Valle de Cocora
Smukłe palmy woskowe
Wyżej, wśród wilgotnego lasu, znajduje się stacja Acaime, znana bardziej jako „dom kolibrów”. Żeby tam dotrzeć, trzeba najpierw pokonać kilka wartkich potoków i wspiąć się stromym, śliskim szlakiem.
Na miejscu czeka jednak nagroda. Przy drewnianych zabudowaniach wiszą karmniki wypełnione słodką wodą, a wokół nich krążą dziesiątki kolibrów. Ptaki przelatują tuż obok z prędkością małych pocisków, zawisają nieruchomo w powietrzu i po chwili znikają gdzieś między liśćmi.
Razem z Moją Basią przeprawiam się przez jeden z górskich potoków
Kolibry są zresztą prawdziwymi mistrzami lotu. Potrafią osiągać prędkość nawet 120 kilometrów na godzinę, a ich metabolizm działa w tempie, które spokojnie mogłoby zawstydzić większość maratończyków.
Niektóre gatunki w ciągu doby zjadają pokarm ważący dwa razy więcej niż one same. Skrzydła poruszają się tak szybko, że ludzkie oko widzi jedynie rozmazaną smugę — w zależności od gatunku nawet do 90 uderzeń na sekundę.
Patrzę na nie i zastanawiam się, jak coś tak małego może działać z tak absurdalną precyzją.
Amorek zielony
Komecik długosterny
Po dniach spędzonych wśród zielonych wzgórz trafiamy do Medellín — drugiego co do wielkości miasta Kolumbi.
To jedno z tych miejsc, które najlepiej pokazują, jak bardzo ten kraj potrafi się zmieniać. Medellín swoje bogactwo zbudowało przede wszystkim na kawie. Gdy pod koniec XIX wieku świat oszalał na punkcie kolumbijskich ziaren, miasto zaczęło szybko rosnąć i bogacić się. W latach 30. XX wieku stało się ważnym centrum przemysłowym i jednym z najdynamiczniej rozwijających się ośrodków w kraju.
Później przyszły jednak czasy, o których mieszkańcy do dziś opowiadają z wyraźnym ciężarem w głosie. W latach 80. Medellín znalazło się pod kontrolą brutalnych karteli narkotykowych, które zdominowały światowy handel kokainą. Miasto stało się synonimem przemocy, porwań i strzelanin. W tamtym okresie magazyn „Time” określił Medellín mianem „najniebezpieczniejszego miasta świata”. Dziś trudno pogodzić ten obraz z tym, co widzę wokół siebie. Ulice są pełne ludzi, kawiarnie pękają w szwach, a mieszkańcy z dumą opowiadają o tym, jak bardzo zmieniło się ich miasto.
Zmieniło się zresztą do tego stopnia, że w 2012 roku „Wall Street Journal” nazwał Medellín „najbardziej innowacyjnym miastem świata”. „Miasto wiecznej wiosny” — bo tak mówi się o nim z powodu łagodnego, ciepłego klimatu — coraz częściej podawane jest jako przykład udanej transformacji dla całej Ameryki Łacińskiej.
„Ulice Medellín'u”
Budynek zarządu miasta
W centrum miasta trafiam na Parque de las Luces — Park Świateł.
Na placu stoi trzysta wysokich betonowych słupów przypominających ogromny, futurystyczny las.
Wieczorem wszystko zaczyna świecić i miejsce wygląda bardziej jak scenografia filmu science fiction niż fragment dawnego, niebezpiecznego Medellín.
Parque De Las Luces
Kilka ulic dalej znajduje się Plaza Botero, chyba najbardziej rozpoznawalny plac w mieście.
Fernando Botero urodził się właśnie tutaj i podarował Medellín część swoich prac.
Wśród monumentalnych, charakterystycznie zaokrąglonych rzeźb spacerują turyści, uliczni sprzedawcy i dzieci wspinające się na ogromne figury zwierząt.
Patrząc na te masywne postacie, trudno się nie uśmiechnąć — sztuka Botero ma w sobie coś jednocześnie absurdalnego i zaskakująco sympatycznego.
Rzeźba konia
Adam i Ewa (Adán y Eva)
Siedząca kobieta (Mujer sentada)
Kobieta z lusterkiem (Mujer con espejo)
Wystrojona kobieta (Mujer vestida)
Medellín imponuje także komunikacją. Tutejsze metro uchodzi za jedno z najnowocześniejszych w Ameryce Łacińskiej, a mieszkańcy mówią o nim z wyraźną dumą.
Do systemu należą również kolejki linowe Metrocable, które łączą położone wysoko na zboczach dzielnice z centrum miasta.
Dla wielu mieszkańców była to prawdziwa rewolucja. Jeszcze niedawno część tych osiedli funkcjonowała praktycznie poza kontrolą państwa.
Metrocalble
Najbardziej znaną z takich dzielnic jest Comuna 13. Dziś pełna murali, muzyki i turystów, jeszcze kilkanaście lat temu była symbolem przemocy i walk między kartelami, paramilitarnymi bojówkami i wojskiem. Stromo położone uliczki długo pozostawały odcięte od reszty miasta.
Dopiero później rozpoczęto stopniową odbudowę i integrację dzielnicy z Medellín. Powstała infrastruktura, szkoły, biblioteki i projekty społeczne. Jednym z najbardziej charakterystycznych symboli zmian stały się zadaszone schody ruchome, które przecinają strome zbocze Comuny 13. Dziś mieszkańcy wjeżdżają nimi do domów bezpłatnie, mijając po drodze niewielkie place, ulicznych artystów i sprzedawców pamiątek.
Co jakiś czas ktoś zaczyna opowiadać o dawnych czasach. O strzelaninach, strachu i dniach, kiedy po zmroku lepiej było nie wychodzić z domu. Te historie wracają tutaj często, ale równie często pojawia się też coś jeszcze — duma.
Bo Medellín stało się symbolem zmian tak dużych, że w Kolumbii funkcjonuje już nawet specjalne określenie: „modelo Medellín”. Model miasta, które z miejsca kojarzonego z przemocą stało się symbolem nowoczesności i odrodzenia.
Schody ruchome w Comuna 13
Dziecięcy Urban Dance we własnej choreografii
Comuna 13
Współcześnie Comuna 13 jest bezpieczna i chętnie odwiedzana przez turystów
Z andyjskiego wnętrza kraju przenosimy się nad Morze Karaibskie.
Santa Marta to jedno z najstarszych wciąż istniejących hiszpańskich miast Ameryki Południowej i zarazem najstarsze miasto Kolumbii. Leży między karaibskim wybrzeżem a potężnym masywem Sierra Nevada de Santa Marta i już samo to położenie sprawia, że trudno traktować ją jak zwykły nadmorski kurort.
Z jednej strony tropikalny upał i wilgotne powietrze znad Morza Karaibskiego, z drugiej — najwyższe szczyty kraju: Pico Cristóbal Colón i Pico Simón Bolívar, oba sięgające niemal 5 800 metrów. Widok ośnieżonych gór gdzieś ponad palmami wydaje się tutaj czymś całkowicie naturalnym.
Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, jak egzotyczne jest to zestawienie.
Ratusz miejski
Kościół św. Franciszka z Asyżu
Pałac biskupa
Największym magnesem okolicy pozostaje Park Narodowy Tayrona.
Karaibskie plaże wyglądają tu tak, jakby ktoś projektował je specjalnie pod folder biura podróży: biały piasek, granitowe głazy i palmy pochylające się nad wodą.
Ale Tayrona to nie tylko pocztówkowe widoki. Nazwa parku pochodzi od Indian Tayrona, którzy zamieszkiwali te tereny do XVI wieku, zanim hiszpańscy konkwistadorzy niemal całkowicie zniszczyli ich cywilizację.
Dziś w górach żyją jeszcze ich potomkowie — Indianie Kogui, uznający Sierra Nevada za święte serce świata. To element ich kosmologii i sposób, w jaki opisują rolę gór w utrzymaniu równowagi świata.
Playa Cañaveral w Parku Narodowym Tayrona
Jest końcówka grudnia, środek wakacyjnego sezonu. Już od rana przed wejściem do parku zbiera się tłum ludzi. Tłum to zresztą zbyt delikatne słowo. Wygląda to raczej jak początek wielkiej pielgrzymki nad morze. Rodziny z dziećmi, grupy znajomych, zakochane pary, emeryci z chłodziarkami większymi od plecaków trekkingowych. Wszyscy cierpliwie przesuwają się w stronę bramy, obładowani torbami, materacami, parasolami i plastikowymi pojemnikami pełnymi jedzenia. Co chwilę ktoś wlecze jeszcze wielkie radio, z którego dudni reggaeton. Cisza natury najwyraźniej nie jest tu obowiązkowym elementem programu
Kolumbijskie wyobrażenie parku narodowego okazuje się zresztą dość odmienne od europejskiego. U nas rezerwat przyrody kojarzy się z szeptem, drewnianą kładką i tabliczką „nie schodź ze szlaku”. Tutaj park jest przede wszystkim dla ludzi. I ludzie rzeczywiście korzystają z niego bardzo intensywnie.
Ruszamy szlakiem razem z kolorowym korowodem plażowiczów. Większość maszeruje w klapkach i strojach kąpielowych, choć ścieżka momentami przypomina błotnisty tor przeszkód. Raz przeciskamy się przez skalne stopnie, innym razem omijamy wielkie kałuże albo wąskie wąwozy. Gdy z naprzeciwka nadciąga kolejna grupa, robi się prawdziwy korek. Z wyżej położonych skał cały ten ruch wygląda jak niekończąca się kolumna mrówek transportujących zapasy do mrowiska.
Las wokół jest gęsty, soczyście zielony i teoretycznie pełen zwierząt oraz ptaków. Teoretycznie, bo przy poziomie hałasu przypominającym plażowy festyn trudno oczekiwać, że zwierzęta pozostaną w pobliżu. W pewnym momencie nie wytrzymuję i pytam Luisa, jak to wszystko ma się do idei ochrony przyrody. Patrzy na mnie z lekkim zdziwieniem, jakbym właśnie obraził narodowe dobro.
— Park Narodowy, jak nazwa wskazuje, jest dla narodu — odpowiada z pełnym przekonaniem. — No więc naród tutaj jest.
Po chwili dodaje jednak pojednawczo, że poza sezonem robi się tu znacznie spokojniej.
Pierwsze plaże po drodze są niemal puste i bajecznie piękne.
Powód szybko okazuje się mniej romantyczny — kąpiel jest zakazana z powodu bardzo silnych prądów morskich. Na jednej z tablic ktoś wypisał nawet liczbę osób, które straciły tu życie.
Karaiby potrafią być równie malownicze, co bezlitosne.
Prądy przy tej plaży są tak silne, że życie straciło tu już ponad 100 osób
Indianie Koguis są potomkami Tayrona...
...i mieszkają na terenie Parku Narodowego
Koguis sprzedają spragnionym turystom owoce i świeżo wyciskane soki
Im dalej idziemy, tym tłum robi się mniejszy.
W końcu przechodzimy w bród przez niewielką rzeczkę wpadającą do morza i docieramy na jedną z ostatnich, względnie spokojnych plaż.
Tutaj wreszcie zwalniamy tempo. Kilka godzin mija na pływaniu w ciepłej, turkusowej wodzie i leżeniu w cieniu palm, które wykonują leniwe ruchy pod naporem gorącego wiatru.
Plaża Piscina
Kiedy moi „niepluszowi” korzystają z kąpieli, ja zostaję strażnikiem plecaków i testuję hamak uszyty przez moje projektantki mody.
Przy okazji prowadzę też dyskretną akcję podjadania zapasów z worka z prowiantem.
Największym odkryciem okazują się bocadillo — gęste batoniki z miąższu gujawy zawinięte w suche liście bananowca. Wyglądają trochę jak przerośnięte żelki, ale smakują raczej jak bardzo skoncentrowane owocowe powidła.
Niepozorne, lekko klejące i niebezpiecznie uzależniające. 😋
Widok na plażę Cabo Tortuga
Z hamaków rozwieszonych między palmami przeskakujemy prosto do najbardziej eleganckiego miasta karaibskiej Kolumbii — Cartagena de Indias.
Nazwa pochodzi od hiszpańskiego miasta Cartagena, a dla odróżnienia dodano przydomek „de Indias”. Założona w 1533 roku, uchodzi za jedno z pierwszych hiszpańskich miast na północy Ameryki Południowej. Szybko staje się jednym z najważniejszych portów kontynentu. Hiszpańska flota zawija tu dwa razy w roku — przywozi uzbrojenie, narzędzia, sukna czy konie, a zabiera złoto, srebro i perły.
Nie tylko Hiszpanie korzystają z tego portu. Holenderskie i angielskie statki przewożące niewolników, jeśli tylko uzyskują zgodę na wejście do hiszpańskich kolonii, również muszą wpłynąć do Cartageny. Nic więc dziwnego, że miasto szybko staje się jednym z głównych celów ataków piratów.
Po zniszczeniach dokonanych przez Sir Francis Drake’a pod koniec XVI wieku mieszkańcy zaczynają budować system obronny na niespotykaną skalę: jedenastokilometrowe mury miejskie oraz potężną twierdzę San Felipe. Dodatkowo, po obu stronach zatoki, przed wejściem do portu, powstają forty San José i San Fernando.
Puerta del Reloj (Brama Zegarowa) — główna brama historycznego centrum miasta
Plac Dorożek
Pomnik Krzysztofa Kolumba na Placu Celnym
Kobiety Palenquero
Katedra Santa Catalina de Alejandría również nosi ślady tej burzliwej historii. Jej budowę rozpoczęto pod koniec XVI wieku, jednak podczas ataku Drake'a została poważnie uszkodzona. Prace kończą się dopiero na początku XVII wieku.
Katedra Santa Catalina de Alejandría
Mury obronne Cartageny, zbudowane na początku XVII wieku, były częścią bastionu Baluarte de Santo Domingo
Kościół i klasztor San Pedro Claver z przełomu XVI i XVII wieku
Na wzgórzu San Lázaro wznosi się Castillo de San Felipe de Barajas — największa forteca kolonialnej Ameryki Południowej.
Jej budowę rozpoczęto w 1536 roku, a w drugiej połowie XVII wieku kompleks został rozbudowany i otrzymał obecną nazwę. Przez długi czas pozostawał stosunkowo niewielką twierdzą, aż do momentu, gdy zdobycie przez Anglików fortu el Morro w Hawanie zmusiło Hiszpanów do ponownego przemyślenia systemu obrony Cartageny.
Rozpoczyna się intensywna modernizacja, która pod koniec XVIII wieku zamienia całe wzgórze w potężną, niemal nie do zdobycia twierdzę.
Fort San Felipe de Barajas na wzgórzu San Lazaro
Stare działa w forcie San Felipe de Barajas
Dziś obok tej kolonialnej historii wyrasta zupełnie inna Cartagena.
Bocagrande — najbogatsza dzielnica miasta i jedna z najdroższych w Kolumbii — przypomina bardziej współczesne Miami niż karaibskie miasteczko. Luksusowe hotele, sklepy i wieżowce z apartamentami za setki tysięcy dolarów stoją tu na wąskim pasie lądu, ledwie unoszącym się nad poziomem morza.
Betonowych budynków przybywa, grunt miejscami osiada, a ulice i wejścia do budynków potrafią regularnie znikać pod wodą. Wygląda na to, że tutaj płaci się nie za widok na morze, tylko za morze w pakiecie z mieszkaniem. 😉
Zalana ulica w Bocagrande
Na pożegnanie ostatnich promieni słońca Starego Roku idziemy do Café del Mar, słynnego baru na murach obronnych miasta.
Żeby złapać miejsce, przychodzimy już o 17:00 — chwilę po otwarciu.
Zaraz po otwarciu Café del Mar można jeszcze znaleźć wolne miejsca
Przy bezalkoholowej Piña Coladzie żegnamy ostatnie promienie słońca Starego Roku
Brama zegarowa w deszczowy, sylwestrowy wieczór
Podróż po Kolumbii tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że określenie „kraj kontrastów” nie jest uproszczeniem, lecz najbliższym rzeczywistości opisem. Każdy kolejny region pokazuje inne oblicze — i za każdym razem trudno uwierzyć, że wciąż mówimy o tym samym państwie.
Ten kraj nie jest łatwy do zaszufladkowania. I właśnie w tym tkwi jego siła — w nieustannym napięciu między przeszłością a teraźniejszością, między pięknem krajobrazu a ciężarem historii. A mimo wszystko Kolumbia zostawia po sobie coś bardzo prostego — zachwyt i poczucie, że byłem w miejscu naprawdę wyjątkowym.
Klocek