Japonia
Marzec 2013
Przed nami Japonia — kraj od dawna owiany aurą niezwykłości. Tutaj nowoczesność i tradycja nie rywalizują ze sobą o uwagę, lecz zgodnie dzielą tę samą przestrzeń. Futurystyczne wieżowce wyrastają obok świątyń pamiętających czasy samurajów, a najnowsze technologie funkcjonują obok rytuałów przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
Dla przybysza z Europy wiele rzeczy wydaje się tu znajomych tylko na pierwszy rzut oka. Wystarczy jednak chwila, by odkryć, że Japonia lubi chodzić własnymi ścieżkami.
Lądujemy na lotnisku Narita i niemal od razu kierujemy się na perony kolejowe. Czeka tam już pociąg linii Narita Line. Wagony są jeszcze prawie puste, więc bez trudu zajmujemy miejsca siedzące.
Za oknem przesuwają się spokojne przedmieścia i niewielkie miejscowości. Pociąg powoli się zapełnia. Pojawiają się pasażerowie zmierzający do pracy, uczniowie w mundurkach i ludzie, którzy precyzyjnie wiedzą, gdzie stanąć, by zaoszczędzić kilka sekund przy wyjściu na peron.
Ktoś przysypia z głową opartą o szybę, ktoś inny w skupieniu przegląda telefon.
Tymczasem Tokio zbliża się niepostrzeżenie. Zabudowa staje się coraz gęstsza, a przedmieścia powoli ustępują miejsca miastu.
Historia japońskiej stolicy sięga XII wieku, kiedy na terenie późniejszego zamku Edo istniała niewielka osada rybacka. Przez długi czas nic nie zapowiadało, że wyrośnie z niej przyszła stolica kraju.
Wszystko zmieniło się wraz z pojawieniem się Ieyasu Tokugawy. To właśnie on uczynił Edo siedzibą swojej władzy, a w kolejnych dziesięcioleciach miasto rosło razem z potęgą rodu Tokugawa. Przez ponad dwa i pół wieku to właśnie stąd rządzono Japonią.
Dopiero w okresie restauracji Meiji miasto otrzymało nową nazwę — Tōkyō, czyli „Wschodnia Stolica” — i stało się oficjalną siedzibą cesarza.
Dziś Tokio wraz z Jokohamą, Kawasaki i szeregiem sąsiednich miast tworzy jeden z największych organizmów miejskich na świecie. Miliony ludzi każdego dnia przemieszczają się pomiędzy dzielnicami, stacjami i biurowcami w rytmie, który z początku wydaje się trudny do zrozumienia. A jednak wszystko funkcjonuje z zadziwiającą sprawnością.
Między szklanymi wieżowcami kryją się ogrody, świątynie i ciche zaułki pamiętające zupełnie inną epokę. Wystarczy skręcić w boczną uliczkę, by neony i kolorowe reklamy ustąpiły miejsca drewnianym bramom oraz zapachowi kadzideł.
Japonia już od pierwszych chwil pokazuje nam, że potrafi zaskakiwać.
W Tokio nowoczesność i tradycja często spacerują tą samą ulicą
Dawny środek transportu stał się jedną z atrakcji turystycznych miasta
Zaczynamy od Asakusy — jednej z najstarszych dzielnic Tokio. Kilka kroków w bok i nagle trudno uwierzyć, że wciąż jesteśmy w nowoczesnym, olbrzymim mieście. Niska zabudowa, wąskie uliczki i stare świątynie skutecznie przenoszą nas do czasów, gdy Tokio nazywało się jeszcze Edo.
Kaminarimon — symbol Asakusy i wejście do świątyni Sensō-ji
To właśnie tutaj znajduje się Sensō-ji — najstarsza i najważniejsza świątynia buddyjska w stolicy. Jej historia sięga VII wieku. Według legendy wszystko zaczęło się od niewielkiego posążka bogini Kannon, wyłowionego z rzeki Sumida przez dwóch rybaków. Znalezisko uznano za znak, a w miejscu jego odnalezienia wzniesiono świątynię.
Przez kolejne stulecia Sensō-ji wielokrotnie płonęła, padała ofiarą trzęsień ziemi i ucierpiała podczas bombardowań II wojny światowej. Za każdym razem jednak była odbudowywana.
Dzisiejszy kompleks w dużej mierze pochodzi z okresu powojennego, choć na pierwszy rzut oka trudno dostrzec ślady współczesnych technologii ukrytych pod tradycyjną formą.
Pasaż handlowy — Nakamise Shopping Street
Pluszaki uwielbiane są na całym świecie. Japonia nie stanowi wyjątku
Przechodzimy przez pierwszą bramę Kaminarimon i handlową uliczkę Nakamise, pełną stoisk z pamiątkami i lokalnymi przysmakami. Chwilę później stajemy przed Hōzōmon — drugą bramą świątyni.
Pod każdą z nich wisi olbrzymi papierowy lampion. Moja Basia przygląda im się przez chwilę i mówi, że wyglądają jak dojrzałe, wiszące na krzaku „pomidory”. Uważam, że to skojarzenie jest bardzo trafne. Od tej pory nazywamy je po prostu „pomidorami”.
Kiedy słyszymy słowo „lampion”, zwykle wyobrażamy sobie coś, co można postawić na stole albo trzymać w dłoni. Tymczasem największy z tych „pomidorów” ma ponad 4 m wysokości i waży kilkaset kilogramów.
Hōzōmon — druga brama do Sensō-ji
Papierowy lampion — „pomidor”
Przed głównym pawilonem unosi się dym z ogromnego kadzielnika o-kōro. W powietrzu miesza się zapach kadzideł, szmer rozmów i odgłosy modlitw. Mimo tłumów panuje tu zaskakujący spokój.
Nikt się nie spieszy, nikt nikomu nie przeszkadza. Każdy zdaje się dokładnie wiedzieć, po co tutaj przyszedł.
Dym z kadzielnika jest nieodłącznym elementem japońskich świątyń
Główny pawilon świątyni Sensō-ji
Przy wejściu do pawilonu stoi duża skrzynia na ofiary. Wierni wrzucają monety, klaszczą, zwracając uwagę bóstw i duchów, a następnie składają dłonie do modlitwy.
Obserwuję ten rytuał przez dłuższą chwilę i nie mogę oprzeć się pewnemu skojarzeniu — dawny miejski automat telefoniczny. Najpierw moneta, potem próba nawiązania kontaktu. Tyle że tutaj rozmówca nie jest po drugiej stronie słuchawki.
„Automat telefoniczny” do rozmów z zaświatami
Kilkaset metrów dalej płynie rzeka Sumida. Po drugiej stronie znajduje się dzielnica o tej samej nazwie, w której wznoszą się liczne nowoczesne budynki.
Najbardziej przyciąga wzrok Tokio Skytree — gigantyczna wieża telewizyjna i widokowa, mierząca 634 m.
Nieco bliżej widać czarny budynek należący do browaru Asahi. Na jego dachu umieszczono dużą złotą formę, która według projektantów ma symbolizować pianę unoszącą się nad kuflem piwa.
Mieszkańcy Tokio odczytali ten pomysł inaczej i szybko ochrzcili rzeźbę „złotym plemnikiem”. Trudno powiedzieć, czy autorzy projektu są zachwyceni tą interpretacją, ale właśnie ona cieszy się większą popularnością.
Po drugiej stronie Sumidy rozciąga się zupełnie inne oblicze Tokio
Budynek Asahi
Wieczorem wracamy do hotelu.
Nocujemy w Toyoko Inn — sieci, którą można spotkać niemal w całej Japonii i wielu innych krajach Azji. Ich budynki wyglądają bardzo podobnie: wysokie, nowoczesne i przede wszystkim praktyczne.
Tu każdy metr kwadratowy jest zagospodarowany.
Pokój okazuje się niewielki, więc miejsce na walizkę znajduje się pod łóżkiem. Na szczęście Moja Basia spakowała nas na trzy tygodnie do jednej średniej walizki.
W Japonii szybko odkrywamy, że minimalizm nie jest modą ani elementem wystroju wnętrz. To po prostu jeden ze sposobów organizowania codzienności.
Największym luksusem pokoju nie okazuje się jednak ani łóżko, ani widok za oknem.
Jest nim toaleta.
Japońska toaleta.
Na pierwszy rzut oka przypomina miniaturowe centrum sterowania lotem kosmicznym. Kilkanaście przycisków pozwala regulować temperaturę, kierunek i siłę strumienia podmywającej wody, a nawet uruchomić dźwięki maskujące odgłosy mogące zakłócić spokój współlokatorów. Wygląda na to, że do pełnego wykorzystania wszystkich funkcji przydałby się krótki kurs obsługi.
W każdym hotelu czekają na gości kapcie oraz lekka piżama przypominająca długą koszulę nocną. Wszystko jest świeżo wyprane, starannie przygotowane i gotowe do użycia. Jedynym wyzwaniem bywa znalezienie odpowiedniego rozmiaru dla Europejczyka.
W recepcji można również otrzymać szczoteczkę do zębów, pastę czy przybory do golenia. Japończycy najwyraźniej zakładają, że podróżny może zapomnieć niemal wszystkiego — poza paszportem.
Rano czeka nas kolejna atrakcja.
Hotel ma tylko dwie niewielkie windy. W teorii mieszczą pięć lub sześć osób, w praktyce — trzech, czterech Europejczyków i po windzie.
Każdego ranka wszyscy próbują dostać się nimi do jadalni. Dziś jednak sytuacja bije wszelkie rekordy. Mija niemal pół godziny, a windy wciąż kursują gdzieś między piętrami. Głód daje o sobie znać coraz wyraźniej, a cierpliwość topnieje równie szybko.
W końcu kapitulujemy. Otwieramy drzwi na klatkę przeciwpożarową i schodami biegnącymi po zewnętrznej stronie budynku schodzimy na dół. Kilka minut później wchodzimy do jadalni od strony ulicy, czując się trochę jak uczestnicy tajnej operacji zdobywania śniadania.
Codzienna japońska kuchnia okazuje się zresztą dość odległa od tego, co w Europie zwykliśmy uważać za zdrowe i domowe jedzenie. Dominują szybkie dania przygotowywane z półproduktów, często wzbogacane rozmaitymi dodatkami poprawiającymi smak.
Dopiero w droższych restauracjach i tradycyjnych obiektach noclegowych można znaleźć kuchnię przygotowywaną od podstaw, z większą dbałością o składniki i sposób przyrządzania. W nowoczesnych hotelach własna kuchnia bywa rzadkością — gotowe potrawy przyjeżdżają z zewnątrz i trafiają prosto do bufetu.
Śniadania są bardzo japońskie i jednocześnie zaskakująco powtarzalne.
Na początek zupa miso przygotowana z gotowej mieszanki opartej na dashi w proszku. To wygodne rozwiązanie, choć smak jest mniej złożony niż w przypadku tradycyjnego wywaru gotowanego z wodorostów kombu i płatków katsuobushi.
Obowiązkowym elementem zestawu jest także onigiri — ryżowa przekąska formowana w trójkąt lub owal, czasem z nadzieniem, czasem bez. Do tego kilka rodzajów gotowych sałatek i biała fasolka. Kawę lub herbatę nalewamy z automatu, obowiązkowo do papierowych kubków.
Następnego dnia zestaw wygląda dokładnie tak samo.
I kolejnego również.
Chiyoda to prestiżowa i centralna dzielnica Tokio, będąca sercem administracji i polityki. Poza majestatycznym Pałacem Cesarskim mieszczą się tu ministerstwa i inne urzędy państwowe.
W pałacu zamieszkuje nie tylko rodzina cesarska, lecz także liczne rodziny służby. Dostęp do wnętrza możliwy jest jedynie dwa razy w roku — 2 stycznia oraz w dniu urodzin cesarza, przypadającym na 23 grudnia.
Zostaje więc to, co w Tokio najczęstsze: oglądanie z zewnątrz.
Otemachi Station — jeden z głównych węzłów komunikacyjnych centralnego Tokio
Nowoczesny budynek w dzielnicy Chiyoda
Ogród Kokyo Gaien przed Pałacem Cesarskim
Podchodzimy najbliżej, jak to możliwe, do Mostu Nijubashi, który stanowi główne wejście do kompleksu pałacowego. Jego nazwa, oznaczająca „podwójny most”, pochodzi od efektu odbicia w wodzie, które sprawia wrażenie, jakby konstrukcja była zdwojona.
Widok na Most Nijubashi i wieżyczkę Fushimi
W okresie panowania cesarza Meiji teren dzisiejszego Parku Hibiya służył jako miejsce organizacji parad wojskowych. W 1903 roku otwarto tu pierwszy w Tokio park urządzony w stylu zachodnim — coś na kształt miniaturowej wersji nowojorskiego Central Parku.
Park Hibiya do dziś pozostaje zieloną wyspą wśród wieżowców i biurowców. W ciągu dnia odpoczywają tu pracownicy okolicznych firm, a wieczorami pojawiają się spacerowicze.
Park cieszy się także zainteresowaniem ekip filmowych, które chętnie wykorzystują jego malowniczą scenerię do realizacji produkcji telewizyjnych.
Kruki w parku są zaskakująco oswojone i mają intensywnie połyskujące upierzenie
W parku znajduje się niewielka chata znana dziś jako „Felice Garden Hibiya”. Zbudowana w 1910 roku, nawiązuje architekturą do niemieckiego bungalowu — kolejnego śladu fascynacji zachodnimi wzorcami, które na przełomie wieków w Japonii wykraczały daleko poza chwilową modę i wpisywały się w szeroki proces modernizacji kraju.
Dziś budynek wykorzystywany jest między innymi jako miejsce ceremonii ślubnych w stylu zachodnim. Można go wynająć na wyłączność — na przykład na kameralne uroczystości przypominające prywatne przyjęcie w ogrodzie.
Chata z 1910 roku
Shibuya jest jedną z najbardziej znanych i centralnych dzielnic Tokio.
To właśnie tutaj znajduje się popularny Chram Meiji (Meiji Jingū), do którego docieramy, korzystając z doskonale funkcjonującej kolei.
Spacer przez rozległy park prowadzi przez szereg bram torii — wykonanych z potężnych pni cyprysów. Na każdej z nich widnieje symbol cesarstwa Japonii: stylizowana chryzantema.
Torii wyznaczają granicę między „światem skończonym”, czyli rzeczywistością fizyczną, a sferą kami — światem bóstw i duchów.
Po śmierci cesarza Meiji w 1912 roku podjęto decyzję o budowie chramu ku jego czci. Ukończony i uroczyście otwarty w 1920 roku stał się miejscem poświęconym władcy, który zakończył wielowiekowe rządy szogunów i otworzył Japonię na nowoczesność.
Jego śmierć była ogromnym ciosem dla kraju — sześciotygodniowa żałoba narodowa, trwająca aż do pogrzebu, znacząco wpłynęła na funkcjonowanie państwa.
Podczas II wojny światowej chram został zniszczony, lecz wkrótce po wojnie odbudowano go dzięki ofiarności społeczeństwa i pracy tysięcy wolontariuszy.
Dziś zachwyca prostotą i spokojem, które kontrastują z pulsującym miastem wokół.
Ostatnia Torii przed wejściem do chramu
Przed wejściem do świętych miejsc obowiązuje rytuał oczyszczenia.
Najpierw myje się ręce, potem usta.
Woda z chōzuya nie służy do picia, a chochla nie powinna dotykać ust.
Niektórzy turyści, nieświadomi zasad, próbują ją pić — trochę tak, jakby ktoś w kościele uznał wodę święconą za zwykłą wodę do picia.
Nieco dalej moją uwagę przyciągają papierowe, zygzakowate wstęgi shide, które w religii shintō symbolizują oczyszczenie i świętość danego miejsca.
Zazwyczaj mocuje się je do świętego sznura shimenawa, wyznaczając w ten sposób granicę między strefą sacrum a profanum.
Wstęgi shide przymocowywane do świętego sznura shimenawa
Pielgrzymi przed głównym sanktuarium
Brama główna
Japończycy nie są szczególnie religijni, ale wielu z nich odwiedza chramy i świątynie, żeby na chwilę zatrzymać się w codziennym biegu — pomyśleć o ofiarach trzęsień ziemi, tsunami czy innych katastrof.
Inni przychodzą z bardziej osobistymi sprawami: bezrobociem, egzaminami, problemami dnia codziennego.
Modlitwa często przybiera formę zapisu — na kartkach lub drewnianych tabliczkach, które trafiają do specjalnie wyznaczonych przestrzeni.
Chwila namysłu przed zapisaniem życzenia
Najpopularniejszą formą takich próśb są ema — niewielkie drewniane tabliczki dostępne w każdym chramie. Wiszą setkami na haczykach w specjalnych stojakach, tworząc coś w rodzaju cichej galerii ludzkich nadziei.
Gdy zaczyna brakować miejsca, część z nich jest zdejmowana i ceremonialnie palona, a wraz z dymem wszystkie zapisane życzenia symbolicznie unoszą się ku górze.
Stojak z tabliczkami Ema
Ginza to jedna z najbardziej prestiżowych i luksusowych dzielnic Tokio. Eleganckie butiki, domy mody i restauracje nadają jej wyraźnie uporządkowany, niemal wystawowy charakter.
Jest pora obiadowa, a nasze żołądki nie zamierzają dłużej negocjować. Wchodzimy więc do jednego z lokali, gdzie w witrynie stoją plastikowe modele dań — w Japonii to najbardziej wiarygodne menu.
Wskazujemy palcem wybraną potrawę i po chwili otrzymujemy dokładnie to, co wybraliśmy. To prosty, elegancki i bezproblemowy sposób komunikacji.
Ginza
Butiki nie przyciągają nas specjalnie, za to cukiernie już zdecydowanie bardziej. Japońskie słodycze przypominają małe dzieła sztuki — zwłaszcza wagashi, w tym misternie formowane nerikiri, które bardziej niż jedzenie wyglądają jak rzeźbione miniatury.
Na ulicy mijamy samana — wędrownego ascetę pogrążonego w praktykach medytacyjnych. W jednej ręce trzyma miseczkę na datki, w drugiej niewielki dzwonek. Porusza się powoli, niemal rytmicznie, a każdy krok podkreśla pojedynczym dźwiękiem.
Nasz mAT ma zwyczaj wrzucać drobne datki napotkanym samanom. Jak to często bywa u przyjezdnych w Japonii, jego wyczucie lokalnej etykiety nie zawsze nadąża za dobrymi chęciami.
Zamiast spokojnie przyjąć błogosławieństwo, kłania się z przesadną gorliwością, wprawiając ascetę w lekkie zakłopotanie, po czym odchodzi, jakby właśnie dopełnił ważnej urzędowej formalności.
Po kilku takich spotkaniach zaczyna jednak łapać rytm. W międzyczasie zdążył zgromadzić tyle „błogosławieństw” i napić się tyle wody ze świętych źródeł, że — jak twierdzi — jego stan duchowy musi być już co najmniej eksportowy.
Wędrujący asceta Samana
W dzielnicy Ueno, na ulicy Ameya-Yokochō (Ameyoko), wciąż czuć atmosferę klasycznego targowiska. Po wojnie handlowano tu amerykańskimi towarami, a dziś gęsta sieć straganów i małych sklepów tworzy jeden z najbardziej żywiołowych fragmentów Tokio.
Ameya-Yokochō
Park Ueno od lat pełni rolę nie tylko miejsca odpoczynku, ale też jednego z ważniejszych punktów życia kulturalnego miasta. Muzea, świątynie i otwarte przestrzenie sprawiają, że to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w Tokio, szczególnie w sezonie kwitnienia wiśni.
Kolejny samana, mAT i błogosławieństwo
Jesteśmy tu w marcu nieprzypadkowo. Hanami — święto kwitnącej wiśni — trwa krótko, zwykle tydzień lub dwa, ale w tym czasie całe miasta wyraźnie zwalniają, a ludzie przenoszą się do parków, by oglądać sakurę.
W parku rośnie ponad 2 000 drzew wiśni
Hanami w parku Ueno
Sakura, czyli kwiat wiśni, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Japonii. Pojawia się wszędzie — od przedmiotów codziennego użytku, przez kimona i papier, po ceramikę, poezję i pieśni.
Kwitnące spotkanie dwóch gwiazd
Przypadkiem trafiamy na rozległy cmentarz graniczący z parkiem. Skoro już znaleźliśmy się tutaj, nie możemy przejść obok niego obojętnie. Przecież cmentarze potrafią opowiedzieć o kraju równie wiele jak muzea, a czasem nawet więcej.
Cesarska brama prowadząca do mauzoleum Ietsuny
Japońskie obrzędy pogrzebowe różnią się od tych, które znamy z Europy. Zmarli są zazwyczaj kremowani, a ich prochy trafiają do urn umieszczanych w rodzinnych grobowcach zwanych haka.
Na kamiennych nagrobkach widnieje zwykle nazwisko rodziny oraz inskrypcja odnosząca się do całego rodu. Imiona poszczególnych zmarłych zazwyczaj nie są umieszczane na przedniej stronie nagrobka, a tylko czasem znajdują się na jego tylnej powierzchni.
Natomiast imiona poszczególnych zmarłych zapisane są na długich drewnianych tablicach ihai, które dostrzegamy za nagrobkami.
W japońskiej tradycji pamięć o zmarłych funkcjonuje równolegle na dwóch poziomach: rodzinnym, związanym z grobowcem haka, oraz indywidualnym, wyrażonym w tablicach ihai.
Groby z drewnianymi listwami Ihai
Nieco dalej wyłania się świątynia Kaneiji. Powstała w XVII wieku pod patronatem Tokugawy Iemitsu, trzeciego szoguna z dynastii Tokugawa.
Na świątynnym dziedzińcu stoją dziesiątki figurek Jizō-bosatsu — jednego z najbardziej czczonych bodhisattwów w japońskim buddyzmie. Wierni pozostawiają przy nich drobne dary, a także ubierają je w czerwone czapeczki i pelerynki. To symboliczny gest wdzięczności i troski wobec bóstwa, które według wierzeń otacza opieką ludzi.
Świątynia Kaneiji
Figurki Jizō
Jizō uważany jest za opiekuna noworodków, dzieci nienarodzonych, pielgrzymów oraz kobiet w ciąży. Przypisuje mu się również pomoc w odnajdywaniu zagubionych przedmiotów czy spełnianiu życzeń.
Szczególne znaczenie Jizō ma dla rodzin, które utraciły dziecko przed narodzinami lub krótko po porodzie. Z tym związana jest ceremonia mizuko-kuyō, podczas której rodzice składają ofiary świątyni i opiekują się niewielkimi posążkami przedstawiającymi Jizō.
Ustawiają przy nich kolorowe wiatraczki, zakładają czapeczki i małe ubranka. W niektórych świątyniach takich figurek są setki, a nawet tysiące.
Widok jest poruszający, nawet jeśli nie zna się wszystkich znaczeń ukrytych w tej symbolice.
Figurka Jizō ubrana w dziecięcy strój
Wracamy na ulice miasta i ponownie uderza nas kontrast między tradycją a nowoczesnością.
Spacerując po okolicznych uliczkach, od czasu do czasu natrafiamy na niewielkie domy pamiętające starsze oblicze Tokio. Takich budynków zostało już niewiele. Większość ustąpiła miejsca nowszej zabudowie, która lepiej odpowiada współczesnym potrzebom mieszkańców.
Nawet w tych starszych dzielnicach łatwo zauważyć, jak cenną wartością jest przestrzeń. Domy stoją bardzo blisko siebie, a każdy fragment działki wykorzystywany jest z dużą starannością. Zdarza się nawet, że zadaszenie parkingowe chroni tylko część samochodu, podczas gdy reszta pojazdu pozostaje pod gołym niebem.
W Uenosakuragi wciąż można znaleźć kilka starszych, typowo japońskich domów
Domek z „ogródkiem”
Kolejnym celem jest Shinjuku — jedna z najbardziej nowoczesnych dzielnic Tokio. Jeszcze kilkaset lat temu funkcjonowała tutaj niewielka stacja dla dyliżansów pocztowych. Wszystko zmieniło się po wybudowaniu kolei pod koniec XIX wieku.
Dziś znajduje się tu jeden z najważniejszych węzłów komunikacyjnych na świecie. Przez stację kolejową i stację metra każdego dnia przewijają się niewyobrażalne tłumy ludzi.
Wystarczy stanąć na chwilę przy jednym z wejść, by odnieść wrażenie, że pół miasta właśnie dokądś się spieszy.
Wokół dworca wyrastają domy towarowe, centra handlowe i podziemne pasaże. Nad nimi górują szklane wieżowce, które mimo częstych trzęsień ziemi stały się nieodłącznym elementem panoramy Tokio.
Wśród nich szczególnie wyróżnia się Tokyo Metropolitan Government Building, czyli siedziba władz miejskich. Przez wiele lat był najwyższym budynkiem stolicy. Dwie charakterystyczne wieże przypominają nieco futurystyczną katedrę wyjętą z filmu science fiction.
Drapacze chmur w Shinjuku
Tokyo Metropolitan Government Building — siedziba władz miejskich Tokio
Na wysokości ponad 200 m znajduje się ogólnodostępne piętro widokowe. Winda pokonuje tę wysokość w niecałą minutę, co wydaje się osiągnięciem równie imponującym jak sama architektura budynku.
Z góry Tokio ciągnie się aż po horyzont. Patrząc na tę niekończącą się zabudowę, zaczynam podejrzewać, że miasto mogłoby spokojnie pochłonąć kilka średnich państw i nadal domagać się dokładki.
Wieżowce Shinjuku widziane z wysokości 202 m
Skrzyżowanie ulic w Shinjuku
Później próbujemy dostać się na platformę widokową wieży Skytree, najwyższej budowli Japonii. Niestety zainteresowanie jest ogromne, a najbliższe dostępne bilety są dopiero na wieczór.
Rezygnujemy. Nocna panorama z całą pewnością wygląda spektakularnie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że za dnia łatwiej dostrzec skalę tego gigantycznego miasta.
Skytree Tower
U stóp najwyższej budowli Japonii
Ostatni wieczór w Tokio postanawiamy uczcić kolacją w restauracji sushi. Już od wejścia wiadomo, że trafiliśmy w dobre miejsce.
Za ladą pracują dwaj mistrzowie. Jeden zajmuje się wyłącznie przygotowywaniem ryb, drugi komponuje gotowe porcje. Wszystko odbywa się z precyzją przypominającą bardziej laboratorium niż kuchnię.
Przed nami lądują kolejne kawałki sushi przygotowane z różnych gatunków ryb. Początkowo zamawiamy jedynie zestawy degustacyjne, ale szybko okazuje się, że to dopiero początek.
Co chwilę wskazujemy kolejne pozycje, ciekawi nowych smaków.
Zielona herbata matcha oraz gari (marynowany imbir) są dostępne dla gości bez ograniczeń, co pozwala nam delektować się nimi w dowolnej ilości.
Pod koniec wieczoru panuje pełna zgoda. To najlepsze sushi, jakie kiedykolwiek jedliśmy.
A uwierzcie mi — potrafię przejechać pół świata dla porządnego miodu czy innego wykwintnego smakołyku i nie rozdaje takich rekomendacji pochopnie.
Około 50 km od Tokio położona jest nadmorska miejscowość Kamakura. Podróż pociągiem trwa nieco ponad godzinę, przy czym przez pierwsze trzy kwadranse za oknem nie zmienia się niemal nic.
Rozciąga się nieprzerwany widok gęstej zabudowy metropolii. Warto przypomnieć, że Tokio, Kawasaki oraz Jokohama tworzą jedną wielką aglomerację, a trasa, którą jedziemy, prowadzi przez wszystkie te miasta.
Dopiero w ostatnich minutach podróży krajobraz ustępuje miejsca polom i bardziej otwartym terenom wiejskim.
Kamakura, niegdyś stolica Japonii, wyrosła z niewielkiej rybackiej osady, szybko stając się jednym z najważniejszych ośrodków politycznych kraju. To tutaj pod koniec XII wieku ustanowiono pierwszy szogunat Japonii.
Nazwa miasta przeszła następnie do historii jako określenie całej epoki — okresu Kamakura, który zmienił bieg japońskich dziejów.
Pogoda nie sprzyja naszym planom — chwilami pada intensywnie, ale nie odbiera nam to chęci do dalszego zwiedzania.
Najważniejszym zabytkiem Kamakury jest Kōtoku-in, świątynia znana przede wszystkim z wielkiego, brązowego posągu Amida-Buddy, zwanego Daibutsu. Posąg powstał prawdopodobnie w połowie XIII wieku i ma ponad 13 m wysokości.
Co ciekawe, jest pusty w środku i można wejść do jego wnętrza.
Dawniej znajdował się w zamkniętej hali świątynnej, jednak budynek został zniszczony przez tsunami. Sama figura przetrwała i od tamtej pory stoi na otwartym powietrzu.
Posąg Daibutsu
Przechodzimy nieco dalej do świątyni Hase-dera, znanej z 9-metrowej statuy jedenastogłowej Kannon — bogini miłosierdzia, opieki i płodności.
Każda z głów ma symbolizować inny aspekt drogi do oświecenia.
Legenda głosi, że z jednego pnia drzewa kamforowego wyrzeźbiono dwie figury bogini. Jedna trafiła w okolice Nary, druga została natomiast wrzucona do morza, by sama wybrała miejsce swojego przeznaczenia. W ten sposób miała dotrzeć do Kamakury.
Wejście do świątyni Hase-dera
Główny pawilon Kannon-dō
Na tarasach i w ogrodach świątynnych zauważamy liczne figurki Jizō. Ta postać, o której już wspominałem, zajmuje w japońskiej tradycji szczególne miejsce — opiekuje się duszami dzieci, które nie zdążyły się narodzić lub zmarły zbyt wcześnie.
Według wierzeń trafiają one do sfer cierpienia, gdzie bez końca układają kamienne wieżyczki nieustannie niszczone przez demony. W tej opowieści to właśnie Jizō przychodzi im z pomocą i pomaga odnaleźć drogę do ponownych narodzin.
Kobiety, które straciły dziecko lub zdecydowały się na aborcję, często fundują niewielkie kamienne figurki Jizō i otaczają je symboliczną opieką.
Posążek Jizō w postaci małego dziecka
Chociaż pogoda wciąż pozostaje pochmurna, opady deszczu ustają, co stwarza dobrą okazję, by udać się do nieco oddalonego chramu Tsurugaoka Hachiman-gū.
Wejście do chramu Tsurugaoka Hachiman-gū
To jeden z najważniejszych chramów Kamakury. Jego historia sięga ponad tysiąca lat wstecz, a patronem miejsca jest Hachiman — opiekun wojowników i symbol ochrony kraju.
Kompleks składa się z kilku części. Najpierw trafiamy do dolnego chramu, położonego na poziomie terenu, a później kamienne schody prowadzą nas do części górnej.
Choć główna świątynia była wielokrotnie niszczona przez pożary, za każdym razem wracała na swoje miejsce.
61 stopni prowadzi do górnego chramu
Ceremonia w górnym chramie
Zatrzymujemy się w nadmorskiej osadzie Futo, w tradycyjnym rodzinnym pensjonacie typu minshuku. Przyjmowanie zagranicznych gości w takich miejscach nie jest szczególnie powszechne, głównie z powodu bariery językowej i obaw przed niezręcznymi sytuacjami.
Tym razem pomaga nam jednak obecność japońskiego towarzysza podróży. Gościnność tego miejsca robi duże wrażenie.
Domowe posiłki przygotowywane są z wyraźną dbałością o tradycję, a całość uzupełniają charakterystyczne pokoje z matami tatami, noclegi na futonach oraz, co szczególnie przyciąga uwagę, onsen — japońska łaźnia.
To właśnie ona stanowi jeden z największych atutów tego typu pensjonatów.
Stare figury Jizō, którym ofiarowano wodę i pomarańcze
Pobyt w minshuku daje dobrą okazję, by przyjrzeć się z bliska tradycyjnemu japońskiemu stylowi życia.
Podłogę w pokoju pokrywają maty tatami, po których chodzi się wyłącznie boso, co szybko staje się czymś zupełnie naturalnym. W centrum stoi niski stolik otoczony poduszkami do siedzenia.
W ciągu dnia futony składa się i chowa do szafy, dzięki czemu pokój zamienia się w przestrzeń dzienną.
Mimo tradycyjnego charakteru wnętrza nie brakuje tu nowoczesnych udogodnień, takich jak lodówka, czajnik elektryczny czy telewizor.
Na terenie minshuku poruszamy się w yukatach — lekkich, tradycyjnych szatach przypominających szlafroki. Są one dostępne w każdym pokoju i często służą również jako strój nocny.
Gdy robi się chłodniej, zakłada się na nie tanzen — zewnętrzne okrycie noszone zawsze na yukacie, nigdy zamiast niej.
Pokój gościnny w Minshuku
Aby uniknąć nieporozumień i faux pas, zapoznajemy się z podstawowymi zasadami japońskiej etykiety.
Przed wejściem do minshuku lub ryokanu zdejmujemy obuwie i zostawiamy je na specjalnym podeście oddzielającym przestrzeń zewnętrzną od wnętrza. Po drewnianych podłogach poruszamy się w przygotowanych kapciach. Wyjątkiem jest toaleta, przed wejściem do której zmieniamy je na osobną parę przeznaczoną wyłącznie do tego pomieszczenia.
Japońska toaleta w tradycyjnej formie to podłużna misa wmurowana w podwyższenie podłogi, z której korzysta się w pozycji kucającej, twarzą do ściany. Choć takie rozwiązania wciąż można spotkać, coraz częściej w ryokanach i minshuku pojawiają się także kabiny w stylu zachodnim.
Po wyjściu z toalety wracamy do wcześniejszych kapci. Przed wejściem do pokoju i jadalni ponownie zdejmujemy obuwie. Tatami pokrywające podłogę służy jednocześnie do chodzenia, siedzenia i spania, dlatego poruszamy się po nim boso.
W jadalni niskie stoły ustawione są w dłuższe rzędy. Każdy gość otrzymuje indywidualnie przygotowane porcje, dlatego nie ma potrzeby poruszania się wzdłuż stołu — jedynie ryż znajduje się w jednym miejscu, skąd można sięgać po dokładki.
Wieczorem, po obfitej kolacji, kilku butelkach nihonshu i — dla chętnych — karaoke, przychodzi czas na kąpiel.
Łaźnie są zazwyczaj podzielone na część damską i męską. Przed wejściem do ofuro pozostawia się ubranie w przebieralni. Do strefy kąpielowej można zabrać jedynie niewielki ręcznik.
Zanim wejdzie się do basenu, konieczne jest dokładne umycie ciała. Służą do tego niskie taborety, prysznice i mydło — używane bardzo obficie, ale wyłącznie przed wejściem do wody. Sama kąpiel w mydlanej wodzie byłaby tutaj czymś nie do pomyślenia. Po dokładnym spłukaniu można dopiero zanurzyć się w ofuro — zwykle kamiennym lub drewnianym basenie wypełnionym wodą pochodzącą najczęściej z gorących źródeł.
Jeśli w łaźni są inni goście, cały rytuał mycia odbywa się w pełnym widoku, z dużą starannością i spokojem, który z zewnątrz może przypominać dobrze wyreżyserowaną scenę.
Na terenie Japonii znajdują się tysiące gorących źródeł. Tradycyjnie w miejscach ich występowania powstawały publiczne łaźnie i kąpieliska, pełniące funkcję zarówno relaksacyjną, jak i leczniczą.
Dziś onseny przybierają różne formy. Mogą to być zewnętrzne kąpieliska typu rotenburo — naturalne baseny wykute w skałach — lub wewnętrzne łaźnie w budynkach, przypominające znane nam baseny albo drewniane wanny.
Spotyka się również footbath, czyli niewielkie kąpiele stóp, często ustawione pod wiatami w mieście.
Z naszego minshuku w Futo ruszamy na wędrówkę wzdłuż wybrzeża Jogasaki.
Już po chwili staje się jasne, że nie jest to zwykły fragment japońskiego wybrzeża. Poszarpane klify opadają stromo do zatoki Sagami, przypominając, że w zamierzchłej przeszłości spływały tędy potoki lawy z pobliskiego wulkanu Ōmuroyama.
Dopiero później wiatr i fale nadały skałom ich dzisiejszy, surowy wygląd.
Wzdłuż klifów poprowadzono szlak, który harmonijnie wpisuje się w krajobraz i pozwala podziwiać go z bliska, nie zakłócając jego dzikiego charakteru.
Wybrzeże Jogasaki
Świątynia Renchaku-ji
Ponownie kierujemy kroki na stację kolejową. Przed nami dłuższy odcinek podróży przez Japonię.
Wśród pasażerów pociągów dużą popularnością cieszą się gotowe zestawy z różnorodnymi przekąskami, starannie zapakowane w kartonowe pudełka. Można je kupić w sklepach wielobranżowych, kioskach dworcowych oraz automatach.
Cała zawartość przeznaczona jest do spożycia bez konieczności podgrzewania, choć w praktyce traktujemy je raczej jako rozwiązanie awaryjne, które nie zastąpi tradycyjnego, ciepłego posiłku. Ich walory smakowe pozostawiają również nieco do życzenia.
Nadjeżdża pociąg. Zajmujemy przydzielone miejsca w superekspresie Shinkansen i z zawrotną prędkością, niekiedy przekraczającą 300 km/h, kierujemy się w stronę Hiroszimy.
Już od Tokio podróżujemy jedynie z niewielkim plecakiem. Większą walizkę powierzamy obsłudze hotelu Toyoko Inn, która zajmuje się transportem bagażu gości do kolejnych obiektów tej sieci w innych miastach.
Rozwiązanie okazuje się wyjątkowo praktyczne i znacząco podnosi komfort podróżowania po kraju.
Hiroszima to symbol jednego z najbardziej dramatycznych i bolesnych rozdziałów w historii ludzkości. To właśnie tutaj, 6 sierpnia 1945 roku, doszło do pierwszego w dziejach użycia broni nuklearnej, pozostawiając niezatarte piętno na losach świata.
Po wojnie miasto odbudowano niemal od podstaw, a jego współczesna zabudowa ma wyraźnie nowoczesny, zachodni charakter. W porównaniu z Tokio Hiroszima wydaje się bardziej surowa i nieco mniej uporządkowana, przywodząc na myśl raczej średniej wielkości europejskie metropolie.
Najważniejszym miejscem, które odwiedzamy, jest Park Pokoju. Upamiętnia on ofiary bombardowania atomowego Hiroszimy i przypomina o konsekwencjach użycia broni nuklearnej.
Najbardziej rozpoznawalnym obiektem jest ruina znana jako Kopuła Bomby Atomowej. Hipocentrum eksplozji znajdowało się około 150 m od tego budynku. Kopuła jako jeden z nielicznych obiektów w tak niewielkiej odległości nie uległa całkowitemu zniszczeniu. Dla upamiętnienia tragedii zachowano ją w stanie możliwie zbliżonym do tego, w jakim znajdowała się bezpośrednio po wybuchu.
Kopuła Bomby Atomowej
Nieco dalej, pomiędzy współczesnymi zabudowaniami, znajduje się pamiątkowa tablica ustawiona w miejscu, nad którym eksplodowała amerykańska bomba atomowa Little Boy. Dziś trudno uwierzyć, że właśnie tutaj rozegrała się jedna z największych tragedii XX wieku.
Trzy dni później podobny los spotkał Nagasaki, gdzie zrzucono drugą bombę atomową.
Tablica upamiętniająca stoi dokładnie w miejscu wybuchu bomby
Park Pokoju, oprócz pomników i symbolicznego cenotafu, mieści także muzeum, które robi szczególnie silne wrażenie.
Wystawa pozostaje w pamięci na długo i skłania do refleksji, której trudno uniknąć po wyjściu na zewnątrz.
Cenotaf
Wystawa muzealna: centrum Hiroszimy wkrótce po wybuchu bomby atomowej
Pozostałości dachówek stopionych w wyniku eksplozji
Kiedy wiele japońskich miast rezygnowało z sieci tramwajowych, Hiroszima zdecydowała się ją zachować. Budowa metra byłaby tu wyjątkowo kosztowna, ponieważ miasto leży w delcie rzeki.
Część starych wagonów zastąpiono nowoczesnymi, jednak niektóre wciąż pozostają w użyciu. Spośród czterech tramwajów, które przetrwały wojnę, dwa nadal kursują.
Jednym z nich jedziemy do podmiejskiej stacji Miyajimaguchi, gdzie przesiadamy się na prom płynący na wyspę Miyajima.
Na wyspie znajduje się wspaniały chram Itsukushima, uznawany za jeden z trzech najsłynniejszych widoków Japonii. Od wieków wyspa była uważana za miejsce święte, a dostęp do niej pozostawał ściśle ograniczony.
Pielgrzymi odwiedzający świątynię przepływali łodzią wyłącznie pod słynną torii — symbolicznym wejściem do chramu.
Chram Itsukushima został zbudowany na pomostach w XII wieku. Widoczne dziś budowle pochodzą jednak z połowy XVI wieku.
Chram Isukushima
Torii, wyznaczająca wejście do świątyni, wykonana z drewna kamforowego i wznosi się na wysokość 16 m. Charakterystyczny widok bramy unoszącej się na wodzie można podziwiać wyłącznie podczas przypływu. Przy odpływie odsłania się dno, co pozwala podejść do niej pieszo.
Torii wytycza wejście do chramu Itsukushima
Itsukushima ma charakter chramu shintō. Główny budynek poświęcony jest trzem boginiom tego nurtu religijnego. Część zabudowań uznano za skarby narodowe, co tylko podkreśla rangę tego miejsca w japońskiej kulturze.
W pobliżu zatoki stoi pagoda, a tuż obok — zaskakująco nowoczesny, odporny na trzęsienia ziemi skarbiec. W jego wnętrzu przechowywane są bezcenne artefakty: ręcznie malowane zwoje, maski, wachlarze, a także zbroje i porcelana.
Obok chramu Itsukushima, na zboczu góry Misen, wśród gęstej leśnej zieleni ukrywa się buddyjska świątynia Daishō-in.
To jedno z ważniejszych miejsc szkoły Shingon w zachodniej Japonii, silnie związane z lokalnym dziedzictwem duchowym.
Świątynia Daishō-in na zboczach góry Misen
Daishō-in jest częścią szlaku pielgrzymkowego związanego z kultem bogini Kannon, który łączy liczne świątynie rozsiane po różnych regionach Japonii i od wieków przyciąga pielgrzymów.
Jesienią zbocza góry Misen zamieniają się w spokojną mozaikę czerwieni i złota, gdy klony zaczynają intensywnie się wybarwiać.
Daishō-in, górę Misen i chram Itsukushima wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Jizō, Jizō, Jizō...
Aby dorobić parę jenów na gorącą herbatę, postanawiam przez jakiś czas pomagać Jizō i pracować jako „dobrouczynkowiec”.
„Dobrouczynkowiec”
Pagoda Goju-no-to z XVI wieku
Ponieważ Hiroszima została niemal całkowicie zniszczona podczas amerykańskiego ataku atomowego, nie można się tutaj spodziewać wielu zachowanych historycznych obiektów. Zamek Hiroszima został jednak odbudowany i obecnie mieści muzeum poświęcone przedwojennej historii miasta.
Brama główna do Zamku Hiroshima
Zamek przez dwanaście pokoleń był siedzibą rodziny Asano, aż do upadku systemu feudalnego w okresie Meiji, kiedy przeszedł w ręce państwa i został wykorzystany przez wojsko cesarskie.
W czasie wojny chińsko-japońskiej w XIX wieku pełnił również funkcję głównej kwatery dowodzenia.
Zamek Hiroshima
Następny etap podróży prowadzi na wyspę Ōkunoshima, która przyciąga głównie Japończyków, podczas gdy zagraniczni turyści trafiają tu raczej rzadziej — jakby miejsce wciąż funkcjonowało nieco na marginesie klasycznych tras podróżniczych.
Ōkunoshima znana jest przede wszystkim jako „wyspa króliczków”, choć jej historia ma znacznie mniej pocztówkowy charakter.
W czasie II wojny światowej działała tu tajna fabryka broni chemicznej używanej w działaniach przeciwko Chinom. Aby utrzymać istnienie ośrodka w tajemnicy, wyspę usunięto nawet z oficjalnych map Japonii.
Po wojnie rozpoczęto likwidację zakładów, a przez długi czas miejsce pozostawało w półcieniu historii. Dopiero wiele lat później wyspa wróciła „oficjalnie” na kartograficzną mapę kraju.
Dziś jej najbardziej widocznymi mieszkańcami są króliki — i to w liczbie, której nie da się już uznać za przypadek. Według jednej z opowieści miały pochodzić od zwierząt wykorzystywanych niegdyś do testów, a po zamknięciu zakładów zostały wypuszczone na wolność.
W tamtym czasie zakładano nawet, że jeśli teren rzeczywiście jest skażony, zwierzęta nie przetrwają; jeśli przetrwają — można będzie uznać go za względnie bezpieczny. Historia brzmi jak eksperyment, który wymknął się z laboratoryjnych notatek i postanowił żyć własnym życiem.
Brak naturalnych wrogów sprawił, że populacja królików rozrosła się do tego stopnia, że dziś wymaga kontrolowania.
Paradoksalnie to właśnie one stały się największą atrakcją wyspy.
Turyści przyjeżdżają tu masowo — podobno około 100 000 rocznie — często wyposażeni w marchewki i inne waluty powszechnie akceptowane przez lokalną społeczność królików, które zwierzęta potrafią rozpoznać z zaskakującą skutecznością jeszcze zanim odwiedzający zdążą dobrze wyjść z portu.
Poniżej miasteczko Tadanoumi, w tle wyspa Ōkunoshima
Prom kursujący pomiędzy Tadanoumi a „Wyspą Króliczków”
Hotel wpisuje się w spokojny, wypoczynkowy charakter wyspy — działa tu ośrodek z pokojami w stylu ryokan oraz salą konferencyjną, co tworzy dość osobliwe połączenie relaksu i biznesu w otoczeniu długich uszu i ciekawskich oczu.
W dawnych budynkach fabrycznych urządzono niewielkie muzeum, które przypomina, że ten krajobraz nie zawsze był tak łagodny i „instagramowy”, jak dziś.
A same króliki? Cóż — żyją tu jak lokalna władza nieformalna.
Czasem odważnie podchodzą do ludzi, czasem chowają się przed nadgorliwą czułością dzieci, które z pełnym entuzjazmem próbują nadać im więcej bliskości, niż te są gotowe zaakceptować.
I w tej małej scenie najlepiej widać całą Ōkunoshimę: miejsce, gdzie historia, turystyka i zwierzęca niezależność współistnieją w nieoczywistej równowadze.
„Ruchomy bufet” króliczków działa bez względu na pogodę
Najwięcej zwierząt kręci się w okolicach portu i hotelu, gdzie szybko nauczyły się, że przyjezdni to ruchomy bufet.
Wystarczy chwila, by zauważyć, że króliki od dawna opanowały sztukę rozpoznawania potencjalnych dostaw jedzenia.
Każdy plecak i każda torba wydają się dla nich obietnicą czegoś interesującego.
Mały uciekinier przed dziecięcą czułością
Co prawda mAT nie oferuje nic smacznego, ale obiektyw też wydaje się interesujący
Hotel na Ōkunoshimie okazuje się zaskakująco dobry — taki, w którym bardzo szybko zaczyna się rozumieć, że „wyspa króliczków” to nie tylko marketingowy slogan.
Jedzenie w restauracji przerasta nasze oczekiwania, a bufet działa według prostego schematu: możesz jeść, ile chcesz, ale odpowiedzialność za własną powściągliwość nie jest tu wliczona w cenę pobytu.
Shoji, który podróżuje z nami, przypadkiem podsłuchuje rozmowę kilku starszych pań.
Komentują one obecność „długonosych” na wyspie — czyli obcokrajowców (i pluszowych misiów zapewne też). Zastanawiają się, co właściwie tu robimy i jak zamierzamy poradzić sobie kulinarnie w miejscu, gdzie — ich zdaniem — nie ma nic odpowiedniego dla „długonosych”.
Shoji, najwyraźniej uznając sytuację za nie do końca honorową, proponuje prostą strategię: przez kolejne dni mamy jeść dużo, często brać dokładki i z pewną demonstracyjną wprawą używać pałeczek. Wszystko po to, by w elegancki sposób podważyć lokalne wątpliwości dotyczące naszej gastronomicznej kompatybilności.
Nie mamy z tym większego problemu, bo prawda jest prosta: jedzenie jest tak dobre, że i bez społecznej motywacji znika w tempie trudnym do uzasadnienia.
Pokój w hotelu urządzony jest w tradycyjnym stylu
Ōkunoshima ma niespełna 2 km długości, więc mimo dostępnych przy hotelu rowerów decydujemy się obejść ją pieszo — i nazywamy to spokojnie decyzją krajoznawczą, a nie próbą pójścia na łatwiznę.
W centrum wyspy znajduje się wzgórze, z którego rozciąga się widok na Seto Naikai, czyli Morze Wewnętrzne Japonii.
Seto Naikai — morze Wewnętrzne
Seto Naikai to rozległy akwen między wyspami Honshū, Shikoku i Kyūshū. Rozsiane po nim niemal tysiąc wysp tworzy krajobraz, który przypomina rozrzucone przypadkiem zielone kamienie.
Część z nich ma piaszczyste zatoczki i plaże, inne porastają gęste lasy.
Nic dziwnego, że to jeden z najbardziej fotografowanych regionów Japonii — tutaj nawet przypadkowe spojrzenie potrafi wyglądać jak pocztówka.
Na samej wyspie, oprócz muzeum, zachowały się liczne pozostałości dawnej infrastruktury fabrycznej.
Najbardziej imponującym obiektem jest budynek dawnej elektrowni, niegdyś dostarczającej energię zakładom produkującym gazy bojowe.
Wejście jest oficjalnie zamknięte, a teren zabezpieczony drewnianymi barierkami, które pełnią funkcję bardziej symboliczną niż odstraszającą.
Korzystając z faktu, że wokół nie ma żywej duszy (poza kilkoma królikami o niejasnych intencjach), zaglądamy do środka — z tym specyficznym poczuciem, że historia lubi czasem zostawiać drzwi uchylone, nawet jeśli nie powinna.
Ruiny budynku elektrowni
Wkrótce znów znajdujemy się w pociągu, zostawiając wyspę za sobą.
Linia kolejowa prowadząca do Takamatsu przebiega przez słynny Seto Ōhashi, czyli Wielki Most Seto. I choć nazwa sugeruje jeden monumentalny obiekt, w rzeczywistości mamy tu do czynienia z całym systemem inżynieryjnym — jedenastoma mostami o łącznej długości przekraczającej 13 km, rozpiętymi nad wodami Morza Wewnętrznego.
Konstrukcja łączy główną wyspę Honshū z Shikoku, prowadząc po drodze przez pięć niewielkich wysepek archipelagu. To jeden z największych tego typu projektów na świecie, zaprojektowany tak, by sprostać trudnym warunkom sejsmicznym Japonii.
Całość ma konstrukcję dwupoziomową: górą biegnie autostrada, a niżej linia kolejowa. Efekt jest taki, że pociąg jedzie jakby zawieszony między morzem a niebem.
Główną atrakcją Takamatsu jest Park Ritsurin, jeden z najpiękniejszych ogrodów krajobrazowych Japonii. Tworzony przez ponad sto lat, sprawia wrażenie miejsca, w którym czas został poproszony o spokojniejsze tempo i rzeczywiście się na to zgodził.
Dwa główne szlaki spacerowe prowadzą przez starannie skomponowany krajobraz stawów, mostków, pagórków i pawilonów, które na tle góry Shiun tworzą tzw. „ukryty krajobraz” — scenę ujawniającą się stopniowo, jakby ogród nie chciał zdradzić wszystkich swoich sekretów naraz.
Jeden z wielu małych, drewnianych mostków w Parku Ritsurin
W południowej części parku odnajdujemy spokojny staw Nanko z rozsianymi po nim niewielkimi wysepkami, które wyglądają tak, jakby ktoś rozrzucił je od niechcenia, ale z wyjątkowym wyczuciem estetyki.
Nad jego brzegiem, w niemal teatralnym położeniu, stoi stara herbaciarnia Kikugetsu-tei — miejsce, które od wieków obserwuje zmieniające się pory roku w Ritsurin.
Staw Nanko
Herbaciarnia Kikugetsu-tei
Nieco dalej, tam, gdzie staw Nanko łączy się ze stawem północnym Seiko, natrafiamy na charakterystyczny zygzakowaty mostek.
Takie konstrukcje są typowe dla japońskich ogrodów, szczególnie tych inspirowanych estetyką Zen. Ich forma nie jest przypadkowa — każdy załom i każde załamanie linii ma tu swoje uzasadnienie.
Zygzakowata ścieżka spowalnia krok, wymusza zmianę rytmu i niejako „odcina” automatyczne przechodzenie bez zastanowienia. Zamiast tego pojawia się coś znacznie mniej praktycznego, ale bardziej wartościowego — uważność. Spacer staje się doświadczeniem, które łatwo przegapić, jeśli człowiek za bardzo się spieszy.
W tradycji japońskiej i chińskiej taki układ miał również wymiar symboliczny i ochronny — wierzono, że złe duchy nie potrafią poruszać się po liniach łamanych, więc gubią się na zakrętach.
Dodatkowo, w duchu feng shui, zakrzywione i nieciągłe formy miały sprzyjać harmonijnemu przepływowi energii, zapobiegając jej zbyt szybkiemu ubytkowi w przestrzeni.
Zamek Takamatsu, znany również jako Zamek Tamamo, należy do nielicznych japońskich zamków, których fosy wypełnia woda morska. Jest też jednym z trzech najsłynniejszych zamków wodnych Japonii.
Pozostałości bramy Asahi oraz zachowana wieża Ushitora
Takamatsu-jō
Ogród w zamku Takamatsu-jō
Z Takamatsu kierujemy się w głąb lądu, w stronę miasta Kotohira. Tam, na zboczu góry Zōzu, na wysokości około 521 m n.p.m., znajduje się chram Kotohira-gū — poświęcony bóstwu Ōmononushi.
Drewniana latarnia Takadoro, dawniej wieża wartownicza i ostrzegawcza
Droga do głównego pawilonu wiedzie przez 785 kamiennych stopni, ale to dopiero rozgrzewka — do wewnętrznego, najświętszego sanktuarium trzeba pokonać aż 1 368 stopni, co sprawia, że pielgrzymka nabiera bardzo konkretnego, fizycznego wymiaru, zanim jeszcze zacznie się jej duchowy aspekt.
Schody prowadzące do Kotohira–gū
Poboczny chram Asahi-no-yashiro (Asahi-sha, „chram porannego słońca“)
Oku-no-sha — najświętsze sanktuarium Kotohira-gū
Po pokonaniu 1 368 kamiennych stopni nasza energia została znacznie uszczuplona.
Jestem przekonany, że z podobnym wyzwaniem zmaga się każdy pielgrzym powracający z chramu. Nic więc dziwnego, że u podnóża schodów rozwinęła się niewielka dzielnica gastronomiczna.
Po obu stronach szlaku znajdują się ciasno ulokowane restauracje, w których najczęściej serwowany jest ręcznie przygotowany makaron udon w postaci pożywnej zupy z różnorodnymi dodatkami.
Lokale te są zwykle pełne, ale po starannym poszukiwaniu udaje nam się znaleźć wolne miejsca, które od razu zajmujemy.
Porcje okazują się obfite i wyjątkowo smaczne.
Tradycyjne wyrabianie makaronu udon
W mieście trwają przygotowania do lokalnych ceremonii związanych z sezonem wiosennym.
Wzdłuż ulic ustawiane są dekoracje i flagi, a coraz częściej można spotkać mieszkańców ubranych w tradycyjne stroje, nadające ulicom wyjątkowego, świątecznego charakteru.
Ao-oni-kun (błękitny demon)
Prom do Osaki sprawia wrażenie, jakby pływał po tych wodach od bardzo dawna. Wnętrza przywołują na myśl lata siedemdziesiąte — trochę jak w ośrodkach wypoczynkowych z tamtych czasów. Na szczęście na tym podobieństwa w dużej mierze się kończą. Wszystko jest zadbane, a toalety okazują się zaskakująco nowoczesne i nieskazitelnie czyste.
Pasażerowie mają do dyspozycji kilka wspólnych sal rozmieszczonych na dwóch pokładach. W centralnej części ustawiono rzędy foteli niczym w kinie, a pod oknami ciągną się niewielkie przedziały z ławkami i stolikami.
Jedni drzemią, inni czytają, a jeszcze inni po prostu obserwują przesuwające się za oknami morze.
Jedno z pomieszczeń przeznaczono wyłącznie do odpoczynku. Nie ma tu żadnych mebli — całą podłogę pokrywają maty tatami.
Nieco dalej znajduje się sala utrzymana w pastelowych odcieniach różu, wyposażona w regały z książkami i wygodne fotele. Zgodnie z informacją przy wejściu przeznaczona jest wyłącznie dla kobiet.
W korytarzu czekają automaty z napojami oraz niewielki sklepik. Można kupić słodycze, ciastka, gorącą kawę albo drobne przekąski.
Przyznam, że odbyłem tam kilka inspekcji jakości. Wyłącznie w celach poznawczych, rzecz jasna.
W pewnym momencie na horyzoncie pojawia się najbardziej imponujący element całej przeprawy. Prom zbliża się do mostu Akashi Kaikyō, zwanego również Mostem Perłowym. Potężna konstrukcja łączy miasto Kōbe na wyspie Honsiu z wyspą Awaji i już z dużej odległości przyciąga uwagę.
Most ma niemal 4 km długości, a jego główne przęsło liczy prawie 2 km. Gdy ukończono budowę, ustanowił rekord długości wśród mostów wiszących i do dziś pozostaje jednym z największych osiągnięć japońskiej inżynierii.
Przez chwilę mam wrażenie, że nie przepływamy pod mostem, lecz przez ogromne wrota prowadzące do Osaki.
Most Akashi Kaikyō
Widok na przylądek wyspy Shodoshima oraz na małą wysepkę Kazenoko
Osaka jest dziś trzecim co do wielkości miastem Japonii, ale jej znaczenie nie zaczęło się od współczesnych statystyk.
Już ponad półtora tysiąca lat temu, gdy znana była jako Naniwa, korzystała ze swojego położenia nad rzekami i rozległą zatoką Morza Wewnętrznego.
Statki przywoziły tu towary, a wraz z kupcami docierały pieniądze, wiadomości i pomysły z odległych części kraju.
Przez stulecia miasto rosło, bogaciło się i umacniało swoją pozycję jako jeden z najważniejszych ośrodków handlowych Japonii.
Nasz hotel znajduje się tuż obok stacji Jūsō. Wystarczy jedna krótka podróż pociągiem, by znaleźć się w samym centrum miasta, więc długo nie siedzimy na miejscu.
Osaka od pierwszych chwil sprawia wrażenie miasta energicznego i pewnego siebie. Wysokie budynki górują nad ulicami, a tłumy ludzi płyną przez stacje kolejowe z wprawą, która dla przyjezdnych może wydawać się niemal choreografią.
Pierwsze kroki kierujemy do Umeda Sky Building. Dwie smukłe wieże łączą się wysoko nad ziemią charakterystyczną platformą widokową, zwaną „unoszącym się ogrodem”.
Gdy wjeżdżamy na górę, miasto rozciąga się pod nami aż po horyzont. Dopiero stąd dobrze widać skalę Osaki — niekończące się dzielnice, gęstą sieć linii kolejowych i rzeki przecinające miejską zabudowę niczym szerokie arterie.
Umeda — dzielnica wieżowców i nowoczesnej zabudowy
Umeda Sky Building
Niedaleko znajduje się jeden z największych sklepów elektronicznych, jakie kiedykolwiek widziałem.
Kilka pięter wypełniają aparaty, komputery, słuchawki, gry i sprzęt, którego przeznaczenia nie potrafiłbym odgadnąć nawet po dłuższym namyśle.
Jako pluszak nie mam szczególnych potrzeb technologicznych, ale obserwowanie setek błyszczących urządzeń robi wrażenie. Zastanawia mnie jedynie, dlaczego wiele produktów kosztuje tutaj więcej niż w Europie.
Pod koniec dnia zaglądamy jeszcze do centrum handlowego HEP FIVE. Na jego dachu obraca się charakterystyczny czerwony diabelski młyn, który od lat należy do najbardziej rozpoznawalnych elementów panoramy tej części miasta.
Przez kilkanaście minut wagonik niespiesznie unosi nas ponad dachy Osaki.
Po całym dniu spędzonym wśród tłumów, gigantycznych ekranów reklamowych i nieustannego ruchu trudno o spokojniejsze miejsce do obserwowania miasta.
Disney Store — HEP FIVE
Część dzielnicy Umeda widziana z koła młyńskiego
Przypadkowo natrafiamy na niewielki chram shintō ukryty pomiędzy nowoczesnymi, wielopiętrowymi budynkami. To Ōhatsu Tenjin — miejsce, które w miejskim krajobrazie łatwo przeoczyć, a które tego dnia wyraźnie pulsuje własnym rytmem.
Trafiamy akurat na Dzień Otwartych Drzwi, połączony z niewielkim festynem, i wszyscy odwiedzający są witani z dużą serdecznością.
Już przy wejściu dostajemy filiżankę świeżo przygotowanej herbaty matcha oraz drobną słodycz (wagashi) w kształcie kwiatu sakury. Prosty gest, ale w tym miejscu działa jak zaproszenie do zatrzymania się na chwilę dłużej.
Zanim zdążymy się rozejrzeć, zostajemy poproszeni o zajęcie miejsc — za moment ma się rozpocząć pokaz kenjutsu, jednej z klasycznych japońskich sztuk walki mieczem, któremu towarzyszy spokojna muzyka grana na instrumencie koto.
Chram Ohatsu Tenjin
Powitalny zestaw: matcha i wagashi
Koto jest rodzajem cytry i narodowym instrumentem Japonii
Mistrz Kenjutsu
Mistrz kenjutsu okazuje się potomkiem samurajów, a jego miecz od pokoleń pozostaje w rękach rodziny. Jest częścią jej historii i otaczany ogromnym szacunkiem.
W sposób, którego do końca nie potrafię wyjaśnić, mAT szybko zdobywa zaufanie gospodarza. Po chwili mistrz podaje mu miecz do obejrzenia. Trudno nie odnieść wrażenia, że jest to wyraz dużego zaufania.
Broń okazuje się zaskakująco lekka, doskonale wyważona i wykonana z niezwykłą precyzją.
Po chwili „długonos” odruchowo próbuje wysunąć ostrze z pochwy. Mistrz natychmiast go powstrzymuje. Szybko staje się jasne, że bez wyraźnego pozwolenia nie należy tego robić.
Cała sytuacja przebiega spokojnie. Mam jednak wrażenie, że podobne gafy przyjmowane są tutaj z cierpliwą wyrozumiałością. Jakby gospodarze z góry zakładali, że przybysze z odległych stron świata funkcjonują według zupełnie innego zestawu oczywistości.
Zastanawiam się, czy w podobny sposób postrzegane są również pluszowe misie. Niewykluczone. W końcu dla mnie większość tych zasad także jest zupełnie nowa.
Stojak na tabliczki Ema w chramie Ohatsu Tenjin
W czasie II wojny światowej Osaka była jednym z głównych celów amerykańskich nalotów bombowych i w dużej mierze została zniszczona, tracąc znaczną część swojej historycznej zabudowy.
W kolejnych dekadach miasto stopniowo się odbudowywało, a jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli tej rekonstrukcji stał się zamek Ōsaka.
Obecna budowla jest wierną rekonstrukcją oryginału, choć powstała z wykorzystaniem współczesnych materiałów i rozwiązań technicznych, w tym wind.
Z zewnątrz zachowuje historyczny charakter, ale w środku trudno znaleźć atmosferę dawnej warowni — to raczej muzeum opowiadające o tym, czym zamek kiedyś był, niż miejsce, które rzeczywiście pełniło funkcję obronną.
Zamek Osaka
Podczas jednej z podróży koleją moją uwagę przyciąga młoda matka z dwiema córkami. Starsza ma może sześć, siedem lat, młodsza najwyżej cztery lub pięć.
Gdy wsiadają do wagonu, wszystkie miejsca są już zajęte. Kobieta staje przy drzwiach i chwyta wiszący nad głową uchwyt. Starsza dziewczynka opiera się lekko o poręcz, młodsza trzyma się blisko nogi matki.
Nikt nie proponuje im miejsca. Z europejskiej perspektywy może wydawać się to zaskakujące, ale tutaj sytuacja wygląda nieco inaczej.
Ustąpienie miejsca młodej, zdrowej kobiecie podróżującej z dwójką zdrowych dzieci mogłoby zostać odebrane jako sugestia słabości czy nieporadności. A w Japonii poczucie godności, honoru osobistego i honoru rodziny wciąż pozostaje ważnym elementem wychowania.
Pociąg mknie przez kolejne stacje, a cała trójka nadal stoi. Mija pół godziny, potem kolejne.
Matka nie zdradza nawet cienia zmęczenia. Nie poprawia nerwowo torby ani nie wzdycha, nie rozgląda się za wolnym miejscem. Po prostu stoi.
Jeszcze bardziej zaskakuje mnie starsza córka. Przez całą podróż jedynie od czasu do czasu zmienia ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Żadnego marudzenia, żadnych pytań o to, kiedy dojadą. Na jej twarzy trudno odczytać jakiekolwiek emocje.
Dopiero najmłodsza po mniej więcej pół godzinie zaczyna przegrywać nierówną walkę ze zmęczeniem. Opiera się o nogę matki, chwilami niemal na niej zawisa.
Jej mała buzia wykrzywia się w delikatnych grymasach, ale nie wydobywa się z niej ani jeden dźwięk. Nie ma skarg ani płaczu — żadnego dziecięcego protestu.
Patrzę na tę scenę i przypominam sobie, że w Japonii panowanie nad emocjami jest umiejętnością ćwiczoną od najmłodszych lat. Publiczne okazywanie niezadowolenia czy dyskomfortu bywa postrzegane jako utrata kontroli nad sobą.
Mimowolnie przychodzi mi do głowy obraz europejskich dzieci i nastolatków podróżujących komunikacją publiczną...
Przez ponad tysiąc lat Kyōto było stolicą Japonii i siedzibą cesarskiego dworu. To właśnie tutaj przez stulecia koncentrowało się życie polityczne, religijne i kulturalne kraju.
W czasie II wojny światowej miasto uniknęło zniszczeń, mimo że wiele innych japońskich ośrodków ucierpiało w wyniku bombardowań.
Dzięki temu zachowało wyjątkowo bogate dziedzictwo kulturowe — setki świątyń buddyjskich i chramów shintō, pałace oraz ogrody, które do dziś tworzą jego niepowtarzalny charakter.
Pierwszym punktem naszej wizyty jest Ginkaku-ji, czyli Świątynia Srebrnego Pawilonu. Powstała pod koniec XV wieku jako willa szoguna z rodu Ashikaga, a po jego śmierci została przekształcona w świątynię zen.
Ogród Zen w świątyni Ginkaku-ji
Głównym budynkiem kompleksu jest Kannon-den, powszechnie nazywany Ginkaku, czyli Srebrnym Pawilonem. Wbrew nazwie nigdy nie został pokryty srebrem, choć podobno taki był pierwotny plan.
Znacznie większe wrażenie niż sama nazwa robi jednak prostota budynku i otaczający go ogród. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tutaj to właśnie harmonia z otoczeniem odgrywa rolę ważniejszą niż przepych.
Ginkaku (Srebrny Pawilon)
Do położonego niedaleko chramu Heian docieramy częściowo popularną Ścieżką Filozofa (Tetsugaku no Michi). Swoją nazwę zawdzięcza filozofowi Kitarō Nishidzie, który przemierzał tę trasę podczas codziennych spacerów i rozmyślań.
W czasach Nishidy okolica wyglądała zapewne zupełnie inaczej niż obecnie. Dziś to spokojna alejka biegnąca wzdłuż kanału obsadzonego rzędami japońskich wiśni.
Po drodze natrafiam na swoich bliskich krewnych, którzy najwyraźniej urządzili sobie rodzinne łowienie ryb. Przez chwilę przysiadam się do nich na brzegu — jak się okazuje, wędkarstwo to jedna z tych czynności, które łączą niedźwiedzie niezależnie od szerokości geograficznej.
Chętnie zostałbym z nimi dłużej, ale czas, jak zwykle, nie sprzyja takim planom. Po krótkim pożegnaniu ruszam więc dalej.
Chram Heian powstał jako część obchodów jubileuszu założenia Kyōto. Poświęcono go cesarzowi Kammu, założycielowi miasta, oraz cesarzowi Kōmei, ostatniemu władcy rezydującemu w dawnej stolicy.
Zabudowania świątyni nawiązują formą do cesarskiego pałacu, a charakterystyczna kolorystyka — czerwienie i biele zestawione z zielono-niebieskimi dachówkami — odwołuje się do estetyki okresu Heian i wyraźnie zdradza wpływy chińskie.
Główna brama chramu Heian
Kolejnym celem jest Kiyomizu-dera.
Historia tego miejsca sięga ponad tysiąca lat, a mimo licznych zniszczeń i odbudów świątynia zachowała swój charakter. Z jej początkami wiąże się legenda o mnichu Enchinie, który po tajemniczej wizji miał wyruszyć na poszukiwanie źródła czystej wody.
Do świątyni prowadzi nas tętniąca życiem dzielnica handlowo-gastronomiczna.
Im dalej idziemy, tym bardziej ulice cichną, zabudowania stają się niższe, a przestrzeń między nimi wyraźnie się zwęża.
W pewnym momencie znikają większe szyldy i nowoczesne fasady. Zostają wąskie przejścia, drewniane zabudowania i krajobraz, który łatwo skojarzyć ze starymi zdjęciami i filmami z Japonii.
Pełna nazwa kompleksu świątynnego to Otowa-san Kiyomizu-dera, co można przetłumaczyć jako „świątynię czystej wody góry Otowa”.
Nazwa odnosi się do pobliskiego wodospadu zasilanego przez strumień spływający z porośniętych lasem zboczy.
W samej świątyni znajduje się źródło uważane za święte, przy którym niemal zawsze ustawia się kolejka pielgrzymów, czekających na możliwość zaczerpnięcia wody.
Główna brama Kiyomizu-dera
Hala z lampionami
Pielgrzymi w kolejce do źródła świętej wody
Niewielka, jednowagonowa kolejka przecina niską zabudowę i zalesione fragmenty wzgórz, stopniowo dowożąc nas do Ryōan-ji — buddyjskiej świątyni, której historia sięga XV wieku.
Największą sławę przyniósł jej kamienny ogród zen znajdujący się na jej terenie.
Na prostokątnej przestrzeni o wymiarach około 30 na 10 m rozciąga się starannie wygrabiony żwir, w którym rozmieszczono piętnaście głazów w pięciu grupach, częściowo porośniętych mchem.
Z żadnego miejsca nie da się jednocześnie zobaczyć wszystkich kamieni.
Ogród wymusza spokojne patrzenie i pozostawia obserwatorowi przestrzeń do własnej interpretacji. Im dłużej się go ogląda, tym więcej znaczeń można w nim odnaleźć — albo żadnego, jeśli nie ma się na to odpowiedniego nastroju.
Jednowagonowa kolejka Keifuku Arashiyama Line
Całość otacza niski gliniany mur pokryty tynkiem z dodatkiem oleju, który z czasem nabrał nieregularnych przebarwień w odcieniach brązu i pomarańczu.
Ten efekt wpisuje się w estetykę wabi-sabi — wrażliwość na prostotę, niedoskonałość i upływ czasu. W takim ujęciu ogród Ryōan-ji uchodzi za jedną z jej najbardziej znanych realizacji.
Ogród Ryōan-ji
Kinkaku-ji, czyli Świątynia Złotego Pawilonu, leży w rozległym ogrodzie zaprojektowanym tak, by spacer prowadził przez kolejne widoki i zmieniające się perspektywy.
Układ ogrodu zachował charakter nadany mu przed wiekami, choć sam pawilon nie jest już oryginalną budowlą. Wielokrotnie niszczony przez pożary, został po raz ostatni odbudowany w XX wieku.
Dziś uwagę przyciąga przede wszystkim jego złota fasada, odbijająca się w wodach stawu Kyōko-chi, którego nazwa oznacza „Lustrzany Staw”.
Przy bezwietrznej pogodzie tafla wody tworzy niemal idealne odbicie pawilonu.
Świątynia Kinkaku-ji
Zamek Nijō, wzniesiony na początku okresu Edo przez pierwszego szoguna rodu Tokugawa, pełnił funkcję rezydencji podczas jego wizyt w Kyōto.
Choć ze względu na znaczenie był starannie umocniony, na co dzień nie stanowił głównej siedziby władzy — tę rolę pełniło Edo. Z tego powodu zamek był użytkowany stosunkowo rzadko i pełnił przede wszystkim funkcję reprezentacyjną.
Na przestrzeni wieków obiekt wielokrotnie ucierpiał w wyniku pożarów i tajfunów. Do dziś zachowała się jednak rezydencja Ninomaru, uznawana za jeden z najlepiej zachowanych przykładów architektury dworskiej okresu Edo; częściowo wpisana na listę skarbów narodowych.
W jej wnętrzach bogate malowidła i dekoracje miały podkreślać prestiż i siłę władzy szoguna wobec cesarskiego dworu.
Mur obronny i fosa zamku Nijo
Rezydencja Ninomaru w zamku Nijō
Drewniana płaskorzeźba zdobiąca wejście do Ninomaru
Kolejnym ważnym punktem na mapie miasta jest szintoistyczny chram Fushimi Inari Taisha.
Według tradycji jego historia sięga VIII wieku.
Miejsce poświęcone jest Inari — bóstwu kojarzonemu z urodzajem, pomyślnością i powodzeniem w interesach. Jego posłańcami są lisy, czyli kitsune, dlatego ich kamienne wizerunki spotykamy tu niemal na każdym kroku.
Honden — pawilon główny chramu Fushimi Inari Taisha
Heiden — pawilon składania ofiar
Największe wrażenie robi jednak droga prowadząca na wzgórze. Ponad 4-kilometrową trasę wyznaczają tysiące czerwonych bram torii, ustawionych jedna za drugą.
Każda z nich została ufundowana przez przedsiębiorców lub prywatnych darczyńców, którzy w zamian za wsparcie chramu prosili o przychylność bóstwa i powodzenie w swoich przedsięwzięciach.
Ścieżka Tori
Nowoczesnym kontrapunktem dla historycznego charakteru miasta jest dworzec Kyōto Station.
Oddany do użytku w 1997 roku od początku budził kontrowersje swoim futurystycznym wyglądem i wyraźnym odejściem od tradycyjnej estetyki miasta.
Kyōto Station to 16-piętrowa, awangardowa konstrukcja ze stali i szkła, która z czasem stała się jedną z bardziej rozpoznawalnych atrakcji współczesnego Kyōto.
Kyōto Station
Nasza trasa wiedzie dalej do Nary. W VIII wieku, pod nazwą Heijō-kyō, była pierwszą stałą stolicą Japonii i siedzibą dworu cesarskiego. Z tego okresu pochodzą najważniejsze świątynie miasta.
Po przeniesieniu stolicy do Kyōto utraciła znaczenie polityczne, jednak do dziś pozostaje jednym z najważniejszych ośrodków buddyjskich w kraju. Dzięki licznym świątyniom, chramom i dobrze zachowanej historycznej zabudowie Nara należy do najchętniej odwiedzanych miejsc w Japonii.
Miasto słynie również z jeleni sika, które swobodnie poruszają się po parkach, ulicach i placach. Od wieków uznawane są za posłańców bóstw, dlatego mieszkańcy traktują je z dużą życzliwością.
Same jelenie zdają się doskonale o tym wiedzieć — spacerują tam, gdzie mają ochotę, nie przejmując się ani przechodniami, ani samochodami. W wielu miejscach ustawiono nawet specjalne znaki ostrzegawcze.
Beztrosko spacerujące sika
Sika najczęściej przebywają w miejscach odwiedzanych przez turystów
Jelonek sika
Przekraczamy monumentalną bramę Nandaimon i kierujemy się w stronę głównej części kompleksu świątyni Tōdai-ji. Po drodze szybko przekonujemy się, że miejscowe jelenie traktują turystów przede wszystkim jako źródło przekąsek. Kilka z nich podchodzi do nas z wyraźnym zainteresowaniem, najwyraźniej uznając, że każdy przybysz powinien posiadać coś smacznego.
Za kolejną bramą otwiera się rozległy dziedziniec, nad którym dominuje Pawilon Wielkiego Buddy, czyli Daibutsu-den. Budowla robi ogromne wrażenie już z daleka. To jedna z największych drewnianych konstrukcji na świecie — ma niemal 50 m wysokości i rozmiarami przypomina raczej monumentalną halę niż świątynny pawilon.
Nakamon — druga brama świątyni Tōdaiji
Pawilon Wielkiego Buddy z połowy VIII wieku
Przy wejściu zauważam kolejkę ludzi ustawionych przed starą, mocno już nadgryzioną przez czas drewnianą figurą. Przedstawia ona arhata Pindolę — jednego z szesnastu uczniów Buddy. Według tradycji zasłynął z czynienia cudów i posługiwania się nadprzyrodzonymi mocami, dlatego jego wizerunek umieszczono poza głównym wnętrzem świątyni.
Popularne wierzenie mówi, że dotknięcie określonej części posągu, a następnie chorego miejsca na własnym ciele, ma przynieść ulgę i wspomóc powrót do zdrowia.
Patrząc na długość kolejki, dochodzę do wniosku, że wiara w skuteczność tej metody pozostaje zadziwiająco silna. A być może po prostu ludzie uznają, że skoro okazja jest pod ręką, nie zaszkodzi spróbować.
Arhat Pindola Bhāradvāja, przedstawiany jako jeden z uczniów Buddy
Wnętrze Pawilonu Wielkiego Buddy zdominowane jest przez monumentalną figurę Buddy Wajroczany. Posąg przedstawiający kosmicznego Buddę ma ponad 16 m wysokości i należy do największych brązowych figur na świecie.
Do jego wykonania zużyto około 450 ton miedzi, a przy budowie pracowały dziesiątki tysięcy rzemieślników — cieśli, odlewników i metalurgów.
Samo wykonanie posągu okazało się przedsięwzięciem równie ambitnym, co problematycznym. Trudności sprawiały nie tylko kwestie techniczne, ale także zdobycie odpowiedniej ilości surowców.
Kilkukrotne próby odlania figury w całości kończyły się niepowodzeniem. Dopiero koreański mistrz metaloplastyki Kuninaka Kimimaro opracował metodę pozwalającą połączyć wcześniej przygotowane elementy w jedną monumentalną konstrukcję.
Patrząc dziś na posąg, trudno uwierzyć, jak ogromnym wyzwaniem było jego stworzenie.
Wielki Budda (Daibutsu) — statua z połowy VIII wieku
Kierujemy się do kolejnego ważnego miejsca w Narze — chramu Kasuga Taisha, którego początki sięgają VIII wieku.
Droga prowadząca do sanktuarium robi duże wrażenie. Wzdłuż leśnych ścieżek ustawiono setki kamiennych latarni wotywnych ishi-dōrō. Pokryte mchem wyglądają tak, jakby stały tu od zawsze. Wśród starych drzew sprawiają wrażenie naturalnej części krajobrazu, a nie dzieła ludzkich rąk.
Herbaciarnia Mizutani Chaya
Kamienne latarnie wotywne
Na terenie chramu czekają kolejne latarnie — tym razem wykonane z brązu. Jest ich około 1 600. Przez większość roku pozostają zgaszone.
To nie tylko element wystroju świątyni — każda z latarni jest świadectwem modlitw i próśb składanych tu przez kolejne pokolenia wiernych.
Rozświetlają się jedynie dwa razy do roku: podczas lutowego święta Setsubun oraz w sierpniu, w czasie obchodów O-bon. Wtedy tysiące świateł rozjaśniają cały kompleks, nadając temu miejscu zupełnie inny charakter.
Stoją w ciszy przez większość roku, jakby czekały na dzień, kiedy znów mogą zabłysnąć
Na peronie dworca Ueda czeka już pracownik ryokanu, który zabiera nas w stronę górskiego kurortu Aoki. Po drodze mijamy spokojne doliny i niewielkie miejscowości, a krajobraz stopniowo staje się coraz bardziej górski.
Ryokan Onsen Fujiya położony jest na skraju uzdrowiska, u podnóża góry Jukkan-zan. Tuż obok płynie wartki strumień Yu, którego szum słychać niemal z każdego miejsca w ryokanie.
Powietrze jest chłodne i rześkie. W słońcu jest przyjemnie ciepło, ale w zacienionych miejscach wciąż zalegają płaty śniegu przypominające, że zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
Region otaczają pasma należące do Alp Japońskich. Niektóre szczyty przekraczają 3 000 m wysokości, a krajobraz rzeczywiście potrafi przypominać europejskie góry.
W okolicy znajduje się kilka parków narodowych oraz niezliczone źródła termalne, które od pokoleń przyciągają mieszkańców wielkich miast.
Ryokan Onsen Fujiya nad strumieniem Yu
Opuszczamy Japońskie Alpy i wracamy do Tokio. Czekając na pociąg, zwracam uwagę na pracowników w eleganckich kombinezonach i białych rękawiczkach, którzy starannie myją i polerują wagony.
Delikatnymi ściereczkami czyszczą okna, ściany oraz elementy zewnętrzne, nadając im niemal fabryczny połysk. Brązowe wagony w promieniach słońca wyglądają tak, jakby dopiero co wyjechały z zakładu produkcyjnego.
W tym samym czasie inna ekipa zajmuje się wnętrzem pociągu. Odkurzają, myją siedzenia, zbierają pozostawione drobiazgi i przecierają podłogi.
Ten obraz powtarza się wielokrotnie podczas podróży — gdy pociąg dociera do końcowej stacji, niemal natychmiast pojawia się zespół pracowników z wiaderkami i środkami czystości. Czyszczą poręcze, oparcia i uchwyty, dbając o każdy detal.
Trudno nie odnieść wrażenia, że wszystko działa tu według precyzyjnie zaplanowanego rytmu, w którym nawet krótki postój jest wykorzystywany do maksimum.
Przed południem ponownie jesteśmy w Tokio. Nasz pociąg na lotnisko Narita odjeżdża dopiero później, więc postanawiamy wykorzystać ten czas na ostatnie zakupy i szybki obiad.
Wśród sklepów ukrytych pod torami kolejowymi trafiamy do niewielkiego baru kaiten-zushi. Lokal jest niemal pełny, ale udaje nam się znaleźć dwa ostatnie miejsca przy ladzie.
Kaiten-zushi to restauracje serwujące sushi, w których potrawy przesuwają się na taśmie biegnącej wzdłuż baru. Goście wybierają to, na co mają ochotę, a na końcu płacą według liczby zebranych talerzyków.
Siedzimy obok mężczyzny, który wybiera wyłącznie porcje z tłustym brzuchem tuńczyka, czyli toro. To najbardziej ceniona, ale i najdroższa część ryby.
W tego typu lokalach herbata matcha oraz marynowany imbir gari są dostępne dla klientów bezpłatnie. Tutaj nie jest inaczej, choć chwilę zajmuje nam zorientowanie się, gdzie właściwie się po nie sięga.
Nasz sąsiad szybko zauważa nasze zakłopotanie i bez słowa przechodzi do działania. Okazuje się, że sproszkowana matcha przechowywana jest w niewielkich pojemnikach z miniaturowymi łyżeczkami.
Wystarczy nabrać odpowiednią ilość, a następnie zalać ją gorącą wodą. Tę z kolei można pobrać z kraniku zamontowanego w ladzie — filiżankę ustawia się pod dyszą i naciska metalowy przycisk.
Po chwili okazuje się, że nasz sąsiad mówi nieco po angielsku i właśnie planuje podróż po Europie. W trakcie rozmowy niespodziewanie stawia nam talerzyk toro.
Podpowiadam mAT'owi, żebyśmy zamówili nihonshu. Reakcja jest natychmiastowa — na ladzie pojawia się kolejny talerzyk toro, a przed nim butelka sake.
W międzyczasie nasz nowo poznany znajomy wręcza nam wizytówkę, na której długopisem dopisuje swoje imię i nazwisko zapisane alfabetem łacińskim oraz datę.
To prosty, ale bardzo charakterystyczny gest — jakby chciał upewnić się, że ta krótka znajomość zostanie gdzieś zapisana, choćby tylko na niewielkim kawałku papieru.
Mimo starań, by zachować pełną poprawność etykiety, mAT nieco się gubi: przyjmuje wizytówkę jedną ręką zamiast obiema i nie wykonuje ukłonu, który w takiej sytuacji byłby naturalny.
Również z naszej strony powinien pojawić się rewanż w postaci własnej wizytówki. Wymiana uprzejmości trwałaby zapewne dłużej, ale czas powoli zmusza nas do powrotu.
Po pożegnaniu dziękujemy panu Hideaki za gościnność i ruszamy na dworzec.
Po wylądowaniu we Frankfurcie szybko pojawia się znajome uczucie lekkiego dysonansu. Lotnisko jest bardziej surowe, światło jakby bledsze, a drobne niedogodności zaczynają się mnożyć jedna po drugiej.
Ruchome schody okazują się nieczynne, windy również nie działają, więc walizkę trzeba wnieść po stromych schodach — i nagle drobna odległość robi się wyraźnie bardziej wymagająca.
Na peronie czekają opóźnione pociągi, które wjeżdżają z charakterystycznym zgrzytem i pośpiechem, którego wcześniej jakoś nie pamiętam.
Gdy wreszcie pojawia się nasz skład, okazuje się, że zatrzymał się nie tam, gdzie powinien. Zaczyna się szybki marsz z walizką wzdłuż peronu, przepychanka przy drzwiach, szukanie miejsc i krótkie zderzenie z rzeczywistością europejskiej logistyki podróżnej.
I tak wracamy do miejsca, w którym wszystko działa... inaczej.
Klocek