Antarktyda
Marzec 2017
Chile
To już nie pierwsza wizyta w Chile, więc tutejsze przepisy celne znam aż za dobrze.
Wiem doskonale, że do kraju nie wolno wwozić owoców, warzyw, nasion, drewna ani żadnych mięsnych czy mlecznych przetworów — wszystkiego, co choć trochę pachnie naturą.
Chilijczycy traktują ten temat z niemal wojskową powagą. Kontrole są dokładne, a urzędnicy sprawiają wrażenie, jakby od lat ćwiczyli niesympatyczny wyraz twarzy przed lustrem.
Problem w tym, że nie zdążyłem zjeść banana przygotowanego na podróż. W ostatniej chwili postanawiam więc podzielić się nim z Moją Basią i szybko likwidujemy dowód rzeczowy jeszcze przed kontrolą.
Plan wydaje się idealny i teoretycznie wszystko powinno być w porządku. Teoretycznie.
Niestety tylko do momentu, gdy okazuje się, że zapach banana zostaje z nami na dobre. Dla wyszkolonego psa tropiącego produkty organiczne to prawdopodobnie nie zwykły owoc, ale świecący neon z napisem: „Musa — owoc banana zwyczajnego. Podejrzani w kolejce numer trzy”.
Nie mija chwila, gdy funkcjonariusze bezceremonialnie wyławiają Moją Basię z tłumu pasażerów.
Plecak, w którym jestem ukryty, trafia pod szczegółową kontrolę. Każdy ucisk odczuwam wyjątkowo wyraźnie. Dla ludzi to zwykłe przeszukanie bagażu, dla mnie niemal tektoniczne przesunięcia kontynentów.
Funkcjonariusze ugniatają zawartość plecaka z imponującym zaangażowaniem, ale ostatecznie nie znajdują niczego podejrzanego.
Po tym wyjątkowo energicznym „masażyku” dochodzę do siebie jeszcze przez dłuższą chwilę.
Do jutra zostajemy w Santiago de Chile.
Mamy za sobą ponad dwanaście godzin lotu i organizm nie bardzo wie jeszcze, która jest właściwie pora dnia, ale szkoda tracić czas w hotelu. Schodzimy więc do metra i ruszamy w głąb miasta.
Na jednej ze stacji do wagonu wsiada grupa młodych ludzi z akordeonami. Rozchodzą się sprawnie — po dwoje do każdego wagonu, jakby ćwiczyli to codziennie od lat.
Drzwi jeszcze dobrze się nie zamykają, gdy rozpoczyna się koncert.
Najbliżej nas stoi dziewczyna ubrana w stylizowane łachmany i wysokie sznurowane botki. Długie, skołtunione włosy opadają jej na prawą stronę twarzy, podczas gdy lewa połowa głowy ostrzyżona jest krótko.
Wygląda trochę jak bohaterka postapokaliptycznego filmu, która przez przypadek trafiła do metra w Santiago.
Kiedy jednak zaczyna grać, cały wagon natychmiast cichnie.
Z akordeonu płyną typowe południowoamerykańskie melodie — melancholijne, rytmiczne i pełne emocji. Dziewczyna śpiewa mocnym, donośnym głosem, który bez problemu przebija stukot wagonów.
Ciarki przechodzą mi po futrze. Takie spontaniczne występy są tutaj częścią codzienności — w wielu miastach Ameryki Południowej muzyka po prostu żyje razem z ludźmi.
Koncert trwa tylko dwie stacje, ale jest zaskakująco profesjonalny i autentyczny.
Przed wyjściem artystka prosi pasażerów o drobne wsparcie. Kilka osób wrzuca parę peso. Kiedy podchodzi do nas, przez chwilę jesteśmy zakłopotani — trudno ocenić, jaka kwota byłaby odpowiednia.
Dochodzę jednak do wniosku, że za tak dobry koncert spokojnie można postawić komuś kawę, więc dzielę się tą myślą z moimi „niepluszowymi”.
Ostatecznie wręczamy jej właśnie taką równowartość. Dziewczyna aż wzdycha z radości. Szeroko się uśmiecha, pokazując rząd idealnie białych zębów, i rzuca serdeczne: „¡Muchas gracias!”.
Chwilę później metro zatrzymuje się na kolejnej stacji. Muzycy wysiadają, zbierają się razem na peronie i od razu dzielą między sobą zarobione pieniądze.
Wagon rusza dalej, a ja jeszcze przez moment patrzę za nimi przez szybę.
Myślę wtedy, że to całkiem praktyczny system — podróż do celu i jednocześnie koncert na żywo.
W Santiago nawet zwykła podróż metrem potrafi niespodziewanie zamienić się w mały spektakl.
Żeby zdążyć na lot o siódmej rano, zrywamy się jeszcze przed świtem. O czwartej pijemy naprędce kawę i zagryzamy ją słodkimi wypiekami, które tylko udają prawdziwe śniadanie.
Chwilę później jedziemy już na lotnisko. Po niespełna czterech godzinach lotu lądujemy w Punta Arenas — największym mieście Patagonii.
Do zaokrętowania mamy jeszcze sporo czasu, więc zamiast czekać bezczynnie, ruszamy do miejscowego muzeum.
W środku szybko okazuje się, że to nie tylko zbiór starych fotografii i zakurzonych eksponatów, ale także opowieść o ludziach, którzy żyli tutaj długo przed pojawieniem się Europejczyków.
Już po chwili staje się jasne, że za spokojnymi gablotami kryje się historia znacznie brutalniejsza, niż można byłoby przypuszczać.
Patagonię zamieszkiwali między innymi Selk'nam oraz spokrewnione z nimi grupy Haush, Yámana czy Tehuelche.
Od czasu do czasu urządzali polowania na „białe gwanako” — owce należące do osadników, hodowane głównie na mięso i skóry.
Dla właścicieli estancji stało się to jednak wygodnym pretekstem do systematycznych prześladowań i masakr rdzennych mieszkańców.
Najbardziej uderza chyba to, jak łatwo XIX–wieczny świat potrafił usprawiedliwiać podobne okrucieństwo.
Nawet Charles Darwin, którego nazwisko kojarzy się dziś z naukowym przełomem, opisywał mieszkańców Ziemi Ognistej językiem typowym dla kolonialnej epoki.
W jego relacjach pojawiały się określenia, które współcześnie brzmią bardziej jak świadectwo europejskiej pychy niż obiektywnej obserwacji.
O tej ponurej historii przypomina stojąca na miejscowym cmentarzu statua odlana z brązu.
Przedstawia „El Indio Desconocido” — „Nieznanego Indianina”.
Mieszkańcy Punta Arenas mówią o nim po prostu Indiecito i traktują niemal jak świętego.
Jedni proszą go o zdrowie, inni o szczęście albo pomyślny los.
W Patagonii historia, legenda i pamięć o dawnych krzywdach wciąż mieszają się ze sobą w zaskakujących proporcjach.
Kopia zdjęcia przedstawiającego rdzennych mieszkańców Ziemi Ognistej.
Fotografia — J. Ojeda-William i S. Barclay 1902
Z punktu widokowego widać statek czekający na nas w porcie
Statek jest obszerny, a pomieszczenia publiczne przestronne i eleganckie.
Na pokładzie znajduje się m.in. sala prelekcyjna, mesa z kambuzem, salon widokowy, biblioteka oraz dwa bary.
Kajuty są natomiast niewielkie, ale bardzo funkcjonalne — dwie koje, wąska szafka na ubrania z półkami, szufladami i lustrem oraz mała łazienka okrętowa (tzw. kingston).
Dla mnie taka przestrzeń i tak wydaje się komfortowa — w końcu nie zajmuję wiele miejsca.
To nasz sprytnie zaprojektowany apartament na najbliższe trzynaście dni, podczas których mamy pokonać drogą morską ponad 6 300 kilometrów.
Kabina znajduje się na najwyższym pokładzie, mniej więcej w połowie długości jednostki, co — jak liczymy — powinno ograniczyć odczuwanie kołysania.
Tuż nad nami rozciąga się otwarty pokład widokowy.
Moje ulubione miejsce przed wielkim bulajem
Fascynujący lodowiec Garibaldi, od którego pochodzi nazwa fiordu, leży na terenie Parku Narodowego Alberto de Agostini, obejmującego całą południowo–zachodnią część Ziemi Ognistej.
W fiordzie przesiadamy się na łodzie hybrydowe — wielokomorowe pontony z twardym dnem, napędzane silnikami spalinowymi.
Uchatki patagońskie
Krajobraz ma tu niemal monochromatyczny charakter i wygląda tak harmonijnie, że trudno oderwać od niego wzrok.
Im głębiej wpływamy w fiord, tym wyraźniej słychać trzask odrywających się brył lodu, które z ciężkim pluskiem spadają do lodowatej wody.
Duże fragmenty powierzchni pokryte są krą i dryfującymi odłamami lodowca.
Lodowiec Garibaldi
W samym sercu tej dzikiej, a zarazem bajecznej natury odczuwam własną maleńkość i kruchość...
Patagońskie fiordy niezmiennie oczarowują swoim urokiem.
Na otwartym pokładzie widokowym
W tym fantastycznym patagońskim spektaklu fiordy grają rolę główną, natomiast nieprzewidywalna pogoda przejmuje reżyserię i scenografię, nadając całości dynamiczny przebieg i tworząc nieustannie zmieniające się kulisy.
W ciągu jednego dnia potrafi być słonecznie, deszczowo, wietrznie i śnieżnie — wszystkie cztery pory roku w kompaktowym wydaniu.
Kanał Beagle
W nocy zakotwiczamy w pobliżu Puerto Williams — najbardziej wysuniętej na południe miejscowości świata.
Gdy my śpimy, urzędnicy załatwiają formalności paszportowe.
Wczesnym rankiem opuszczamy chilijskie wody terytorialne i wpływamy na międzynarodowe wody Cieśniny Drake'a.
Zanim to nastąpi, planowane jest jeszcze zejście na należący do Chile Przylądek Horn, dlatego aż do przekroczenia granicy morskiej towarzyszy nam pilot.
Budzę się wcześnie rano. Silniki milczą, statek stoi na kotwicy i lekko kołysze się na krótkiej fali.
Odruchowo wyglądam przez bulaj — i od razu widzę znajome zarysy Przylądek Horn. Jest!
Pogoda, jak na te szerokości geograficzne, wygląda wręcz przyzwoicie. Wieje umiarkowany wiatr, powietrze jest zaskakująco przejrzyste, a deszcz najwyraźniej jeszcze śpi.
Budzę więc Moją Basię i mAT'a, po czym w ekspresowym tempie ruszamy na śniadanie, jakby od szybkości jedzenia miało zależeć nasze lądowanie.
Przylądek Horn
To już nasza druga próba wejścia na Horn. Ten kawałek skały na końcu świata nie poddaje się łatwo.
Patagońska pogoda zmienia zdanie częściej niż politycy przed wyborami, a fale potrafią w kilka minut odebrać ochotę nawet najbardziej ambitnym zdobywcom.
Podczas pierwszej próby, jeszcze w 2012 roku, morze urządziło nam solidny pokaz swoich możliwości — fale dochodziły wtedy do pięciu metrów i skutecznie przypomniały, kto tutaj naprawdę rozdaje karty.
Pilot Morski udaje się w drogę powrotną
Niestety, po śniadaniu sytuacja zaczyna się zmieniać.
Najpierw niebo szarzeje, potem wiatr wyraźnie przybiera na sile, a prognozy meteorologiczne nie pozostawiają złudzeń. Klasyczna Patagonia — rano daje człowiekowi odrobinę nadziei, by kilka godzin później brutalnie ją odebrać.
Kapitan długo obserwuje warunki, po czym podejmuje decyzję: dla bezpieczeństwa nie schodzimy na ląd.
Zamiast tego opływamy Przylądek Horn dookoła.
W tle zbiera się coraz więcej deszczowych chmur
I trudno się z nim nie zgodzić.
W trakcie rejsu wokół przylądka pogoda gwałtownie się załamuje. Wiatr szarpie statkiem coraz mocniej, fale zaczynają wchodzić z różnych stron, a deszcz tnie tak, jakby ktoś odkręcił nad oceanem gigantyczny prysznic.
Nawet gdyby udało się wysadzić nas na brzeg, powrót na statek mógłby okazać się znacznie większym problemem niż samo lądowanie.
Cieśnina Drake'a nie bez powodu ma opinię jednego z najbardziej niebezpiecznych akwenów świata. To tutaj spotykają się wody Oceanu Spokojnego i Atlantyckiego, a natura urządza sobie regularny konkurs na najbardziej niegościnne warunki żeglugi.
Ponad tysiąc kilometrów otwartego morza, głębokość sięgająca pięciu kilometrów i setki wraków spoczywających na dnie działają na wyobraźnię nawet wtedy, gdy siedzi się bezpiecznie na pokładzie z kubkiem gorącej kawy w ręku.
Przez cieśninę przebiega także Antarktyczny Front Polarny — wąski pas, gdzie cieplejsze wody z północy zderzają się z lodowatymi wodami antarktycznymi.
To właśnie tutaj rodzą się potężne wiatry i chaotyczne fale, szczególnie groźne w okolicach Przylądek Horn.
W pobliżu bieguna południowego krążą jeszcze pola i góry lodowe, przypominając, że na krańcu świata człowiek jest jedynie gościem — i to raczej takim, którego natura toleruje wyłącznie chwilowo.
I właśnie dlatego to, co widzimy za burtą, wydaje się niemal nierealne.
Cieśnina Drake'a, zwykle pokazująca swoje najbardziej nieokiełznane oblicze, tym razem całkowicie nas zaskakuje.
Przez całe dwie doby potrzebne na dopłynięcie do Antarktydy pozostaje niemal gładka jak jezioro.
Statek sunie spokojnie po stalowej tafli wody, jakby ocean na chwilę postanowił zapomnieć o swojej reputacji.
Wyjątkowo spokojna Cieśnina Drake'a
Zapoznaję się z gatunkami pingwinów — niektóre poznam osobiście
Szetlandy Południowe
Szetlandy Południowe nazywane są potocznie „Wrotami Antarktydy”.
Ten rozciągnięty równolegle do Półwyspu Antarktycznego archipelag oddziela od kontynentu jedynie Cieśnina Bransfielda.
To właśnie tutaj kończy się świat, który znamy, i zaczyna ten, który bardziej przypomina inną planetę.
Wyspa Greenwich
Od chwili opuszczenia Punta Arenas po raz pierwszy schodzimy na ląd.
Po kilku dniach spędzonych na statku nawet zwykły kamień pod butami wydaje się czymś egzotycznym.
Half Moon Island okazuje się niewielką, wulkaniczną wyspą w kształcie półksiężyca, położoną około 120 kilometrów na północ od Półwyspu Antarktycznego.
Na jej brzegu stoi argentyńska stacja badawcza Base Camara, zamieszkana jedynie podczas antarktycznego lata.
Half Moon Island
Młody pingwin maskowy
Mirunga zwana rownież słoniem morskim
Pingwin białobrewy
Kotik antarktyczny
Kiedyś przeczytałem zdanie, które wraca do mnie właśnie tutaj: „Kto nigdy nie był na Antarktydzie, nie potrafi sobie wyobrazić, jak tam naprawdę jest. Kto był tu choć raz, nie potrafi opisać tego słowami”.
I stojąc na tej zimnej, kamienistej ziemi, zaczynam rozumieć, dlaczego.
Kolonia pingwinów na wzgórzu. W tle wyspa Greenwich
Załogę naszego statku tworzą nie tylko marynarze, ale także naukowcy — geolodzy, biolodzy, ornitolodzy i polarnicy, którzy każdego dnia organizują wykłady o miejscach, które odwiedzamy.
I trzeba przyznać, że słucha się ich znacznie lepiej niż szkolnych lekcji. Trudno się nudzić, kiedy ktoś opowiada o tym, co właśnie widzimy za oknem.
Wśród ekspedycyjnej załogi jest również Polak — Tomasz.
Biolog, który spędził dwie zimy na Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego, a od końca lat dziewięćdziesiątych regularnie wraca do rejonów polarnych — zarówno na Antarktydę, jak i do Arktyki.
Słuchając jego opowieści, szybko dochodzimy do wniosku, że dla większości ludzi kilka miesięcy bez drzew, sklepów i normalnej zimy byłoby ciężkim testem psychicznym.
Dla niego wygląda to raczej jak uzależnienie.
Deception Island (Wyspa Zwodnicza) jest wierzchołkiem kaldery czynnego wulkanu
Góra lodowa o wysokości około 55 metrów ponad taflą wody, co oznacza...
..., że zanurzona jest na głębokość około 350 metrów!
Antarktyda
Podobnie jak wcześniej przy Przylądku Horn, także tutaj każde wyjście na ląd zależy wyłącznie od pogody.
Na Antarktydzie człowiek może mieć świetny plan, ale ostatnie słowo i tak zawsze należy do natury.
Zanim wolno nam zejść ze statku, najpierw wypływają członkowie załogi, żeby przygotować i zabezpieczyć teren.
Chodzi oczywiście o nasze bezpieczeństwo, ale jeszcze bardziej o ochronę tego niezwykle kruchego świata.
Antarktyda uchodzi za ostatni niemal nienaruszony ekosystem naszej planety.
Tutejsze mchy i porosty są wyjątkowo wrażliwe, a pingwiny i foki kompletnie nie rozumieją, że człowiek może stanowić zagrożenie.
Nie uciekają. Patrzą tylko z zaciekawieniem, jakbyśmy to my byli tutaj egzotycznymi stworzeniami. I właściwie mają rację.
Od lat pojawiają się pomysły, by całą Antarktyda objąć ochroną jako gigantyczny rezerwat przyrody.
Stojąc pośród tej ciszy, lodu i przestrzeni, trudno uznać to za przesadę.
Tomasz tymczasem nie kryje zadowolenia. Mówi, że tak dobre warunki pogodowe zdarzają się tutaj mniej więcej raz na pięć lat.
Patrzymy na niego, potem na krajobraz, który jest podejrzanie słoneczny i spokojny, i zaczynamy rozumieć, że nie doświadczamy standardowej Antarktydy.
Dostaliśmy jej wersję demonstracyjną — łagodną, niemal uprzejmą.
Wcześnie rano dopływamy do Cuverville Island.
W trakcie antarktycznego lata staje się ona jednym z ważniejszych miejsc lęgowych — tuż przy brzegu gnieździ się około 6 500 par pingwinów białobrewych.
Z wody wyspa wygląda niepozornie, ale im bliżej brzegu, tym wyraźniej widać, że panuje na niej nieustanny ruch.
Cuverville to skalista wyspa w Kanale Errera u wybrzeża Ziemi Grahama
Już podczas śniadania zauważam pływające w pobliżu walenie
Wydrzyk antarktyczny to duży ptak morski
Nasze przybycie na ląd wzbudza duże zainteresowanie wśród młodych pingwinów, które z natury są wyjątkowo ciekawskie.
Zostawiony przez nas ekwipunek szybko staje się obiektem ich dokładnych „oględzin”.
Pozostawiona na uboczu torba jest miękka i ciepła, wyśmienicie nadaje się na wypoczynek
Zatoka przy wyspie Cuverville
Wygodne i ciepłe miejsce na kręgach walenia
Młode pingwiny zakończyły właśnie pierwszą lekcję nurkowania...
... i po wyjściu z wody odkrywają niezidentyfikowane obiekty rozłożone na plaży. Trzeba je koniecznie zbadać!
Stołowa góra lodowa
Jest cudowny, słoneczny dzień.
Moja Basia wsiada do łodzi hybrydowej i przemierza zatokę oraz Kanał Errera z nadzieją na spotkanie waleni, a ja — wraz z mAT'em i Olafem — wsiadam do kajaku i ruszamy na aktywne poznawanie Antarktydy.
Z tej perspektywy każdy odłam lodu wydaje się ogromny.
Wiatr jest mroźny, ale jeszcze do zniesienia. Dopiero gdy opuszczamy osłoniętą przez wyspę część zatoki i wypływamy na otwartą wodę, uderza z pełną siłą.
Marzną nam czubki nosów, a mimo wodoszczelnych — choć już dawno wilgotnych — rękawiczek, zimno przenika także do rąk.
Moja Basia ma szczęście. Spotyka samicę humbaka z cielakiem.
Przepływają tak blisko łodzi, że przez chwilę granica między obserwatorem a obserwowanym robi się wyjątkowo umowna.
Kajakiem przez lody Antarktydy
Wpływamy do Cieśniny Gerlache'a.
Statek sunie powoli między monumentalnymi ścianami lodu i stromymi skalnymi zboczami, a każdy zakręt wygląda jak scena przygotowana do utrwalenia na pocztówce.
Trudno zdecydować, czy bardziej patrzeć na wodę, góry, czy dryfujące kry.
Cieśnina Gerlache'a
Góra lodowa w Cieśninie Bismarck'a
Dwie charakterystyczne skalne wieże widoczne w Kanale Lemaire'a noszą nazwę Cape Renard. Funkcjonuje też druga, znacznie mniej oficjalnie brzmiąca nazwa — Una's Tits.
Co ciekawe, obie są oficjalne — najwyraźniej ktoś kiedyś uznał, że nawet na końcu świata nie zaszkodzi odrobina humoru.
Cape Renard, bardziej znane marynarzom jako Una's Tits
Dopływamy do naturalnej bariery, której nasz statek nie jest w stanie pokonać. Przed dziobem rozciąga się gęste pole lodowe w Kanale Lemaire'a — dalej już nie przepłyniemy.
To najbardziej na południe wysunięty punkt kontynentu, jaki możemy osiągnąć.
Trochę szkoda zawracać, ale pociesza nas myśl, że przed nami wciąż cała droga powrotna i zapewne jeszcze niejeden niepowtarzalny widok.
Noc spędzamy zakotwiczeni w niewielkiej zatoce Neko Harbor na Ziemi Grahama.
Nazwa pochodzi od statku wielorybniczego, który w drugiej dekadzie XX wieku działał tutaj z wyjątkową skutecznością, robiąc wszystko, by dla czystego zysku maksymalnie zredukować liczebność waleni.
Dzisiaj zatoka wygląda spokojnie i niewinnie, choć jej historia jest zdecydowanie mniej romantyczna niż otaczający ją krajobraz.
Neko Harbor
Przez cały nasz pobyt utrzymuje się zdumiewająco piękna pogoda. Słońce świeci, wiatr prawie nie przeszkadza i momentami aż trudno uwierzyć, że jesteśmy na Antarktydzie — miejscu jednocześnie najwyższym, najsuchszym, najzimniejszym i najbardziej wietrznym na Ziemi.
Temperatury potrafią spadać tutaj do -65°C zimą, a latem „rosną” do około -25°C. Do tego miesiącami trwa albo niekończący się dzień, albo kompletna ciemność.
Na szczęście mamy okazję poznać ten kontynent ze znacznie bardziej przyjaznej strony.
Pingwiny w Neko Harbor
Pingwin białobrewy
mAT znajduje martwego wydrzyka antarktycznego.
Prawdopodobnie zginął podczas walki z innym ptakiem. Jest jeszcze ciepły i zaskakująco lekki.
Manuel, pochodzący z Chile ornitolog, tłumaczy nam, że wydrzyki — podobnie jak inne ptaki morskie — mają pneumatyczne kości, częściowo wypełnione powietrzem.
Dzięki temu są wyjątkowo lekkie i mogą godzinami szybować nad otwartym oceanem.
Pingwin białobrewy prawie w pełnym „dziecięcym” upierzeniu
Młode pingwiny, które zdążyły już zrzucić swoje „przedszkolne ubranka”, właśnie pobierają pierwsze lekcje nurkowania.
Wchodzą do wody ostrożnie i wyraźnie bez entuzjazmu — w pobliżu krążą lamparty morskie — miejscowi specjaliści od szybkich i brutalnych ataków.
Młode od dawna nie dostają już wystarczającej ilości pożywienia od rodziców, więc nie mają wyboru.
Jeśli chcą przetrwać, muszą błyskawicznie nauczyć się samodzielnego polowania.
Neko Harbor
Foki na odłamie lodowym
Neko Harbor
Kierujemy się w stronę Damoy Point, mijając po drodze Paradise Bay, Cieśninę Gerlache'a i Kanał Neumayer'a.
Za każdym kolejnym zakrętem odsłaniają się widoki, od których trudno oderwać wzrok.
Mimo przenikliwego chłodu i silnego wiatru większość czasu spędzamy na pokładzie widokowym.
Zresztą trudno się temu dziwić — tutaj naprawdę szkoda przegapić choćby minutę tej niezwykłej podróży.
Chilijska stacja badawcza — Base Gabriel González Videla
Paradise Bay
Kanał Neumayer'a
W Damoy Point stoi doskonale zachowana historyczna stacja polarna.
Powstała w latach 70. XX wieku i przez dwie dekady, podczas antarktycznego lata, służyła brytyjskim pilotom oraz naukowcom jako tymczasowe miejsce pobytu.
Ostatnich mieszkańców widziała pod koniec ubiegłego wieku, ale dziś wygląda tak, jakby załoga wyszła tylko na chwilę.
W środku stoją łóżka, sprzęty, naczynia i półki z zapasami. Wszystko pozostaje dokładnie na swoim miejscu.
Brakuje jedynie ludzi i odgłosów dobiegających z kuchni.
Damoy Point
Wydrzyk antarktyczny
Obok stoją stare namioty, w których dawniej mieszkali pracownicy stacji naukowych — jeszcze zanim na dobre pojawiły się stałe baraki albo podczas wypraw w głąb kontynentu.
Wchodzimy do środka i myślę sobie, że po kilku nocach w takim miejscu zupełnie inaczej zaczyna się definiować luksus.
Dach, który nie trzepocze na wietrze, i szyba w oknie nagle urastają do rangi pięciogwiazdkowego hotelu.
Jednym z członków naszej załogi jest David Fletcher — Walijczyk, który brał udział w budowie stacji w Damoy Point.
Przez ostatnie 47 lat spędził na Antarktydzie kawał życia: cztery pełne zimy i aż 44 antarktyczne lata.
Słucha się go jak kogoś, kto opowiada nie o miejscu na mapie, lecz o starym, wymagającym znajomym.
David
Damoy Point
Wspinamy się wyżej, tam, gdzie nie docierają już pingwiny ani inne ptaki.
Nagle robi się zupełnie cicho. Słychać tylko podmuchy wiatru.
W tym lodowym świecie wszystko wydaje się przejrzyste i zredukowane do absolutnego minimum — kolory, dźwięki, nawet myśli.
Antarktyda sprawia wrażenie nie tyle siódmego kontynentu, ile zupełnie innej planety.
Otaczająca nas cisza ma w sobie coś tajemniczego i hipnotyzującego.
Nad wszystkim unosi się trudna do uchwycenia atmosfera, niemal mistyczna.
Antarktyda działa na ludzi — wielu wraca stąd odmienionych, nawet jeśli na początku sami w to nie wierzą.
W obliczu tej ogromnej, surowej natury, praktycznie nietkniętej przez człowieka, pozostaje przede wszystkim respekt.
I świadomość, że jest się tylko nieznaczącym gościem w miejscu, które od zawsze i bez wysiłku radzi sobie samo.
Nasz pobyt na siódmym kontynencie powoli dobiega końca i kapitan zmienia kurs.
Przed nami kolejne dwa dni żeglugi, zanim dotrzemy do Falklandów — kolejnego punktu na mapie tej wyprawy, który już teraz brzmi jak cichy szept nowej przygody.
Amerykański statek badawczy RV Laurence M. Gould
Późnym popołudniem aura zaczyna się zmieniać. Najpierw niemal niezauważalnie, jakby ktoś tylko przygasił światło i ściszył dźwięki.
Potem nadciąga gęsta mgła, która bezpardonowo połyka horyzont.
Wychylam się przez burtę i widzę niewielkie fragmenty lodu sunące tuż przy kadłubie, spokojne, obojętne.
Wokół jednak pojawia się coś większego — majestatyczne, a jednocześnie niepokojąco ogromne góry lodowe.
Odnoszę wrażenie, że Antarktyda próbuje nas zatrzymać dla siebie.
Statek ma nowoczesne oczy i uszy — radary, echosondy, rozbudowany elektroniczny zmysł orientacji, który pewnie prowadzi nas przez gęstą mgłę.
Kapitan redukuje prędkość. Silniki pracują ciszej, a jednostka zaczyna płynąć ostrożnie, niemal z namysłem.
Widoczność spada do kilku metrów, noc zbliża się nieuchronnie, a między nami a oceanem zostaje już tylko mleczna zasłona i sygnały z mostka.
Płyniemy powoli na północ, jakby każdy metr trzeba było sprawdzać dwa razy.
Ekspedycja — od chilijskich fiordów, przez Przylądek Horn, dalej przez zaskakująco spokojną Cieśninę Drake'a, aż po surową, a jednocześnie niemal nierealnie słoneczną Antarktydę — okazuje się jedną z najpiękniejszych podróży, jakie miałem okazję odbyć w swoim pluszowym życiu.
To nie tylko niezwykłe krajobrazy, ale także momenty, w których łapię się na tym, że patrzę na lód, mgłę i ocean z czymś pomiędzy zachwytem a niedowierzaniem.
I nagle staje się jasne, że ta wyprawa nie jest tylko przemieszczaniem się z miejsca na miejsce. To raczej powolne zanurzanie się w coś większego — w przestrzeń, która przypomina, jak różnorodna i nieprzewidywalna potrafi być nasza planeta.
Klocek
Przeczytaj ciąg dalszy podroży » Falklandy